22.04.2017

Sto sześćdziesiąt trzy

Melanie
Odskoczyła, chociaż waląca się ściana nie mogła zrobić jej krzywdy. Mniej więcej wtedy coś w niej pękło i – nerwowo napinając przy tym mięśnie – w pośpiechu przemknęła przez całe pomieszczenie, materializując się w bezpiecznej odległości od źródła huku. Zmrużyła oczy, przez chmurę pyłu próbując dostrzec cokolwiek, co pozwoliłoby jej stwierdzić, czego tak naprawdę powinna się spodziewać. Jakaś jej cząstka z miejsca zapragnęła rzucić się do ucieczki, ale Memlanie czuła się zbyt oszołomiona, by zdobyć się na jakąkolwiek sensowną reakcję.
– Mel!
Aż wzdrygnęła się, kiedy usłyszała znajomy głos. Gdyby była człowiekiem, w tamtej chwili serce zabiłoby jej szybciej – i to zarazem ze zdenerwowania, jak i swego rodzaju ulgi. Jason! Przyszedł po nią, na dodatek w sposób na tyle niekonwencjonalny i widowiskowy, że już nie miała wątpliwości co do tego, że mu na niej zależało. Nie rozumiała, dlaczego w ostatnim czasie w ogóle zaczęła w to wątpi, ale to w gruncie rzeczy nie miało znaczenia. Teraz tutaj był i tylko to się liczyło.
Jesteś pewna?, usłyszała i to wystarczyło, żeby jednak zaczęła się wahać. Isabeau kolejny raz odezwała się w jej umyśle, skutecznie szokując wampirzycę nawet pomimo tego, że ta doskonale zdawała sobie sprawę ze zdolności, którymi dysponowała nieśmiertelna. Chciała coś z tym zrobić, ale to wydawało się równie bezsensowne, co i próba ucieczki przed samą sobą, tym bardziej, że wampirzyca pozostawała poza zasięgiem jej wzroku, przez co Melanie nie miała szansy powstrzymać nieśmiertelnej przed mieszaniem w głowie. Teraz mogła co najwyżej uciekać, ale…To jest to, czego jednak chcesz? Uciekać, zamiast…
Dość!, niemalże zażądała, w ułamku sekundy tracąc cierpliwość.
Nie chciała tego słuchać, a tym bardziej dać sobą manipulować. Coś w gniewnie, który dosłownie ją wypełnił, łagodnie narastając, skutecznie zmusiło Melanie do działania. Natychmiast dosłownie rzuciła się przed siebie, dłużej nie będąc w stanie ustać w miejscu. Błyskawicznie przemknęła przez salę, nie chcąc zastanawiać nad tym, czy ktoś przypadkiem nie spróbuje jej zatrzymać. Nie widziała Petera ani Marcy, ale żadne z nich nie miało dla niej znaczenia, przynajmniej w tamtej chwili. Koncentrowała się wyłącznie na Jasonie, świadoma tylko i wyłącznie miejsca, w którym wampir się znajdował. Była zdeterminowana, żeby do niego dotrzeć, kiedy zaś jakimś cudem zdołała tego dokonać, a chłodne palce zacisnęły się wokół jej nadgarstka, poczuła niewysłowioną wręcz ulgę.
– Chodź! – usłyszała tuż przy uchu i to wystarczyło, żeby jednak podjęła decyzję.
Bez wahania ruszyła za wampirem, pozwalając żeby wyciągnął ją przez dziurę, którą zrobił w ścianie. Jej samej nie przyszło do głowy, by postąpić w ten sposób, nie tyle z obawy przed tym, że dach budynku mógłby zwalić się im wszystkim na głowy – w końcu jako wampirzycy, było jej naprawdę wszystko jedno, czy przypadkiem nie zostanie zraniona. Cóż, nie mogła być. Nie zmieniło to jednak faktu, że pojawienie się tamtej dwójki skutecznie wytrąciło Melanie z równowagi, podsycając odczuwane przez kobietę przerażenie. Kiedy zaś później usłyszała słowa Isabeau, która w równym stopniu wydawała się chętna ją zabić, co i udzielić schronienia w zamian za informację… Naprawdę mogła tego dokonać? Mel nie miała pojęcia, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Nie chciała czuć wątpliwości i mieć wrażenia, że być może właśnie popełniała błąd, rezygnując z jedynego rozwiązania, które było właściwe dla niej i Jasona. Nie mogła sobie na to pozwolić, bo wtedy ostatecznie by oszalała, wręcz przytłoczona świadomością tego, że żadne z nich nie miało nic do powiedzenia, zdane na kolejnych nieśmiertelnych, których spotykali na swojej drodze, a także ich ewentualną łaskę i niełaskę.
Bała się tego, że będą musieli liczyć się z pościgiem, ale nie odważyła się odwrócić, żeby to sprawdzić. Skupiła się na biegu, wciąż uczepiona ramiona Jasona i skoncentrowana przede wszystkim na dostosowaniu się do ruchów wampira. To on prowadził, bez chwili wahania lawirując pomiędzy ciasnymi przejściami, które zostawiono pomiędzy ustawionymi kontenerami. Czuła, że Jason doskonale wie dokąd biec i ma jakiś konkretny plan, przynajmniej w kwestii tego, gdzie powinni uciekać. Nawet jeśli nie, doskonale szło mu udawanie, że tak właśnie jest – i że żadne z nich tak naprawdę nie miało powodów do niepokoju.
Potrzebowała dłużej chwili, żeby oswoić się z myślą o tym, że najpewniej są bezpieczni. Nie czuła niczyjej obecności, chociaż poczucie zagrożenia towarzyszyło jej niemalże przez cały czas, przez co nie była w stanie się rozluźnić. Już jest w porządku, pomyślała, ale i to brzmiało jak wierutne kłamstwo, w które za żadne skarby nie była w stanie uwierzyć. Przynajmniej tymczasowo wydawało się nie mieć sensu, ale nie dbała o to, ostatecznie dochodząc do wniosku, że chwilowe rozluźnienie absolutnie nie jest warte konsekwencji, które ponieśliby, gdyby jednak pozwolili sobie na nieuwagę. Póki znajdowali się w pobliżu portu, nie było mowy o doświadczeniu spokoju, a tym bardziej zatrzymaniu – i to choćby na chwilę, chociaż…
„Jeśli mi powiesz, pomogę ci. Jestem w stanie to zrobić” – przypomniała sobie słowa Isabeau i z jakiegoś powodu coś dosłownie przewróciło jej się w żołądku. Wiedziała, że to niemożliwe, skoro już od kilkunastu lat była martwa, ale to nie było istotne. Ważniejsze pozostawało to, że słowa wampirzycy wciąż ją prześladowały, podsycając wątpliwości i sprawiając, że Melanie mimowolnie zaczęła zastanawiać się nad tym, co miałoby miejsce, gdyby tam została i spróbowała rozmowy, niezależnie od tego, czy wiązałoby się to z przymusowym wyjawieniem wszystkich informacji. Czuła, że to nie ma sensu, a już na pewno nie spodobałoby się Jasonowi, ale i nic nie była w stanie poradzić na to, co tak czy inaczej chodziło jej po głowie. Pragnęła spokoju, za wszelką cenę pragnąć wyrwać się z tego bagna, a to wydawało się jednym sensownym wyjściem.
Och, to naprawdę zaczynało być irytujące…
– Melanie?
Chyba jedynie cudem nie wpadła na Jasona, kiedy ten nagle się zatrzymał. Chociaż wampirze zmysły sprawiały, że jej refleks powinien być niezawodny, z trudem wyhamowała, po czym zastygła w bezruchu, ostatecznie chcąc nie chcąc przenosząc na stojącego przed nią wampira. Krótko spojrzała na partnera, dopiero po chwili decydując się powieść wzrokiem dookoła, by upewnić się, gdzie tym razem wylądowali. Już nie widziała kontenerów, w zamian otoczona najzwyklejszymi w świecie zabudowaniami. Tak czy inaczej, wszystko wskazywało na to, że wylądowali w jednej z najzwyklejszych w świecie uliczek – zaciemnionej i brudnej, tak jak i większość tych, które można było spotkać w mniej ciekawych rejonach wielkiego miasta. Znała je aż nazbyt dobrze, zwłaszcza w ostatnim czasie musząc ograniczać się do polowania na ludzi, których w innym wypadku by nie tknęła. Margines społeczny nigdy nie był tym, co ją interesowało, ale przez wzgląd na sytuację często ani ona, ani tym bardziej reszta, nie mieli większego wyboru.
Dopiero po dłuższej chwili przeniosła wzrok na bladą twarz Jasona. Nie była pewna jak długo biegli i w jak znacznej odległości od portu się znajdowali, ale i tak miała ochotę przemieścić się jeszcze dalej. Nie czuła zmęczenia, w gruncie rzeczy zdolna bieg bez końca, co było jedną z wielu zalet, które dawała nieśmiertelność. Z jakiegoś powodu pragnęła po prostu pozostawać w ruchu – ot tak, zupełnie jakby wieczny bieg mógł zapewnić jej bezpieczeństwo. W chwilach takich jak te aż nazbyt dobrze rozumiała Claudię, która uciekała właśnie od zawsze, chociaż nigdy wprost nie wytłumaczyła im w czym rzecz. Najwyraźniej czasami po prostu tak było, ale…
– Przyszedłeś po mnie – powiedziała z opóźnieniem. Zaraz po tym cicho westchnęła i z wahaniem zmierzyła swojego partnera wzrokiem. – Marcy spieprzyła. Chyba zaatakowała któreś z nich, kiedy nas znaleźli i…
– Wiem o tym – wycedził przez zaciśnięte zęby Jason. – Widziałem. I szczerze mówiąc, najchętniej bym ją zabił.
– Tak jak i ja! – stwierdziła, potrząsając z niedowierzaniem głową.
Teraz, kiedy byli sami, a ona czuła się bezpieczniejsza, w końcu mogła sobie pozwolić na to, żeby odreagować. Nerwowo przeszła kilka kroków, zaciskając mięśnie i ostatecznie decydując się kopnąć stojący w pobliżu, już i tak przepełniony kosz na śmieci. Skrzywiła się w odpowiedzi na huk, który jak na zawołanie wypełnił całą uliczkę, ale ostatecznie nie zwróciła na ten dźwięk uwagi. Cholera, jeśli ktoś miał ich znaleźć, prędzej czy później i tak by tego dokonał, niezależnie od tego, czy siedzieliby cicho.
– Mel… – odezwał się ponownie Jason. Chociaż wypowiedział jej imię łagodnie, było w brzmieniu jego głosu coś niepokojącego – rodzaj pełnej napięcia nuty, której nie był w stanie zignorować.
– Naprawdę nie wierzę w to, co się stało. Oni tak po prostu… – Westchnęła cicho. – Sparaliżowało mnie – przyznała po chwili wahania.
Teraz zaczynała mieć o to do siebie pretensje, chociaż to przecież nie była jej wina. Nie chciała tego! Co mogła poradzić na emocje, które tak czy inaczej wydawały się ją przytłaczać? To wszystko działo się tak szybko, że nawet gdyby chciała, nie byłaby w stanie zrobić niczego, by zapanować nad sytuacją. Pewne rzeczy po prostu miały miejsce, a ona mogła co najwyżej na nie pozwolić. Z drugiej strony, być może właśnie okłamywała samą siebie, szukając dla siebie usprawiedliwienia, ale jakie to właściwie miało znaczenie? W głowie miała mętlik, a jakby tego było mało…
– Czego chcieli? – rzucił naglącym tonem Jason. Aż wzdrygnęła się, kiedy bez jakiegokolwiek ostrzeżenia znalazł się przy niej, bezceremonialnie chwytając dziewczynę za ramiona i szarpnięciem stawiając ją do pionu. – Mel, do cholery!
– Jak to czego? Odpowiedzi! – zniecierpliwiła się. Sama również podniosła głos, zresztą tak jak i zawsze, kiedy Jason zaczynał na nią krzyczeć. To zdecydowanie nie było normalne, przynajmniej do tej pory, bo w ostatnim czasie wzajemne pretensje zdarzały się niepokojąco wręcz często. Nie miała pojęcia, co powinna o tym myśleć, ale taki stan rzeczy zdecydowanie nie napawał wampirzycy entuzjazmem – i to najdelikatniej rzecz ujmując. – Zaatakowaliśmy ich dzieciaki, więc co się dziwić? Sama byłabym wkurwiona, gdyby ktoś chciał skrzywdzić kogoś, kto jest ważny dla mnie.
Jeszcze kiedy mówiła, nerwowo uciekła wzrokiem gdzieś w bok. No cóż, pomijając Jasona, tak naprawdę od dawna nie miała nikogo. W zasadzie była sama odkąd tylko sięgała pamięcią, jeszcze przed przemianą, do czego zresztą zdążyła się przyzwyczaić. Głupiutka Melanie, która od dziecka przy każdej możliwej okazji błąkała się po ulicy, aż prosząc się o kłopoty, jak wielokrotnie słyszała zarówno od rodziców, jak i wszystkich tych wszechwiedzących sąsiadek, których zwykle pełno na każdym osiedlu. „Ta dziewczyna źle skończy” – stwierdzenie, które ostatecznie okazało się prawdą, więc pewnie nikt nawet nie mrugnął, kiedy tak po prostu zniknęła. Dlaczego miałby, skoro przez lata nikt nie reagował na to, co się z nią działo? Łatwiej było mówić, niż zwrócić uwagę na to, że musiała mieć jakiś powód, żeby chcieć uciekać z tamtego domu, o ile tak można było nazwać mieszkanie, w którym prędzej mogłaby oczekiwać, że znów dostanie od pijanego ojca w twarz, niż doszuka się choćby odrobiny rodzinnego ciepła. Wszyscy widzieli, a jednak nikt niczego nie zrobił – i to łącznie z matką, która przez całe lata przyzwyczaiła się do tego, że łatwiej jest milczeć i potakiwać, aniżeli prowokować męża. Och, ona z kolei była głupia, skoro tego nie rozumiała; w końcu za każdym razem sama się prosiła, bo jak żeby inaczej?
Skrzywiła się, kiedy wspomnienia wróciły, pierwszy raz od dawna. Błogosławiła, że dzięki przemianie większość obrazów wyblakła, teraz przypominając raczej jakiś stary film marnej jakości, który tylko czasami dawał o sobie znać. Z równym powodzeniem to wszystko mogłoby dotyczyć kogoś innego – jakiejś innej, naiwnej dziewczyny, a nie Melanie, która – jak na ironię – w śmierci znalazła coś, co przez pewien czas wydawało jej się wybawieniem. Nie żałowała, że ktoś kiedyś zaatakował ją w uliczce jakże podobnej do tej, w której znajdowała się wraz z Jasonem teraz. Ból przeminął, zresztą jak i poczucie paniki, którego doświadczyła zaraz po przebudzeniu – oszołomiona atakiem i pragnieniem, przez krótką chwilę przekonana, że została pobita i zgwałcona, chociaż to ostatecznie okazało się naprawdę. Co prawda zrozumiała to później, wraz ze swoją pierwszą ofiarą, kiedy uświadomiła sobie, że wszystkim, czego tak naprawdę potrzebowała, była krew. Nie miała pojęcia, dlaczego ostatecznie została wciągnięta w świat wiecznej noc, ale czy to było istotne? Może w grę wchodziło przeznaczenie, a może zwykły przypadek, bo podejrzewała, że była jedynie niedopatrzeniem jakiegoś polującego nomady – ofiarą, która zupełnym przypadkiem okazała się na tyle silna, żeby przeżyć, o ile w jej przypadku to stwierdzenie w ogóle miało rację bytu.
Zawsze sama… Do czasu, aż znalazła się Jasona – kogoś, kto wydawał jej się znajdować w równie beznadziejnym położeniu, co ona kiedyś. Zaopiekowała się nim, spragniona towarzystwa i kogoś komu mogłaby zaufać. Cóż, do tej pory nie miała szczęścia z towarzyszami, kilkukrotnie próbując odnaleźć się w towarzystwie napotkanych na swojej drodze grup nieśmiertelnych – mniejszych lub większych. Nie mogła zaprzeczyć, że to do pewnego stopnia pomogło jej zrozumieć siebie, skoro jej stwórca nie poczuwał się do obowiązku wprowadzenia w nowe życie, niemniej nigdzie nie zabawiła dłużej. To nie było to, czego oczekiwała, Melanie z kolei za każdy razem czuła się jak intruz – a więc dokładnie tak jak teraz, musząc znosić obecność tej grupki. Jedynie Jason był dla niej jak rodzina, a przynajmniej tak sądziła, zanim cała jego uwaga skupiła się na zemście na rodzinie i próbach dopadnięcia Elizabeth.
– To nie wygląda dobrze – odezwał się cicho Jason, a ona poczuła, że ma ochotę roześmiać się histerycznie.
– Jasne, że nie. Boję się, wiesz? – dodała po chwili wahania. Zastygła w bezruchu, ledwo powstrzymując przed tym, by wyrwać się z uścisku partnera i zacząć niespokojnie krążyć. – Nie wiem, co robić. I to mnie przeraża – dodała pod wpływem impulsu, z opóźnieniem uprzytomniając sobie, że drży.
Jeszcze kiedy mówiła, spojrzała na niego w niemalże błagalny sposób. Chciała żeby w końcu zrobili… w zasadzie cokolwiek! Nie potrafiła zliczyć jak wiele razy błagała go o to, by nareszcie odpuścili i uciekali. Wiedziała, że opuszczenie Seattle akurat teraz byłoby ryzykowne, ale mogli przynajmniej spróbować. To i tak było lepsze od biernego czekania na to, co przyniesie przyszłości. Och, wszystko się takie wydawało, w Melanie zaś wszystko rwało się do tego, żeby ewakuować się z miasta. Tak po prostu w końcu spróbować odciąć się od tego całego szaleństwa, choćby na chwilę, bo podejrzewała, że Volturi tak po prostu ich nie zostawią. Nie mieli szans się odciąć, więc co tak naprawdę im pozostało? W najgorszym wypadku liczyła się ze śmiercią, ale i to do niej nie docierało – bo niezależnie od wszystkiego nie chciała umierać.
Oczekiwała jakichkolwiek oznak troski albo przynajmniej mentalnego wsparcia, ale czekało ją rozczarowanie. Jason uparcie milczał, bezmyślnie wpatrując się w jakiś bliżej nieokreślony punkt w przestrzeni i wydając się nad czymś intensywnie zastanawiać. Nerwowo zacisnęła dłonie w pięści, po czym spojrzała na wampira wyczekująco, mając nadzieję, że ten w końcu powie coś, co będzie mogła uznać za jakąkolwiek formę wsparcia. Co powinniśmy zrobić?, pomyślała i miała ochotę go o to zapytać, ale powstrzymała się, w zamian po prostu obserwując i coraz bardziej niecierpliwie czekając na reakcję. Kolejny raz czuła się osamotniona i wręcz nieznośnie bezradna, co niezmiennie doprowadzało wampirzycę do szału. Jeśli nie od partnera, to niby od kogo mogła oczekiwać odpowiedzi na dręczące jej pytania i to na dodatek teraz, kiedy wprost zwierzała mu się ze słabości?
– Jason? – rzuciła naglącym tonem, nie mogąc się powstrzymać. Przynajmniej na nią spojrzał, ale wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej. – Zrobisz coś? Słyszałeś, co powiedziałam?
– Trudno żebym nie słyszał – obruszył się, po czym westchnął przeciągle. – Myślę, Mel… Ale to nie jest takie proste – dodał, chociaż przecież doskonale o tym wiedziała.
– Nie byłabym przerażona, gdyby to wyglądało inaczej – zauważyła spiętym tonem. – Mówiłam ci, że powinniśmy uciekać. Cały czas cię prosiłam, ale ty… – Urwała, po czym nerwowo zacisnęła usta. – To zaczyna mnie przerastać, wiesz? Jesteśmy tutaj, nie możemy nic zrobić, a ta kobieta…
– Która?
Melanie zapragnęła na niego warknąć.
– Wampirzyca, która mnie zaatakowała – wyjaśniła, chociaż to brzmiało jak dość naciągana teoria. Westchnęła cicho, ledwo będąc w stanie zapanować nad nerwami. – Potrafiła czytać mi w myślach… To było dziwne, wiesz? To znaczy…
– Wiedziałaś o telepatach – przypomniał szorstko. – Wszyscy są uzdolnieni. Liz najwyraźniej potrafi dobrze się zakręcić.
– Tutaj nie chodzi o twoją siostrę! – wrzuciła z siebie na wydechu, ostatecznie tracąc cierpliwość.
Tak było za każdym razem – temat prędzej czy później wracał do tego, czego tak bardzo nienawidziła, niezmiennie wstawiając jej nerwy na próbę. Jason chyba nawet nie był świadom, jak bardzo doprowadzał ją do szału tym, w jaki sposób się zachowywał. Naprawdę uważał, że sprawy były aż takie proste? Nie dostrzegał, że przez niego i to, że z takim uporem usiłował zbliżyć się do Elizabeth, wszystko niezmiennie się sypało, a oni byli w niebezpieczeństwie.
Nie była pewna, jak wiele razy próbowali o tym rozmawiać, za każdym razem bezskutecznie. Patrzyła na to przez palce, cierpliwie czekała i wciąż wmawiała sobie, że prędzej czy później wszystko jakoś się ułoży, chociaż nigdy nie była w stanie jednoznacznie stwierdzić w jaki sposób. Czekała na coś, czego nawet nie potrafiła określić, to jednak wydawało się bez sensu i coraz częściej zaczynała być tego świadoma. Gdyby było inaczej, wtedy… może by zrozumiała, ale to i tak nie miało znaczenia – nie w takim stopniu, jak mogłaby tego oczekiwać.
– Cholera, nie rozumiesz? Ktoś nas w końcu zabije i tyle tego będzie – oznajmiła, w pośpiechu wyrzucając z siebie kolejne słowa. – Oboje wiemy, że właśnie tak będzie. A ja… Słodki Jezu, chcę uciec, tak? Wiem, że to nie ma sensu, bo ktoś prędzej czy później nas znajdzie, ale pal to licho! – Zamilkła, po czym z niedowierzaniem potrząsnęła głową. – Proszę cię o coś, Jason. Teraz, wtedy… Ile jeszcze, co? Seattle…
– Ja nigdzie się nie wybieram – przerwał niemalże łagodnie, ale na tyle stanowczym tonem, by zrozumiała, że jakiekolwiek protesty i tak nie mają racji bytu.
– Szukam dla nas rozwiązań. Nie rozumiesz, że to nie jest tego warte? – wyrzuciła z siebie na wydechu. – Jason, oni nas pozabijają… Któreś z nich. Chyba że… Ta kobieta powiedziała mi, że może pomóc – dodała po chwili. – Że zna bezpieczne miejsce, ale ja…
– O czym ty mówisz?
Jedynie potrząsnęła głową.
– Mogłaby pomóc – powtórzyła z naciskiem. – Po prostu z tego skorzystajmy i spadajmy stąd. Ta twoja zemsta nie jest warta tego, żeby… – zaczęła, ale nie miała okazji dokończyć – i to bynajmniej nie dlatego, że Jason mógłby jej przerwać.
W zamian aż zachłystnęła się powietrzem, kiedy wampir bezceremonialnie uderzył ją w twarz. Tak po prostu, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia i nie zadając przy tym bólu, ale to i tak wystarczyło, żeby zamilkła, w równym stopniu oszołomiona, co i zszokowana. Otworzyła i zaraz zamknęła usta, spoglądając na niego tak, jakby widziała go po raz pierwszy. Dłoń zupełnie bezwiednie przycisnęła do policzka, wciąż niedowierzając, że on tak po prostu mógłby…
– Skończyłaś już pieprzyć od rzeczy? – Jason rzucił jej wymowne, przenikliwe spojrzenie. – Wybacz, ale inaczej byś się nie opamiętała. Nie wiem czy namieszali ci w głowie, ale… Och, a teraz chodźmy, Melanie.
Zaraz po tym wampir po postu się odwrócił i odszedł. Samej sobie nie potrafiła wytłumaczyć, dlaczego po tym wszystkim ruszyła za nim.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa