17.04.2017

Sto sześćdziesiąt

Rufus
Wiedział, że coś jest nie tak. To było oczywiste właściwie od chwili, w której nabrał pewności, że Renesmee dosłownie przelewała mu się w rękach, niezdolna samodzielnie utrzymać się w pionie. Co prawda to nie był pierwszy raz, kiedy zachowywała się w taki sposób, ale zwykle istniała jakaś konkretna przyczyna. Kiedyś była w ciąży, więc taka nieporadność mimo wszystko pozostawała czymś, co Rufus mógłby zrozumieć, ale nie tym razem. Widział dość, żeby nabrać pewności, że wydarzyło się coś niedobrego, ale…
Cholera, za każdym razem. Nie miał pojęcia, dlaczego to zawsze jemu dopisywał aż taki pech, ale w gruncie rzeczy było mu wszystko jedno. W tamtej chwili nie pierwszy raz koncentrował się przede wszystkim na myśli o tym, że powinien działać szybko, w gruncie rzeczy nie zastanawiając się ani nad konsekwencjami, ani tym bardziej sensem tego, co i dlaczego zamierzał zrobić.
Zesztywniała, kiedy tak po prostu wgryzł się w jej szyję. Nie od razu spróbowała oswobodzić się z jego objęć, co może powinno go zmartwić, ale w tamtej chwili było Rufusowi jak najbardziej za rękę. Ostatnim, czego potrzebował, było to, żeby kolejny raz zmuszając ją do tego, by dała sobie pomóc. Co prawda mógłby spróbować się wytłumaczyć, ale nie sądził, by w obecnej sytuacji zrozumiała, co i dlaczego chciał zrobić, zresztą nie mieli na to czasu. Zwłaszcza kiedy jego kły przebiły skórę na szyi dziewczyny, nabrał pewności, że w jej krwi znajdowało się coś niedobrego – swego rodzaju gorycz, która zaniepokoiła go od pierwszej chwili, sprawiając, że zapragnął zrobić… właściwie cokolwiek. Teraz tym bardziej musiał się pośpieszyć, chociaż zarazem nie miał pewności, czy uda mu się zdziałać cokolwiek w tym miejscu.
Ktokolwiek ją zaatakował, musiał być uzdolniony. To mogłoby być nawet fascynujące, gdyby nie sytuacja, a już zwłaszcza to, że toksyna w krwi dziewczyny z pewnością miała okazać się niebezpieczna. Nie wiedział, co to jest, pewny co najwyżej tego, że jemu samemu krew Nessie nie miała zaszkodzić. Nie miał pojęcia skąd brało się to przekonanie, ale to w gruncie rzeczy nie było istotne. W tamtej chwili zależało mu przede wszystkim na pozbyciu się tego, co jej szkodziło, chociaż nie miał pewności, czy to w ogóle okaże się możliwe. Nie martwiło go nawet to, że mógłby się zapędzić, bo krew Renesmee smakował inaczej, niejako go odrzucając, dzięki czemu nie musiał martwić się, że przypadkiem zrobi jej krzywdę. Problem polegał na tym, że istniała granica, której nie mógł przekroczyć i to zwłaszcza w samym środku Seattle, nie mając możliwości, żeby kontrolować to, jak wiele osoki straciła. Gdyby wziął za dużo…
A potem usłyszał gniewne, ostrzegawcze warknięcie i przekonał się, że to wcale nie wytrzymałość obejmowanej przez niego pół–wampirzycy była największym problemem.
– Całkiem już oszalałeś?!
Nawet gdyby miał cierpliwość, żeby z czegokolwiek się tłumaczyć, to i tak nie miał po temu okazji. Mógł spodziewać się, że Gabriel jak zwykle okaże się równie porywczy, co i mało subtelny, a tym bardziej spróbuje go zaatakować. Wampir zaklął, zwłaszcza kiedy coś dosłownie odrzuciło go od Renesmee – telepatia, do której przyzwyczaiła go Layla, a która w wielu przypadkach potrafiła być równie praktyczna, co i uciążliwa. W tamtej chwili Rufus uznawał ją przede wszystkim za przeszkodę, rozjuszony tym bardziej, że moc zapewniała Gabrielowi przynajmniej częściową przewag. Jak zwykle wszystko było nie tak, jak trzeba, a jakby tego było mało…
Wiedział, że dziewczyna osunęła się na ziemię, ale nie był w stanie nic z tym zrobić. Poderwał się na równe nogi tak szybko, jak tylko okazało się to możliwe. Wysunął kły, machinalnie przybierając pozycję obronną i mimowolnie zastanawiając się nad tym, czy gdyby pokusił się o próbę pogruchotania szwagrowi kości, ten łatwiej zdołałby nad sobą zapanować. Od jakiegoś czasu okazyjnie miał na to ochotę, chociaż jakimś cudem zdołał się powstrzymywać, poniekąd przez Laylę i Renesmee. Nie zmieniało to jednak faktu, że już od dłuższego czasu aż rwali się z Gabrielem do tego, żeby się pozabijać, od lat nie będąc w stanie się porozumieć. Zwłaszcza od chwili powrotu Isobel sprawy miały się jeszcze gorzej, ale za każdym razem jednak byli w stanie się powstrzymać.
Do czasu.
Nie musiał sprawdzać, żeby zorientować się, że Gabriel był zły – i to najdelikatniej rzecz ujmując. To było widać, tym bardziej, że wszystko w nim aż krzyczało, że miał ochotę kogoś zabić. W gruncie rzeczy to wydawało się Rufusowi o tyle oczywiste, że sam zachowałby się podobnie, gdyby doszedł do wniosku, że ktokolwiek w równym stopniu zagrażał Claire albo Layli. Problem polegał na tym, że nie zamierzał tak po prostu przyjmować do wiadomości, że ktokolwiek mógłby traktować w ten sposób jego, a już zwłaszcza ktoś, kto od dłuższego czasu doprowadzał go do szału. Wciąż poirytowany, w pośpiechu przybrał pozycję obronną, ignorując pulsowanie w żebrach. Nawet jeśli Gabriel zdążył mu coś złamać, regeneracja nastąpiła na tyle szybko, by nie okazało się to uciążliwe. Tym lepiej, bo ostatnim, czego tak naprawdę sobie życzył, było danie satysfakcji komuś, kim miał ochotę porządnie potrząsnąć.
– Naprawdę musimy tak rozmawiać?! – zapytał z irytacją, bardziej rozdrażniony sytuacją, aniżeli tym, że jednak mieliby walczyć. Och, w gruncie rzeczy nie miał nic przeciwko temu, by w końcu pokazać Gabrielowi, gdzie było jego miejsce.
– Rozmawiać! – powtórzył z niedowierzaniem Gabriel. Jego ciemne oczy pociemniały jeszcze bardziej, chociaż to wydawało się niemożliwe. – Ty chyba naprawdę…
Cokolwiek miał do powiedzenia, zostawił to dla siebie. W zamian przemieścił się błyskawicznie, w następnej sekundzie rzucając do ataku, chociaż Rufus do samego końca brał pod uwagę to, że nieśmiertelny jednak się powstrzyma. W pośpiechu odskoczył, woląc trzymać się w bezpiecznej odległości od kogoś, kto potrafił skrzywdzić bez użycia rąk. Nie chciał tego przyznać, ale wiedział, że Licavoli był niebezpieczny. To zresztą było oczywiste od chwili ich pierwszego spotkania, kiedy aż rwali się do tego, żeby ze sobą walczyć. Pamiętał, że go poniosło, tym bardziej, że wtedy Gabriel unikał wykorzystywania mocy – czy to przez żonę, czy też fakt, że znajdowali się w laboratorium, które łatwo mogło zawalić im się na głowy. Nie zmieniało to jednak faktu, że wtedy sytuacja prezentowała się o wiele lepiej, podczas gdy teraz…
Och, tym razem nie zamierzał się powstrzymywać. I choć ta perspektywa miała w sobie coś niepokojącego, do jakiegoś stopnia mu się podobało.
No, dalej… W końcu…
– Całkiem was już popierdoliło?!
Właściwie nie zorientował się, kiedy i jakim cudem w samym środku zamieszania zmaterializowała się Isabeau. Wiedział jedynie, że wampirzyca dosłownie pojawiła się pomiędzy nim a Gabrielem, niemniej podenerwowana, co i jej brat, chociaż w jej przypadku to przynajmniej nie sprowadzało się do próby rzucenia się komukolwiek do gardła. Licavoli, który zdążył już ruszyć się z miejsca, aż rwąc się do ataku, raptownie wyhamował, w ostatniej chwili powstrzymując się przed uderzeniem w siostrę. Rufus wywrócił oczami, po czym z wolna wyprostował się, aż nazbyt świadom tego, że teraz najpewniej obaj spróbują go zaatakować albo…
A potem zauważył, że oczy Beau były o wiele jaśniejsze niż do tej pory, zaś po zdenerwowaniu dziewczyny zorientował się, że niekoniecznie musiała okazać się problematyczna. Co prawda nie był pewien, czy akurat królowej chciał cokolwiek zawdzięczać, ale po chwili wahania doszedł do wniosku, że jest mu wszystko jedno.
Sis, co ty…? – zaczął z irytacją Gabriel, ale dziewczyna tylko potrząsnęła głową.
– Renesmee. Idź do niej, tak? Już dzwoniłam do Damiena, ale… – Isabeau urwała, po czym w pośpiechu przeniosła wzrok bezpośrednio na Rufusa. – Co to było? – rzuciła naglącym tonem, tym samym utwierdzając wampira w przekonaniu, że widziała dość.
– Skąd mam wiedzieć? – obruszył się. – To miłe, że aż tak ufasz mojej wiedzy, ale to jeszcze nie znaczy, że rozpoznaję trucizny po smaku – mruknął, nie szczędząc sobie ironii.
– O czym wy właściwie…?
Gabriel urwał, być może dopiero w tamtej chwili uświadamiając sobie, co tak naprawdę było nie tak. Wymienił z Isabeau spojrzenia na tyle wymowne, by Rufus zorientował się, że znów porozumiewali się w ten nietypowy, właściwy telepatom sposób, który nie wymagał użycia słów. Wywrócił oczami, w ostatniej chwili powstrzymując się od jakichkolwiek uwag, a tym bardziej tego, żeby odwrócić się na pięcie i odejść, żeby nie tracić czasu. Miał wrażenie, że już i tak stracili okazję na to, by rozejrzeć się po tym miejscu, co dodatkowo podsycało odczuwaną przez wampira frustrację, sprawiając, że tym bardziej chciał kogoś zabić – ot tak dla zasady, żeby raz a dobrze dać wszystkim wokół do zrozumienia, że nie przepadał za tym, że ktokolwiek mógłby go denerwować. Najdelikatniej rzecz ujmując.
– Nieważne – oznajmił w zamian, wywracając oczami. Z uporem unikał spoglądania na Gabriela, z dwojga złego woląc skupić się na Isabeau. – Nie wiem ile widziałaś, ale chyba rozumiesz, że to nie wygląda dobrze. To wciąż w niej jest i… Hm, nie wiem, co z tym zrobić. Możliwe, że właśnie skończył nam się czas na reakcję, bo pewna osoba – dodał z naciskiem – wolała mnie zaatakować!
– Przepraszam bardzo, że spokojnie nie pozwoliłem, żebyś zamordował mi żonę!
Tym razem nie miał większego wyboru, jak przenieść wzrok na szwagra. Sam nie był pewien czy powinien się śmiać, czy może zareagować jakkolwiek inaczej, to zresztą nie miało dla wampira znaczenia.
– To zadziwiające, że po tych wszystkich latach wciąż podejrzewasz mnie o najgorsze – stwierdził z rezerwą. – Pewnie. Jestem pierwszy, żeby was wszystkich pozabijać. Czemu nie!
– Serio muszę ci to tłumaczyć?!
Tym razem nie odpowiedział, poniekąd dlatego, że w pewnych kwestiach jak najbardziej był skłonny przyznać Gabrielowi rację. Och, w porządku, może kilka razy zdarzyło mu się zrobić coś, co finalnie nie okazało się najlepszym pomysłem. Z tym się nie sprzeczał, tak jak i ze stwierdzeniem, że okazyjnie bywał „trochę szalony”, choć pewnie Licavoli ująłby sprawę w nieco bardziej zdecydowany sposób. Tak czy inaczej, przez lata zmieniło się dość sporo i nawet jeśli nieobecność Layli mu nie służyła, nie znaczyło to jeszcze, że planował skrzywdzić Renesmee.
– Lepiej sprawdź co z żoną, dobra? – zasugerował, tym razem siląc się na wyprany z jakichkolwiek emocji ton.
O dziwo reakcja była natychmiastowa, chociaż podejrzewał, że będzie musiał się natrudzić, by mieć choć cień szansy przekonać Gabriela do współpracy. Chwilę jeszcze mierzyli się wzrokiem, obaj podenerwowani i bez wątpienia wściekli, niejako tocząc nieformalny pojedynek na spojrzenia. Rufus podejrzewał, że będą tak tkwić nawet całą wieczność, tym bardziej, że obaj byli na tyle zawzięci, by nie chcieć odpuścić, ostatecznie jednak nic podobnego nie miało miejsca. W zamian Gabriel tak po prostu się wycofał, kiedy zmartwienie o Renesmee okazało się na tyle silne, by przekonać go do zawierzenia zdrowemu rozsądkowi.
Wampir wypuścił powietrze, wciąż spięty. Czuł na sobie spojrzenie Isabeau, aż nazbyt świadom tego, że kapłanka wciąż tkwiła w tym samym miejscu, z uporem go obserwując. Milczała, ale wiedział, że trwanie w ciszy byłoby zbyt piękne, by mogło trwać w nieskończoność.
– Dobrze wiedzieć, że jednak nie zrobiłeś czegoś głupiego – rzuciła z wręcz rozbrajającą szczerością, a Rufus prychnął, nie mogąc się powstrzymać.
– Jak zwykle jesteś cholernie miła, zwłaszcza dla mnie. – Spojrzał na nią z zaciekawieniem, po czym wysunął kły. – Jednak miałaś wątpliwości?
– Nie o to chodzi – obruszyła się i mimo wszystko nie miał wrażenia, że go okłamywała. – Ja też martwię się o Laylę, tak? Po prostu dużo się dzieje, więc działanie na własną rękę…
– I akurat ty chcesz mi narzucać to, co mam robić? Och, proszę, Isabeau… Uważaj, bo zaraz stwierdzisz, że się martwiłaś.
– Niedoczekanie twoje – wycedziła przez zaciśnięte zęby. Zaraz po tym potrząsnęła głową, raptownie poważniejąc. – Chcę skupić się na siostrze. To miejsce… Cóż, nie tak to sobie wyobrażałam – przyznała niechętnie.
Rufus zacisnął usta, w ostatniej chwili powstrzymując przed jakąś złośliwą uwagą. Nie miał ochoty na rozmowy, zdecydowanie bardziej woląc skupić się na możliwości rozejrzenia po okolicy, nawet jeśli to wydawało się bez sensu. Chciał przynajmniej się upewnić, chociaż podejrzewał, że Renesmee na wystarczająco długo rozproszyła ich uwagę, by ktokolwiek, kto się tu ukrywał, zdążył uciec.
– Co konkretnie tutaj robicie? – zapytał, bo ta jedna kwestia nie dawała mu spokoju.
– Mogłabym pytać o to samo – stwierdziła, ale skwitował jej słowa jedynie wymownym wywróceniem oczami.
– Zupełnie jakbym miał ci powiedzieć…
Isabeau warknęła cicho.
– Więc dlaczego ja miałabym…? – zaczęła, ale ostatecznie urwała i zaklęła pod nosem. – Dobra, nieważne. Miriam dała mi do zrozumienia, że znajdę tu coś ciekawego – wyjaśniła usłużnie, a Rufus uniósł brwi.
– Ach, ciekawego… – powtórzył z rezerwą. – Chyba nawet za bardzo – dodał, zanim zdążył ugryźć się w język.
– Coś sugerujesz? – W głosie wampirzycy dało się wyczuć narastające z każdą kolejną sekundą napięcie.
Jedynie potrząsnął głową.
– Mam na myśli wyłącznie to, co się wydarzyło. Och, poza tym tracimy czas, ale już przywykłem, że współpraca z twoim bratem jest ciężka. – Zacisnął usta. – Nie widziałaś, żeby Renesmee stało się coś poważnego albo…?
– Coście się dzisiaj tak zmówili na moje wizje! – obruszyła się kapłanka. – Wiem tyle, co i ty. No i liczę na Damiena, ale… – Zamilkła, po czym nerwowo przygryzła dolną wargę. Krótko obejrzała się przez ramię, chociaż pomiędzy kontenerami nie było już niczego, co mogłoby przykuć ich uwagę. – Goniłam kogoś. Uciekł mi, bo musiałam przybiec tutaj, ale… skoro ktoś zaatakował Renesmee i jednocześnie był ze mną…
– To musiało być tutaj więcej osób – dokończył jakby od niechcenia Rufus. – I co w związku z tym?
W gruncie rzeczy nie potrzebował odpowiedzi, bo ta była aż nazbyt oczywista. Chciała się rozejrzeć, chociaż – a jakże – bez wątpienia martwiła się zarówno o brata, jak i jego żonę. Co prawda myśl o kruchej, troszczącej się o kogokolwiek Isabeau wydawała się dziwna, ale po tym, jak zdążył zaobserwować załamanie królowej, chcąc nie chcąc spoglądał na nią inaczej. Za dobrze pamiętał, kiedy dosłownie przelewała mu się w rękach, wręcz błagając o to, żeby zabrał ją z Niebiańskiej Rezydencji. Wampirzyca może i przez większość czasu udawała silną, tym samym skutecznie doprowadzając go do szału swoim zachowaniem, ale prawda była taka, że bywała równie delikatna, co i Layla… Co oczywiście nie znaczyło, że nie potrafiła nakopać do tyłka, zwłaszcza gdyby uświadomić, że ukrywanie wrażliwości wcale nie przychodziło jej aż tak łatwo, jak mogłaby tego oczekiwać.
Inną kwestią pozostawało to, że coś w zachowaniu Isabeau mimo wszystko nie dawało mu spokoju. Nie był pewny, skąd brało się to przeczucie, ale obserwując ją, był gotów przysiąc, że wiedziała o wiele więcej, niż raczyła przyznać. Nawet z odległości mógł wyczuć jej emocje, chociaż interpretowanie ich przychodziło mu ze swego rodzaju trudem. Zwłaszcza ta wampirzyca bywała trudna, zresztą tak jak i on, ale mimo wszystko…
– Taak… Ja też chcę się rozejrzeć – zapewnił, jako pierwszy decydując się przerwać panującą ciszę. Drgnęła, wyrwana z zamyślenia i wyraźnie spięta. – Jeśli chcesz się tutaj kręcić, to po prostu milcz. Zdecydowanie łatwiej pracuje się w ciszy.
– Kto powiedział, że zamierzam iść z tobą? – warknęła, ale mimo wszystko nie zabrzmiało to jak definitywny protest. Cóż, chyba właśnie tego się obawiał. – Zamierzasz dyktować mi warunki? – dodała, ale i te słowa zdecydował się zignorować.
– Jak najbardziej.
Syknęła cicho, ale nie wyglądała na szczególnie zaskoczoną jego słowami. Rufus rzucił jej krótkie, obojętne spojrzenie, po czym najzwyczajniej w świecie ruszył w swoją stronę, nie zamierzając sprawdzać czy i kiedy zamierzała za nim pójść. W gruncie rzeczy wolał, żeby tego nie robiła, ale podświadomie czuł, że nie ma na co liczyć, dlatego nawet słowem nie skomentował tego, że Isabeau ruszyła za nim. Kiedy milczała, koncentrując się na zadaniu, bywała nawet znośna, z kolei on jak najbardziej był w stanie zrozumieć, dlaczego Dimitr zdecydował się uczynić kapłankę również dowódczynią straży. Cóż, kiedy trzeba było, potrafiła podejmować słuszne decyzje, oczywiście pod warunkiem, że akurat znów nie kierowała się emocjami. Nie zamierzał wprost tego przyznać, ale liczył, że jednak mogła mu się przydać, zwłaszcza ze swoimi telepatycznymi zdolnościami dostrzegając więcej, aniżeli on miał być w stanie. Po tym, co zdążył zaobserwować, kiedy Gabriel zabrał ze sobą Jocelyne, by zbadać zaułek, w której wyczuli trop Layli, negowanie nadnaturalnych zdolności tym bardziej nie wchodziło w grę.
Trwali w ciszy, co jak najbardziej było mu na rękę. Isabeau poruszała się szybko i lekko, przez co chwilami miał wątpliwości co do tego, czy wciąż mu towarzyszyła. Chociaż sam nie był obdarzony wyjątkowymi zdolnościami, był w stanie wyczuć, że wampirzyca jak najbardziej wykorzystywała moc. Przy Layli zdążył przywyknąć do subtelnego, pozornie nic nieznaczącego uczucia, które zwiastowało obecność telepatii – wrażenia świeżości po burzy, tak jak wtedy, kiedy powietrze wypełniał ozon. Nie skomentował tego nawet słowem, powstrzymując się od zadawania pytań, podejrzewając, że Isabeau sama poinformowałaby go, gdyby wychwyciła coś, go mogłoby się okazać warte uwagi.
– Gabriel twierdzi, że jest w porządku – odezwała się nagle. W jej głosie pobrzmiewała ulga, chociaż i tę próbowała ukryć. – Dotarł do nich Damien i… Hm, tak.
– Świetnie.
Cóż, to zdecydowanie nie było tym, co chciał usłyszeć. Co prawda dobrze było wiedzieć, że sytuacja opanowana, ale to jeszcze nie znaczyło, że problem zniknął. Pomijając to, że wciąż nie miał pewności, co tak naprawdę właśnie się wydarzyło, zdolności, z którymi mieli do czynienia, zaczynały być niepokojące. Wciąż nie miał pojęcia, czym była toksyna, którą wyczuł Renesmee, zresztą był w stanie się założyć, że i tak nie miał się tego dowiedzieć – i to bynajmniej nie przez Damiena, który miał dużą szansę uleczyć Nessie na tyle, by jakiekolwiek ślad zniknęły. Poza Miastem Nocy i tak nie mógł tego sprawdzić, a jakby tego było mało…
Och, nie. Chyba jednak wolał nie myśleć o Gabrielu i o tym, czy ten w ogóle pozwoliłby mu zbliżyć się do żony – i to nawet w sytuacji, w której wiedział już, że Rufus zdecydowanie nie miał w planach dziewczyny skrzywdzić.
Jasne, bo przecież na każdym kroku szukam sobie jakiejś ofiary!, pomyślał z przekąsem, ledwo powstrzymując przed parsknięciem pozbawionym wesołości śmiechem. Layla od lat żyje przy mnie wyłącznie dzięki syndromowi sztokholmskiemu, z kolei Claire…
– Rufus…
Drgnął, skutecznie wyrwany z zamyślenia. Jakby od niechcenia przeniósł wzrok na Isabeau, tym samym przekonując się, że wampirzyca gwałtownie się zatrzymała, nagle zamierając w bezruchu. Jej lśniące, błękitne oczy, w tamtej chwili odcieniem bardzo przypominające blade tęczówki Claire, wydawały jarzyć się w ciemnościach, co na swój sposób wyglądało… bardzo niepokojąco.
– Co znowu? – zniecierpliwił się, tym bardziej, że zamilkła, nie od razu decydując się przejść do rzeczy. – Och, nie ustaliliśmy przed chwilą, że byłoby dobrze, gdybyś milczała?
– Wal się – warknęła w odpowiedzi, nie kryjąc podenerwowania. Zaraz po tym wyprostowała się niczym struna, wyraźnie czymś zaniepokojona. – Ktoś tutaj jest… I to całkiem blisko – dodała, w następnej sekundzie dosłownie rzucając się do biegu.
Z braku lepszych pomysłów ruszył za nią, chcąc nie chcąc zmuszony zdać się na instynkt szwagierki. Sam nie czuł niczego, ale podejrzewał, że zmysły Isabeau były o wiele bardziej wrażliwe – i to zwłaszcza te, które wiązały się z posiadanymi przez nią umiejętnościami.
Jeśli faktycznie ktoś tutaj był i – zgodnie z jego podejrzeniami – miał szanse wiedzieć coś o Layli…
Cóż, zdecydowanie wolał nie być w skórze tych osoby, zwłaszcza, że zamierzał je dorwać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa