25 maja 2017

Sto dziewięćdziesiąt

Claire
Dzwonek komórki skutecznie wyrwał ją z zamyślenia. Poderwała głowę, na krótką chwilę zamierając z długopisem w ręce, po czym w pośpiechu rozejrzała się, szukając wzrokiem telefonu. Przed odebraniem krótko zerknęła na wyświetlacz, a serce jak na zawołanie zabiło jej szybciej, kiedy zauważyła imię Matta. Początkowo brała pod uwagę, że to Lucas będzie dobijał się do niej bez jakiegoś konkretnego powodu, tym bardziej że cały czas kręcił się gdzieś w pobliżu, ale świadomość, że chodziło o jego brata, zmieniała wszystko.
Zawahała się, zanim zdecydowała się nacisnąć zieloną słuchawkę. W pośpiechu nabrała powietrza do płuc, gotowa pominąć jakiekolwiek powitania i od razu zapytać o Marissę, nim jednak zdołała wykrztusić z siebie chociaż słowo, przerwał jej znajomy głos:
– Claire.
Z wolna wypuściła powietrze, wciąż dziwnie oszołomiona.
– O bogini…– wyrwało jej się, a po drugiej stronie usłyszała melodyjny, chociaż jak najbardziej znajomy śmiech.
– Bez przesady – stwierdziła z entuzjazmem Issie. Nawet przez telefon brzmiała inaczej, bardziej melodyjnie niż zazwyczaj, ale to nie wydało się Claire niczym złym. Już słyszała ten nowy głos, zresztą w emocjach i tak nie zwracała na to uwagi. – Chociaż może coś w tym jest. Jak tak obserwuję się w lustrze, to faktycznie wglądam jak jakaś bogini… No, poza oczami. Te oczy są straszne.
Claire otworzyła i zaraz zamknęła usta, co najmniej wytrącona z równowagi beztroską, która pobrzmiewała w głosie dziewczyny. Issie, która nawijałaby jak katarynka, na dodatek o czymś małoistotnym, biorąc pod uwagę to, że była wampirzycą? Och, tak, to zdecydowanie brzmiało jak ona! Była wręcz skłonna stwierdzić, że mogła się takiej reakcji spodziewać, ale czuła się zbyt oszołomiona, by wykrztusić z siebie chociaż słowa. Przynajmniej początkowo była w stanie co najwyżej słuchać, reagując dopiero w chwili, w której Marissa zamilkła, wyraźnie czekają na jakąkolwiek reakcję.
– Ja… Wszystko w porządku? – wypaliła w końcu, chociaż czuła, że to co najmniej głupie pytanie. Zdecydowanie tak było, biorąc pod uwagę okoliczności. – To znaczy…
– Rany, jakaś ty zestresowana – przerwała jej Issie. Wciąż brzmiała we wręcz zadziwiająco spokojny, opanowany sposób. – Wszystko gra, tak sądzę. Swoją drogą, która jest u ciebie godzina? Nie znam się na strefach czasowych, więc jeśli cię obudziłam, to przepraszam, ale nie mogłam się powstrzymać… – Urwała, żeby złapać oddech. Nawet nie dała przyjaciółce okazji na to, żeby odpowiedzieć, prawie natychmiast zaczynając mówić dalej i najwyraźniej nie będąc w stanie powstrzymać się przed wyrzuceniem z siebie wszystkiego, co zaplanowała. Claire wręcz była w stanie wyobrazić sobie wyraz jej twarzy, zwłaszcza że Issie od zawsze miała w zwyczaju mówić dużo i szybko, najwyraźniej nie potrafiąc usiedzieć w ciszy. – Żebyś ty wiedziała, jak tutaj jest ślicznie… Rosalee ma cudowny dom. W ogóle okolica tutaj jest taka ładna, że aż nie mogę się napatrzeć. – Zaśmiała się nerwowo. – Chociaż teraz wszystko jest śliczne. I wyraźne… Już nie muszę nosić soczewek. To fajne, wiesz?
– Na pewno – stwierdziła w oszołomieniu, bezskutecznie próbując stwierdzić po tonie Marissy, czy ta była z nią szczera. Fascynacja nie wydawała się niczym dziwnym, ale to i tak do Claire nie docierało, tym bardziej że w pamięci wciąż miała przerażoną, zwijającą się z bólu Issie. Nawet ostatnie spotkanie z dziewczyną jej nie uspokajało, bo wtedy wampirzyca zdecydowanie nie wyglądała na kogoś w najlepszej formie, zwłaszcza pod koniec mając wyraźny problem z tym, żeby zapanować nad pragnieniem. – Trochę się zmieniłaś, więc…
Po drugiej stronie znów usłyszała nerwowy, melodyjny śmiech.
– Troszeczkę – zgodziła się Issie. – Ale nie ma w tym nic złego, nie? Tutaj nie widuję ludzi, więc nie muszę siedzieć cały czas w pokoju. Matt mnie oprowadza i… Hm, mówiłam już, że jest tutaj ślicznie? – zapytała, ale nie czekała na odpowiedź. Wydawała się w naprawdę dobrym nastroju, a przynajmniej Claire nie potrafiła sobie wyobrazić, że dziewczyna mogłaby aż tak dobrze udawać. – Podoba mi się zwłaszcza nocą, bo daje wszystko dobrze widzę, ale przynajmniej się nie błyszczę. To jest dopiero dziwne, nie?
– Wolałabyś spalać się na słońcu? – zapytała z powątpiewaniem, nie zastanawiając się nad doborem słów.
Po drugiej stronie zapanowała wymowna cisza.
– Tak też się da? – zapytała w końcu Marissa, bardziej takim stanem rzeczy zafascynowana niż faktycznie przerażona.
– To… dłuższa historia – przyznała po chwili zastanowienia. – Pogadaj o tym z Aldero albo Cammy’m.
– Auć…
Zamilkła na dłuższą chwilę, być może zastanawiając nad tym, czy faktycznie powinna to zrobić. Claire bardziej stanowczo chwyciła telefon, mimochodem zauważając, że trzęsły jej się dłonie – tylko nieznacznie, ale to i tak wydało się dziewczynie uciążliwe. Do pewnego stopnia wciąż nie dowierzała, że tak po prostu mogłaby rozmawiać z Marissą, na dodatek radosną i równie pełną życia, co zazwyczaj. Po tym, co się wydarzyło, wszystko bardzo łatwo mogło ulec zmianie, więc to, że Issie zachowywała się normalnie i w ogóle chciała z nią rozmawiać, wydawało się co najmniej nieprawdopodobne.
Sęk w tym, że to po prostu nie miało sensu, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Na swój sposób obwiniała się o to, co się wydarzyło, nawet jeśli faktycznie nie miała po temu powodów. W porządku, na pewno dużej by się to dla Issie skończyło, gdyby nie trzymały się razem, ale z drugiej strony…
– Claire?
Drgnęła, na krótką chwilę zamierają, kiedy wychwyciła wyraźną zmianę w głosie Marissy. Entuzjazm gdzieś uleciał na rzecz pobrzmiewającego w tonie dziewczyny napięcia. Nagle wydała się bardzo drobna i zagubiona, wyraźnie przygnębiona czymś, czego Claire mogła się co najwyżej domyślać.
– Co się stało? – zapytała natychmiast. – Jesteś tam sama? Matt… – zaczęła, ale Issie nie pozwoliła jej dokończyć.
– Gdzieś się tam kręci. Obiecał, że da nam trochę prywatności… Och, ze mną wszystko w porządku, naprawdę – wyrzuciła z siebie na wydechu. – Po prostu tak się zastanawiam…
– Co takiego?
Issie jedynie westchnęła.
– Jak to tak naprawdę wygląda u was, co? – zapytała, choć wyrzucenie z siebie tych kilku słów wyraźnie kosztowało ją mnóstwo energii. – Mam na myśli… Zniknęłam na tyle czasu, prawda? Nie mieliście przeze mnie kłopotów? – zmartwiła się, chociaż jednocześnie po jej tonie Claire wyczuła, że chciała zapytać o coś zgoła innego.
Zawahała się, przez dłuższą chwilę sama niepewna, co takiego powinna dziewczynie powiedzieć. Nie chciała jej okłamywać, zresztą i tak nie wiedziała zbyt wiele. Podejrzewała, że podjęto jakieś kroki, ale nie była pewna jakie i na jaką skalę. To, że nie miała odwagi pojawić się w liceum od dnia balu, również nie ułatwiało rozeznania w sytuacji, ale starała się o tym nie myśleć. W gruncie rzeczy czuła ulgę, mogąc trzymać się z daleka od policji albo kogokolwiek, kto próbowałby zadawać niewygodne pytania. Zdecydowanie nie miała głowy do tego, żeby kłamać, do tej pory nie zastanawiając nad tym, co powinni uznać za oficjalną wersję wydarzeń. W Mieście Nocy wszystko było inne i na swój sposób o wiele prostsze, bo w razie przemiany albo zaginięcia człowieka, nie trzeba było wymyślać żadnych bajeczek. To na swój sposób wydawało się wręcz przerażające, ale też mimo wszystko wygodne.
– Szczerze mówiąc… Nie jestem pewna – przyznała, ostatecznie decydując się na prawdę. Nie miała powodu, żeby próbować Issie okłamywać, tym bardziej że ta miała prawo wiedzieć. – Wiem, że to nie przeszło bez echa, ale też nikt nie próbował nas wypytywać, więc…
– Jasne. – Marissa nie brzmiała na przekonaną, choć wyraźnie próbowała wykrzesać z siebie chociaż odrobinę entuzjazmu. – To dobrze, naprawdę. Nie chciałabym być problematyczna.
– Żartujesz sobie? – zapytała z niedowierzaniem. – Issie, na litość bogini, ty nie…
– Nie miała na to wpływu, wiem. Matt ciągle mi to powtarza – przyznała i zawahała się na moment. – Swoją drogą, jest miły.
– Obaj z Lucasem są – zauważyła mimochodem. Zaraz po tym potrząsnęła głową, chociaż jej rozmówczyni nie miała prawa tego zobaczyć. Claire czuła, że Marissa była przygnębiona, co zresztą nie wydawało się niczym dziwnym, ale też nie dawało dziewczynie spokoju. Chciała coś zrobić, ale nie mogła i to doprowadzało ją do szału. – Hej, co się dzieje? Issie…
– Tak. Nie. – Marissa jęknęła, wyraźnie sfrustrowana. – Może, chociaż to głupie.
– Co takiego?
Tym razem odpowiedziało jej długie, wymowne milczenie. To zmartwiło Claire jeszcze bardziej, zwłaszcza że zdecydowanie nie było czymś, co pasowałoby do Marissy. Zmiana w tonie i zachowaniu wampirzycy była aż nazbyt wyraźna, tym samym utwierdzając pół-wampirzycę w przekonaniu, że działo się coś co najmniej niepokojącego. Co prawda wciąż nie była pewna w czym rzecz, ale…
– Ja wiem, że to bez sensu, ale… Nie mogę wrócić, prawda? – wypaliła Issie. Głos nieznacznie jej zadrżał, nagle dziwnie zdławiony i na swój sposób płaczliwy. – To znaczy… Wiesz, do domu. Nie mogę. – Urwała, żeby złapać oddech, choć ten był jej zbędny do normalnego funkcjonowania. Claire z zaskoczeniem przekonała się, że przyjaciółka brzmiała tak, jakby była bliska płaczu, a to zdecydowanie nie wróżyło dobrze. – Bo nie mogę…?
– Issie… – rzuciła z wahaniem, coraz bardziej zmartwiona. Niby co miała jej powiedzieć?
– Jasne, jasne… Wiem, że tak jest – zreflektowała się pośpiesznie dziewczyna. – Zapomnij, że cokolwiek mówiłam. Po prostu tak tęsknię… Odeszłam bez słowa, a przecież tak się nie robi – stwierdziła zdławionym głosem. Westchnęła cicho, wyraźnie mając problem z tym, żeby nad sobą zapanować.
– To nie była twoja wina – zauważyła przytomnie Claire.
Odpowiedziała jej długa, wymowna cisza. Cierpliwie czekała, aż nazbyt świadoma, że Marissa potrzebowała czasu, najpewniej nie tylko na zebranie myśli. Chociaż nie widziała twarzy wampirzycy, była w stanie wyobrazić sobie jej wyraz i to wystarczyło, żeby zaczęła żałować, że nie mogła dziewczyny objąć. Nigdy nie była szczególnie dobra w pocieszaniu, nie wspominając o jakiejkolwiek wylewności, ale przy Issie było inaczej. Tak przynajmniej sądziła, aż nazbyt świadoma, że przyjaciółka mogłaby jej potrzebować – z tym, że jak na złość nie była w stanie nic w związku z tym zrobić. Ta bezsilność doprowadzała ją do szału, poza tym…
Och, chyba że jednak była w stanie. Nie pomyślała o tym wcześniej, ale rozwiązanie, które ostatecznie przyszło Claire do głowy, wydało się dziewczynie aż nazbyt oczywiste.
– Gdzie mieszkasz, Issie? – wypaliła, nie dając sobie czasu na wątpliwości. Nie była w stanie zdobyć się na czas przeszły, choć w obecnej sytuacji ten wydawał się o wiele bardziej adekwatny.
– Nie rozumiem…
Claire westchnęła, coraz bardziej zniecierpliwiona. Czy to, co sugerowała, nie powinno być aż nazbyt oczywiste?
– Próbuję się na coś przydać – stwierdziła zgodnie z prawdą. – Wiem, że ty znalazłaś mnie bez problemu, ale… Cóż, nigdy nie zapytałam cię o rodzinę, prawda? Jeśli byś chciała, żebym… spróbowała się z nimi spotkać, to ja…
– Naprawdę byś to dla mnie zrobiła? – zapytała, wyraźnie podekscytowana taką możliwością.
Nadzieja, która jak na zawołanie pojawiła się w jej głosie, miała w sobie coś niemalże bolesnego. Claire na krótką chwilę zamarła, niemalże spodziewając tego, że Issie jednak się popłacze. Nie chciała tego, zwłaszcza że nadal nie była w stanie niczego zdziałać, ale starała się o tym nie myśleć. Jeśli istniał choć cień szansy na to, że mogłaby pomóc…
– Oczywiście, że tak – zapewniła pośpiesznie. – Nie wiem, co powinnam im powiedzieć, ale na pewno poczuliby się lepiej, gdyby… Cóż, usłyszeli cokolwiek, prawda?
– Tak sądzę… – Marissa zamilkła na dłuższą chwilę. W przypadku dziewczyny, która miała w zwyczaju mówić dużo, bez ładu i składu, taki stan rzeczy zdecydowanie nie był normalny. – Mówiłam już, że cię uwielbiam? – zapytała w końcu, a Claire westchnęła.
– Jeszcze niczego nie zrobiłam.
Och, właściwie zrobiłam. Zapewniłam ci trzy dni bólu i wieczność opartą na picu krwi, dopowiedziała w myślach, ale nie odważyła się wypowiedzieć tych słów na głos. Co prawda Issie na każdym kroku podkreślała, że nie ma jej niczego za złe, ale to nie było nawet po części tak proste, jak mogłoby się wydawać. W zasadzie sądziła, że wszystko tak czy inaczej sprowadzało się do niej, tym bardziej że mogła przewidzieć, że znajomość z człowiekiem nie mogła skończyć się dobrze. Gdyby wiedziała…
– Cokolwiek sobie myślisz, przestań – usłyszała i aż się wzdrygnęła, co najmniej zaskoczona słowami Issie. – Nie widzę cię, ale poznałam już dość dobrze i… Hm, po prostu wyślę ci adres, okej? – zaproponowała pośpiesznie dziewczyna.
– Poradzę sobie – stwierdziła Claire. Co prawda wcale nie była tego taka pewna, ale… – Na pewno wszystko jest w porządku. To znaczy… Nie mogę powiedzieć, że wiem gdzie jesteś. Nawet nie jestem pewna, czy powinnam mówić, że żyjesz albo…
Urwała, uświadamiając sobie, że słowa wypowiedziane w ten sposób zabrzmiały co najmniej źle. Natychmiast zamilkła, nasłuchując jakichkolwiek oznak tego, że przypadkiem powiedziała za dużo, jednak Issie wciąż wydawała się spokojna.
– Możesz powiedzieć… że na pewno podróżuję. Zawsze lubiłam podróżować – stwierdziła cicho dziewczyna. – Dziadek zawsze się śmiał, że kiedyś zapomnę wrócić do domu. Wiesz, znajdę coś, co zafascynuje mnie na tyle, że zapomnę o wszystkim innym… W sumie tak jest, prawda? – zauważyła i zaśmiała się w nieco nerwowy, wymuszony sposób. – To dziwne. Nigdy nie byłam nawet w innym stanie, a teraz…
Być może mówiła coś jeszcze, ale Claire już właściwie nie była w stanie skupić się na poszczególnych słowach. Sama Issie również tego nie oczekiwała, wyraźnie zaczynając pleść od rzeczy, zresztą tak jak zawsze, kiedy była pod wpływem emocji. To było znajome, chociaż zarazem dobrze wiedziała, że bardzo wiele uległo zmianie. Paplanina Issie już nie była w stanie jej uspokoić, zresztą czuła, że również Marissa nie była w stanie wysilić się na entuzjazm w takim stopniu, jak do tej pory miała w zwyczaju. Mogła udawać, że jest w porządku, ale zdecydowanie tak nie było, z czego zresztą obie zdawały sobie sprawę.
Zdecydowanie musiała coś zrobić. Co prawda udanie się do rodzinnego domu Issie wydawało się niczym, przynajmniej na pierwszy rzut oka, ale zdecydowanie było lepsze niż nic. Gdyby do tego wszystkiego mogła cokolwiek zmienić, może wtedy wszystko stałoby się łatwiejsze, ale…
– A co z twoją mamą? – Aż wzdrygnęła się, początkowo zaskoczona pytaniem Marissy. To wystarczyło, żeby wyrwać ją z zamyślenia i sprawić, by na powrót skupiła się na rozmowie. – Nie zapytałam o to wcześniej, prawda? Przepraszam, ale…
– Nic się nie zmieniło – przerwała jej lakonicznie Claire. – Ale nie musisz się przejmować. Sama ledwo sobie radzisz – dodała, tym samym próbując uciąć temat.
– To niczego nie zmienia – obruszyła się Issie. – Pocieszasz mnie, więc ja mogę ciebie. Wiem, że ostatnio dużo się dzieje i… Też się przejmuję, jasne? Cokolwiek by się nie działo, jestem… I to chociażby tylko przez telefon – przyznała niechętnie. – Oczywiście tylko na razie, póki nad sobą nie zapanuję. Prędzej czy później będziesz musiała tu przyjechać… Wspominałam, że jest tutaj pięknie?
Tym razem Claire prawie udało się uśmiechnąć. Perspektywę zmiany tematu przyjęła z ulgą, uspokojona samą tylko perspektywą. Potrzebowała tego, zdecydowanie nie chcąc rozwodzić się nad tym, co działo się w Seattle. Już i tak martwiła się zdecydowanie zbyt wieloma rzeczami jednocześnie, czy to niepokojąc nieobecnością mamy, czy znów przejmując tym, jak zachowywał się tata. Praktycznie nie widywała Rufusa, co może i było najlepszym rozwiązaniem, skoro był w na tyle podłym nastroju, by mogli co najwyżej się pokłócić, ale to tak naprawdę niczego nie zmieniało. Miała wrażenie, że gdyby nie Lucas, już dawno odeszłaby od zmysłów, jednak i ten kręcił się tymczasowo gdzieś poza domem, być może polując, chociaż nie miała pewności. W efekcie miała ochotę poprosić Setha, żeby towarzyszył jej przez większość czasu, ale czuła, że to nie byłoby najlepszym pomysłem. Nie musiała pytać, żeby wiedzieć, że miał swoje obowiązki względem watahy. Nie chciała go od tego odciągać, aż nazbyt świadoma, że przez wzgląd na nią byłby skłonny zrobić naprawdę wiele – i to nawet gdyby to oznaczało przesiadywanie całymi dniami gdzieś poza rezerwatem.
– Tak… Kilka razy – uświadomiła ze spokojem Marissie. – W zasadzie ciągle to powtarzasz – dodała zgodnie z prawdą, bynajmniej nierozeźlona z tego powodu. Jeśli miała być ze sobą szczera, Issie pod tym względem naprawdę ją bawiła.
– Więc mówię raz jeszcze: jest pięknie – oznajmiła z przekonaniem dziewczyna. – Swoją drogą, jakim cudem jeszcze tutaj nie byłaś? Rosalee ciągle narzeka, że nie miała okazji cię poznać.
Claire uniosła brwi. Wiedziała, kim jest ta wampirzyca, ale nigdy nie miała z nią żadnego kontaktu, a tym bardziej nie miała okazji jej poznać.
– Rosalee? – powtórzyła z powątpiewaniem.
– Jest cudowna, naprawdę. Trochę surowa, ale… – Issie zamilkła, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że jej intencje są aż nazbyt jasne. Z drugiej strony, być może obawiała się, że ktoś przypadkiem ją usłyszy, chociażby sama zainteresowana. – Wiem, że jest ciebie bardzo ciekawa. Lucas i Matt pewnie dużo na twój temat mówili… No i teraz ja. – Zaśmiała się nieco nerwowo. – Ciągle powtarza, że sama nie wie jakim cudem przez te lata ani razu się tutaj nie pojawiłaś.
Ledwo powstrzymała się przed wywróceniem oczami. Biorąc od uwagę to, ile mama musiała upierać się na przyjazd do Seattle…, pomyślała mimochodem, ale i to postanowiła zachować dla siebie. Prawda była taka, że sama do niedawna wolała ograniczać się wyłącznie do Miasta Nocy, stopniowo oswajając się ze spokojem, którym przez kilka lat mogli się cieszyć po odejściu Isobel. Później była podekscytowana perspektywą przyjazdu tutaj i na swój sposób cieszyła się, że ostatecznie miała po temu okazję, ale…
Cóż, prawda była taka, że od dłuższego czasu wszystko było nie tak. Przynajmniej tak długo, jak nie miała pojęcia, co takiego działo się z Laylą, zdecydowanie nie była w stanie brać pod uwagę jakiegokolwiek wyjazdu – czy to do Miasta Nocy, czy gdziekolwiek indziej. Wystarczyło, że jedynie cudem wytłumaczyła Rufusowi, że nie zamierza się nigdzie ruszać, przynajmniej na razie. Jak nic oszalałaby, zamartwiając się o bliskich i zarazem będąc gdzieś daleko, chociaż…
Cóż, teraz też była na dobrej drodze do tego, żeby postradać zmysły. Różnica polegała na tym, że przynajmniej mogła cieszyć się chociażby względną kontrolą nad sytuacją. Na pewno miała dostęp do informacji, a to nad dobry początek musiało wystarczyć.
Och, no i mogła przydać się Marissie, a to też na swój sposób poprawiało dziewczynie humor.
– Muszę lecieć – usłyszała nieco spięty głos przyjaciółki. – Matt się niecierpliwi i… Szczerze mówiąc, znowu trudno mi się skoncentrować – przyznała i to wystarczyło, żeby Claire zrozumiała, że to krew była problemem. – Dziwne, prawda?
– Pragnieniem z czasem przestaje być aż tak uciążliwe – zapewniła pośpiesznie.
– Dobrze wiedzieć. – Issie zaśmiała się w nieco nerwowy sposób. – Wyślę ci ten adres i… Hm, gdybyś faktycznie się tam wybierała, to… – Zamilkła, żeby złapać oddech. – Po prostu powiedz im, że ich kocham, w porządku? Wydaje mi się, że to wystarczy – dodała i to brzmiało tak, jakby próbowała przekonać samą siebie, że taka jest prawda.
– Na pewno – zapewniła pośpiesznie. – Powiem, Issie.
Po drugiej stronie zapanowała cisza, ale to nie wydało jej się niewłaściwe. Wkrótce po tym Marissa po prostu się rozłączyła, ale Claire nie od razu to zarejestrowała, dłuższą chwilę trwając w bezruchu i bezmyślnie wpatrując się w przestrzeń. Próbowała zebrać myśli i choć trochę ochłonąć, to jednak okazało się o wiele trudniejsze, niż mogłaby tego oczekiwać. W ostatniej chwili wszystko takie było, ale…
Z opóźnieniem uprzytomniła sobie, że ktoś ją obserwuje. W momencie, w którym to do niej dotarło, pośpiesznie poderwała głowę i spojrzała w stronę drzwi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa