25.04.2017

Sto sześćdziesiąt sześć

Jocelyne
Dallas się nie pokazywał. Po prostu nie przychodził, być może woląc trzymać się na dystans, odkąd podczas ostatniej rozmowy wybuchła, a potem popłakała się przy nim, właściwie nie będąc w stanie wytłumaczyć skąd brały się targające nią emocje. Nie potrafiła porozmawiać o tym nawet z Beatrycze czy mamą, chociaż obecność oby wpływała na nią wystarczająco kojąco, by perspektywa zwierzeń wydała się dziewczynie zachęcająca. Jakaś jej cząstka faktycznie tego chciała, ale zarazem Joce czuła, że to coś z czym powinna poradzić sobie sama – sprawa wyłącznie między nią i Dallasem, chociaż…
To wszystko naprawdę zaczynało wydawać się dziewczynie dobijające. Pomijają napiętą atmosferę, która nie zmieniła się ani trochę nawet po tym, jak w końcu wrócili do domu, to właśnie relacje z chłopakiem martwiły ją najbardziej. Wiedziała, że sama jest sobie winna, milcząc i pozwalając Dallasowi wierzyć, że wszystko tak naprawdę sprowadza się do nadmiernego stresu, ale co innego miała zrobić? Nie wyobrażała sobie, że mogłaby tak po prostu kazać mu odejść – ot tak oznajmić, że ten związek i tak nie miał sensu, skończony z chwilą, w której Dallas… No cóż, umarł.
Na samo wspomnienie niezmiennie robiło jej się zimno, a coś nieprzyjemnie ściskało dziewczynę w gardle, uniemożliwiając wykrztuszenie chociaż słowa. Och, to wydawało się takie proste, jeśli spojrzeć na to z boku. Gdyby była normalna, najpewniej właśnie przeżywałaby żałobę, ale to z czasem zdołałoby się unormować. Czas leczył rany, a przynajmniej tak zawsze słyszała, jednak sama nie miała szans się o tym przekonać. To, że widział Dallasa…On widział w tym szansę – prawdziwy cud, zupełnie jakby jej dar wszystko rozwiązywał. Jocelyne jednak była świadoma tylko i wyłącznie tego, że chłopak próbował nakłonić ją do życia w iluzji, a to zdecydowanie nie było dobre. Wręcz przeciwnie – czuła, że taki stan rzeczy prędzej czy później okaże się naprawdę niebezpieczny.
Wiedziała, że powinni porozmawiać, ale zarazem nie potrafiła się na to zdobyć. Czuła się winna, bo przecież to wszystko od początku było jej winą. Nie mogła wiedzieć, że cokolwiek było nie tak z jego krwią – że miał hemofilię, a przynajmniej tak zakładała, bo spekulacje Claire i Rufusa wydawały się sensowne. Nie zapytała o to Dallasa, bo w gruncie rzeczy ta kwestia nie miała znaczenia. Liczyło się to, że z niego piła, a potem jak głupia pozwoliła się omamić demonom. Gdyby tego nie zrobiła, Dallas nie musiałby ani za nią biec, ani wchodzić w sam środek zabójczej mgły, aż prosząc się o to, żeby zostać przekąską.
To wszystko była jej wina…
Z tym, że trwanie w takim związku również nie wchodziło w grę, na dłuższą metę pozbawione przyszłości. Nie mogli się dotknąć, objąć, pocałować… To było niczym sen – tak ulotne i kruche, że po prostu nie miało szans przetrwać. Początkowo próbowała spojrzeć na to ze strony Dallasa, skupiona przede wszystkim na rozmowach i wzajemnej bliskości, ale przecież to nie było wszystko. On trwał w zawieszeniu, uparcie wisząc w świecie do którego już nie należał, a ona… balansowała gdzieś na granicy, ale przecież w rzeczywistości była żywa – i nic nie wskazywało na to, żeby ten stan rzeczy miał się zmienić. Chciała czegoś więcej i to zarówno dla Dallasa, jak i samej siebie, nie wyobrażając sobie, że miałaby już zawsze gonić za duchem, a tym bardziej udawać, że śmierć nie miała żadnego znaczenia. Owszem, miała. Coś się skończyło, a udawanie, że jest inaczej, było jak prośba o nieszczęście i potęgowanie obustronnej męki.
Nigdy nie zastanawiała się nad przyszłością aż tak, żeby myśleć o mężu, dzieciach i wspólnym mieszkaniu, ale oczywistym było, że przy Dallasie tego nie zazna. Przecież nie mogła dać potomstwa komuś, kogo nawet nie mogła dotknąć! Chwilami miała wrażenie, że zachowuje się jak egoistka, ale to było od niej silniejsze. Co więcej, jakaś jej cząstka niezmiennie podpowiadała jej, że jak najbardziej miała do takie myślenia prawo.
Zamrugała kilkukrotnie, zmuszając się do oderwania wzroku od kwiatowych motywów, które mama własnoręcznie namalowała na jednej ze ścian sypialni. Nie była pewna jak długo trwała w bezruchu, nie pierwszy raz zresztą, co nawet jej wydawało się niepokojące. Takie chwilę zdarzały się zaskakująco często, zaskakując Jocelyne w równym stopniu, co i porażające wręcz zmęczenie, które w najmniej oczekiwanym momencie dawało się dziewczynie we znaki. Wiedziała, że nie tylko ją to martwiło, chociaż nikt nie komentował jej zachowania choćby słowem, być może zwalając wszystko na nadmierny stres. Chciała, żeby to tak działało, ale miała wrażenie, że chodzi o coś więcej – z tym, że nawet samej sobie nie potrafiła wytłumaczyć w czym rzecz.
Przeciągnęła się, próbując zmusić zesztywniałe ciało do współpracy. Niespokojnie powiodła wzrokiem dookoła, przez krótką chwilę mając wrażenie, że ktoś ją obserwuje, ale szybko przekonała się, że to wyłącznie wytwór jej wyobraźni. Zdecydowanie zaczynała być przewrażliwiona, zwłaszcza przy swoim darze skłonna spodziewać się dosłownie wszystkiego. W efekcie nawet nie byłaby zdziwiona, gdyby nagle się okazało, że zacznie się bać własnego cienia albo…
– Rosa? – rzuciła pod wpływem impulsu.
Ona też rzadko ją odwiedzała, być może przez obecność Rufusa, który z jakiegoś powodu wzbudzał w niej wątpliwości. Wciąż nie rozumiała, co takiego zaszło między tą dwójką a tym bardziej jak się poznali, ale wolała nie pytać, aż nazbyt świadoma, że nie ma szans, żeby dowiedzieć się czegoś więcej. Wujek pewnie prędzej by ją zabił niż zaczął się zwierzać, z kolei Rosa… Cóż, spinała się i znikała pod byle pretekstem, więc zadawanie zbyt osobistych pytań tak czy inaczej nie miało sensu. Była w stanie to zaakceptować, jeśli właśnie tego życzyła sobie przyjaciółka, to jednak nie zmieniało faktu, że chwilami miała wątpliwości.
Jakkolwiek by jednak nie było, najważniejsza dla dziewczyny była sama bliskość tego kochanego ducha. Rosa potrafiła poprawić jej nastrój, zresztą – co istotniejsze – Joce czuła się przy niej naprawdę bezpieczna. Może chodziło o to, że ten rudzielec jako pierwszy zdołał do niej dotrzeć, zamiast na wstępie przyprawić Joce o atak serca – nie miała pewności, ale nie dbała o to. Czuła się samotna, przez krótką chwilę marząc wyłącznie o bliskości przyjaciółki, choć zarazem jakaś jej cząstka sprawiała, że Jocelyne zdecydowanie bardziej odpowiadała samotność. Nie pierwszy raz w ostatnim czasie doświadczała podobnej sprzeczności, w gruncie rzeczy samej sobie nie będąc w stanie wytłumaczyć, czego tak naprawdę chciała, ale to na dłuższą metę nie miało znaczenia.
Odpowiedziała jej cisza, co zresztą było do przewidzenia. Właściwie sama nie była pewna jak to wszystko działało i co w wolnych chwilach robiły duchy, kiedy akurat nie przebywały gdzieś w pobliżu niej, ale nie miała ochoty się nad tym zastanawiać. W zamian objęła się ramionami, energicznie je pocierając, żeby je rozgrzać, kiedy nagle poczuła nieprzyjemny chłód. Skrzywia się, aż nazbyt świadoma tego, jak łatwo przychodziło jej łapanie kolejnych chorób. Nie byłaby zdziwiona, gdyby znów coś było na rzeczy, ale zarazem czuła, że jej samopoczucie niekoniecznie miało związek z jakimkolwiek wirusem. Prawda była taka, że nie czuła się najlepiej już od czasu powrotu z Londynu, od wydarzeń na cmentarzu, które i tak pamiętała jak przez mgłę. Być może to nic nie znaczyło, ale myśl o tym nie dawała jej spokoju, nie pozwalając dziewczynie choć na moment zapomnieć, że cokolwiek mogłoby być nie tak.
Zawahała się, coraz bardziej niespokojna. Kilka razy miała ochotę zapytać taty albo przynajmniej Alessię, co tak naprawdę czuli, kiedy doświadczali tego nietypowego głodu. Pamiętała, że wtedy zwykle wydawali się zmęczeni, ale nie sądziła, żeby to przebiegało w ten sposób. Może podobnie, ale cokolwiek działo się z nią, miało swoje źródło gdzie indziej. Była gotowa to przysiąc, bezskutecznie próbując doszukać się sensu w tym, co działo się wokół niej. To, że chciała zrozumieć, nie wydawało się dziewczynie niczym dziwnym, tym bardziej, że wszystko w niej aż krzyczało, że coś jest nie tak. Nie rozumiała ani siebie, ani swojego daru, więc w naturalny sposób doszukiwała się jakichkolwiek powiązań między tym, co robiła, a własnym stanem. Przywracanie umarłych do życia, a może nawet sama możliwość widzenia ich i prowadzenia jakichkolwiek rozmów, musiało nieść ze sobą konsekwencje – cenę, którą prędzej czy później trzeba było zapłacić. Wiedziała o tym, a jednak…
Zdusiła jęk, po czym energicznie potarła skronie, czując nieunikniony ból głowy. Na krótką chwilę ukryła twarz w dłoniach, próbując skupić się na oddychaniu, ale to niewiele pomogło. Czuła się dziwnie roztrzęsiona i chora, właściwie sama niepewna, co działo się z nią w ostatnim czasie. Dallas, całe to szaleństwo, stres… W takich chwilach rozumiała, dlaczego Carol chciała choć na chwilę uciec od własnych umiejętności, nawet kosztem udziału z Projekcie Beta. Nawet kiedy przesiadywała w pokoju sama, całą sobą czuła czyjąś obecność – gdzieś daleko, jakby poza zasięgiem wzroku, ale jednak. Miała wrażenie, że jej już i tak wrażliwe zmysły są jeszcze bardziej wyostrzone, reagując dosłownie na wszystko – każdy, nawet najmniej znaczący bodziec, co prędzej czy później miało doprowadzić ją do szaleństwa.
Wyprostowała się, próbując doprowadzić się do porządku. Zaraz po tym skrzywiła się, kiedy na dłoniach dostrzegła smugę czerwieni. Krwawiła? Serce zabiło jej szybciej ze zdenerwowania, tym bardziej, że nie czuła, żeby jakkolwiek się skaleczyła. Pod wpływem impulsu otarła twarz, zwłaszcza w okolicach nosa, by przekonać się, że to faktycznie był źródłem. Natychmiast poderwała się na równe nogi, po czym wypadła na korytarz, chcąc przedostać się do łazienki. Zmęczenie było jednym, ale krwawienie zdecydowanie nie było normalne, tym bardziej, że nigdy wcześniej nie doświadczyła czegoś podobnego.
– Joce? Hej, Joce!
Aż wzdrygnęła się, słysząc znajomy głos. Dopiero z chwilą, w której ktoś dołączył do niej w połowie korytarza, chwytając za ramię, zorientowała się, że należał do Alessi. Natychmiast przeniosła wzrok na siostrę, po samym tylko wyrazie twarzy dziewczyny orientując się, że ta była zaniepokojona. Chociaż Ali w ręce trzymała komórkę, najpewniej w środku rozmowy, bez chwili wahania schowała telefon, wcześnie bezceremonialnie się rozłączając.
– Co jest? – zapytała natychmiast. – Wiesz, że krwawisz i… Joce, co się dzieje? – ponagliła, jednocześnie ciągnąć siostrę w stronę łazienki.
– Jakoś źle się czuję… – przyznała zgodnie z prawdą, bo ta jedna kwestia wydawała się aż nazbyt oczywista. Udawanie, że jest inaczej, zdecydowanie nie wchodziło w grę.
Alessia nie odpowiedziała, przynajmniej od razu, w pierwszej kolejności skupiona na tym, żeby pomóc Jocelyne doprowadzić się do porządku. Nie było z nią aż tak źle, by mieć problem z utrzymaniem w pionie, ale dzięki uściskowi siostry mimo wszystko poczuła się pewniej. Przemyła twarz zimną wodą, w duchu modląc się o to, żeby krew przestała płynąc, bo zdecydowanie nie wyglądała dobrze. Kiedy spojrzała w wiszące nad umywalką lustro, przekonała się, że jest wręcz porażająco blada, a jej oczy błyszczą w dziwny, niezdrowy sposób, chociaż przecież nie miała gorączki – Ali jak nic dałaby jej znać, gdyby było inaczej.
– Pochyl się i oddychaj, dobrze? Krew powinna spłynąć… – usłyszała tuż przy uchu spięty głos siostry. – Damien jest u siebie, a ja zaraz pójdę po mamę, chociaż… A zresztą – mruknęła, po czym nieznacznie się skrzywiła, wyraźnie zmartwiona. – Damien!
W gruncie rzeczy nawet nie musiała podnosić głosu, by zwrócić na siebie uwagę brata. Chłopak zaledwie chwilę później pojawił się obok, jak gdyby nigdy nic wchodząc do łazienki, tym bardziej, że nie zamknęły drzwi. Natychmiast spojrzał na Alessię, sprawiając wrażenie chętnego, żeby z miejsca o coś siostrę zapytać, ale to ostatecznie okazało się zbędne, a jego wzrok jak na zawołanie spoczął na Joce.
– Cholera… – wyrwało mu się. Wiedziała, że zwłaszcza kiedy Damien zaczynał przeklinać, coś było na rzeczy. Innymi słowy, nie wyglądała najlepiej. – Uderzyłaś się gdzieś? Co ci jest, Joce?
Jego pytania jej nie zaskoczyły, tak jak i to, że zaraz zachęcająco wyciągnął ręce w jej stronę. Nawet się nie zawahała, pozwalając żeby ją przytulił i niemalże z ulgą poddając się przyjemnemu ciepłu, które biło od jego ciała. Czuła je wyraźnie, zupełnie jakby przez cały ten czas właśnie tego potrzebowała – pulsującej, uzdrawiającej energii, która z miejsca przyniosła dziewczynie ukojenie. Aż jęknęła, po czym na chwilę przymknęła oczy, po prostu przyjmując to, co brat miał jej do zaoferowania. Nie doświadczała tego po raz pierwszy, a jednak tym razem coś w całym procesie dosłownie ją oszołomiło, przyprawiając o zawroty głowy. Nie miała pojęcia, co powinna o tym myśleć, zresztą i tak nie była w stanie choćby spróbować zapanować nad mętlikiem w głowie. Czuła się zmęczona i tylko to się liczyło, zwłaszcza w połączeniu z energią, która z wolna rozeszła się po całym jej ciele.
Z niejakim opóźnieniem zarejestrowała to, że Damien wziął ją na ręce. Nie próbowała protestować, w zamian mocniej wtulając się w brata, by wygodniej ułożyć się w jego ramionach. Pogładził ją po policzku, być może sprawdzając temperaturę, a może po prostu chcąc zapewnić, że nie miała powodów do niepokoju. Jakkolwiek by nie było, przy Damienie zwykle czuła się bezpieczna i tylko to się dla niej liczyło.
– Joce… Hej, tylko nie śpij – rzucił nieco spiętym tonem. – Co się stało? Kręci ci się w głowie? – zapytał, więc zaprzeczyła, bo pod tym względem akurat nie czuła się źle.
– Jestem… zmęczona – przyznała, bo to najbardziej sensownie opisywało to, co się z nią działo.
Poczuła na sobie niespokojne spojrzenie nie tylko brata, ale również Alessi. Cóż, w ostatnim czasie powtarzała tę samą wymówkę właściwie przy każdej okazji.
– Znowu? – zapytał z powątpiewaniem Damien, ale tym razem nie oczekiwał odpowiedzi. – Jesteś bardzo blada, wiesz?
– Może… Już mi lepiej – zapewniła, bo jego bliskość i energia sprawiały, że nie było z nią aż tak źle.
– Dobrze i tyle, bo próbuję cię wzmocnić. Tyle że dalej nie wiem, czego powinienem szukać – stwierdził i zawahał się na moment. Czuła jego mentalną obecność, aż nazbyt świadoma tego, że badał ją w ten jakże charakterystyczny sposób. Znała to uczucie, już nawet nie potrafiąc zliczyć jak wiele razy chłopak musiał doprowadzać ją do porządku albo po kolejnych wypadkach, albo wtedy, kiedy znów zaczynała chorować. – To może być anemia, ale ja tego nie sprawdzę… Dziadek musiałby pobrać ci krew – wyjaśnił, chociaż właściwie nie interesowała się tym, co do niej mówił.
– Mówiłam, że już mi lepiej – mruknęła, próbując wziąć się w garść. – Ja… Ali, mogę cię o coś zapytać? – dodała po chwili wahania.
– Jasne, ale…
Dziewczyna zawahała się, zaraz też raz jeszcze zmierzyła Joce wzrokiem. W spojrzeniu Alessi dało doszukać się czegoś bliżej nieokreślonego, co z miejsca wzbudziło w pół–wampirzycy jeszcze więcej wątpliwości. Na pewno mogła wiedzieć, w jaki sposób odpowiedzieć na pytanie, które już od dłuższego czasu chodziło Jocelyne po głowie, ale z drugiej strony…
– Jakie to uczucie, kiedy ty albo tata potrzebujecie energii? – wypaliła, decydując się postawić sprawę jasno.
Musiała się upewnić, tak dla zasady, chociaż zarazem czuła że to nie to. W jej przypadku chodziło o coś więcej, a jednak…
– Dlaczego pytasz? – Alessia westchnęła, po czym energicznie potrząsnęła głową. W jej oczach pojawiło się zrozumienie i przez krótką chwilę nawet wyglądała na kogoś, kto bardzo chciałby wierzyć w taki scenariusz, ostatecznie jednak zdecydowała się zaprzeczyć. – Nie w ten sposób, kochanie. Damien zresztą zorientowałby się, gdybyś potrzebowała właśnie tego… Prawda? – upewniła się, tym razem zwracając bezpośrednio do bliźniaka.
– Sam nie wiem… Mówi, że jest zmęczona – zauważył przytomnie. – Jestem w stanie to wyczuć, ale to w niczym nie przypomina tego, co dzieje się z tobą, Ali – przyznał i może mówił coś jeszcze, ale Joce nie była w stanie skoncentrować się na poszczególnych słowach.
Zamrugała nieco nieprzytomnie, próbując doprowadzić się do porządku. Z opóźnieniem uprzytomniła sobie, że w którymś momencie brat musiał ruszyć się z miejsca i przenieść z powrotem do pokoju, układając na łóżku. Poczuła się trochę pewniej, kiedy znalazła się pod przykryciem, wtulając twarz w pościel, zupełnie jakby w ten sposób mogła sprawić, że niechciane objawy ustąpią. Już nie krwawiła, a przynajmniej nie czuła, żeby z nosa wciąż ciekła jej krew, co jak nic musiało być zasługą Damiena. Co więcej, chłopak wciąż siedział tuż obok niej, dla pewności trzymając ją za rękę, by wciąż miała z nim fizyczny kontakt. Czuła rozchodzące się po całym jej ciele ciepło, niosące ze sobą energię, której tak bardzo potrzebowała, chociaż z drugiej strony…
Joce… lyne…?
Wydawało jej się, że coś słyszy, chociaż to równie dobrze mogło być wyłącznie jej wyobrażeniem. Miała wrażenie, że jest w stanie wychwycić swoje imię, bardzo zniekształcone i odległe, a zarazem obecne. Chciała się na nim skoncentrować – jakkolwiek się go uczepić, zresztą tak jak i głosu, który z równym powodzeniem mógłby okazać się wytworem wyobraźni – ale to okazało się trudne. W efekcie czuła, że szept raz po raz jej się wymyka, przypominając trochę dźwięk, który mogłaby usłyszeć przy pomocy starego, rozstrojonego radia. Nie sądziła czy takie myślenie w ogóle miało sens, ale to w gruncie rzeczy wydawało się mało istotne – odległe, pozbawione znaczenia i tak bardzo… trudne…
Jocelyne, proszę…, nalegał głos, a może to jednak ona go sobie wyobrażała – nie miała pojęcia i chyba nawet nie chciała wiedzieć. Czuła się tak bardzo zmęczona, poza tym…
Och, ale ten głos był znajomy. Na pewno słyszała go wcześniej, a przynajmniej tak sądziła, chociaż…
Nie. Na pewno już gdzieś się z nim spotkała. Może wtedy, w tamtej uliczce, kiedy szukali Layli, a tata pomagał jej wykorzystać zdolności, by miała szansę wychwycić właściwie… cokolwiek, dokładnie tak, jak ją uczył. Wtedy też doświadczyła czegoś podobnego, chociaż zarówno wtedy, jak i teraz nie była w stanie właściwie tych szeptów wykorzystać, a co dopiero zrozumieć.
Jocelyne…
Dlaczego po prostu nie mógł z nią porozmawiać? Kimkolwiek była ta osoba, znała jej imię. Skoro tak, mogła po prostu się pojawić i wprost wszystko wytłumaczyć. Tak byłoby o wiele łatwiej, a przynajmniej ona miała takie wrażenie. Może wtedy nie czułaby się aż tak słabo, musząc wręcz walczyć o próbę skoncentrowania się na poszczególnych słowach – stopniowo narastających i wypełniających jej umysł. To przecież nie miało sensu, a jednak…
Kto i czego od niej chciał…?
– Joce, dobrze się czujesz? Słyszysz, co mówię? – doszedł ją inny znajomy głos, tym razem bezpośrednio tuż obok niej, ale również na nim nie potrafiła się skupić, coraz bardziej rozkojarzona.
Dotychczas nie kręciło jej się w głowie, a może po prostu nie zwracała na to uwagi. Teraz z kolei powoli odpływała, coraz słabsza i bliższa omdlenia. Chciała przynajmniej spróbować z tym zawalczyć, wciąż mając wrażenie, że głos, który słyszała, miał jej do przekazania coś bardzo ważnego, ale to przypominało raczej walkę z wiatrakami – pozbawione sensu i tak bardzo…
Musisz jej pomóc… Zrób coś, żebyście mogli jej pomóc…!
„Komu?” – miała ochotę zapytać, ale nie zdołała wykrztusić z siebie nawet słowa. Zresztą przecież nie było nikogo, komu mogłaby zadać jakiekolwiek, choćby po części sensowne pytanie. Poza tym miała wrażenie, że niewiele brakuje, żeby ostatecznie odpłynęła, a to… Och, może wcale nie było aż takie złe, jak mogłoby się wydawać?
Chwilę jeszcze walczyła ze sobą, a potem głos ostatecznie ucichły i wszystko zniknęło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa