18.04.2017

Sto sześćdziesiąt jeden

Renesmee
Przytomność wróciła nagle, na tyle gwałtownie, że przez krótką chwilę nie byłam pewna, co się stało, a tym bardziej wciąż miało miejsce. Przez krótką chwilę byłam świadoma przede wszystkim obejmujących mnie ciepłych ramion, a także słodyczy, która nagle dosłownie eksplodowała mi w ustach – znajomej i niosącej ze sobą energię, która z miejsca rozjaśniła mi w głowie. Z wrażenia omal nie się zakrztusiłam, w pośpiechu podrywając do pozycji siedzącej… A przynajmniej mając taki zamiar, bo przytrzymująca mnie osoba zdecydowanie nie zamierzała pozwolić na to, żebym tak po prostu się odsunęła.
– Pij, mi amore – usłyszałam tuż przy uchu i to wystarczyło, żeby przyprawić mnie o dreszcze, zwłaszcza kiedy poczułam ciepły oddech na karku. – W porządku? – dodał, chociaż biorąc pod uwagę to, o co mnie prosił, niekoniecznie oczekiwał odpowiedzi.
Westchnęłam w duchu, po czym chcąc nie chcąc przywarłam wargami do jego nadgarstka. Wiedziała, że protestowanie nie ma sensu, przynajmniej tymczasowo, tym bardziej, że nie miałam siły, żeby zdobyć się na wypowiedzenie choćby kilku sensownych słów. Cóż, nawet gdybym chciała, nie byłabym w stanie, tym bardziej, że wszystko we mnie aż rwało się do wypicia krwi Gabriela. W efekcie musiałam się wręcz zmuszać do tego, żeby nie rzucić się na męża i kontrolować to, co chciałam zrobić. W głowie miałam mętlik, tym bardziej, że jeszcze chwilę wcześniej to Rufus trzymał mnie w ramionach, bynajmniej nie tylko po to, żeby pomóc mi ustać na nogach. Ledwo o tym pomyślałam, wyraźnie poczułam pulsowanie w szyi, dokładnie w miejscu, gdzie wampir wbił kły, by…
Nie, to nie miało sensu. Spodziewałam się naprawdę wielu rzeczy, ale na pewno nie ataku ze strony szwagra, tym bardziej, że nic nie wskazywało na to, by miał problem z zapanowaniem nad sobą. Wręcz przeciwnie – byłam gotowa przysiąc, że martwił się, wyraźnie poruszony czymś, co miało związek ze mną. Gdybym przynajmniej mogła zrozumieć w czym rzecz, być może wszystko stałoby się prostsze, ale tymczasowo samej sobie nie potrafiłam wytłumaczyć gdzie i dlaczego leżał problem.
Potem ci wyjaśnię…, obiecał pośpiesznie Gabriel. Rozluźniłam się, słysząc jego mentalny głos. Damien jest w drodze. Wytrzymasz do tego czasu?
Dlaczego miałabym nie?
Cokolwiek się wydarzyło, krew Gabriela dała mi dość energii, żebym poczuła się lepiej. Nie miałam wrażenia, bym w każdej chwili mogła znów stracić przytomność, a to chyba o czymś świadczyło, prawda? Tak przynajmniej sądziłam, bezskutecznie próbując uporządkować to, co działo się w mojej głowie, a tym bardziej chwilę wcześniej, kiedy ktoś mnie zaatakował. Wciąż pamiętałam to, jak tamta roślina owinęła się wokół mnie, skutecznie odbierając oddech i…
Jęknęłam, po czym zdecydowanym ruchem zmusiłam Gabriela do tego, żeby się odsunął. Musiałam z nim porozmawiać, tym bardziej, że wciąż znajdowaliśmy się w dzielnicy portowej, o czym przekonałam się z chwilą, w której niespokojnie powiodłam wzrokiem dookoła. Skrzywiłam się na widok górujących nad nami kontenerów, wręcz będąc w stanie wyobrazić sobie, że któryś z nich w każdej chwili będzie w stanie zwalić nam się na głowy. Moja reakcja oczywiście nie uszła uwadze Gabriela, bo ten momentalnie bardziej stanowczo przygarnął mnie do siebie, zupełnie jakby w ten sposób chciał zapewnić, że nic złego nie będzie miało miejsca. Sama nie byłam pewna na ile mogłam mu pod tym względem zaufać, ale nie skomentowałam jego reakcji nawet słowem, myślami mimo wszystko daleko, przez co tym trudniej było mi się skoncentrować.
– Gdzie Isabeau? – zapytałam cicho. Skrzywiłam się, kiedy mój głos zabrzmiał nieco chrapliwie, zaraz też sięgnęłam dłonią do gardła, lekko pocierając miejsce, gdzie – byłam tego pewna – nie tak dawno znajdowała się para ostrych kłów. – No i Rufus, ale…
– Poszli się rozejrzeć – wyjaśnił mi lakonicznie Gabriel. Zaraz po tym zacisnął usta, wyraźnie podenerwowany. – Jesteś pewna, że wszystko w porządku? – dodał, a ja wywróciłam oczami.
– Na tyle, na ile to możliwe – stwierdziłam z przekonaniem. Ostatnim, czego w tamtej chwili potrzebowałam, były pytania o moje samopoczucie. – Co się stało? Rufus… Ale to nie ma sensu. – Z niedowierzaniem potrząsnęłam głową, wciąż oszołomiona.
W porządku, Rufusowi zdarzały się różne rzeczy, w większości co najmniej szalone, a przynajmniej takie, które był w stanie zrozumieć wyłącznie on. Tak czy inaczej, nie sądziła, że mógłby być w stanie ot tak mnie zaatakować – nie w tamtej chwili i nie bez wcześniejszych oznak tego, że cokolwiek mogłoby być nie tak. Zwykle bez trudu dało się rozpoznać, kiedy jakikolwiek wampir był w nastroju na tyle podłym, by pokusić się o coś takiego. Zwłaszcza w przypadku Rufusa ocenienie tego zwykle przychodziło mi z łatwością, tym bardziej, że przywykłam do jego zmiennych nastrojów. Co prawda teraz, kiedy nie wiedzieliśmy, co działo się z Laylą, zrozumienie naukowca mogło okazać się trudniejsze, ale mimo wszystko…
Przestałam o tym myśleć, kiedy Gabriel nagle chwycił mnie za nadgarstki, zdecydowanym ruchem zachęcając do tego, żebym rozprostowała ramiona. Ten gest z miejsca skojarzył mi się z tym, jak zachował się naukowiec nad chwilę przed tym, jak spróbował mnie ukąsić, dlatego w pośpiechu przyjrzałam się najpierw mężowi, a dopiero później swojej skórze. Ślady po kolcach, które już wcześniej przykuły moją uwagę, już nie były aż tak wyraźne, poza tym przestały krwawić, ale i tak coś w ich widoku mnie zaniepokoiło. Pamiętałam, że prócz krwi widziałam coś jeszcze, co niekoniecznie byłam w stanie zidentyfikować i co prawie na pewno nie spodobało się Rufusowi. Nie wiedziałam, czym była ta dziwna ciecz, ale myśl o tym, że mogłaby znaleźć się w moim krwiobiegu nie napawała mnie jakimś szczególnym entuzjazmem. Och, wręcz przeciwnie – myśląc o tym, ostatecznie doszłam do wniosku, że to wcale nie uduszenie przez to pnącze mogło okazać się najgorszym, co z jakiegokolwiek powodu mogłoby mnie spotkać.
– O bogini… – wyrwało mi się. Zaraz po tym w końcu zaczęłam rozumieć, a moje oczy rozszerzyły się nieznacznie, kiedy dotarło do mnie, co tak naprawdę się wydarzyło. – Rufus… mi pomógł, tak? – zapytałam cicho, starannie dobierając słowa. – Gabrielu…
– Zabiorę cię stąd – uciął stanowczo, jak gdyby nigdy nic ignorując moje pytania. Nie zaprotestowałam, kiedy bez większego wysiłku wziął mnie na ręce, dla lepszego efektu wręcz obejmując męża za szyję, by mieć szansę utrzymać się w pozycji siedzącej. – Będzie w porządku, tylko… Och, poczekamy na Damiena przy samochodzie – zaproponował, a ja skinęłam głową, usatysfakcjonowana perspektywą wyrwania się z tego miejsca.
Nie ponowiłam pytań o Rufusa, dochodząc do wniosku, że przynajmniej tymczasowo naciskanie i tak nie miało sensu. Gabriel był zmartwiony, poza tym – och, byłam tego pewna – wyraźnie wzburzony, co nie zdarzało mu się często. Chociaż przez wzgląd na mnie panował nad emocjami, mogłam się założyć, że w rzeczywistości aż go trafiało i to niekoniecznie tylko przez to, że mogłabym zostać zaatakowana. Byłam gotowa przysiąc, że zdecydowanie bardziej irytowało go to, że kolejny raz musiał zawdzięczać coś Rufusowi albo… Och, ewentualnie coś wydarzyło się, kiedy straciłam przytomność, chociaż wątpiłam, żeby ktokolwiek z panów zamierzał uświadomić mi w czym rzecz. W efekcie pozostawało mi co najwyżej wypytać Beau, o ile istniał cień szansy na to, że wampirzyca była bardziej świadoma sytuacji ode mnie.
Wciąż o tym myślałam, kiedy Gabriel ruszył się z miejsca, bez większego wysiłku donosząc mnie do samochodu. Czułam, że wciąż wykorzystywał moc, starannie patrolując okolicę i szykując się do ewentualnej samoobrony, gdyby zaszła taka potrzeba. Co prawda nic nie wskazywało na to, żeby coś podobnego miało okazać się konieczne, ale oboje mieliśmy wątpliwości. Coś tutaj było, a skoro tak…
– Ile pamiętasz? – zapytał mnie nagle Gabriel. Poderwałam głowę, żeby móc spojrzeć mu w oczy. I bez lustrowania wzrokiem jego twarzy, wiedziałam, że się martwił. – Beau tam poszła. Nie jestem pewien, co się wydarzyło, ale… – zaczął, ale nie pozwoliłam mu dokończyć.
– Pamiętasz Caine’a? – wypaliłam, tym samym skutecznie zamykając mu usta.
Właściwie sama nie byłam pewna, dlaczego akurat o tym pół-wampirze pomyślałam w tamtej chwili. Z drugiej strony, próbując uporządkować to, co miało miejsce, jedynie takie rozwiązanie wydało mi się sensowne. Jak inaczej miałam określić moment, w którym sama natura dosłownie zwróciła się przeciwko mnie, jeśli nie zdolnościami kontroli któregokolwiek z żywiołów? Co prawda to wydawało się dość nieprawdopodobne, ale z drugiej strony…
– Wbrew wszystkiemu panowanie nad żywiołami jest dość częste – usłyszałam tuż przy uchu spięty głos Gabriela. Wypuściłam powietrze ze świstem, uświadamiając sobie, że nieświadomie dawałam mu pełen dostęp do tego, co działo się w mojej głowie. – Zresztą to by pasowało. Pamiętasz, co mówili Cammy i Claire po tamtym wypadku? Jeśli to ta dziewczyna, Marcy…
Nie dodał niczego więcej, ale to w gruncie rzecz wydawało się zbędne. Chociaż tym razem zdecydowanie nie mogliśmy powiedzieć, że atak na którekolwiek z nas przeprowadzono celowo, fakt, że Miriam wskazała nam akurat tę grupę, wydał mi się co najmniej niepokojący. Och, od samego początku wszystko sprowadzało się do nich, a przynajmniej tak sądziłam. Co prawda to nie wyjaśniało tego, że Beatrycze widziała Volturi w okolicy, ale pal to licho. Z wolna zaczynałam też rozumieć, co takiego robił tutaj Rufus, tym bardziej, że wampir jako pierwszy stwierdził, że odszukanie problematycznej grupki najpewniej rozwiązałoby wszystkie problemy. Zwłaszcza teraz, kiedy sprawy zaczęły być tym bardziej osobiste, bo prócz ataków, w grę wchodziło jeszcze zaginięcie Layli, tym bardziej zaczynałam spodziewać się po wampirze dosłownie wszystkiego.
Gabriel pomógł mi stanąć na nogi, ledwo tylko znaleźliśmy się przy samochodzie. Dla pewności przytrzymałam się dachu, wciąż mając wrażenie, że nie wszystko jest w porządku. Ciało wydawało się dziwnie obce, zupełnie jakby w każdej chwili mogło odmówić mi posłuszeństwa, chociaż uczucie to nie było aż tak intensywne jak na krótko przed ugryzieniem przez Rufusa. Mimo wszystko skorzystałam z okazji, żeby usiąść, ledwo tylko Gabriel odblokował drzwiczki lexusa, wpuszczając mnie do środka. Sam w pośpiechu przykucnął naprzeciwko mnie, wyraźnie podenerwowany – i to bynajmniej nie tylko dlatego, że mógłby martwić się o mnie.
– Jeśli chcesz się rozejrzeć, idź. Damien i tak zaraz tutaj będzie – zasugerowałam, chociaż nie oszalałam na tyle, by chociaż wierzyć w to, że Gabriel tak po prostu na to przystanie.
– Chyba żartujesz. – Niespokojnie obejrzał się przez ramię, raz jeszcze spoglądając na pozornie spokojny, pogrążony w ciszy labirynt z kontenerów. – Isabeau sobie poradzi, tak sądzę.
– Rufus z nią poszedł – przypomniałam mu, chociaż sama nie byłam pewna, czy to choć trochę go uspokoi. Po spojrzeniu, które mi posłał, z miejsca zorientowałam się, że niekoniecznie.
– No wiesz… Sam ją zabrał, to niech teraz sam się broni – wypalił, tym samym niejako ucinając dyskusje.
– Gabriel!
Jedynie wywrócił oczami, ja zaś chcąc nie chcąc zdecydowałam się wycofać. Cokolwiek chodziło mu po głowie, ostatecznie nie podzielił się tym ze mną, a i ja powstrzymałam się od jakichkolwiek pytań. Łatwiej było trwać w ciszy, zwłaszcza, że mimo wszystko przy mężu czułam się najbezpieczniejsza. Dla pewności przysunęłam się bliżej niego, pozwalając żeby otoczył mnie z ramionami, co podziałało na mnie jeszcze bardziej kojąco. Byłam na siebie zła przez to, co się wydarzyło, ale z drugiej strony… Cóż, teraz przynajmniej wiedzieliśmy na czym stoimy. Nie miałam pojęcia czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie, ale na początek musiało wystarczyć.
Może przy odrobinie szczęścia Beau i Rufus mieli dowiedzieć się czegoś więcej albo w najlepszym wypadku wrócić z Laylą, więc…
Problem polegał na tym, że z jakiegoś powodu nie potrafiłam w to uwierzyć.
Melanie
– Mamy problem.
Te słowa nigdy nie zwiastowały niczego dobrego. Zwłaszcza kiedy padały z ust Marcy, w Melanie wszystko aż rwało się do tego, żeby odwrócić się na pięcie i przy najbliższej okazji rzucić do ucieczki. Tak było i tym razem, dlatego kobieta napięła mięśnie, prostując się niczym struna i z wyraźną niechęcią spoglądając na wzburzoną wampirzycę. Cokolwiek się wydarzyło, nie mogło być dobre, ale…
– Co znowu? – Peter dosłownie wyrwał jej to pytanie z ust. Przynajmniej on jeden wydawał się mieć względną kontrolę nad sytuacją, chociaż – paradoksalnie – nie miał do powiedzenia aż tyle co David. Chwilami sama nie rozumiała, dlaczego to akurat on został wybrany na przywódcę, ale to w gruncie rzeczy nie miało dla niej znaczenia. – Do rzecz, Marcy. Zawsze masz jakiś problem, ale…
– Nie aż taki – obruszyła się kobieta. – Zbieramy się, jasne? Mówię poważne – zapowiedziała nieznoszącym sprzeciwu tonem.
Coś w jej słowach dało Melanie do zrozumienia, że w grę wchodziło coś poważnego – i to najdelikatniej rzecz ujmując. Co prawda nie miła pewności, co powinna o zaistniałej sytuacji myśleć, ale zdecydowanie nie czuła się dobrze. Wręcz przeciwnie, skoro wszystko w niej aż krzyczało, że jak najbardziej rozsądniej było uciekać. Od samego początku nie podobało jej się, że zostali wciągnięci w całe to szaleństwo, ale chcąc nie chcąc musiała w tym trwać, świadoma, że ani ona, ani Jason nie mieli wyboru. Sęk w tym, że on wydawał się usatysfakcjonowany takim stanem rzeczy, przynajmniej do pewnego stopnia, ale…
Och, to nie był najlepszy moment na to, żeby tracić czas na wahanie. Musiała podjąć decyzję, ale to wcale nie wydawało się Melanie takie proste, skoro została sama z tą cholernie irytującą grupką. Jason miał wyjść na chwilę, zarzekając się, że szybko wróci, chociaż oboje wiedzieli, że to tylko słowa. Mel już od dłuższego czasu miała wrażenie, że coś się psuło, a między nimi powstaje przepaść, stopniowo przybierając na szerokości, by wkrótce osiągnąć rozmiar, którego żadne z nich nie miało być w stanie przeskoczyć – i to pomimo tego, że oboje zostali obdarzeni nadludzkimi zdolnościami.
Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści, po czym niespokojnie powiodła wzrokiem po niewielkim, zdemolowanym budynku, który zajmowali. Magazyn albo hangar – nie miała pojęcia, w jaki sposób powinna to miejsce nazwać, by miało to sens. I tak było jej wszystko jedno, tym bardziej, że zarówno ta nieszczęsna kryjówka, jak i towarzystwo, w którym przyszło jej się obracać, wzbudzały w niej niechęć. Gdyby to zależało wyłącznie od niej, już dawno uciekłaby, ale nie była w stanie. Nie, skoro powstrzymywał ją Jason, ale też przede wszystkim to, że bez problemu by ją znaleźli – a wtedy jak nic by zginęła. Demetri dotykał ich wszystkich, więc gdyby zechciał ją odnaleźć, okazałoby się to dla niego co najwyżej dziecinną igraszką, niezależnie od tego, czego naprawdę by chciała.
Włosi pojawiali się rzadko, ale Melanie nie miała wątpliwości co do tego, że przez cały czas kontrolowali sytuację. Byli blisko, o czym zdążyła przekonać się w ostatnim czasie, kiedy przychodzili w najmniej oczekiwanych chwilach. To znaczyło, że wciąż przebywali w Seattle, najpewniej w o wiele lepszych warunkach, aniżeli podlegająca im grupka. Zresztą dlaczego miałoby być inaczej, prawda? Po to szukali sobie wampirów z ulicy, żeby zrzucić na nich całą odpowiedzialność, nie widząc powodu, dla którego mieliby dawać cokolwiek w zamian. Nie musieli, skoro wszystko tak czy inaczej sprowadzało się do jednego: a więc możliwości zachowania życia, z czego nie skorzystałby chyba tylko szaleniec. System wydawał się wręcz idealny, zapewniając Volturi absolutny posłuch, a więc dokładnie to, czego oczekiwali.
Tak czy inaczej, jak zwykle, kiedy pojawiały się jakieś komplikacje, każde z nich było zdane na siebie. To było wręcz do przewidzenia, ale Melanie i tak zapragnęła komuś przyłożyć, kiedy po rozejrzeniu się po budynku, przekonała się, że poza nią, Marcy i Peterem nie było nikogo. Nie miała pojęcia, gdzie podziewał się David, kiedy był potrzeby i chyba nawet nie chciała tego wiedzieć. Z miejsca za to zaczęła martwić się o Jasona, bo przy nim zwykle czuła się pewniej – i to niezależnie od tego, czy mieli gotowy plan, czy może tradycyjnie zamierzali improwizować. Jego nieobecność skutecznie wszystko utrudniała, czyniąc Melanie jeszcze bardziej niepewną i niezdolną do podjęcia jakiejkolwiek decyzji. Gdyby to on zadecydował o tym, że jednak zamierzali uciec…
Cholera, wieź się w garść!, warknęła na siebie w duchu i to wystarczył, żeby przynajmniej na krótką chwilę rozjaśnić jej w głowie. Stanowczo zrobiła kilka kroków naprzód, w następnej sekundzie dosłownie materializując się u boku Marcy. Kobieta zastygła w bezruchu, po czym zrobiła taki gest, jakby spodziewała się, że ktoś za chwilę spróbuje ją uderzyć, chociaż Melanie zdecydowanie nie miała takiego zamiaru. Och, to byłoby zbyt proste, zresztą nie widziała powodu, dla którego miałaby tracić czasu na tę kretynkę. Oczywiście nigdy nie powiedziała tego Marcy wprost, aż nazbyt świadoma, jak daleko byłaby w stanie posunąć się ta kobieta, ale zdecydowanie nie miała jej za inteligentną. Wręcz przeciwnie – dostrzegała w nieśmiertelnej coś, co skutecznie doprowadzało ją do szału, wiążąc się przede wszystkim z bezmyślnością.
– Co się stało? – zapytała wprost, bo to pytanie powinno paść na samym początku. Z doświadczenia wiedziała, że dość ciężko było bronić się przed niebezpieczeństwem, jeśli nie dało się stwierdzić z czym tak naprawdę ma się do czynienia. – Dlaczego mamy uciekać, do cholery?
– Bo mamy problem – padło w odpowiedzi.
Mel zacisnęła usta, chociaż w rzeczywistości miała ochotę roześmiać się histerycznie. Och, cudownie! Teraz wszystko z miejsca robiło się o wiele prostsze i oczywistsze. W końcu jakim cudem sama na to nie wpadła, prawda?
– Jaki znowu…
Marcy jęknęła, po czym w pośpiechu wycofała się, tym samym uświadamiając Melanie, że nieświadomie jednak posunęła się za daleko, machinalnie próbując pochwycić wampirzycę za przód skórzanej krótki, którą ta miała na sobie.
– Zostaw – wycedziła przez zaciśnięte zęby kobieta. Zaraz po tym wyprostowała się i z niedowierzaniem potrząsnęła głową. – No chyba nas znaleźli, nie? To znaczy prawie na pewno ktoś tutaj jest i…
– I co? – ponagliła Melanie. – Może nas nie zauważyli, tak? A nawet jeśli, to mamy czas stąd uciekać. Jeśli nie będziemy zwracać na siebie uwagi… – zaczęła i zaraz urwała, bo mina Marcy w aż nazbyt jasny sposób dała jej do zrozumienia, że sprawy wcale nie miały się w aż tak prosty, oczywisty sposób. – Ach… Już zwróciłaś, tak? – zapytała z niedowierzaniem, coraz bardziej mając ochotę coś rozwalić.
Cudownie! Nie sądziła, że może być jeszcze gorzej, ale najwyraźniej jednak było to możliwe. Mogła przewidzieć, że po prośbie Volturi to już równia pochyła, prowadząca prosto do śmierci, ale to w gruncie rzeczy nie było istotne. Musiała poszukać Jasona, a potem się stąd wynosić, niezależnie od konsekwencji. To wszystko i tak zabrnęło za daleko, oni zaś narobili sobie wystarczająco wielu wrogów, by opuszczenie Seattle zaczęło jawić się jako jedyne rozsądne wyjście. Zwłaszcza po tym, co zasugerowała Marcy, musieli mieć problem, a jednak…
Z tym, że Jason niekoniecznie chciał być rozsądny. Coraz częściej to dostrzegała, wręcz porażona jego zaślepieniem pragnieniem zemsty, która i tak nie miała prawa się udać. To nie miało sensu, Melanie z kolei zaczynała mieć tego wszystkiego dość.
– W zasadzie… – zaczęła Marcy, z opóźnieniem decydując się udzielić odpowiedzi na pytanie, jednak to nie było jej dane – i to nie tylko dlatego, że Mel nie miała najmniejszej ochoty na to, żeby wampirzycy słuchać.
– Zwróciła – doszedł ją od strony wejścia spokojny, damski głos; absolutnie obcy, a jakby tego wszystkiego było mało…
Cudownie, pomyślała, powstrzymując się od jakichkolwiek uwag.
Zaraz po tym – poruszając się przy tym trochę jak w transie – powoli się odwróciła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa