20.04.2017

Sto sześćdziesiąt dwa

Melanie
Teoretycznie nie powinna się bać. Nie miała powodu, skoro intruzów było zaledwie dwoje, oboje należący do tego dziwnego, po części ludzkiego gatunku, którego nie potrafiła jednoznacznie określić. Z wahaniem spojrzała na ciemnowłosą, z zaciekawieniem rozglądającą się dookoła kobietę, być może dlatego, że ta odezwała się jako pierwsza, tym razem skutecznie zwracając na siebie uwagę. Z drugiej strony, równie dobrze mogło chodzić o parę lśniących, intensywnie niebieskich oczu, których kolor z jakiegoś powodu przyprawił Melanie o dreszcze. Było w spojrzeniu nieznajomej coś niepokojącego, zresztą kiedy przyjrzała się dokładniej, przekonała się, kolor tęczówek był na tyle jasny, że wręcz wpadał w srebro, a to… Cóż, zdecydowanie było niespotykane.
Pomijając tę kobietę, był jeszcze mężczyzna – jasnowłosy i na swój sposób… dziki, chociaż sama nie potrafiła określić skąd brało się to wrażenie. Przeczucie, że jego obecność nie świadczyła o niczym dobrym, nie dawało Melanie spokoju, zresztą tak jak i świadomość tego, że jednak mieli kłopoty. Żadne z przybyszy nie sprawiało wrażenia zaniepokojonego, wampirzyca zresztą odniosła wrażenie, że zdecydowanie nie ma przed sobą kogoś, kto na własne życzenie pakowałby się w sam środek walki, której nie miał szansy wygrać. Od Włochów słyszała dość, żeby zorientować się, że rodzina, którą obserwowali, była uzdolniona, a to bez wątpienia o czymś świadczyło. Już wcześniej zdążyła to zauważyć, kiedy pomagała Jasonowi dostać się do Elizabeth. Musiałaby być ślepa i głupia, żeby na podstawie tego, co wszyscy mogli zaobserwować, nie dojść do wniosku, że powinni być czujni.
Napięła mięśnie, dla pewności przybierając pozycję obronną. W takich sytuacjach zazwyczaj kierowała się instynktem, nawet nie zastanawiając nad tym co i dlaczego chciała zrobić. To zresztą chyba miało tak działać – ograniczyć zbędne bodźce do minimum i skupić się na przetrwaniu. Nie chciała walczyć, mając niejasne wrażenie, że i tak nie miałaby większych szans – i to pomimo tego, że była przecież nieśmiertelna, a w żyłach przybyszów nadal krążyła krew. Nie wiedziała, co tak naprawdę to oznaczało i chyba nie chciała poznać odpowiedzi, w zamian marząc wyłącznie o tym, żeby się ewakuować.
– No, świetnie…
Coś w tych słowach sprawiło, że zapragnęła z całej siły przyłożyć Marcy, tylko i wyłącznie po to, żeby ta w końcu zamilkła. Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści, ledwo powstrzymując się przed gniewnym, ostrzegawczym warknięciem. Nie chciała zwracać uwagi na siebie bardziej, niż było to koniecznie, po cichu licząc na to, że jeśli uwaga obecnych skoncentruje się na pozostałych, wtedy będzie miała szansę na ucieczkę. I tak nie obchodziło ją nic innego prócz tego, żeby znaleźć Jasona, a skoro ten znajdował się gdzieś na zewnątrz, przynajmniej tymczasowo nie musiała się nim przejmować.
Cholera, jak zawsze wszystko jest nie takie, jak powinno…, pomyślała z irytacją. Właściwie sama nie była pewna czy powinna się śmiać, czy może ostatecznie załamać. Ostatecznie doszła do wniosku, że najbardziej „zdrową” reakcją będzie gniew, ale i dzięki temu nie poczuła się lepiej. Gdyby tylko wiedziała, czy nagłe rzucenie się do wyjścia w ogóle miało rację bytu, wtedy…
Nie radzę, padło w odpowiedzi, a Melanie zesztywniała, kiedy usłyszała kobiecy głos… bezpośredni w głowie. Jej oczy rozszerzył się nieznacznie, zaraz też przeniosła wzrok na nieznajomą wampirzycę, gotowa myśleć tylko i wyłącznie o tym, że to niemożliwe, żeby ona… No jasne, jestem tylko twoją halucynacją, zadrwiła kobieta, tym samym skutecznie wytrącając Mel z równowagi.
Kimkolwiek była, jakimś cudem mogła przeniknąć cudzy umysł. Teoretycznie coś takiego nie powinno dziwić, przynajmniej kogoś, kto – tak jak Melanie – z założenia był nieśmiertelny, a jednak…
Przyzwyczaisz się… Może, padło w odpowiedzi i to ostatecznie sprawiło, że kobieta przestała zastanawiać się nad czymkolwiek.
Niby jak miała rozumieć te słowa? Jakaś jej cząstka zupełnie machinalnie uznała je za groźbę, co bynajmniej nie poprawiło nieśmiertelnej nastroju. Czy to miało być jednoznaczną odpowiedzią w kwestii tego, czy w ogóle mogła liczyć na to, że uda jej się ujść z życiem? Nie chciała sobie tego wyobrażać, a tym bardziej nie śpieszyło jej się do tego, żeby umierać. Cokolwiek się działo, nie było ani tym, czego oczekiwała, ani tym bardziej nie na co mogłaby zasłużyć – a przynajmniej tak sadziła, bo mimo wszystko…
Nie, wolała się nad tym nie zastanawiać.
– Dobra… – Tym razem kobieta odezwała się na głos. Błękitne oczy omiotły cale pomieszczenie, ostatecznie zatrzymując się na Marcy. Melanie mimo wszystko odetchnęła z ulgą, chociaż zarazem wciąż towarzyszyła jej co najmniej niepokojąca świadomość tego, że przynajmniej ta wampirzyca była zdolna do czytania w myślach. – Hej, złotko, przestań się na mnie patrzeć tak, jakbyś była upośledzona, co? Pogadamy sobie – zaproponowała ze słodkim uśmiechem nieznajoma, jej ton jednak wyraźnie sugerował, że nie miała na myśli miłej, uprzejmiej wymiany zdań.
– Ja… Jak ty śmiesz…?
Marcy zamilkła, po czym energicznie potrząsnęła głową, zupełnie jakby dopiero w tamtej chwili dotarł do niej pełen sens słów wampirzycy. Chociaż na początku wyglądała na zaniepokojoną, jej nastrój prawie natychmiast uległ zmianie, kiedy do głosu doszedł gniew. Melanie ledwo powstrzymała cisnącą jej się na usta wiązankę przekleństw, gdy ziemia pod jej stopami zadrżała, zwiastując tylko jedno – a więc to, że Marcy zamierzała zrobić coś co najmniej szalonego. Zanim zdążyła się choćby zastanowić, a tym bardziej cokolwiek powiedzieć, wszystko potoczyło się bardzo szybko, chociaż zdecydowanie nie w sposób, którego wampirzyca mogłaby oczekiwać.
Cokolwiek planowała zrobić Marcy, ostatecznie nie miała po temu okazji. Nie, skoro w bezceremonialny sposób została ciśnięta przez całą długość budynku, lądując na przeciwległej ścianie i chyba jedynie cudem nie przebijając jej na wylot. Wszyscy wokół zamarli, a przynajmniej Melanie odniosła takie wrażenie, zwłaszcza kiedy kątem oka zauważyła, że nawet Peter nie ruszył się z miejsca, niemalże obojętnie obserwując to, co działo się na jego oczach. Coś w jego postawie dało Mel do zrozumienia, że widział gorsze rzeczy, ale z drugiej strony…
– Coś jeszcze? – rzuciła chłodno kobieta, która – Mel była gotowa to przysiąc – odpowiadała za zaistniałą sytuacją.
Cisza, która z miejsca zapanowała, miała w sobie coś ostatecznego. Przez krótką chwilę po prostu obserwowali, Melanie dodatkowo utwierdzona w przekonaniu, że wtrącanie się albo próba walki zdecydowanie nie byłyby najlepszym pomysłem. W porządku, więc to właśnie musiała być telepatia – umiejętność, o której słyszała wystarczająco wiele, żeby wiedzieć, że ta istnieje, ale nie na tyle, by być w stanie ją sobie wyobrazić. Cóż, teraz wszystko zaczynało być jasne.
– Nie. – Drgnęła, kiedy Peter jednak zdecydował się odezwać. Po jego zachowaniu, a już zwłaszcza wyraźnie bijącym od wampira napięciu, Melanie nie była w stanie jednoznacznie stwierdzić, co takiego chodziło mu po głowie. Cóż, ta kobieta na pewno wie…, pomyślała mimochodem, ale nie skomentowała zaistniałej sytuacji nawet słowem. – Czego chcecie?
– Sama mogłabym o to pytać – warknęła w odpowiedzi kobieta.
Wampir jedynie wzruszył ramionami.
– Nie mnie wnikać w to, ilu tak naprawdę narobiliście sobie wrogów – stwierdził niemalże łagodnym tonem, ale jego słowa były trochę jak igranie z ogniem.
Z wahaniem spojrzała na mężczyznę, mimowolnie zastanawiając się nad tym, czy poczułaby się chociaż odrobinę pewniej, gdyby zdołała do niego dotrzeć. Jasne, nie był Jasonem, ale jeśli miała być ze sobą szczera, powoli zaczynała wątpić w to, czy jej partner faktycznie był gwarantem tego, że mogłaby cieszyć się bezpieczeństwem. Jeśli miała być ze sobą szczera, coraz częściej towarzyszyły jej wątpliwości, chociaż wątpiła, by to była najodpowiedniejsza pora na próbę ich roztrząsania.
Usłyszała jęk, a chwilę później Marcy poderwała się na równe nogi, prostując niczym struna i przybierając pozycję obronną. Kiedy się poruszyła, drobinki tynku i kurzu, które w chwili uderzenia osiadły na jej ubraniu i we włosach, ponownie wzbiły się w powietrze. Nieśmiertelna była wściekła, natychmiast przybierając pozycję kogoś gotowego do ataku, chociaż ostatecznie nie ruszyła się nawet o milimetr, być może jednak ciesząc się resztkami instynktu samozachowawczego. Jakkolwiek by nie było, nie zmieniało to faktu, że jej oczy lśniły dziko – dotychczas rubinowe tęczówki, które pociemniały przez nadmiar emocji, przypominając trochę dwa rozżarzone węgliki.
– Uspokójcie może koleżankę, co? – odezwała się ponownie wampirzyca. – Mam ochotę ją zatłuc za to, co zrobiła mojej bratowej, więc jeśli choć trochę wam na niej zależy, miło by było, gdyby przestała mnie denerwować – dodała, a Marcy prychnęła, najwyraźniej nie będąc w stanie się powstrzymać.
I to tyle, jeśli chodzi o instynkt samozachowawczy…
Przez krótką chwilę była gotowa przysiąc, że niewiele brakowało, żeby telepatka zdołała się uśmiechnąć.
– Mogła mnie nie gonić! – Marcy zamilkła, po czym gniewnie zmrużyła oczy. – W ogólnie nie powinniście się tutaj kręcić. To nasz teren!
– I ja mam uwierzyć, że tylko o tereny tutaj chodzi? Nie rozśmieszaj mnie! – warknęła nieznajoma, dosłownie taksując swoją rozmówczynię wzrokiem.
– Wierz sobie, w co tylko chcesz – obruszyła się tamta. – To naprawdę nie jest wasza sprawa, co ja albo… – zaczęła, jednak tym razem nie miała okazji po temu, żeby chociaż spróbować dokończyć.
Melanie nawet nie zarejestrowała momentu, w którym towarzyszący telepatce mężczyzna w ogóle ruszył się z miejsca. W gruncie rzeczy zdążyła o nim zapomnieć, tym bardziej, że z uporem milczał, wydając się całkowicie ignorować sytuację. Teraz wiedziała, że to nie było takie proste, najpewniej służąc tylko i wyłącznie temu, żeby uśpić ich czujność, co zresztą wyszło nieśmiertelnemu doskonale. Inaczej nie dało się wytłumaczyć tego, że niepostrzeżenie zmaterializował się przy Marcy, w następnej sekundzie bezceremonialnie chwytając zaskoczoną dziewczynę za gardło. Wampirzycy wyrwał się cichy jęk, kiedy ponownie uderzyła plecami o ścianę, tym razem przyciśnięta przez swojego wyraźnie zagniewanego przeciwnika, któremu najwyraźniej nie przeszkadzało to, że i tak nie miał być w stanie jej udusić.
– Naprawdę chcesz rozmawiać w ten sposób? Skoro tak… Cóż, uznajmy, że nie moją sprawą jest to, co zrobiłaś przed chwilą. Swoją drogą, postaram się, żebyś osobiście wyśpiewała mi co to było i jak działa, ale o twoim darze porozmawiamy sobie za chwilę – oznajmił nieznoszącym sprzeciwu tonem. Melanie z zaskoczeniem przekonała się, że do jego głosu wkradła się dziwna, dość specyficzna nuta, która sprawiła, że Marcy nie przerwała mu ani razu. W zamian po prostu spoglądała na swojego przeciwnika, a jej oczy z każdą kolejną sekundą stawały się coraz większe. – Na początek powiesz mi, czy zdajesz sobie sprawę z tego, że rozwaliłaś samochód, w którym znajdowała się moja córka – dokończył, dwa ostatnie słowa dosłownie cedząc, przez co zabrzmiały jak niepokojący charkot.
Podejrzewała, że gdyby Marcy wciąż była człowiekiem, w tamtej chwili jak nic by pobladła. Nie trzeba było szczególnego geniuszu, żeby zorientować się, że kiedy w grę wchodziły dzieci, a tym bardziej zemsta, wtedy sprawy zaczynały mieć się co najmniej nieciekawie. Jeśli dodać do tego wszystkiego fakt, że mężczyzna sprawiał wrażenie kogoś, kto nie zawahałby się nawet przed czymś gorszym, aniżeli po prostu odebranie życia…
– Skąd ja mam wiedzieć, że…? – zaczęła niespokojnie Marcy, głosem częściowo zdławionym przez to, że zaczynało brakować jej powietrza.
– Jeszcze nie skończyłem – stwierdził chłodno wampir. – Chętnie jeszcze porozmawiam o swojej żonie, która…
– Ta ruda? Bo jeśli chodzi o tę, z którą przyszedłeś, to jej jeszcze nic nie zrobiłam…
Mężczyzna zamilkł, po czym spojrzał na nią tak, jakby zastanawiał się nad tym, gdzie w pierwszej kolejności uderzyć. Gdyby wzrok zabijał, bez wątpienia Marcy jak nic padłaby martwa.
– Ty jesteś taka głupia czy po prostu udajesz? – rzucił zniecierpliwionym tonem. Melanie w oszołomieniu przekonała się, że dotychczas po prostu brązowe oczy zabłysły czerwienią. – Zapytam raz i lepiej dla ciebie, żebyś mi odpowiedziała, bo jak nie…
– Rufus!
Wampir nawet nie drgnął, nie wspominając o choćby poluzowaniu uścisku wokół gardła Marcy, a tym bardziej przeniesienia wzroku na towarzyszkę. Melanie odniosła wrażenie, że nieznajomej w gruncie rzeczy było wszystko jedno, a odzywała się wyłącznie dla zasady, nie chcąc tracić czasu. Było coś nerwowego w jej zachowaniu, a zwłaszcza tym, w jaki sposób niespokojnie rozglądała się dookoła, skupiona na czymś, czego Mel mogła co najwyżej się domyślać. Wiedziała już, że sprawy nie miały się w szczególnie ciekawy sposób, z kolei przybyła dwójka zdecydowanie miała dość konkretne powody, dla których przybyła do tego miejsca. Mogli przewidzieć, że prędzej czy później to skończy się właśnie w taki sposób, a jednak…
Jason… Gdzie jest Jason?, pomyślała nerwowo, dla pewności rozglądając się po pomieszczeniu. Próbował być dyskretna, żeby niepotrzebnie nie zwracać na siebie uwagi, ale i tak nie mogła pozbyć się wrażenia, że obca wampirzyca ją obserwuje. Kto jak kto, ale ona wiedziała o wszystkim, co działo się w głowie Melanie – o każdej myśli, chociaż to wciąż do kobiety nie docierało. Sytuacja nie była ani trochę normalna, a jednak bez wątpienia pozostawała prawdziwa. Po tym, jak wszyscy musieli uciekać z powodu Claudii, tym bardziej była skłonna spodziewać się tylko i wyłącznie kłopotów.
Obserwująca ją kobieta nagle zesztywniała, zupełnie jakby zrozumiała coś nad wyraz istotnego i szokującego zarazem. Zaraz po tym zwróciła się bezpośrednio ku Melanie, przez krótką chwilę wydając się wahać nad tym, czy nie postąpić z nią tak, jak Rufus z Marcy, by szybciej zapewnić sobie posłuch.
– Chwila… Co takiego? – rzuciła spiętym tonem. Melanie drgnęła, kiedy nieśmiertelna z wolna ruszyła w jej stronę. – Znasz Claudię? – wypaliła i to wystarczyło, żeby również towarzyszący jej mężczyzna również zmienił obiekt zainteresowania.
– Co takiego?
W gruncie rzeczy Melanie nie obchodziło czy wydawali się bardziej rozeźleni, czy może zszokowani z tym, że mogłaby mieć jakiś związek z Claudią. To nie miało znaczenia, skoro tak czy inaczej była zagrożona – i to najdelikatniej rzecz ujmując. Jeszcze bardziej napięła mięśnie, chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe, gdyby zaś był człowiekiem, to bez wątpienia okazałoby się bolesne.
Otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, ale w głowie miała pustkę, przez co nic nie wydawało jej się choć po części sensowne. Och, zabiją ją! Jak nic miało do tego dojść, podczas gdy ona nawet nie miała pewności w czym tak naprawdę leżał problem. Gdyby chodziło o same ataki, mogłaby to zrozumieć, ale jeśli do tego dochodziła Claudia…
– Nikt nikogo nie zabija! – zniecierpliwiła się telepatka. Co prawda zarówno wyraz jej twarzy, jak i napięcie, które biło od Rufusa, sugerowały coś innego, ale Melanie nie miała innego wyboru, jak tylko spróbować zaufać, że tymczasowo kobieta mówiła prawdę. – Co z tą Claudią? Pogadamy sobie, a wtedy serio…
– Mów za siebie, co Isabeau? – warknął mężczyzna, a Melanie zaczęła żałować, że nie posiada jakiejś cudownej umiejętności, która umożliwiłaby jej wtopienie się w najbliższą ścianę.
Isabeau… To imię brzmiało znajomo, a przynajmniej odniosła takie wrażenie. Z drugiej strony, być może chodziło o Isobel, ale to w gruncie rzeczy nie miało znaczenia. Wiedziała jedynie, że kojarzyło jej się z kłopotami, a to zdecydowanie nie wróżyło dobrze.
Wciąż o tym myślała, kiedy kobieta ruszyła w jej stronę. Isabeau poruszała się szybko i na tyle lekko, że jej postać dosłownie rozmazała się wampirzycy przed oczami, choć nie sądziła, że przy wyostrzonych zmysłach to w ogóle możliwe. Do głowy przyszło jej nawet, że kobieta za chwilę też spróbuje chwycić ją za gardło albo – czego obawiała się nawet bardzo – ciśnie nią przed całe pomieszczenie, jednak nic podobnego nie miało miejsca. Nie zmieniało to jednak faktu, że wampirzyca wyglądała na wzburzoną – i to najdelikatniej rzecz ujmując, tym bardziej, że wciąż wpatrywała się w Melanie tak, że gdyby wzrok zabijał, już dawno miałaby kogoś na sumieniu.
– Po kolei – dosłownie zażądała Isabeau. – Powoli kończy mi się cierpliwość, zresztą nigdy nie miałam jej zbyt dużo, ale to jeszcze nie znaczy, że zamierzam cię zabić. Nie, jeśli powiesz mi wszystko – sprostowała i już nie było wątpliwości co do tego, że w jej słowach ukryta była groźba.
– Ja nie…
– Nic nie mów! – wycedziła przez zaciśnięte zęby Marcy. Odezwała się pierwszy raz od dłuższej chwili, tym samym skutecznie wytrącając wampirzycę z równowagi, tym bardziej, że w nerwach prawie zdążyła o niej zapomnieć. – Pozabijają nas wszystkich, a później…
– Zamknij się w końcu, Marcy! – syknął na nią Peter.
Usłuchała, chociaż zdecydowanie nie miała na to ochoty. W zamian wyraźnie napięła mięśnie, wykorzystując chwilę nieuwagi swojego przeciwnika, by oswobodzić się z krępującego ją uścisku i błyskawicznie uciec na bezpieczną odległość od dotychczas trzymającego ją Rufusa. Mimo wszystko Melanie odniosła wrażenie, że wampir wciąż miał sytuację pod kontrolą, z kolei to, że pozwolił dziewczynie gdziekolwiek się ruszyć, miało związek tylko i wyłącznie z tym, że tego chciał. Nie miała pewności, czy faktycznie tak jest, ale wszystko wskazywało na to, że żadnemu z nich Marcy nie była potrzebna – przynajmniej tymczasowo, skoro cała uwaga skupiała się na zastygłej w bezruchu, coraz bardziej oszołomionej Mel.
Cholera, to zdecydowanie nie było tym, czego chciała. Wszystko w niej aż rwało się do tego, żeby spróbować uciec, a jednak wciąż trwała w bezruchu, wciśnięta w ścianę i z poczuciem osaczenia. Towarzyszące jej napięcie z każdą kolejną sekundą stawało się coraz bardziej uciążliwe, tym samym skutecznie doprowadzając dziewczynę do szału – i to najdelikatniej rzecz ujmując, zwłaszcza, że czuła się aż tak bardzo niespokojna. Gdyby którekolwiek z nich jednak spróbowało ją zaatakować, nie była nawet pewna, czy w ogóle zdołałby uciec, chociaż instynkt przetrwania i tak nie pozwoliłby na to, żeby jak ostatnia naiwna tkwiła w miejscu.
– Więc? – Głos Isabeau doszedł do niej jakby z oddali, na tyle stanowczy, by Melanie nie była w stanie go zignorować. W głowie już i tak miała mętlik, rozdarta tym bardziej, że sytuacja wydawała się co najmniej śmieszna; w sytuacji, w której mogła albo ulec i w ten sposób ściągnąć na siebie niebezpieczeństwo albo milczeć i jednak zginąć, nic nie mogło pójść dobrze, przynajmniej dla niej. – Jeśli mi powiesz, pomogę ci. Jestem w stanie to zrobić.
– Jak?
Musiała zadać to pytanie. Nie chciała zachować się jak pierwsza naiwna, która pozwoli zamydlić sobie oczy zapewnieniami, które przecież nie miały racji bytu. Nie mogły! Jak miałoby być inaczej, skoro to był po prostu wampirzyca, jedna z wielu innych, które chodziły po świecie. Co prawda z jakiegoś powodu ktoś uwziął się na grupę, którą mieli obserwować, ale i tak…
– Mówię poważnie – naciskała coraz bardziej spiętym tonem Isabeau. – Znam bezpieczne miejsce, ale – do cholery – najpierw musisz zrobić coś dla mnie.
To było kuszące – perspektywa, żeby tak po prostu ulec i w ten sposób rozwiązać wszelakie problemy. Sęk w tym, że właśnie tak proste rozwiązanie wydawało się czymś nierealnym, przynajmniej dla Melanie – nie po tym, jak raz po raz wraz z Jasonem wpadali dosłownie z deszczu pod rynnę. To ciągnęło się zbyt długo, z kolei stojąca przed nią kobieta nie miała żadnego interesu w tym, żeby zachować ją przy życiu. Jeśli kłamała…
A jednak coś w spojrzeniu Isabeau sprawiło, że Melanie mimo wszystko zaczęła się wahać, tak po prostu chcąc tej wampirzycy uwierzyć. Gdyby tylko mogła mieć pewność, że to było takie proste…
Wciąż oszołomiona, świadoma przede wszystkim mętliku w głowie, spróbowała podjąć decyzję, jednak i to nie było jej dane.
Zanim zdążyła choćby się zastanowić, ściana za jej plecami dosłownie eksplodowała, tak po prostu rozpadając się na kawałeczki, a potem po raz kolejny zapanował chaos.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa