14.05.2017

Sto osiemdziesiąt

Elizabeth
Zawahała się przed wejściem do domu. Chociaż nie widziała powodu, dla którego miałaby komukolwiek tłumaczyć się ze swojej nieobecności, obawiała się spotkania z Shannon i Nigelem. Wiedziała, że jest im coś winna, przynajmniej do pewnego stopnia, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że u nich mieszkała. Wszyscy doświadczyli dość, mierząc się ze światem, który był im obcy i którego nigdy nie powinni poznać, a skoro tak…
Westchnęła, po czym chcąc nie chcąc szarpnęła za klamkę. Drzwi były otwarte, ale nie uznała tego za zły znak, tym bardziej że nawet najlepsze zamki nie powstrzymałyby Jasona, gdyby zechciał dostać się do środka. To chyba prawdziwy strach… Ta świadomość, że istnieje ktoś, kogo nie da się w żaden sposób zatrzymać, pomyślała mimochodem i ledwo powstrzymała się od wzdrygnięcia, zaniepokojona samym tylko wydźwiękiem tych słów. Wiedziała, że położenie, w którym się znalazła, było co najmniej marne, ale choć miała dość czasu, żeby się z tym oswoić, za każdym razem, kiedy wracała pamięcią do ostatnich wydarzeń, czuła się równie przerażona i oszołomiona, co do tej pory.
Jeszcze w przedpokoju doszedł ją znajomy, energiczny dźwięk elektrycznych skrzypiec. To był dziwny instrument, a przynajmniej tak pomyślała, kiedy pierwszy raz zobaczyła przypominający raczej szkielet instrumentu przedmiot. Jakkolwiek by jednak nie było, kiedy Shannon brała go do rąk i zaczynała ćwiczyć, zamieniał się w coś niezwykłego, a przynajmniej takie wrażenie miała za każdym razem Elizabeth. Do tej pory nie znała tytułów wszystkich kompozycji, które grała dziewczyna, czasami zastanawiając się, czy ta nie komponowała ich samodzielnie, nie zmieniało to jednak faktu, że dźwięki były całkiem przyjemne dla ucha. Liz zawahała się, na krótką chwilę przystając i nasłuchują, jednocześnie zastanawiając nad tym, czy istniała szansa, by zdołała niezauważenie przedostać się do schodów, a później zajmowanej na piętrze sypialni.
– Hej, Liz, to ty?
Głos Shannon ją zaskoczył, tak jak i to, że muzyka urwała się w dość gwałtowny sposób. Dziewczyna ledwo powstrzymała cisnące jej się na usta przekleństwo, po czym chcąc nie chcąc skierowała do salonu, skąd dochodził głos jej tymczasowej współmieszkanki. Natychmiast poczuła na sobie wyraźnie zaniepokojone spojrzenie, w ułamek sekundy później bez trudu orientując, że jej nieobecność jednak nie pozostała bez echa.
– Niezła jesteś – stwierdziła jakby od niechcenia. – Nie chciałam przerywać ci w grze.
– Gdzie byłaś? – zapytała natychmiast Shannon, po czym westchnęła i nieznacznie potrząsnęła głową. – To zabrzmiało źle, prawda? – dodała, a Liz wysiliła się na blady uśmiech.
– Jakbyś była moją matką.
Jakimś cudem powstrzymała się od grymasu, chociaż dotychczas wspomnienie rodziców wzbudzało w niej sporo emocji. Nie chciała tego wprost przyznać, ale wszystko wskazywało na to, że stopniowo zaczynała przywykać do sytuacji, choć jakiś czas temu nie sądziła, że w ogóle będzie do tego zdolna. Atak Jasona, wampiry i całe to szaleństwo… Wciąż jawiło się jak sen, ale przynajmniej była w stanie o tym rozmawiać. Co jak co, ale wypłakiwanie sobie oczu, kiedy nikt nie patrzył, zdecydowanie nie było szczytem jej marzeń.
– Trudno – stwierdziła Shannon. Ostrożnie odłożyła skrzypce na kanapę, zanim ostatecznie zdecydowała się podejść bliżej. – Pewnie zaraz zabrzmię jeszcze gorzej, ale jakoś mnie to nie interesuje. Ważniejsze jest to, że za każdym razem, kiedy ty albo Nigel wychodzicie… – Potrząsnęła z niedowierzaniem głową, wyraźnie zmęczona. – Może popadam w paranoję, nie wiem, ale nie podoba mi się to. Nigel i rodzice pojechali do centrum… I wierz mi, ledwo powstrzymałam się przed tym, żeby im nie towarzyszyć. Wolałabym nie być tutaj sama.
– Mogłaś jechać – zauważyła przytomnie Liz.
Shannon zacisnęła usta.
– Chciałam się upewnić, że nic ci nie jest – oznajmiła z przekonaniem. – Serio, gdzie byłaś? Wyszłaś rano taka zdenerwowana i…
– Musiałam… – zaczęła Elizabeth i prawie natychmiast zamilkła. – Musiałam coś załatwić – powiedziała w końcu.
– I tylko tyle? – Jej rozmówczyni wyraźnie taka odpowiedź nie satysfakcjonowała. – Liz, co jest? Wyglądasz… dziwnie – przyznała, a Elizabeth ledwo powstrzymała się od nieco histerycznego śmiechu.
– Dzięki!
– Mówię poważnie – obruszyła się Shannon, jednocześnie w pośpiechu przesuwając naprzód. – Coś się stało? Nie było cię kilka godzin, zresztą…
– Uważasz, że jeśli będę siedziała na tyłku w domu, wtedy Jason mnie nie dorwie? – wypaliła Liz, tym samym skutecznie zamykając swojej rozmówczyni usta.
Oczy Shannon rozszerzyły się nieznacznie, zdradzając przede wszystkim dezorientację i niepokój. Martwiła się, co do pewnego stopnia wydało się Elizabeth wręcz rozbrajające, przez co zaczęła żałować swoich słów, ale nie wycofała się. To, co działo się między nią a Urlichem, było jej sprawą – tylko i wyłącznie, więc nie zamierzała się nikomu tłumaczyć. Żyła, wciąż była cała i tylko to się liczyło, chociaż będąc na miejscu Shannon, pewnie też by się przejmowała.
– Liz… – usłyszała, ale tym razem nie pozwoliła dziewczynie dokończyć.
– Wszystko ze mną w porządku. Po prostu musiałam stąd wyjść – wyjaśniła lakonicznie. – Potrzebowałam chwili spokoju.
– Wystarczyło powiedzieć. – Shannon obrzuciła ją spojrzeniem wystarczająco wymownym, bo do Liz dotarło, że dziewczyna najpewniej nie we wszystkie jej słowa wierzyła. – W każdej chwili mogłaś zamknąć się w pokoju. My przecież nie…
– Nie o to chodzi – przerwała, po czym westchnęła przeciągle. – Trochę pokręciłam się po mieście. Centrum handlowe i tak dalej… Wiesz, w pojedynkę.
– Jaja sobie ze mnie robisz? – Gdyby wzrok mógł zabijać, Shannon jak nic miałaby ją na sumieniu. Definitywnie. – Zebrało ci się na zakupy, kiedy… – Urwała i już tylko przypatrywała się Elizabeth w sposób sugerujący, że ma dziewczynę za całkowitą idiotkę.
Źle to rozegrałam, uświadomiła sobie Liz, ale nie potrafiła mieć o to do samej siebie pretensji. Wiedziała, że wymawianie się zakupami w sytuacji, w której nie miała przy sobie nawet jednej torby, zdecydowanie nie było dobrym pomysłem, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Nad tym, że najpewniej prezentowała się jak siódme nieszczęście, zdyszana i przemarznięta przez kilka godzin spędzonych w lesie, również.
– Byłam bezpieczna – oznajmiła nieznoszącym sprzeciwu tonem. Chciała zakończyć tę dyskusję, póki jeszcze mogła zapobiec ewentualnej kłótni. Czuła się na tyle sfrustrowana, by przypadkiem powiedzieć coś, czego później przyszłoby jej żałować, a tego zdecydowanie chciała uniknąć. – Obie zdajemy sobie sprawę z tego, że w środku miasta prędzej potrąci mnie samochód niż Jason… Sama wiesz.
Shannon nie odpowiedziała, co Liz mimo wszystko przyjęła z ulgą. Zauważyła jedynie, że dziewczyna wyraźnie pobladła, wciąż podenerwowana, ale i tego Elizabeth zdecydowała się nie komentować. Siląc się na przynajmniej względny spokój, w pośpiechu wycofała się w stronę schodów, ostatecznie dochodząc do wniosku, że rozmowa skończona. Co prawda wciąż miała do siebie o to, w jaki sposób potraktowała Shanny, ale wszystko wydawało się lepsze od konieczności tłumaczeń z tego, co i dlaczego robiła z Urlichem… Ba! Że w ogóle się z tym mężczyzną spotykała. Tak było lepiej, a przynajmniej Liz sądziła, że rozsądniej będzie się nie wychylać, co zresztą na każdym kroku podkreślał jej opiekun.
Starannie zamknęła za sobą drzwi, ledwo tylko znalazła się w swojej tymczasowej sypialni. Nie miała pewności, ile tak naprawdę czasu minęło od dnia balu, kiedy to zdecydowała się opuścić dom Licavolich, ale mimo wszystko czuła się tu zdecydowanie lepiej. Przynamniej nie miała poczucia, że ściany mają uszy albo że ktoś spróbuje przeniknąć jej umysł. Co prawda Damien zawsze podkreślał, że nikt nie zdobyłby się na aż tak rażące naruszenie prywatności, ale i tak wolała nie ryzykować. Już i tak czuła się rozbita, kiedy zaś myślała o tamtym wieczorze i tym, co stało się z Marissą…
Cholera, to po prostu nie wyglądało dobrze. Od Urlicha wiedziała, że prowadzone jest śledztwo, a Issie oficjalnie uznano za zaginioną. Mimowolnie pomyślała, że powinna poinformować o tym Damiena i mieć nadzieję, że on i jego rodzina jakoś rozwiążą problem, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. Na pewno wiedział, zresztą… Och, to nawet źle brzmiał – „rozwiązanie problemu”. Zupełnie jakby załamanie życia dziewczynie, która dotychczas nie miała pojęcia o nieśmiertelnych, faktycznie można było określić jednym, na swój sposób błahym słowem: problem.
To tak nie działało. Gdyby było inaczej…
Na ułamek sekundy zacisnęła dłonie w pięści, niemalże musząc zmuszać się do tego, żeby mieć szansę nad sobą zapanować. Nieważne. Musiała skupić się na sobie i to najlepiej tak szybko, jak miało okazać się to możliwe. Nie mogła przez całe życie uciekać, a tym bardziej doprowadzić do sytuacji, w której zaczęłaby się bać własnego cienia. To zdecydowanie nie wchodziło w grę, a przynajmniej Liz nawet nie chciała sobie tego wyobrażać. W zamian pragnęła zrobić… cokolwiek, choćby tylko po to, żeby nie dać się zabić w bierny, całkowicie bezbronny sposób. Pragnęła zawalczyć, co zresztą wydało się dziewczynie równie naturalne, co i pragnienie życia. Równie oczywiste okazało się dla niej to, że nie chciała siedzieć w domu Shannon i Nigela dłużej, aniżeli okazałoby się to konieczne. Oni niczego nie zrobili, zaś jej obecność w każdej chwili mogła sprowadzić na tę dwójkę niebezpieczeństwo.
Nie, zdecydowanie nie czuła się na aż taką odpowiedzialność gotowa. Nie chciała tego.
Wypuściła powietrze ze świstem, próbując sobie wyobrazić, że jednocześnie pozbywa się całego napięcia. Nie poczuła się w jakiś rażący sposób lepiej, ale przynajmniej zdołała się rozluźnić. Była sama, a przy odrobinie szczęścia Shannon nie miała nachodzić jej przynajmniej do końca dnia. Liz miała wręcz wrażenie, że dziewczynę uraziła, ale nie potrafiła się tym przejąć w takim stopniu, jak być może powinna. Nie chciała kłótni, ale jeśli tylko w ten sposób mogła zapewnić sobie chociaż chwilowy spokój, to nie wydawało się taką złą alternatywą.
Z wolna przeszła przez sypialnie, sama niepewna, co tak naprawdę chciała zrobić. Pragnęła zająć czymś ręce i umysł, nagle zaczynając żałować, że jednak nie zrobiła tego, co finalnie zasugerowała Shannon i jednak nie poszła na zakupy. Jeszcze jakiś czas temu rozwiązanie byłoby bardzo proste, a ona po prostu zadzwoniłaby do Eleny, żeby wraz z przyjaciółką pójść do centrum handlowego albo… gdziekolwiek. Wciąż mogła się na to zdobyć, ale – jak na ironię – nie wyobrażała sobie, że mogłaby ot tak do dziewczyny zadzwonić i poprosić o spotkanie. Nie po takim czasie, zresztą…
Och, czy w ogóle wciąż powinna myśleć o przyjaźni, skoro zarazem trzymała się od wszystkich na dystans? Kolejny raz miała wrażenie, że coś się popsuło – że uległo zmianie, najpewniej w ostateczny, nie dający żadnych alternatyw sposób – a to bez wątpienia o czymś świadczyło. Co więcej, tym razem problem wydawał się leżeć w niej, chociaż w żaden sposób nie potrafiła sprecyzować gdzie.
Opadła na łóżko pomimo tego, że wcale nie miała ochoty na odpoczynek. Jakby od niechcenia przesunęła dłonią po pościeli, próbując wyrównać fałdki, choć i to nie należało do szczególnie produktywnych zajęć. Nie miała pojęcia, co powinna ze sobą zrobić, szczerze żałując, że Urlich odesłał ją do domu. Gdyby trzeba było, mogłaby jeszcze trochę czasu spędzić w środku lasu, strzelając do celu i próbując udawać, iż wszystko jest w porządku. Wszystko wydawało się lepsze od bierności, a jednak ostatecznie wylądowała tutaj, czując się do tego stopnia bezużyteczną, że to doświadczenie okazało się niemal bolesne.
Wciąż o tym myślała, kiedy – poruszając się przy tym trochę jak w transie – z wolna zsunęła się z materaca, by móc osunąć się na kolana tuż obok łóżka. Machinalnie obejrzała się na drzwi, już z przyzwyczajenia chcąc się upewnić, że była sama. Co prawda mając do czynienia ze zwykłymi ludźmi nie musiała obawiać się, że ktoś bezszelestnie zajdzie ją od tyłu, ale coraz częściej przyłapywała się na pewnych, silniejszych od niej odruchach. Była ostrożna, niezależnie od sytuacji i tego, czy na pierwszy rzut oka istniały po temu powody. Skupiała się na tym, co podpowiadały jej zmysły, starannie analizując kolejne bodźce i próbując wyciągać sensowne wnioski. Zawsze była roztropna, ale tym razem chodziło o coś innego i o wiele bardzie złożonego, chociaż nie była pewna, co powinna o takim stanie rzecz myśleć. Wiedziała jedynie, że się zmieniła, zwłaszcza teraz, kiedy przez większość czasu pozostawała świadoma wiszącej nad nią perspektywy śmierci oraz istnienia świata, który dotychczas pozostawał dla Liz czymś niepojętym.
Och, w ten sposób mogliby zachowywać się łowcy. Czuła, że tak jest, a jednak coś w tej myśli skutecznie dziewczynę zaniepokoiło. Łowcy… Gdyby nie rodzice, najpewniej zostałaby łowczynią, dokładnie tak jak oni, chociaż to nadal do dziewczyny nie docierało. Chcieli ją chronić, a jednak to ich zgubiło, najpierw odbierając Jasona, a później czyniąc go ich śmiercią. Myśl o tym bolała, zresztą jak i świadomość, że żadne z nich tak naprawdę nie miało wpływu na ostateczny obrót spraw. Jakby nie patrzeć, odeszli – a przynamniej próbowali, przeszłość jednak ciągnęła się za jej rodzicami tak długo, aż ostatecznie ich wykończyła. Teraz ona musiała mierzyć się z czymś, czego zdecydowanie sobie nie wybrała, poruszając się przy tym trochę jak dziecko we mgle i nie mając przy sobie nikogo, kto ułatwiłby jej zrozumienie. Zanim pojawił się Urlich, była z tym sama.
Zacisnęła usta, próbując zdławić jęk frustracji. Nieważne jak wiele razy by o tym myślała, za każdym razem czuła się tak, jakby mogła rozpaść się na kawałki. W rozmowie z kimkolwiek mogła udawać, że już sobie poradziła z emocjami, ale kiedy była sama, to wydawało się zbędne. Mogła płakać, zadręczać się i zrobić dosłownie wszystko, co uznałaby za słuszne, chociaż nie była pewna, czy faktycznie tego chciała. Pragnęła być silna, ale…
Zamrugała kilkukrotnie, po czym – nie dając sobie czasu na dalsze zadręczanie i wątpliwości – w pośpiechu sięgnęła po ukryte pod łóżkiem pudełko. Zaraz po tym wytrząsnęła na dłoń owinięty kawałkiem materiału wisiorek – ten sam, który znalazła w mieszkaniu Niny, kiedy była tam ostatnim razem. W milczeniu potarła zawieszkę, w najmniejszym stopniu nie dziwiąc się, że powierzchnia wydawała się pulsować łagodnym ciepłem. Nie była pewna jak się czuje, ale to nie miało znaczenia. Była wręcz gotowa stwierdzić, że ciepło, które początkowo ją niepokoiło, już od dłuższego czasu przynosiło jej ukojenie, chociaż nie miała pojęcia, co było tego przyczyną. Ten drobiazg był dla niej ważny i tylko to się liczyło – nic ponadto, a przynajmniej Liz nie chciała rozwodzić się nad faktycznym znaczeniem pokrytego symbolami naszyjnika.
Zanim zdążyła zastanowić się nad tym co i dlaczego robi, w pośpiechu przełożyła łańcuszek przez głowę. Przyjemne ciepło musnęło skórę pomiędzy jej piersiami, w niepokojąco wręcz idealny sposób dopasowując się do ciała. Liz na krótką chwilę przymknęła oczy, rozkoszując się chwilowym spokojem i wrażeniem, że nagle wszystko wróciło na swoje miejsce. Doświadczała tego raz po raz, dosłownie za każdym razem, kiedy nosiła ten drobiazg. Początkowo nawet sądziła, że to dziwne, ale z czasem przestała zastanawiać się nad przyczynami. Czuła się dobrze i to się liczyło, niezależnie od tego, czy w grę wchodziło zwykły stan umysłu – a więc to, że przez cały ten czas wmawiała sobie, że jest w porządku.
W głowie wciąż miała pustkę, ale od chwili założenia wisiorka, poczuła się lepiej. W tamtej chwili pożałowała, że nie ubrała go na spotkanie z Urlichem, poniekąd dlatego, że wtedy mogłaby zapytać mężczyznę o znaczenie symbolu, który nosiła. Inną kwestią pozostawało to, że najzwyczajniej w świecie go lubiła, chwilami czując się tak, jakby był jej częścią. W efekcie tym bardziej obawiała się, że mogłaby go zgubić, chociaż zarazem nie chciała brać takiego rozwiązania pod uwagę. Jakkolwiek by jednak nie było, Liz nie mogła zapomnieć w jaki sposób czuła się podczas balu, nosząc ten symbol i przez krótką chwilę naprawdę czując się bezpiecznie. Co prawda wkrótce po tym w szkole pojawił się Jason i wszelakie pozytywne uczucia ustąpiły, w zamian kolejny raz czyniąc ją bezbronną, ale…
– Liz?
Omal nie wyszła z siebie, słysząc tuż za plecami znajomy głos. Chyba jedynie cudem nie krzyknęła, nie chcąc zaniepokoić Shannon, zaraz też poderwała się na równe nogi, gotowa rzucić się z pięściami na potencjalnego intruza. Potrzebowała kilku sekund, żeby uświadomić sobie, że stoi naprzeciwko aż nazbyt znajomego, swobodnie opierającego o parapet uchylonego okna chłopaka.
Nie otwierałam okna, pomyślała w pierwszym odruchu, jednocześnie mocniej zaciskając dłonie w pięści. Machinalnie potrząsnęła głową w taki sposób, by włosy opadły jej na piersi, choć częściowo przysłaniając naszyjnik. Należał do niej i chciała, żeby tak pozostało, nade wszystko pragnąc chronić drobiazg przed samym tylko wzrokiem kogoś innego – a już zwłaszcza istoty nieśmiertelnej.
Dopiero po chwili wyszła z szoku na tyle, żeby skoncentrować się na bladej twarzy wpatrzonego w nią chłopaka. Damien wyglądał na zmartwionego, chociaż to równie dobrze mogło być wyłącznie jej wrażeniem – nie miała pewności. Przez kilka następnych sekund po prostu mierzyli się wzrokiem, oboje milczący i spięci, chociaż próbowała jakkolwiek zapanować nad uczuciami. Jakaś jej cząstka szczerze ucieszyła się na jego widok, a Liz przez krótką chwilę miała ochotę ruszyć się z miejsca i paść Licavoliemu w ramiona, coś jednak sprawiło, że nawet nie drgnęła. Wręcz przeciwnie – stała wyprostowana niczym struna, tępo wpatrując się kogoś, kto przecież był jej tak bliski…
– Co tutaj robisz? – wypaliła, nawet nie zastanawiając się nad doborem poszczególnych słów.
To zabrzmiało oschle, a przy tym o wiele mniej przyjemnie, niż mogłaby sobie tego życzyć. Prawie natychmiast pożałowała takiej reakcji, nie tylko dlatego, że przez twarz Damiena przemknął ledwo zauważalny cień. To był ułamek sekundy, ale wystarczyło, żeby wzbudzić w Liz jeszcze silniejsze wątpliwości i poczucie winy. Z drugiej strony, co innego powinna mu powiedzieć po tym, jak ją przestraszył? Nie widzieli się dość długo, a jednak…
Westchnęła, po czym nieznacznie potrząsnęła głową.
– Wystraszyłeś mnie – wyjaśniła cicho, siląc się na pojednawczy ton. – Ja po prostu…
– Przepraszam – zreflektował się i w tamtej chwili przypomniała sobie, dlaczego tak bardzo go uwielbiała.
Tylko Damien Licavoli potrafił brzmieć w tak delikatny, kojący sposób. Przez długi czas traktowała go nie tylko jak kogoś, kogo szczerze kochała i kto uratował jej życie, ale przede wszystkim jak swój zdrowy rozsądek – kogoś, kto przez tyle czasu powstrzymał ją przed popadnięcia w szaleństwo. Jego ramiona wydawały się jedynym potrzebnym Liz rozwiązaniem, a jednak teraz…
Och, teraz było inaczej, ona zaś do tej pory nie była pewna, co takiego doprowadziło ją do tego miejsca.
– Ja… Ehm, często tak wchodzisz oknem? – zapytała z wahaniem, chcąc przerwać panującą ciszę.
– Zazwyczaj nie. Osobiście preferuję drzwi, o ile akurat nie zależy mi na dyskrecji. – Przez krótką chwilę Damien wyglądał na bliskiego, żeby się uśmiechnąć, ale ostatecznie tego nie zrobił. To z jakiegoś powodu wydało się Liz jeszcze bardziej przygnębiające, ale ostatecznie nie dała niczego po sobie poznać. – Jak się masz, Elizabeth?
Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, sama niepewna, co powinna mu powiedzieć. Czuła, że prędzej czy później będą musieli porozmawiać, ale zdecydowanie nie wyobrażała sobie tego w takich okolicznościach. Jakby tego było mało, coś w słowach chłopaka sprawiło, że z miejsca zrobiło jej się zimno, a jakby tego było mało…
Nie chciała tego ciągnąć w taki sposób. Wręcz nie powinna, a jednak… wciąż tutaj była – i nie miała innego wyboru, jak spróbować się z tym zmierzyć, niezależnie od tego, czego tak naprawdę pragnęła.
Poruszając się trochę jak w transie, z wolna wyprostowała się, po czym spojrzała Damienowi w oczy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa