13.04.2017

Sto pięćdziesiąt sześć

Miriam
Podejrzliwie zmrużyła oczy, przez dłuższa chwilę sama niepewna czy powinna się śmiać, czy może płakać. Z zaciekawieniem przypatrywała się Rafaelowi, uważnie mierząc brata wzrokiem i po wyrazie jego twarzy próbując stwierdzić, czy to możliwe, żeby do tego wszystkiego próbował sobie z niej żartować. Wiedziała już, że odkąd zaczął wzdychać do Cullenówny, troszeczkę mu odbiło (najdelikatniej rzecz ujmując), jednak dopiero teraz to zaczynało być naprawdę uciążliwe.
– Że co, proszę? – zapytała uprzejmym tonem, siląc się na spokój. Po Rafie czasami trudno było stwierdzić, jakie zachowanie było najlepszym pomysłem, dlatego wolała być ostrożna. – Chyba coś pomyliłam, ale…
– Nie wydaje mi się, żebym mówił w jakkolwiek dla ciebie niezrozumiały sposób – stwierdził cierpko demon, a Mira prychnęła.
– To zależy – przyznała niechętnie. – Kazałeś mi patrolować, to przez cały czas latam jak ta głupia tam i z powrotem, ale to jeszcze nie znaczy, że… O rany, Rafael, serio? Przestaliśmy spowiadać się jednej wampirzycy, to teraz mam zacząć podlegać drugiej? – wyrzuciła z siebie na wydechu, nie mogąc powstrzymać się przed zadaniem tego pytania wprost.
Próbowała zrozumieć. Naprawdę się starała, chociaż w ostatnim czasie działo się wystarczająco niepojętych dla demonicy rzeczy, by ostatecznie doszła do wniosku, że wszyscy wokół poszaleli. Cholera, była w stanie zaakceptować zarówno ślub Rafael i Eleny, jak i to, że jej brat bywał trudny, zwłaszcza odkąd zaczął doświadczać ludzkich emocji. Co prawda to brzmiało jak marny żart, ale niech mu będzie – była w stanie uznać, że w tym szaleństwie jest metoda. Zakładała, że wiedział co robi, zresztą wtrącanie się w sprawy serafina, było niczym prośba o bolesne odkrycie, że popełniło się poważny błąd. Tak czy inaczej, to wciąż podleganie Rafie było jej najbardziej na rękę, nawet pomimo tego, że zaczęła mieć poważne wątpliwości, kiedy nieśmiertelny oświadczył, że najpewniej zaczynał planować coś, co mogło wiązać się z przeciwstawieniem się ojcu. To było coś, co przynajmniej czasów mogła zaakceptować, ale…
Cholera, to zaczynało wymykać się spod kontroli. Tak przynajmniej sądziła, wciąż mając wrażenie, że związek z Eleną nie przyniesie demonowi niczego dobrego – a więc również jej.
– Ja cię jedynie informuję, że sytuacja trochę się zmieniła – odezwał się ponownie serafin, tym samym skutecznie wyrywając Miriam z zamyślenia. – Posłuchaj mnie uważnie, bo wiesz, że nie lubię się powtarzać. Coś jest nie tak, przynajmniej jeśli chodzi o bezpieczeństwo Eleny w Seattle… I właśnie dlatego się przejmuję – wyjaśnił usłużnie. Mira miała wrażenie, że sprawa już dawno przestała być aż taka prosta, ale nie czuła się na tyle wielką desperatką, by podzielić się z bratem wątpliwościami. – Masz się rozglądać, a najlepiej spróbować znaleźć coś podejrzanego. W zasadzie nie obraziłbym się, gdybyś zareagowała na każdego nieśmiertelnego, którego oznaczysz. Rozumiesz, co mam na myśli?
– Nie jestem głupia – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Przez twarz demona przemknął cień. Mira zacisnęła usta, po czym rozłożyła skrzydła, zamierzając jak najszybciej się ewakuować. Czuła się dziwnie, nie pierwszy raz tkwiąc z Rafaelem na balkonie apartamentowa, chociaż samej sobie nie potrafiła wytłumaczyć skąd brało się to uczucie. Zwłaszcza nastroje Rafy bywały problematyczne, sprawiając, że demonica miała wrażenie, że brat w każdej chwili zdecyduje się ją zepchnąć – ot tak dla zasady, by w ten sposób przypomnieć, że nadal miał sporo do powiedzenia w kwestii tego, co działo się w mieście.
– Czasami mam wątpliwości – stwierdził cierpko demon, a w Miriam aż się zagotowało.
– Jesteś ostatnio bardzo miły – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
O dziwo, Rafael jedynie się uśmiechnął. Poczuła się jeszcze dziwniej, kiedy znajome, lśniące tęczówki skoncentrowały się na niej, dosłownie przenikając ją na wskroś. To uczucie jej się nie podobało, chociaż samej sobie nie potrafiła wyjaśnić dlaczego, nie wspominając o tym, że zdecydowanie nie zamierzała uświadomić bratu, że cokolwiek mogłoby być nie tak.
– Wróćmy do tego, co ci kazałem, jasne? A teraz leć – ponaglił i to wystarczyło, żeby z miejsca poczuła nieopisaną wręcz ulgę. Rafael zawsze potrafił wzbudzić w niej respekt, ale tym razem chodziło o coś innego, czego nie doświadczyła od bardzo dawna. Już kiedy rozmawiali ostatnim razem, a on ostro zareagował na to, że mogłaby po prostu droczyć się z Eleną, Miriam towarzyszyły wątpliwości. Jeśli miała być szczera, zdecydowanie wolała trzymać się od serafina na dystans, a to nie zdarzało się często. – I pamiętaj: jeśli coś zobaczysz, masz dać znać nie tylko mnie, ale też Isabeau… Chociaż zdecydowanie bardziej bym wolał, żebyś to do mnie przyszła w pierwszej kolejności.
Nie odpowiedziała, dochodząc do wniosku, że zapewnianie go, że zrozumiała, czego od niej oczekiwał, jest zbędne. Nie była głupia, zresztą musiałaby całkiem zwariować, żeby dojść do wniosku, że dobrym pomysłem będzie sprzeciwić się bratu. Najwyraźniej zdążył już zapomnieć o tym, co sam mówił, twierdząc, że tak naprawdę nie była nic mu winna, skoro przez wzgląd na Elenę zamierzał działać na własną rękę. Mogła tylko zgadywać, co takiego zmieniło się od tamtego czasu, ale i to mogło poczekać, Mira z kolei już dawno oduczyła się zadawania pytań. W końcu znamienita większość jej egzystencji sprowadzała się do posłuszeństwa – słuchania, wypełniania poleceń i próbowania przetrwać w świecie, który do tej pory był zdominowany przez mężczyzn. Rafael od zawsze jej w tym pomagał, mając przynajmniej trochę szacunku do tego, kim była – przynajmniej teoretycznie, aż do momentu, w którym czymkolwiek mu podpadała. Tak czy inaczej, on przynajmniej traktował ją jak kogoś, kto mógłby się przydać i niczego nie spieprzyć, czego raczej nie dało się powiedzieć o Hunterze.
W pamięci wciąż miała to, co pociągnęły za sobą wydarzenia w Volterze. Pamiętała walkę z tym ze swoich braci i to, że jedynie cudem umknęła z życiem, długo nie będąc w stanie dojść do siebie po ciosie nożem, który wtedy wymierzył jej Hunter. Pamiętała również to, jak dziwnie zachowywał się Rafael, początkowo wyglądając na chętnego ją rozszarpać, a ostatecznie wysyłając ją gdzieś, gdzie mogłaby odpocząć. To był dziwny moment – ich rozmowa w świątyni i to, że przez krótką chwilę miała wręcz nierealne wrażenie, że serafin się o nią troszczył. Jak nic wyśmiałby ją, gdyby choć zająknęła się na ten temat, ale…
Och, a potem wylądowała z synem kapłanki w łóżku – ot tak na dobre zakończenie tego szaleństwa. To nie miało dla Miriam najmniejszego nawet znaczenia, ale jakoś niespecjalnie cieszyła się z perspektywy służenia kolejnej wampirzycy, którą wszyscy wokół mogliby traktować jak królową.
Nie miała pojęcia dokąd to wszystko zmierza, ale czuła, że coś jest nie tak. Pomijając, że sprawy w Seattle nie prezentowały się dobrze, Mira wyraźnie odczuwała, że również w świecie, który jest jej znany, coś było na rzeczy. Nigdy nie miewała bezpośredniego kontaktu z ojcem, ale to nie znaczyło, że nie była w stanie wyczuć wzburzenia Ciemności, a tym bardziej zorientować się, że ta mogłaby nawiedzić okolicę. Co prawda od tamtego momentu minęło już trochę czasu, ale demonica wciąż miała wątpliwości, tym bardziej, że Rafael ani razu nie poruszył tego tematu. Nie musiała pytać, żeby wiedzieć, że on również wyczuł obecność ojca, a jednak z uporem milczał i nic nie wskazywało, by zamierzał pokusić się o zdradzenie jakichkolwiek szczegółów.
Widzieli się? Być może, choć i tego nie miała się dowiedzieć. Zwykle nie wnikała w prywatne sprawy Rafy, a już zwłaszcza te, które tyczyły się Ciemności, ale tym razem nie mogła się powstrzymać. Czuła, że coś jest na rzeczy, choć wrażenie to równie dobrze mogło mieć związek z tym, jak bardzo wszystko zmieniło się przez ostatnie miesiące. Cholera, czym innym było służenie Isobel, a czym zgoła odmiennym świadomość, że Rafael nie tylko poznał ludzkie uczucia, ale przede wszystkim balansował gdzieś na granicy lojalności i zdrady. Kiedyś nie przyszłoby jej do głowy, że mógłby pokusić się o odwrócenie od ojca, zwłaszcza dla jakiejkolwiek kobiety, ale teraz nie była już tego taka pewna – i to zwłaszcza w sytuacji, w której w grę wchodził ktoś wyjątkowy, kto…
Cholera, kim tak naprawdę była Elena?
To wciąż nie dawało Miriam spokoju, niezmiennie dając się demonicy we znaki. Niemalże na każdym kroku napotykała na kolejne pytania, zmuszona walczyć o zachowanie pozycji i co najwyżej ufać Rafaelowi i rozkazom ojca, których nigdy nie otrzymywała osobiście. W efekcie zawsze pozostawała gdzieś na uboczu, odsunięta i raczona co najwyżej szczątkowymi informacjami, bo nikogo tak naprawdę nie interesowało, czy taki stan rzeczy ją satysfakcjonował. Nie o to chodziło, zresztą ona nigdy nie miała zrozumieć. Nie, skoro najważniejsze pozostawało posłuszeństwo.
Tak czy inaczej, wiedziała jedynie tyle, co usłyszała w domu Cullenów albo co zdradził jej sam Rafael – o duszach kolekcjonowanych przez Ciemność, Świetle i tym, że Elena mogłaby być ozdobą kolekcji, która… Och, jaki właściwie miała cel? Może problem leżał w tym, że sama była kobietą i nie rozumiała, dlaczego ktokolwiek miałby przejmować się kolejnymi pokoleniami śmiertelniczek. To wszystko nie miało dla niej sensu, choć naturalnie gdzieś musiał istnieć konkretny powód, dla którego Ciemność w ogóle zawracała sobie głowę kimś takim jak Elena. Ojciec nie był głupi, a skoro tak…
Masz słuszność, moja córko.
Była w powietrzu, na dodatek na tyle wysoko, by nie ryzykować zderzenia się z czymkolwiek, ale i tak przez krótką chwilę sama nie miała pewności w którą stronę leci. Serce Miry załomotało szybciej, a ona sama zawahała się, nie po raz pierwszy słysząc w głowie ten głos. Już raz tego doświadczyła, zaraz po walce z Hunterem, a jednak wtedy wzięła to za wyobrażenie – bo przecież niemożliwym było, żeby to właśnie do niej zwracała się Ciemność. To po prostu nie wchodziło w grę, a jednak…
Ojcze?
Nie otrzymała odpowiedzi, co zresztą było do przewidzenia, ale i tak poczuła się rozczarowana. Pomyślała, że to co najmniej żałosne, a ona zachowywała się trochę jak mała dziewczynka, szukająca aprobaty o kogoś, kto zwykle jej nie doceniał. I tak wywalczyła sobie pozycję, której mogłaby pozazdrościć niejedna z jej sióstr, to jednak nie zmieniało faktu, że w porównaniu do Rafaela, Miriam pozostawała co najwyżej pionkiem w grze. Ona nie miała znaczenia, jeśli zaś chodziło o Ciemność, nie istniał żaden powód, dla którego ta miałaby chcieć porozmawiać akurat z nią.
Kobieta energicznie potrząsnęła głową, próbując odrzucić od siebie niechciane myśli. Wzbiła się wyżej, żeby skryć się pomiędzy chmurami, chociaż dość mało prawdopodobnym było, żeby którykolwiek z przechodniów ją zauważył. Prawda była taka, że ludzie mało kiedy dostrzegali to, co najważniejsze, co zresztą dowodziło temu, jak bardzo głupi i krótkowzroczni byli. Pewnie nawet gdyby przeleciała tuż przed nimi, znaleźliby jakieś wyjaśnienie zjawiska, które ich zdaniem nie miało racji bytu. Wiara w demony i inne istoty nieśmiertelne już dawno została zagrzebana, co większości z nich było na rękę, ale Mirę niezmiennie drażniło. To, co śmiertelnicy nazywali postępem, w rzeczywistości pozostawało niemalże namacalnym dowodem nieporadności istot, które uważały się za lepsze. Pod tym względem zresztą demonica doskonale rozumiała Isobel, podzielając zapędy królowej do tego, żeby jak najszybciej wyjść z cienia. Kiedyś nie do pomyślenia byłoby, żeby musiała kryć się przed czyimkolwiek wzrokiem, a jednak teraz…
Och, przez wieki zmieniło się wszystko – i to najgorsze, a przynajmniej ona miała takie wrażenie.
Dlaczego tak bardzo wątpisz w moje intencje względem ciebie, Miriam?
Tym razem zamarła, coraz bardziej wytrącona z równowagi. Niespokojnie rozejrzała się dookoła, dla pewności nasłuchując i na wszystkie możliwe sposoby próbując upewnić się, czy w pobliżu nie znajdował się ktokolwiek obcy, kto mógłby próbować sobie z nią igrać. Co prawda wszystko wskazywało na to, że była sama, a jednak…
Ojcze?, spróbowała raz jeszcze. Znów odpowiedziała jej cisza, ale tym razem nie zamierzała tak po prostu odpuścić. Jak mam nie wątpić, skoro nie chcesz udzielić mi odpowiedzi, zniecierpliwiła się.
Być może ryzykowała, ale nie dbała o to, tym bardziej że nigdy nie przebierała w słowach. Co prawda wielokrotnie przyszło jej za to żałować, ale i to nie miało znaczenia, przynajmniej teoretycznie, skoro nie żałowała. Jasne, gdyby tylko mogła, być może wykorzystałaby sytuację, żeby zachować się jakkolwiek inaczej i tym samym uniknąć nieprzyjemności, ale z drugiej strony… Och, wtedy nie byłaby sobą. Nie wspominając o tym, że zdecydowanie nie była osobą, która potrafiła przyznawać się do błędu.
Taka lojalna…
Zawsze jestem!, zapewniła w niemalże rozgorączkowany sposób. Napięła mięśnie, gotowa zacząć krzyczeć, gdyby tylko zaszła taka potrzeba. Już nie dbała o to z kim i dlaczego rozmawia, ostatecznie dochodząc do wniosku, że to i tak nie miało znaczenia. Jeśli faktycznie przemawiała do niej Ciemność, po prostu była zobowiązana odpowiedzieć. Względem ciebie, dodała pośpiesznie.
Takie też odniosłem wrażenie, padło w odpowiedzi. Zaraz po tym głos zamilkł na chwilę wystarczająco długą, by Miriam doszła do wniosku, że niewiele brakuje, żeby w spektakularny sposób wyszła z siebie. Jak wiele jesteś skłonna dla mnie zrobić, co Mira?
Nawet nie zastanawiała się nad odpowiedzią.
Wszystko.
Tym razem odpowiedział jej cichy, melodyjny śmiech. Choć w dźwięku tym było coś niepokojącego, co zwykłego śmiertelnika bez wątpienia przyprawiłoby o dreszcze, Miriam miała wrażenie, że głos ojca w przyjemny sposób owija się wokół niej, niosąc jakże upragnione ukojenie.
W takim razie chodź, moja córko… Tym razem to dla ciebie mam zadanie.
Jakiekolwiek dalsze zachęty okazały się zbędne. Miriam po prostu uległa, bez chwili wahania pozwalając poprowadzić się w ciemność.
Beatrycze
Obudziła się, ale nie otworzyła oczu. Trwała w bezruchu, obojętna na otaczającą ją ciemność i znajomy już mętlik w głowie. Choć przez krótką chwilę nie była pewna, czego właśnie doświadczyła i dlaczego czuła się tak dziwnie roztrzęsiona, po dłuższej chwili wahania uświadomiła sobie w czym rzecz. Och, przecież zawsze chodziło o to samo – o sen, który powracał, niosąc ze sobą wątpliwości, kolejne pytania i narastające z każdą kolejnym razem poczucie frustracji. Nie musiała szczególnie się męczyć, żeby przypomnieć sobie aż nazbyt znajomą już scenerię – dom, który za każdym razem biernie obserwowała i do którego nie była w stanie się dostać, chociaż tak bardzo chciała.
Beatrycze westchnęła cicho, nie kryjąc irytacji. Po chwili wahania usiadła, odrzucając jasne włosy na plecy i próbując przekonać samą siebie, że nie działo się nic wartego uwagi. Tym razem przynajmniej nie wspominała czegoś, co przecież nie należało do niej, chociażby tak jak wtedy, kiedy uciekała z poczuciem, że…
Nie, nie chciała do tego wracać.
Wciąż nie była pewna, co tak naprawdę wydarzyło się, kiedy dotknęła tamtego dziennika w pokoju Jocelyne. Doświadczenie samo w sobie niezmiennie szokowało, kobieta zaś analizowała je tak wiele razy, że już dawno zaczęła mieć dość. Co więcej, już nie miała wątpliwości, że gdyby istniał sposób na znalezienie choć po części satysfakcjonujących odpowiedzi, już dawno doznałaby olśnienia, zamiast wciąż zadręczać się czymś, co pozostawało dla niej czystą abstrakcją. Tak czy inaczej, nie miała pojęcia kim była Ophelia, dlaczego właśnie to imię wydawało się ją prześladować i co powinna o tym wszystkim myśleć. W gruncie rzeczy nie rozumiała niczego, ale powoli zaczynała się do tego przyzwyczajać.
Lawrence był niespokojny, co zresztą też było do przewidzenia. Właściwie sama nie była pewna, kiedy stojąc na dworze to ona musiała zacząć go uspokajać i zapewniać, że nic jej się nie stało, nawet pomimo tego, że straciła przytomność. Ostatecznie dla świętego spokoju (i poniekąd po to, żeby przestał ją wypytywać, co wymagało odwrócenia uwagi wampir) zgodziła się na to, żeby również Carlisle potwierdził, że była cała. Oboje czuli się dziwnie spięci, kiedy ją badał, ale nie skomentowała tego nawet słowa, myślami wciąż przy wspomnieniu Ophelii – czy może raczej dziwnym śnie, bo sama nie była pewna, w jaki sposób powinna określić ten przebłysk. Tak czy inaczej, ostatecznie stanęło na tym, że była przemęczona i zbytnio się przejmowała, co zresztą wcale nie było takie dalekie od rzeczywistości, ale…
Och, bo przecież zawsze musiało być jakieś „ale”. W tym wypadku Beatrycze wyraźnie czuła, że coś było tak – z tym, że nadal nie miała pewności co.
Przeczesała jasne włosy palcami, po czym – nie wyobrażając sobie, że mogłaby dalej zasnąć – ostrożnie wyślizgnęła się z łóżka. Apartamentowiec był opustoszały, a przynajmniej tak wyglądał na pierwszy rzut oka, jednak Beatrycze wiedziała, że to tylko pozorny. L. nie zostawiał jej bez opieki, więc mogła założyć, że kręcił się gdzieś w pobliżu – on albo Sarge, bo równie często ten drugi zostawał jej opiekunem. Z drugiej strony, właściwie nie widziała stwórcy Lawrence’a od dnia, w którym wampir zabrał ją do Cullenów w dniu wypadku, którego doświadczyła razem z Cameronem i Claire. Nie była pewna czy to miało jakiekolwiek znaczenie, ale zastanawiając się nad tym, ostatecznie doszła do wniosku, że bezpieczniej będzie się nie zadręczać. Wampiry miały to do siebie, że chadzały własnymi drogami, a przynajmniej do takich wniosków doszła, kiedy obserwowała L. i Sarge’a. Co więcej, obaj żyli o wiele dłużej od niej, a już na pewno potrafili się bronić, więc zadręczanie się z ich powodu wydawało się co najmniej śmieszne.
Przystanęła przy drzwiach balkonowych, przez krótką chwilę wpatrując w ciemność za oknem. Miała ochotę wyjść na zewnątrz, żeby odetchnąć świeżym powietrzem, ale po chwili wahania doszła do wniosku, że to nie byłoby najlepszym pomysłem, zwłaszcza o tak późnej porze i przy niskiej temperaturze. Nie miała jeszcze wątpliwej przyjemności chorować a już na pewno nie zamierzała sprawdzać, co znaczyło doświadczyć czegoś podobnego. Wszyscy na każdym kroku uświadamiali jej, że była zbyt krucha i podatna na zranienia, zupełnie jakby ewentualne niebezpieczeństwo dla kogoś takiego jak ona czekało dosłownie na każdym zakręcie. Może i tak było, Beatrycze zresztą coraz częściej miała poczucie, że nie wszystko jest w porządku. W efekcie wolała być ostrożna, nie wspominając o tym, że w ciemnościach i w samotności, coś w panującym na zewnątrz mroku sprawiało, że zdecydowanie wolała trzymać się w bezpiecznym wnętrzu apartamentu. Co prawda cztery ściany nie miały zapewnić jej nietykalności, ale z drugiej strony…
Sama nie była pewna, dlaczego akurat coś takiego przyszło jej do głowy, ale ciemność miała w sobie coś przerażającego. Wrażenie było takie, jakby w mroku nocy czaiło się coś, czego nie chciała spotkać – i to zwłaszcza teraz, kiedy zagrożenie mogło znajdować się dosłownie na wyciągnięcie ręki. Chciała zrzucić to wrażenie na wątpliwości, które towarzyszyły jej przez ostatnie wydarzenia, a także zapomniany, aczkolwiek wciąż dającym jej się we znaki śnie, ale…
Nie, zdecydowanie nie chciała wracać pamięcią do wspomnienia tego domu. W końcu za każdym razem widywała dokładnie to samo, więc nie istniał powód, dla którego miałaby choć próbować go znowu roztrząsać. Co prawda nie wiedziała, dlaczego tak wiele emocji wzbudzała w niej perspektywa tkwienia przed budynkiem, którego nie znała i który niezmiennie po prostu obserwowała, czekając na coś, czego nawet nie potrafiła sprecyzować, ale…
Chyba że tym razem jednak było inaczej – tylko nieznacznie, ale… Co prawda nie miała pewności, zaś wszystko mogło okazać się równie dobrze wytworem jej wyobraźni, a jednak kiedy wysiliła pamięć, wyraźnie usłyszała łagodny szept – to oraz linijki cichej, melodyjnej pieśni, które mimowolnie zdecydowała się wyszeptać.
Znajdę ją, nawet jeśli ukryje się pośród róż…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa