15.05.2017

Sto osiemdziesiąt jeden

Elizabeth
To było… niezręczne. Nie miała pojęcia, dlaczego akurat to stwierdzenie przyszło jej do głowy w pierwszej kolejności, ale właśnie tak się czuła. Wpatrywała się w Damiena, uparcie milcząc i w duchu modląc się o to, żeby to on pierwszy odwrócił wzrok. W ogóle nie powinno go tutaj być, chociaż tego nie chciała i wręcz nie potrafiła mu powiedzieć. Och, jakaś cząstka naprawdę go potrzebowała – z tym, że przez większość czasu Liz łatwo przychodziło uciszenie jej.
– Więc… – Odchrząknęła, próbując wziąć się w garść. Wiedziała, że prędzej czy później będą musieli porozmawiać, ale zdecydowanie nie wyobrażała sobie tego w ten sposób. Powinno być… inaczej. – Wciąż nie powiedziałeś mi, co tutaj robisz.
– Wydawało mi się, że to oczywiste – stwierdził cicho Damien.
W zamyśleniu skinęła głową. Tak, może miał rację, chociaż nie była pewna. Kojarzenie faktów czasami było problematyczne, zwłaszcza w sytuacjach, kiedy emocje okazywały się na tyle problematyczne, że miała ochotę uciec z krzykiem. Jeśli jednak chodziło o Damiena… Cóż, mogła przynajmniej podejrzewać, czego mógł od niej oczekiwać.
– Fakt. Ale wszystko jest w porządku – powiedziała, starannie dobierając słowa. Z jakiegoś powodu jej własne zapewnienia brzmiały jak wierutne kłamstwo. – Chyba że to dzięki tobie? – dodała po chwili zastanowienia. – Wciąż mnie chronisz, prawda? Jeśli znowu zawdzięczam ci życie, ale nic o tym nie wiem…
– Nie, nie – zapewnił pośpiesznie. – Jason… w ostatnim czasie nie kręcił się przy tobie.
Z wolna skinęła głową, chociaż nie była pewna, czy jego słowa powinny zadziałać na nią kojąco. To nadal nie rozwiązywało problemu, zresztą właśnie utwierdziła się w przekonaniu, że Damien jak najbardziej ją obserwował… On albo ktoś z jego rodziny. Na samą myśl o tym serce zabiło dziewczynie szybciej, a coś nieprzyjemnie ścisnęło ją w żołądku. Tego nie wyczuła, chociaż próbowała być tak bardzo ostrożna – z tym, że nawet najbardziej ostrożne, staranne działania nie miały okazać się skuteczne, kiedy miało się do czynienia z nieśmiertelnymi.
Jakkolwiek by nie było, ważniejsze dla Elizabeth pozostawało to, że jej spotkania z Urlichem nie były bezpieczne. Jeśli Damien jakimś cudem wiedział i pojawił się akurat w tej sprawie…
– To chyba dobrze, nie? – powiedziała po chwili zwłoki zdecydowanie zbyt długiej, by zabrzmiało to naturalnie. Czuła na sobie przenikliwe spojrzenie rozmówcy, stopniowo doprowadzające ją do szaleństwa. Gdyby przynajmniej mogła ocenić, jakie w tamtej chwili targały nim emocje… – Więc jestem cała. I pilnuję się, dlaczego nie masz powodów do niepokoju – dodała z uporem.
Cholera, to brzmiało źle – i to aż za bardzo. Miała wrażenie, że zachowuje się jak jakaś marna aktorka z reklamy pasty do zębów – sztuczny uśmiech i wypowiadane machinalnie hasła, które nie wnosiły niczego albo w dość znaczący sposób rozmijały się z rzeczywistością. Nie przekonałaby nawet siebie, a co dopiero kogoś takiego jak Damien, dodatkowo ryzykującego wszystko, byleby mieć szansę zapewnić jej bezpieczeństwo. To nie powinno tak wyglądać, a on zdecydowanie zasłużył na coś więcej, niż niezdecydowana dziewczyna, która przy pierwszej okazji była w stanie co najwyżej rzucić się do ucieczki.
Wciąż milczała, obserwując go i czekając na… Och, w zasadzie cokolwiek. W tamtej chwili wszystko wydawało się równie kuszącą perspektywą, łącznie z możliwością powiedzenia czegoś błahego, co przekonałoby Damiena, żeby się wycofał. Nie chciała ująć sprawy w zbyt bezpośredni, raniący sposób, ale była coraz bardziej świadoma, że najpewniej i tak nie ma wyboru, tym bardziej że trwanie w ciszy okazało się o wiele bardziej męczące, niż początkowo mogłaby przypuszczać.
– Tęsknię za tobą, Liz… Wiesz o tym?
Te słowa ją zaskoczyły, jednocześnie sprawiając, że poczuła się jeszcze bardziej oszołomiona. Otworzyła i zaraz zamknęła usta, kiedy uścisk w gardle stał się jeszcze bardziej nieprzyjemny. Jej oczy rozszerzyły się nieznacznie, podczas gdy ona wciąż tkwiła w miejscu, bezmyślnie wpatrując się w Damiena. Czuła się przy tym tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie, tym samym skutecznie wytrącając z równowagi. Oddychała szybko i płytko, przez dłuższą chwilę koncentrując wyłącznie na tym. Nie była pewna jak się czuła, ale to nie miało znaczenia, a może po prostu nie chciała, żeby okazało się istotne. Na to nie była gotowa, zresztą jak i na przenikliwe spojrzenie Damiena, które nagle wydało jej się komunikować coś aż nadto oczywistego – mieszankę troski i właśnie tęsknoty, która wzbudziła w niej wyrzuty sumienia silniejsze niż do tej pory.
Chłopak zamilkł, ale prawie tego nie zarejestrowała. Chociaż nie usłyszała niczego, co świadczyłoby, że oczekiwał odpowiedzi, wiedziała, że przemilczenie tego wyznania byłoby najgorszym, co w obecnej sytuacji mogłaby zrobić. Jakby tego było mało, przecież doskonale wiedziała, co chciała mu powiedzieć, zupełnie jakby rozumiała to przez cały ten czas. To w niej było – ta tęsknota, być może równie silna jak i ta, którą odczuwał Damien – ale przez większość czasu trzymała to uczucie na dystans, dusząc je w sobie z obawy, że jeśli mu się podda, wtedy zrobi coś naprawdę głupiego. Mogłaby chociażby zechcieć wrócić, a to nie byłoby rozsądne, skoro wtedy stałaby w miejscu, znów pozwalając się chronić i zrzucając odpowiedzialność na kogoś, na kim nigdy nie powinna spocząć. To, co działo się między nią a Jasonem, było wyłącznie jej walką i tego zamierzała się trzymać.
Gdyby tylko mogła…
– Ja… Wiesz przecież, że ja też. – Początkowo nie rozpoznała własnego głosu, wręcz zaskoczona tym, że zdołała wypowiedzieć tych kilka słów na głos. Coś ścisnęło ją w gardle, więc odchrząknęła, próbując w ten sposób doprowadzić się do porządku. – Ale…
– Co jest? – zachęcił Damien. Drgnęła, kiedy odsunął się od okna, by w następnej sekundzie ruszyć w jej stronę. Poruszał się spokojnym, ludzkim krokiem, co przyjęła z ulgą, choć przez chwilę mogąc poczuć się normalnie. On zawsze to potrafił, nawet po tym jak już poznała prawdę sprawiając, że czuła się bezpieczna. – Hej, Liz, co się dzieje? Jesteś taka dziwna… – przyznał, z wahaniem wyciągając dłonie ku jej twarzy.
Nie zaprotestowała, nie mając nic przeciwko temu, żeby ją dotknął. Uznał to za przyzwolenie, żeby ująć jej twarz w obie dłonie, choć nawet wtedy pozostał niezwykle delikatny. Przymknęła oczy, rozkoszując się znajomym ciepłem i dotykiem, który tak wiele razy przynosił jej ukojenie, pozwalając spokojnie zasnąć. Gdyby miała wskazać kogoś, kto uważała za człowieka, bez chwili wahania skierowałaby się właśnie ku Damienowi, nieważne jak ironiczne by się to wydawało. Chwilami wciąż nie docierało do niej, że po części mógłby być kimś zdolnym zabić i potrzebującym do normalnego funkcjonowania krwi – i to pomimo tego, że widziała go zdeterminowanego i gotowego bronić ją przed niebezpieczeństwem.
Dla niej był człowiekiem – niezależnie od tego, jak z biologicznego punktu widzenia prezentowała się prawda.
Oddech dziewczyny przyśpieszył, chociaż sama nie była pewna dlaczego. Potrzebowała kilku sekund, żeby uprzytomnić sobie, że płacze, co zresztą skutecznie wytrąciło ją z równowagi. Z niejakim niedowierzaniem przyjęła do wiadomości to, że Damien jak gdyby nigdy nic przesuwał palcami po wilgotnych policzkach, ścierając łzy. Czuła na sobie jego zaniepokojone spojrzenie, chociaż zarazem oboje nadal milczeli. To był ten rodzaj ciszy, którego nie rozumiała, chociaż wydawał jej się właściwy. Po prostu… dobry.
Damien zawahał się, a przynajmniej takie odniosła wrażenie. Przypatrywał jej się uważnie, wydając nad czymś intensywnie myśleć, choć i tego nie była w stanie jednoznacznie sprecyzować. Zawahała się, w duchu odliczając kolejne sekundy i podświadomie czekając aż jednak się odezwie – powie coś, co przerwałoby tę dobrą ciszę, zakończyło ją i znów rzuciło ich do rzeczywistości, ale…
Cóż, nie robił tego.
Zesztywniała, kiedy jego dłonie przeniosły się na jej ramiona. Jego skóra wciąż pulsowała przyjemnym ciepłem, przynosząc ukojenie. Kiedyś ją to niepokoiło, kojarząc się z gorączką, ale teraz wiedziała, że taki stan w przypadku Damiena był czymś normalnym. W efekcie nawet ona potrafiła sobie wyobrazić wypełniającą go energię – to, że wręcz nią pulsował, przy okazji wyzwalając w niej emocje, których nie rozumiała, chociaż sprawiały jej przyjemność. To było skomplikowane, ale… Och, podobało jej się. Nawet bardzo.
Naprawdę czuła się bezpieczna.
Właściwie nie zarejestrowała momentu, w którym Damien bardziej stanowczo przysunął ją do siebie. Pozwoliła mu na to, niejako wpadając chłopakowi w ramiona, chociaż początkowo nie chciała sobie na to pozwolić. Miała wrażenie, że w jednej chwili zdrowy rozsądek zszedł gdzieś na dalszy plan, wyparty wyłącznie przez pragnienia, które do tej pory usiłowała w sobie zdusić. Zanim zastanowiła się co i dlaczego robi, żadne z nich już się nie powstrzymywało – również Damien, być może uznając brak protestów z jej strony za przyzwolenie. Zesztywniała, kiedy jak gdyby nigdy nic zdecydował się ją pocałować, ale również wtedy nie próbowała go odsuwać, w zamian odwzajemniając pieszczotę. Dopiero w tamtej chwili uświadomiła sobie, jak bardzo tęskniła – za nim, za wzajemną bliskością i tym czymś, co zdążył się między nimi wytworzyć. W takich chwilach nie miała wątpliwości, że zdecydowanie chodziło o coś więcej, aniżeli wdzięczność. Cóż, nie tylko, bo choć bez wątpienia mogła przypisać Damienowi wiele zasług, to nie była jedyna przyczyna, dla którego chciała przy nim przebywać.
Może go kochała. Może to już było to, ale…
Wszelakie myśli uleciały z jej głowy, kiedy skoncentrowała się na kolejnych pocałunkach. Zanim się obejrzała, oboje jakimś cudem wylądowali na łóżku, co na dłuższą chwilę wytrąciło Liz z równowagi. To było coś zdecydowanie bardziej gwałtownego, niż dotychczasowe podpieszczanie się, kiedy nikt nie patrzył. Czuła, że znacznie różniło się od sposobu, w jaki spędzali czas na lodowisku, kiedy zamiast jeździć, woleli siedzieć razem i po prostu cieszyć się sobą. Tym razem chodziło o coś więcej, ale nie miała nic przeciwko temu, niemalże z rozkoszą poddając się zarówno dotykowi, jak i kolejnym pocałunkom. Chciała się w tym zatracić, tak po prostu sprawił, żeby wszystko inne przestało mieć znaczenie. Nic ponadto, tym bardziej że w tamtej chwili byli sobie równi – człowiek i nieśmiertelny, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że nigdy nie widziała w Damienie zdolnego nieść śmierć potwora.
Nie powinniśmy…, przeszło Elizabeth przez myśl, ale nie wypowiedziała tych słów na głos. Ułożyła się na materacu, pozwalając żeby chłopak niejako wylądował na niej, przyciskając ją do łóżka. Nieznacznie odsunął się, żeby mogła złapać oddech, chociaż to okazało się problematyczne, przynajmniej początkowo. Oddychała płytko i nierówno, spazmatycznie chwytając powietrze i czując, że serce w nieprzyjemny sposób tłucze jej się w piersi. W innym wypadku nawet nie pomyślałaby, że pomiędzy nią a Damienem mogłoby wydarzyć się coś więcej, tym bardziej że chłopak od samego początku zachowywał się w niezwykle delikatny sposób, nie próbując na nią naciskać. Najwyraźniej rozłąka zrobiła swoja, podsycając tęsknotę oraz pragnienia, o które wcześniej zdecydowanie by się nie podejrzewała – uczucia, które należały przede wszystkim do niej, bo nie mogła zaprzeczyć, że to przede wszystkim ona miała kontrolę nad sytuacją. Wiedziała, że mogłaby przerwać, a on by usłuchał; o to jedno czuła się dziwnie spokojna, aż nazbyt świadoma, że Damien nie należał do facetów, którzy z jakiegokolwiek powodu mogliby skrzywdzić kobietę.
Wplotła palce w jego włosy, wciąż niepewna tego, czego tak naprawdę chciała. Seksu? Być może, chociaż to brzmiało co najmniej źle. A jednak pierwszy raz była z kimś, komu czuła się gotowa zaufać aż do tego stopnia i… Och, tak przynajmniej sądziła, próbując przekonać samą siebie, że to rozsądna, przemyślana decyzja, a nie kaprys pod wpływem chwili, mający utwierdzić ją w przekonaniu, że nadal ma wpływ na siebie i swoje życie. To nie było tak, że pragnęła zapomnienia albo…
Cholera, prawie na pewno nie było tak!
– Liz? – rzucił z wahaniem Damien, jednocześnie uświadamiając jej, że obserwował ją z uwagą, wyraźnie zmartwiony. Mogła tylko zgadywać, co takiego myślał sobie w tamtej chwili, a tym bardziej jak prezentował się wyraz jej twarzy. – Wszystko… w porządku?
– Tak. Po prostu… – Wzruszyła ramionami. – Na dole jest Shannon.
Damien spojrzał na nią z powątpiewaniem, być może niekoniecznie wierząc w jej słowa, a może po prostu na podstawie jej reakcji próbując określić, czy w takim razie powinien się odsunąć. Chciała powiedzieć mu, czego tak naprawdę oczekiwała, ale w głowie miała pustkę, zaś wyrzucenie z siebie choćby najmniej znaczących słów okazało się problematyczne. Ostatecznie w pośpiechu zarzuciła Damienowi ramiona na szyję, przyciągając go na tle, by móc w pojedynkę zainicjować pocałunek. Sądziła, że to wystarczy i nie pomyliła się, bo choć początkowo się zawahał, ostatecznie jakikolwiek dystans pomiędzy nimi zniknął równie szybko, co wcześniej się pojawił.
To było właściwe, a przynajmniej chciała wierzyć, że tak właśnie jest. Całowali się, leżeli razem i to wystarczyło, żeby poczuła się naprawdę bezpieczna. Chciała w tym trwać, skoncentrowana na wzajemnej bliskości oraz uczuciach, które z taką łatwością przysłaniały wszystko inne. Niczego więcej nie potrzebowała, przynajmniej na razie, z kolei Damien…
Serce zabiło jej szybciej, kiedy usta chłopaka zniknęły, by ostatecznie musnąć jej odsłoniętą szyję. W pierwszym odruchu drgnęła, ale nie próbowała walczyć, świadoma, że nie zamierzał jej skrzywdzić. W istocie nie chciał tego zrobić, zamiast wgryźć się w gardło Liz, po prostu muskając je wargami – delikatnie, czule, przez co kolejny raz zadrżała. Od nadmiaru emocji kręciło jej się w głowie, a to wciąż stanowiło zaledwie wstęp do czegoś więcej. Co prawda do głowy kolejny raz przyszło jej, że powinni się powstrzymać, przynajmniej tak długo, jak przebywała w tym domu, nie wspominając o Shannon w salonie, ale… nie potrafiła.
Dlaczego miałaby sobie czegokolwiek odmawiać, skoro było w porządku? Dotyk Damiena przynosił jej ukojenie, którego tak bardzo potrzebowała, jednocześnie sprawiając, że pierwszy raz od dłuższego czasu poczuła się dobrze. Była pełna, a przecież właśnie o to chodziło.
Liz z kolei pragnęła jeszcze więcej.
Kolejny raz ciepłe wargi musnęły jej gardło, tym razem niżej – bliżej obojczyka. Lekko przekrzywiła głowę, mimowolnie zastanawiając nad tym, czy Damien mógłby jednak pokusić się do tego, żeby ją ukąsić. Nie wyobrażała sobie tego, ale wiedziała, że w jego przypadku to byłoby czymś najzupełniej normalnym. Dużo rozmawiali, więc zdawała sobie sprawę z tego, że okazywanie uczuć w przypadku nieśmiertelnych bywało naprawdę różne. Wiedziała również o wymianie krwi – czymś intymnym, co z powodzeniem można by porównać do seksu. Cóż, to i to wymagało zaufania, poza tym dobrowolne oddanie komuś zawartości żył bez wątpienia miało dość istotne znaczenie. Jako człowiek spoglądała na sytuację zupełnie inaczej, dostrzegając aspekty, o których wampiry i ich dzieci na pewno nie myślały, ale…
Zawahała się, wciąż pełna wątpliwości. Nie miała pojęcia, czego tak naprawdę powinna oczekiwać, a tym bardziej czego mógłby potrzebować Damien. Ufała mu, a to bez wątpienia o czymś świadczyło, zresztą nie wyobrażała sobie, że mógłby zrobić cokolwiek przeciwko niej. Milczał, skupiony na obsypywaniu jej skóry pocałunkami, co zresztą niezmiennie przyprawiało ją o dreszcze. Mogła tylko zgadywać, co takiego chodziło mu po głowie i czy kontrolował je myśli. To i tak nie miało znaczenia, bo nie sądziła, żeby mógł na nią w jakiejkolwiek kwestii naciskać, ale z drugiej strony… Och, wszystko wydawało się równie prawdopodobne, nie wspominając o tym, że musiała w końcu podjąć decyzję – prędzej czy później.
Kolejny pocałunek sprawił, że znów zadrżała. Wiedziała, że Damienowi właśnie na tym zależało, kiedy niejako bawił się z nią, kontynuując nieśmieszną wędrówkę po jej ciele. Co więcej, to naprawdę jej się podobało, Liz zaś zamarła w bezruchu, po prostu poddając się kolejnym pieszczotą. W tamtej chwili żałowała, że ma na sobie bluzkę, niejako utrudniając chłopakowi zadanie, ale może tak było lepiej. Gdyby zastał ją w bieliźnie, wtedy najpewniej żadne z nich by się nie powstrzymywało, a to mogłoby się skończyć różnie. Nie miała pojęcia, czy faktycznie tego chce, chociaż zarazem wciąż nie przerywała, pozwalając sprawom toczyć się swoim tempem. Dokądkolwiek to wszystko zmierzało, chciała przynajmniej udawać, że nie podjęła decyzji zbyt pochopnie. Co więcej – choć to równie dobrze mogło być wyłącznie wytworem wyobraźni Liz – dziewczyna miała wrażenie, że kolejne pieszczoty są w równym stopniu gwałtowne, co i niezwykle delikatne, niezależnie od tego, czy takie rozwiązanie w ogóle wchodziło w grę.
Kiedy chodziło o Damiena, wszystko było inne…
Zesztywniała, gdy wtulił twarz w jej piersi. Dotychczas wszystko było w absolutnym porządku, przez co tym bardziej nie wyobrażała sobie, że cokolwiek mogłoby pójść nie tak. Właśnie z tego powodu reakcja Damiena wytrąciła ją z równowagi, zwłaszcza kiedy chłopak nagle jęknął, po czym wyprostował się niczym struna. Spojrzała na niego w nieco oszołomiony, na swój sposób senny sposób, myślami wciąż gdzieś daleko. Pożądanie skutecznie przysłoniło wszystko inne, przez co nie od razu po wyrazie twarzy Damiena poznała, że sprawy mogłyby przybrać jakkolwiek nieodpowiedni obrót. Jakby tego było mało, zanim zdążyła choćby zastanowić się nad tym, co i dlaczego poszło nie tak, Licavoli błyskawicznie poderwał się   na równe nogi, w następnej sekundzie dosłownie materializując po drugiej stronie pokoju.
Liz zamarła na łóżku, przez krótką chwilę czując się tak, jakby ktoś z całej siły uderzył ją w brzuch. Poruszając się trochę jak w transie, dziewczyna z wolna wsparła się na łokciach, żeby lepiej móc przyjrzeć się tkwiącemu przy oknie nieśmiertelnemu. Słyszała, że oddychał szybko i płytko – równie spazmatycznie, co i ona, chociaż w jego przypadku przyczyna tego stanu musiała być zgoła inna. Zrozumiała, że tak jest, dokładnie w chwili, w której spojrzenia jej i Damiena się spotkały, a do Liz dotarła jedna, istotna kwestia; uczucie, targało chłopakiem, a które nie miało żadnego związku z pożądaniem, które ona sama czuła.
Głód.
Spodziewała się bardzo wielu rzeczy, ale na pewno nie tego. To wystarczyło, żeby dosłownie zesztywniała, wpatrując się w Damiena tak, jakby widziała go po raz pierwszy. Otworzyła i zaraz zamknęła usta, nie wydając z siebie żadnego dźwięku – nawet jęku, niezależnie od tego, jak przerażona w tamtej chwili się poczuła. Wciąż nie docierało do niej, że akurat Damien mógłby zrobić coś na tyle nieprzewidywalnego, by próbować ją skrzywdzić, ale to nie miało znaczenia. Liczyło się przede wszystkim to, że patrzył na nią w niemalże przerażony, niepokojący sposób, wciąż trzymając się na dystans i sprawiając wrażenie kogoś, kto tylko cudem powstrzymywał się przed zrobieniem czegoś głupiego.
To nie powinno mieć miejsca. Liz z kolei w oszołomieniu uświadomiła sobie, że pierwszy raz poczuła przy Damienie strach. Już nie czuła się taka bezpieczna, świadoma tego, że jednak miała przed sobą kogoś, kto potrafił stać się zagrożeniem. Panował nad sobą, przynajmniej przez większość czasu, ale to w każdej chwili mogło ulec zmianie. Sam Damien wydawał się to wiedzieć, niemniej spiętym, co i ona, zwłaszcza kiedy spojrzała na niego w co najmniej zaniepokojony, zdradzając panikę sposób.
– Damien? – rzuciła z wahaniem, ale on tylko potrząsnął głową. Jej uwadze nie uszło to, że w pośpiechu uciekł wzrokiem gdzieś w bok, żeby nie mogła spojrzeć mu w oczy.
– Ja… muszę stąd wyjść – oznajmił, nie dając Liz po raz kolejny dojść do słowa. – Bardzo cię przepraszam – dodał dziwnie zdławionym głosem, wyraźnie z trudem łapiąc oddech.
Wkrótce po tym została sama, blada i oszołomiona tym, co miało miejsce zaledwie chwilę wcześniej.
Jak przez mgłę zarejestrowała, że ukryty gdzieś pod jej koszulką naszyjnik pulsował ciepłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa