26.04.2017

Sto sześćdziesiąt siedem

Jocelyne
Obudziła się z bólem głowy. Przez dłuższą chwilę leżała w bezruchu, próbując zrozumieć, co tak naprawdę działo się wokół niej. Potrzebowała kilku minut, żeby uprzytomnić sobie, że leżała na czymś miękkim i że ktoś jej dotyka. Chwilę później uderzył ją słodki, znajomy zapach, a potem poczuła coś słodkiego na wargach i dosłownie zesztywniała, kiedy pojęła, że to krew.
– Cii, malutka… Pij – rzucił kojącym tonem aż nazbyt znajomy głos. Mimo wszystko nie od razu zdecydowała się dostosować do polecenia, wciąż zdezorientowana. Ostatecznie głód jednak wygrał i choć w pierwszym odruchu była gotowa wzbraniać się przed koniecznością wgryzienia się w podsunięty jej nadgarstek, ostatecznie to zrobiła. – Grzeczna dziewczyna – mruknął cicho Gabriel, wyraźnie nie mając nic przeciwko temu, żeby ją nakarmić.
Tato…?, pomyślała z wahaniem, próbując zwrócić jego uwagę przynajmniej telepatycznie, ale nie zareagował. W zamian bardziej stanowczo przygarnął ją do siebie, jednocześnie pomagając dziewczynie usiąść, by mogła wygodniej ułożyć się w jego objęciach. Westchnęła w duchu, po czym skupiła się na krwi – przyjemnie słodkiej i ciepłej, która sprawiła, że po całym jej ciele błyskawicznie rozeszło się ciepło. Czuła, że tak jak i po powrocie z Londynu Gabriel oferował jej również energię, nawet nie próbując się przed tym bronić. Nie mogła zaprzeczyć, że dzięki takiej mieszance czuła się lepiej, nawet jeśli zarazem miała wrażenie, że powinna nad sobą zapanować i nie pozwolić mu oddać za dużo.
– Nic się nie dzieje… Wiem ile mogę ci oddać – zapewnił pośpiesznie, bez trudu orientując się, czego tak naprawdę się obawiała. Miała wrażenie, że to dość naciągana teoria, bo kiedy chodziło o bezpieczeństwo najbliższych, tata zwykle pozwalał sobie na więcej niż powinien, ale nie skomentowała tego nawet słowem. – Po prostu pij, księżniczko.
Chciała skinąć głową, ale przez to, że usta wciąż przyciskała do jego nadgarstka, okazało się to problematyczne. Przynajmniej dzięki krwi poczuła się na tyle pewnie, by w miarę samodzielnie usiąść i już nie mieć wrażenia, że niewiele brakuje, żeby straciła przytomność. To wiele ułatwiało, nie tylko rozjaśniając dziewczynie w głowie, ale przede wszystkim ułatwiając przełykanie. Co prawda tata wciąż ją obejmował, najwyraźniej nie ufając jej zmysłowi równowagi na tyle, żeby poluzować uścisk, ale to w najmniejszym stopniu Joce nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie – czuła się dużo bezpieczniej.
Wyczuła ruch, po chwili uświadamiając sobie, że nie tylko Gabriel przy niej siedział. Mama wyglądała na zmartwioną, co zresztą nie wydało się Joce niczym dziwny, zwłaszcza w obecnej sytuacji. Mimo wszystko Renesmee wyraźnie się rozluźniła, kiedy ich spojrzenia się spotkały i przekonała się, że sytuacja opanowana. Jocelyne z wolna wyprostowała się, w końcu chcąc odsunąć od rany, ale trzymające ją ramiona nie od razu jej na to pozwoliły, nic zresztą nie wskazywało na to, żeby tata tak po prostu planował wpuścić ją ze swoich objęć.
– Już w porządku? – usłyszała tuż przy uchu. Krótko skinęła głową, po czym lekko zadrżała, kiedy Gabriel ucałował ją we włosy. – Odpocznij sobie, co księżniczko? – zasugerował, pomagając jej z powrotem ułożyć na łóżku.
Była senna, ale właściwie sama nie miała pewności, co takiego to powodowało – fakt, że wciąż w pełni nie doszła do siebie, czy może sam Gabriel, który niejednokrotnie pomagał jej zasypiać. Nie zaprotestowała, kiedy pogładził ją po policzku, ostatecznie wplatając palce w jej włosy i raz po raz je przeczesując. Z wolna rozluźniła się, znacznie uspokojona i bliska tego, żeby jednak zasnąć, chociaż nie chciała tego robić. W głowie miała mętlik, z kolei perspektywa snu ją niepokoiła.
– Co się stało? – wykrztusiła z trudem, zmuszając się do tego, żeby jednak spróbować coś powiedzieć. Przełknęła, żeby łatwiej oczyścić gardło. – To znaczy… Ale Damien też dał mi energię.
To nie miało sensu, przynajmniej teoretycznie. Nie rozumiała zwłaszcza tego, dlaczego tym razem w ogóle czuła się źle. To było coś zgoła innego od tego, czego doświadczała za każdym razem, kiedy jednak chorowała. Wszystko w niej aż krzyczało, że teraz jest inaczej, ale to w żaden sposób nie tłumaczyło tego, co tak naprawdę się działo. W efekcie marzyła już tylko o tym, żeby jednak zamknąć oczy i odpłynąć, niezależnie od tego, czy faktycznie miała powody, żeby się tego bać.
Och, no i ten głos… Przed zaśnięciem słyszała szepty, tak?
Miałam komuś pomóc…
– Dobre pytanie. – Głos ojca skutecznie przywołał ją do porządku. Natychmiast skupiła na nim wzrok, próbując się skoncentrować. – Alessia mówiła mi, o co ją pytałaś… Ten głód wygląda inaczej – przyznał i odniosła wrażenie, że w tamtej chwili próbował przekonać samego siebie, że taka jest prawda. Spiął się, a ona bez pytania zorientowała się, że zrobiłby dosłownie wszystko, jeśli tylko miałby pewność, że nie odziedziczyła po niej tej słabości. – Lepiej się czujesz, Joce? – dodał, rzucając jej przenikliwe, wręcz badawcze spojrzenie.
– Tak sądzę…
To była prawda, przynajmniej do pewnego stopnia, przynajmniej jeśli wziąć pod uwagę fizyczny stan. Och, pod tym względem na pewno było lepiej, ale nic ponad to – a przynajmniej tak sądziła. Nie zmieniało to jednak faktu, że czuła się co najmniej zaniepokojona. Zaczynała się bać, aż nazbyt świadoma, że działo się coś niedobrego, czego nie potrafiła nazwać.
– W porządku. – Po słowach i tonie ojca trudno jej było określić czy stwierdzał fakt, czy może próbował ją do czegoś przekonać, reagując na same tylko myśli. – Chcesz się jeszcze napić, amore?
– Wystarczy mi woda – zapewniła pośpiesznie, wiedząc, że miał na myśli krew.
Zerknął na nią z powątpiewaniem, ale nie próbował protestować. Zanim ruszył się z miejsca, rzucił jeszcze znaczące spojrzenie Nessie. Mama jak na zawołanie znalazła się przy niej, zajmując wcześniejsze miejsce Gabriela i stanowczo przygarniając ją do siebie.
– Wystraszyłaś nas… I Damiena, a to coś znaczy – przyznała z wahaniem. Joce mimowolnie pomyślała o tym, że najwyraźniej miały do tego talent, bo dopiero co jej również Uzdrowiciel musiał pomóc dojść do siebie. – Ma jakieś podejrzenia, ale pewnie dopiero sprawdzimy ile w tym prawdy. Carlisle mógłby cię obejrzeć, ale… – zaczęła i zaraz urwała, myślami wydając się być gdzieś daleko.
– Coś jest nie tak?
Nie miała pojęcia na ile odpłynęła, a tym bardziej czy w tym czasie wydarzyło się coś niedobrego, to jednak na dłuższą metę i tak nie było istotne. W ostatnim czasie działo się tak wiele rzeczy, że chyba nawet nie byłaby zaskoczona, gdyby okazało się, że coś jest nie tak.
– Sama nie wiem – przyznała z wahaniem Renesmee. – Dziadek wydawał się zdenerwowany, a to zdarza mu się rzadko. Chyba coś się stało, bo przyjedzie tutaj dopiero wieczorem… – Westchnęła, po czym wzruszyła ramionami. – Ewentualnie jestem przewrażliwiona. Chociaż może powinniśmy byli zabrać cię do lekarza już po tym, co stało się w Londynie… Sama nie wiem.
– Więc to przez to, co robię – nie tyle zapytała, co po prostu stwierdziła fakt.
To wydawało się oczywiste, zresztą sama to podejrzewała. Niemalże na każdym kroku wszystko w niej aż krzyczało, że wszystko sprowadzało się właśnie do jej umiejętności. Próbowała doszukać się w tym logiki i zrozumieć, gdzie tak naprawdę leżał problem, ale nie była w stanie. Co prawda w pamięci kołatało jej się, że Rosa mówiła o energii, którą wyczuwały duchy, a przy odrobinie szczęścia może nawet mogły ją wykorzystywać, ale…
Cholera, to nie było możliwe. Nie, skoro przebywali przy niej przede wszystkim Dallas i właśnie Rosa, a przecież żadne z nich nie byłoby w stanie jej skrzywdzić. W co jak co, ale takie rozwiązanie na pewno nie byłaby skłonna uwierzyć – i to niezależnie od tego, co jeszcze by się z nią działo.
– Isabeau ma wątpliwości… Może w końcu powinniśmy skupić się na szukaniu informacji o nekromancji. To mogłoby ci pomóc, bo jest faktycznie masz co chwilę lądować w takim stanie… – Mama zamilkł, po czym bez słowa znów wplotła palce w jasne włosy Jocelyne. – Zobaczymy, co powie Carlisle, chociaż Beau oczywiście twierdzi, że prościej byłoby od razu postawić na zioła. Jeśli to anemia, na pewno coś ci przygotuje – zapewniła, ale Joce już nie była tym zaineresowana.
– Ciocia zawsze stawia na zioła – zauważyła mimochodem, tym samym sprawiając, że Nessie w końcu wysiliła się na blady uśmiech.
– Pewnie jak zwykle Carlisle będzie miał problem. Ona i Allegra prędzej zabiją niż pozwolą na zwykłe leki, chociaż może to i lepiej… – Zawahała się, wydając intensywnie nad czymś zastanawiać. – Jeśli to faktycznie ma związek z twoim darem, tym bardziej powinniśmy uważać. Może to normalne… Damien też szybko się męczył, kiedy dopiero zaczynał uzdrawiać.
Brzmiała tak, jakby bardzo chciała w to wierzyć, co zresztą nie wydało się Jocelyne niczym dziwnym. Sama miała ochotę przynajmniej spróbować zaufać samym tylko stwierdzeniom, to jednak okazało się o wiele trudniejsze, niż mogłaby do tej pory sądzić.
Spojrzała na mamę, po wyrazie jej twarzy próbując określić, czy poza tym miała jakiekolwiek powody do niepokoju, Nessie jednak wydawała się spokojna. Zdążyła przywyknąć, że niemalże na każdym kroku działo się coś co najmniej niepokojącego, jednak wszystko wskazywało na to, że tym razem sytuacja była opanowana – i że poza nią, nie istniał żaden nowy powód do tego, żeby zacząć się martwić. To pozwoliło jej się rozluźnić na tyle, by posłusznie ułożyła się na łóżku, kiedy mama zaczęła zachęcać ją do tego, żeby znów spróbowała zasnąć.
Poczuła niewysłowioną wręcz ulgę, kiedy tym razem po zamknięciu oczu nie doświadczyła niczego, co mogłoby wydawać się choć odrobinę niepokojące. Nie pojawiły się żadne niepokojące szepty, a tym bardziej poczucie, że w każdej chwili mogłoby wydarzyć się coś niedobrego.
Chwilę jeszcze trwała w bezruchu, zaciskając powieki, zanim ostatecznie wszystko zniknęło, a jej jednak udało się zasnąć.

Nie była pewna jak długo spała tym razem, ale to nie było istotne. Ważniejsze okazało się to, że już nie było jej aż tak słabo, zaś przebudzenie przyszło w łagodny, absolutnie naturalny sposób. Otworzyła oczy, po czym z wolna spróbowała usiąść, co również przyszło dziewczynie o wiele łatwiej niż wcześniej. Przynajmniej nie miała już poczucia, że bardzo niewiele brakuje, by zapadła się w ciemność, a to o czymś świadczyło, przynajmniej zdaniem Jocelyne. Mogła przewidzieć, że krew oraz energia, którą oddali jej Damien i Gabriel, pomogą, ostatecznie pozwalając jej dość do siebie.
Powiodła wzrokiem dookoła, chociaż wszystko wskazywało na to, że była w pokoju sama. Jasne włosy na krótką chwilę opadły dziewczynie na twarz, więc odgarnęła je zniecierpliwionym ruchem, chcąc lepiej widzieć. Problem z nią oraz umiejętnościami, którymi dysponowała, polegał na tym, że nigdy nie mogła być absolutnie pewna tego, co podsuwały jej zmysły. Innymi słowy, Joce chwilami wątpiła w to, czy kiedykolwiek mogła choćby poważnie myśleć o przebywaniu w samotności, skoro w każdej chwili mógł pojawić się ktoś nieproszony – a przy tym niekoniecznie żywy.
Zabawne, ale chociaż taka perspektywa powinna ją przerażać, chyba naprawdę zdążyła się do tego stwierdzenia przyzwyczajać.
Zawahała się, przez krótką chwilę mając ochotę wstać z łóżka, by upewnić się, czy dobre samopoczucie było czymś więcej, niż tylko chwilowym wrażeniem. Kiedy chorowała, zawsze denerwowało ją to, że czasami samej sobie nie potrafiła wyjaśnić jak się czuła, po odpoczynku zwykle mając wrażenie, że dysponuje siłami większymi niż w rzeczywistości. Cóż, zwykle weryfikowała to bardzo szybko, gdy tylko próbowała się podnieść i zaraz przy pierwszej okazji wracała pod przykrycie, przejęta myślą o tym, że ruszanie się z miejsca było absolutnie złym pomysłem.
Z tym, że ten przypadek wydawał się inny. Naprawdę czuła się lepiej, co prawda wciąż senna, ale nie aż tak, by to okazało się problematycznym doświadczeniem. Podejrzewała, że gdyby tylko zechciała, mogłaby jednak wyjść i samodzielnie zejść na dół, ale instynkt podpowiadał jej, że to nie był najlepszy pomysł. Mama obiecała, że obudzi ją, kiedy tylko pojawi się Carlisle, a skoro do tej pory nie przyszła, najwyraźniej nie było powodu, dla którego miałaby chcieć ruszać się z łóżka. Z drugiej strony…
Westchnęła, po czym odrzuciła kołdrę, dochodząc do wniosku, że najwyżej ktoś za chwilę wygoni ją z powrotem do łóżka. Machinalnie napięła mięśnie, licząc się z tym, że jednak za chwilę upadnie, zbytnio wymęczona, by utrzymać się w pionie, ale uchwycenie równowagi przyszło jej właściwie ot tak, co przyjęła z ulgą. Mimo wszystko nie śpieszyła się, aż nazbyt świadoma tego, jak w jej przypadku łatwo było o upadek – w końcu chyba jako jedyna potrafiła potknąć się na prostej drodze. Co prawda obyło się bez wypadków, kiedy z wolna ruszyła w stronę drzwi, ale i tak nie ufała sobie na tyle, by poruszać się pewniej.
Przed wyjściem przelotnie spojrzała w lustro, ale nic nie wskazywało na to, żeby wciąż krwawiła. Zauważyła, że wciąż wyglądała blado, ale nic ponadto… A może po prostu chciała w to uwierzyć, oczekując od siebie o wiele więcej niż powinna.
Zawahała się w korytarzu, nasłuchując. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że tak naprawdę obudziły ją dochodzące z parteru głosy – nie na tyle głośne, by zaczęły być uciążliwe, ale jednak wystarczająco słyszane, by zwrócić uwagę dziewczyny. Bez pośpiechu ruszyła w ich stronę, mimo obaw decydując się zejść do po schodach. Palce mocno zacisnęła na poręczy, woląc nie ryzykować, że przypadkiem zakręci jej się w głowie i jednak spadnie. Do pewnego stopnia wciąż czuła się jak we śnie, do pewnego stopnia oderwana od rzeczywistości i absolutnie niepewna, co takiego działo się wokół niej.
– Joce! Och, malutka, właśnie miałam po ciebie iść.
Aż wzdrygnęła się, kiedy tuż przed nią dosłownie zmaterializowała się Allegra. Zesztywniała, po czym w co najmniej oszołomiony sposób spojrzała na ciotkę, rozluźniając się dopiero z chwilą, w której zauważyła, że kobieta się uśmiecha. Pozwoliła, żeby ta chwyciła ją za rękę, przyciągając do siebie w taki sposób, by móc otoczyć dziewczynę ramieniem i tym samym pomóc jej utrzymać w pionie. To dało jej do zrozumienia, że pół-wampirzyca najpewniej doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nie wszystko było w porządku, co jednak nie powstrzymało jej przed pociągnięciem Jocelyne w stronę salonu.
– Coś się stało? – zapytała z wahaniem Joce, nagle zmartwiona. Co prawda zachowanie Allegry na to nie wskazywało, ale równie dobrze to mogły być wyłącznie pozory.
– Absolutnie nie. Po prostu mam coś dla ciebie – zapewniła pośpiesznie kobieta wysilając się na blady uśmiech. – Dobrze się czujesz, amore? Wciąż źle wyglądasz, ale…
– Prowadzę sobie.
Allegra skinęła głową. Co prawda po jej wyrazie twarzy trudno było stwierdzić, co tak naprawdę myślała albo czuła, jednak nawet jeśli miała jakiekolwiek uwagi, powstrzymała się od komentarzy. Myślami zresztą wydawała się być gdzieś daleko, skupiona na czymś, czego dziewczyna mogła co najwyżej próbować się domyślić.
W salonie było więcej osób, co zresztą mogła przewidzieć, bo zwłaszcza teraz rodzice nie zostawiliby jej samej. Gabriel krótko spojrzał w ich stronę, po czym wzniósł oczy ku górze w niemej prośbie o cierpliwość.
– Allegro…
– Joce sama wstała – wyjaśniła ze spokojem kobieta. – Nie męczyłabym jej… Zresztą to jest ważne, tak? – dodała, jednak mina taty sugerowała, że niekoniecznie się z tym zgadzał.
– Och, oczywiście… To na pewno postawi ją na nogi – zadrwił Rufus.
Joce dopiero w tamtej chwili zwróciła na wampira uwagę. Większość czasu i tak spędzał poza domem, szukając albo po prostu korzystając z okazji, żeby pobyć w pojedynkę. Jakkolwiek by nie było, takie zachowanie w jego wypadku nie wydawało się niczym nowym, a tym bardziej dziwnym. Nie była nawet zaskoczona tym, że wujek mógłby być złośliwy, bo zazwyczaj nie szczędził sobie sarkazmu, zwłaszcza w nerwach. W tamtej chwili wydał się Jocelyne wyjątkowo wzburzony, a przynajmniej takie odniosła wrażenie, kiedy mimochodem zaczęła go obserwować. Trzymał się na uboczu, względnie spokojny, jednak coś w jego postawie dało dziewczynie do zrozumienia, że wampir najchętniej by komuś przyłożył – i to najdelikatniej rzecz ujmując.
Przestała o tym myśleć, kiedy Allegra zachęciła ją do tego, żeby usiadła na kanapie. Natychmiast przeniosła wzrok na ciotkę, pozwalając, żeby ta ujęła ją za ręce. Uścisk miała silny i przyjemnie ciepły, zaś w spojrzeniu lśniących, błękitnych oczu, Jocelyne doszukała się przede wszystkim troski.
– Później przygotuję ci coś, co powinno trochę cię wzmocnić… Jesteś bladziutka, chociaż to nie jest takie dziwne… Robisz rzeczy, które szokują nas wszystkich – stwierdziła cicho, starannie dobierając słowa. – To nie jest nic złego, oczywiście, ale na pewno sporo od ciebie wymaga. Już od jakiegoś czasu zastanawiałam się nad tym, jak ci pomóc, a po tym, co stało się dzisiaj… Mam dla ciebie coś, moja malutka, żebyś nie czuła się taka samotna – zapowiedziała, a Joce zamarła.
– Ale…
Niby jak miała rozumieć te słowa? Wpatrywała się w Allegrę, sama niepewna, co powinna jej powiedzieć, a tym bardziej jak zareagować na stwierdzenie, które – jeśli miała być ze sobą szczera – jak najbardziej wydało się dziewczynie sensowne. Do tej pory nie mówiła nikomu o tym, jak czuła się z tym wszystkim, próbując zrozumieć niezmiennie przytłaczające ją zdolności, ale to nie zmieniało faktu, że zadanie samo w sobie okazało się trudne. Chwilami sama nie była pewna, co powinna zrobić, powoli zaczynając bać się dosłownie wszystkiego, co działo się wokół niej – każdego cienia czy choćby samotności, bo zwłaszcza wtedy miał wrażenie, że coś kryje się poza zasięgiem jej wzroku.
To wszystko ją dręczyło, kiedy zaś przyjrzała się Allegrze, odniosła wrażenie, że ta jak najbardziej była w stanie ją zrozumieć. Sama myśl o tym wydała się Jocelyne kojąca, znacząc dla niej równie wiele, co i świadomość, że nikt nie traktował jej tak, jakby postradała zmysły. Machinalnie rozejrzała się dookoła, bez trudu odnajdując wzrokiem rodziców. Renesmee z wolna podeszła bliżej, zmartwiona, ale nie na tyle, żeby próbować przerywać. Poniekąd wydawała się zaciekawiona, wpatrując się w Allegrę w niemniej zaciekawiony sposób, co i czekająca na rozwój wypadków Joce.
– Poczekaj chwilę – rzuciła kobieta, prostując się. Błyskawicznie przemknęła przez pokój, na krótką chwilę znikając w przedpokoju. – Może mnie z tym nie wyrzucicie! – stwierdziła jeszcze, ale jej ton sugerował, że nawet nie brała takiej możliwości pod uwagę.
– Och… Ja wciąż się zastanawiam – mruknął jakby od niechcenia Rufus.
– Na całe szczęście dom jest mój – niemalże warknął w odpowiedzi Gabriel. Zaraz po tym z westchnieniem przesunął się bliżej kanapy, ostatecznie zwracając bezpośrednio do Jocelyne. – Na pewno w porządku, księżniczko? Nie powinnaś sama wstawać…
– Lepiej się czuję – zapewniła pośpiesznie. Lekko przechyliła się, bezskutecznie próbując wypatrzeć Allegrę. – O co jej chodzi? I dlaczego mielibyście ją wyrzucić?
– Za chwilę sama zobaczysz – stwierdził z bladym uśmiechem Gabriel. Wywrócił oczami, bynajmniej nie rozeźlony. – Pewnie ci się spodoba, chociaż…
Cokolwiek miał na myśli, nie dokończył. Joce ledwo powstrzymała sfrustrowany jęk, nim jednak choćby spróbowała oznajmić wszystkim wokół, że takie niedopowiedzenia są nieuczciwe, w pokoju na powrót pojawiła się Allegra. Tym razem kobieta nie odezwała się nawet słowem, w zaledwie ułamek sekundy materializując się przy kanapie. Dziewczyna dopiero po chwili zorientowała się, że ciotka coś obejmuje, tuląc do piersi malutkie zawiniątko – wyjątkowo ruchliwe, a przynajmniej takie wrażenie odniosła Jocelyne, bezmyślnie wpatrując się w kucającą przy niej pół-wampirzycę…
Albo raczej to, co znajdowało się w jej ramionach.
– No, weź go… – rzuciła zachęcającym tonem Allegra.
Jocelyne się zawahała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa