15.04.2017

Sto pięćdziesiąt osiem

Isabeau
Nerwowo napięła mięśnie, obserwując. Mira z wolna złożyła skrzydła, uparcie milcząc, co z miejsca zaczęło doprowadzać kapłankę do szału. W ostatniej chwili powstrzymała się od gniewnego warknięcia, dochodząc do wniosku, że w ten sposób mogłaby co najwyżej pogorszyć sytuację, nie wspominając o tym, że perspektywa szarpania się z demonicą zdecydowanie nie była jej na rękę.
– O co chodzi? – zapytała, siląc się na cierpliwość. Co prawda Marco zdążył wyczerpać wszelakie pokłady wolnej woli, którymi dysponowała, ale to nie miało znaczenia. Była królową, a to do czegoś zobowiązywało. – Nie do końca rozumiem, dlaczego ty…? – zaczęła, ale kobieta nie pozwoliła Beau dokończyć.
– Mój brat powiedział, żebym ze wszelakimi informacji przychodziła do ciebie, wieszczko – wyjaśniła usłużnie. Żaden z demonów nigdy nie nazywał ją królową, ale nie miała im tego za złe. Wręcz przeciwnie – wolała, żeby tego nie robiły, skoro ten tytuł niezmiennie kojarzył się wampirzycy z Isobel. Podejrzewała, że to przede wszystkim w tym leżał problem, ale zachowała wszelakie uwagi dla siebie, bardziej przejęta tym, co miała do powiedzenia Mira. – Tak więc jestem. I śmiem twierdzić, że natrafiłam na coś, co wszystkich was zainteresuje.
– Chodzi o moją córkę? – wtrącił natychmiast Marco.
Miriam wyprostowała się, po czym spojrzała na mężczyznę z rezerwą, dla pewności odsuwając się, kiedy ten zrobił krok w jej stronę. Po zachowaniu demonicy dało się poznać, że nie była zachwycona perspektywą zostania posłańcem, co zresztą nie wydało się Beau dziwne. Te istoty zachowywały się w równie dumny sposób, co i ona sama, co jednak nie zmieniało faktu, że konieczność czekania na wyjaśnienia zaczynała naprawdę działać wampirzycy na nerwy.
– Mam rozmawiać z kapłanką – przypomniała Mira, niemalże cedząc kolejne słowa. – Nie przypominam sobie, żeby…
– Jeśli zaraz nie przejdziesz do rzeczy, zrobię się bardzo nieprzyjemny – oznajmił lodowatym tonem Marco. Jego rubinowe tęczówki pociemniały, kiedy zmierzył Miriam gniewnym, ostrzegawczym spojrzeniem. – Wierz mi, nie chcesz mnie drażnić. A poza tym… – zaczął, zamierzając dodać coś jeszcze.
Beau warknęła, przez krótką chwilę mając ochotę potrząsnąć każdym z obecnych z osobna. Nerwowo zacisnęła dłonie w pięści, przez krótką chwilę mając wrażenie, że słucha kłótni dzieci, które nie dostrzegając powagi sytuacji.
– Dość! – syknęła, tym samym skutecznie ucinając wszelakie dyskusje.
Wypuściła powietrze ze świstem, mimo wszystko zaskoczona tym, że oboje usłuchali. Co prawda z wyraźną niechęcią i spojrzeniami, które jednoznacznie świadczyły o tym, że przy odrobinie szczęścia jednak rzuciliby się sobie do gardeł, ale jednak. W innym wypadku chyba nawet nie miałaby nic przeciwko, ale w tamtej chwili działo się zbyt wiele istotnych rzeczy, by chciała zrozumieć, z czym przybyła Miriam.
Raz jeszcze zmierzyła spoglądającą na siebie dwójkę wzrokiem, chcąc upewnić się, że nikt nie spróbuje jej przerywać. Dopiero kiedy nabrała pewności, że przynajmniej tymczasowo mogła cieszyć się pełną kontrolą nad sytuacją, odezwała się podobnie.
– Ty – rzuciła, zwracając się bezpośrednio do ojca – po postu się zamknij, okej? Zaczyna boleć mnie głowa, a wtedy jestem jeszcze bardziej nieprzyjemna niż zazwyczaj.
– Zawsze jesteś nieprzyjemna – mruknął z rezerwą.
– Dzięki, tato. – Wywróciła oczami, ostatecznie decydując się go zignorować. W zamian w końcu przeniosła wzrok na Miriam. – Z kolei ty…
– Ja podziękuję za zwracanie się do mnie takim tonem – oznajmiła chłodno demonica. Isabeau otworzyła usta, jednak gotowa na nią warknąć, kobieta jednak nie pozwoliła jej dojść do głosu. – Widziałam grupę wampirów w okolicy portu. Kręcą się tam od dłuższego czasu, a dzisiaj dodatkowo widziałam kilka znajomych postaci w czarnych pelerynach… Resztę dopowiedz sobie sama – zaproponowała ze słodkim uśmiechem.
Zaraz po tym po prostu rozłożyła skrzydła i wzbiła się w powietrze, nie dając Isabeau szansy na jakiekolwiek pytania albo uwagi. Wampirzyca gniewnie zmrużyła oczy, chcąc nie chcąc odprowadzając nieśmiertelną wzrokiem i próbując stwierdzić, co tak naprawdę czuła. Wnioski, które wynikały ze słów Miriam, były aż nazbyt oczywiste, a przynajmniej wieszcze instynktownie przyszło do głowy, że rozwiązanie jest tylko jedno. Pomijając to, że sama czasami musiała skorzystać z peleryny, żeby osłonić się przed słońcem, ten rodzaj ubioru kojarzył jej się tylko z jednym – i to w wystarczająco nieprzyjemny sposób, by nabrała pewności, że powinna przejść do rzeczy. Volturi, którzy od jakiegoś czasu spacerowali sobie po okolicy, jak gdyby nigdy nic przebywając w Seattle, zdecydowanie nie należeli do codziennych widoków, a skoro tak…
– Idziemy – zadecydowała, nawet nie patrząc na Marco. Bez słowa ruszyła w stronę domu, świadoma tylko i wyłącznie tego, że powinna się pośpieszyć.
Spodziewała się jakichkolwiek złośliwych uwag albo przynajmniej riposty, która ostatecznie doprowadziłaby ją do szału, ale nic podobnego nie miało miejsca. W zamian ojciec po prostu ruszył za nią, milczący i – była gotowa się o to założyć – co najmniej zaniepokojony. Jego zachowanie wciąż go zadziwiało, podsycając wyrzuty sumienia i poczucie tego, że powinna z nim porozmawiać. Gdyby tylko się na to zdecydowała…
Przyszłości nie da się zmienić, pomyślała nie po raz pierwszy.
Ta jedna myśl sprawiła, że Isabeau jednak zdecydowała się milczeć. Przez całą drogę żadne z nich nie odezwało się chociażby słowem.

– Okej, to tutaj… Tak przynajmniej myślę.
Z powątpiewaniem spojrzała na Renesmee, po wyrazie twarzy bratowej próbując stwierdzić, co ta musiała sobie myśleć. Na pewno była spięta, poza tym raz po raz nerwowo zaciskała dłonie na kierownicy czarnego lexusa, to jednak nie musiało o niczym świadczyć. Na pewno znała miasto, a przynajmniej Isabeau zakładała, że skoro dziewczyna wychowała się w pobliżu, miała największą szansę stwierdzić, gdzie powinni się udać. Cóż, teoretycznie, bo wyjaśnienia Miry okazały się na tyle lakoniczne, by jednoznaczne określenie, gdzie powinni szukać, graniczyło z cudem.
– Jesteś pewna? – zapytała z wahaniem. Nie chciała naciskać, ale nie mogła się powstrzymać, wciąż zbyt wytrącona z równowagi, by pozwolić sobie na bezsensowne błądzenie i stratę czasu. – Zresztą nieważne. Musimy być ostrożni, poza tym…
– Wiemy to, Beau – przerwał jej Gabriel. Wampirzyca zacisnęła usta, po czym nerwowo spojrzała na brata. – Jesteśmy w dzielnicy portowej. Musimy się rozdzielić i poszukać… I to wszystko – dodał z naciskiem. – To Volturi, więc nie martwiłbym się jakoś szczególnie, ale i tak dobrze by było, gdybyśmy się trzymali razem w razie walki.
– Och, oczywiście. – Wywróciła oczami, coraz bardziej rozdrażniona. Nie była pewna, czy wszystko sprowadzało się wyłącznie do rozmowy z Marco, czy w grę wchodził również instynkt, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Prawda była taka, że miała wielką ochotę kogoś zabić, zbyt podenerwowana, by choć spróbować zebrać myśli. – Bo tylko tobie wolno działać na wolną rękę, prawda braciszku?
Nie otrzymała odpowiedzi, co w gruncie rzeczy było jej na rękę. Bez słowa wysiadła, po czym wzniosła twarz ku wciąż zaciemnionemu, zasnutemu ciężkimi chmurami niebu. Z wolna nabrała powietrza do płuc, próbując znaleźć ukojenie w charakterystycznym dla portu, nieco stęchłym zapachu, ale to w nawet najmniejszym stopniu nie zadziałało. Wręcz przeciwnie; aż rwała się do tego, żeby ruszyć się z miejsca i przy odrobinie szczęścia nakopać komuś do tyłka albo…
– Co jest, sis? – usłyszała tuż za plecami głos Gabriela. Aż wzdrygnęła się, kiedy chłopak tak nagle się odezwał, tym bardziej, że nawet nie zarejestrowała momentu, w którym dosłownie zmaterializował się u jej boku. – Nie obrać się, ale dziwnie się zachowujesz. Mam na myśli…
– Zmówiliście się dzisiaj na mnie czy jak? – rzuciła z irytacją, bez chwili wahania wchodząc mu w słowo.
Gabriel uniósł brwi, wyraźnie zaskoczony. Kątem oka zauważyła, że w pośpiechu dołączyła do nich Renesmee, równie zaniepokojona, co i jej mąż. Właśnie jesteś na dobrej drodze, żeby zrobić z siebie idiotkę, przeszło Isabeau przez myśl, ale nie skomentowała tego stanu rzeczy choćby słowem, bezskutecznie siląc się na cierpliwość. Zwłaszcza po rozmowie z Marco czuła się rozbita, w efekcie aż prosząc się o to, żeby zwrócić na siebie uwagę – czy to zachowaniem, czy to znów nadmierną złośliwością. Czuła, że tym samym jedynie martwiła towarzyszącą jej dwójkę, ale zmusiła się do zignorowania tego stanu rzeczy, w zamian próbując za wszelką cenę przekonać samą siebie, że to normalne. Cóż, w ostatnim czasie działo się tyle, że rychły wybuch zaczął jawić się wampirzycy jako coś, co prędzej czy później musiało nastąpić.
– Nie. – Gabriel zamilkł, po czym z uwagą zmierzył ją wzrokiem. Coś w jego postawie sprawiło, że Beau z miejsca pożałowała tego, że w ogóle zdecydowała się podnieść głos. – Po prostu się martwię. Nie wiem, co dzieje się z Laylą, więc…
– Poradzę sobie – zapewniła, po czym westchnęła cicho. Zmusiła się do tego, żeby spuścić z tonu i wysilić się na blady uśmiech. – Wybaczcie. Dopiero co spędziłam dobrą godzinę z Marco i… Hm, po prostu Marco – mruknęła, dochodząc do wniosku, że to niejako wszystko tłumaczyło.
Po wyrazie twarzy Gabriela trudno było stwierdzić, co takiego sądził o takiej formie wyjaśnień, ale nawet jeśli miał jakieś uwagi, ostatecznie ograniczył się do sztywnego skinięcia głową. Czuła, że wciąż przypatrywał jej się podejrzliwie, zresztą tak jak i Renesmee, jednak na całe szczęście oboje zdecydowali się na milczenie. W następnej chwili ostatecznie zdecydowali się rozdzielić, co przyjęła z ulgą, w pośpiechu wchodząc pomiędzy ustawione jeden na drugim, metalowe kontenery. Krótko obejrzała się za siebie, chcąc nabrać pewności, że faktycznie została sama, choć to, że nikogo nie widziała, nie świadczyło o tym, że brat rzeczywiście odpuścił. Liczyła się z tym, że nawet jeśli pozwolił jej poruszać się w pojedynkę, wciąż znajdował się gdzieś w pobliżu, najpewniej pilnując jej w równym stopniu, co i Renesmee.
Lepiej dla ciebie, braciszku, żebyś skupił się na sobie…
Nie otrzymała odpowiedzi, ale to było do przewidzenia. Nieznacznie potrząsnęła głową, próbując oczyścić umysł i skupić na metodycznym posuwaniu naprzód. Ostrożnie stawiała kolejne kroki, już z przyzwyczajenia posuwając w taki sposób, by nie zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi. Nasłuchiwała, dla pewności wspomagając się telepatią, by nabrać pewności, że nikt nie spróbuje się przed nią ukryć. Co prawda na pierwszy rzut oka nic nie wskazywało na to, żeby w pobliżu znajdował się jakikolwiek nieśmiertelny, ale próbowała o tym nie myśleć, usiłując wmówić sobie, że Miriam nie miała żadnego powodu, by spróbować ich okłamać. Cóż, przynajmniej teoretycznie, tym bardziej, że przez wzgląd na Elenę, Rafael wydawał się dość zaangażowany we współpracę. Skoro wysłał siostrę, coś zdecydowanie musiało być na rzeczy.
– Zakochany demon. Ta.
Skrzywiła się, mając wrażenie, że jej własny głos zabrzmiał dziwnie w panującej ciszy. Dla pewności raz jeszcze rozejrzała się dookoła, ale port wyglądał na równie opustoszały, co do tej pory. Jeśli to miał być żart, przysięgam, że kogoś zabije, pomyślała i przez krótką chwilę miała ochotę spróbować połączyć się z Gabrielem i Nessie, ale w ostatniej chwili zdołała się powstrzymać. Była zdecydowanie zbyt niecierpliwa, tym bardziej, że dopiero przyjechali. Okolica, którą mieli przeszukać, była wystarczająco okazała, by zadanie okazało się co najmniej problematyczne, a przynajmniej czasochłonne. Liczyła się również z tym, że niczego nie znajdą, nie tyle dlatego, że Mira kłamała, ale przez pogodę, która z łatwością mogła zatrzeć jakiekolwiek ślady czyjejś bytności. Nawet jeśli demonica faktycznie kogoś widziała, przed ich przyjazdem już dawno mógł się stąd wynieść, zresztą…
Cichy szelest skutecznie wyrwał wampirzycę z zamyślenia. Wyprostowała się niczym struna, na krótką chwilę zamierając i wbijając wzrok w ciemność. Napięła mięśnie, nasłuchując i dla lepszego efektu wstrzymując oddech. Panując dookoła półmrok sprawiał, że jej zmysły były o wiele bardziej wrażliwe, tym bardziej, że noc stanowiła porę, podczas której wampiry takie jak Isabeau funkcjonowały najlepiej. Kobieta napięła mięśnie, przybierając pozycję obronną i niemalże spodziewając się tego, że ktokolwiek spróbuje ją zaatakować. Oczami wyobraźni wręcz widziała przeciwnika, który przy pierwszej okazji spróbowałby rzucić się jej do gardła. Tym bardziej drażniła ją przeciągająca w nieskończoność cisza, sprawiająca, że nawet oddychanie czy przyśpieszone bicie serca brzmiały jak wystrzał z pistoletu.
Gabrielu?, pomyślała i dla pewności cisnęła to krótkie pytanie w przestrzeń. Nie była pewna, jak długo krążyli w okolicy, więc równie dobrze mogli na siebie trafić. Jeśli on Renesmee byli w pobliżu, powinni dać jej znać. Layla…?, dodała, nie mogąc się powstrzymać.
To było mało prawdopodobne, ale chciała przynajmniej spróbować. Co prawda nie wiedziała, co takiego siostra mogłaby robić akurat w takim miejscu, ale…
Cisza.
Zacisnęła usta, coraz bardziej podenerwowana. Chociaż to było do przewidzenia, niezmiennie drażniło ją to, że mogliby jednak tracić czas. Wręcz miała ochotę coś zniszczyć, by wyładować kumulującą się w jej wnętrzu energię i w końcu dać upust narastającej z każdą kolejną sekundą frustracji. Nie rozumiała, skąd brał się cały ten gniew, a może po prostu nie chciała przyjąć tego do świadomości – tego, co sugerowała wizja, bez wątpienia mająca jakiś związek z nieobecnością Layli. Naiwnie wierzył w to, że gdyby w porę odnalazła siostrę, wtedy zmieniłaby wszystko, mając choć cień szansy na powstrzymanie nadchodzących nieszczęść, ale…
Och, to tak nie działało. Kto jak kto, ale Isabeau wiedziała o tym doskonale, mogąc z pamięci recytować kolejne razy, kiedy cokolwiek szło niezgodnie z jej założeniami. Gdyby to naprawdę było takie proste, a ostrzeżenia prowadziły bezpośrednio do zmiany przyszłości, wtedy wszystko stałby się prostsze – z tym, że zdecydowanie tak nie było.
Niech to szlag. Niech…
Tym razem wyraźnie wyczuła ruch w ciemnościach – bardzo subtelny, ale nie na tyle, by umknął jej uwadze. Zastygła w bezruchu, nasłuchując; tym razem nie zamierzała ot tak się wycofać, niezależnie od tego, jak spokojna wydawałaby się okolica. Ktoś tutaj był, skryty poza zasięgiem jej wzroku i na tyle wprawiony, by miała problem z odszukaniem go, ale to nic nie znaczyło. Wiedziała, że intruz wręcz szukał okazji, żeby wykorzystać chwilę jej nieuwagi i uciec, ale nie zamierzała mu na to pozwolić. Z wolna nabrała powietrza do płuc, jednocześnie próbując wykorzystać moc – tym razem po to, by łatwiej zapanować nad sobą i reakcjami organizmu. Przyszło jej to zadziwiająco łatwo, co przyjęła z ulgą, zbytnio obawiając się, że wzburzenie wpłynie na wprawę, z jaką próbowałaby polować. Musiała skupić się na celu, co ostatecznie jej wyszło, zwłaszcza kiedy w pełni skoncentrowała się na instynkcie, oddając łowcy w swoim wnętrzu. Gdyby do tego wszystkiego wiedziała, czego powinna się spodziewać…
Miała wrażenie, że kolejne sekundy ciągnął się w nieskończoność. Intruz wystawiał jej nerwy na próbę, ale nie dała niczego po sobie poznać, jakimś cudem znajdując w sobie dość siły i samozaparcia, by pozostać w bezruchu. To było niczym niewerbalny pojedynek, które zasad nie znała, mogąc co najwyżej domyślać się, że polegał na czekaniu. Nie wiedziała dokąd to wszystko prowadzi, ale…
To intruz poddał się jako pierwszy.
Nawet nie zawahała się, kiedy jakaś postać dosłownie przemknęła pomiędzy kontenerami, tak po prostu decydując się rzucić do ucieczki. Wampirzyca wydała z siebie gniewne, ostrzegawcze warknięcie, po czym ruszyła w pogoń, nie zastanawiając się ani nad kierunkiem, w którym biegła, ani tym bardziej nad tym, czego powinna spodziewać się po swoim przeciwniku. Nie była pewna, czy przypadkiem w pobliżu nie znajdował się ktoś jeszcze, kto mógłby spróbować ją rozproszyć albo również zaatakować. Nie dbała o to, skupiona na biegu i sukcesywnym poruszaniu się naprzód. Ani na moment nie pozwalała się rozproszyć, całą sobą skoncentrowała na pędzącym tuż przed nim przeciwniku, uparcie siedząc mu na ogonie i próbując utrzymać równe tempo. Wahała się nad zrównaniem się z intruzem albo wykorzystaniem mocy, by wytrącić go z równowagi, ale ostatecznie nie zdecydowała się na żadne z tych rozwiązań. Możliwe, że miała do czynienia z kimś na tyle głupim, by doprowadził ją do swojej kryjówki i ewentualnych towarzysz, co bardzo wiele by ułatwiło.
Och, ewentualnie właśnie dawała zaciągnąć się w pułapkę. Takie rozwiązanie również okazało się wręcz przerażająco prawdopodobne, ale nawet to nie nakłoniło Isabeau do zatrzymania się. To nie miało znaczenia, a ona nie wzięła pod uwagę tego, że powinna poinformować Gabriela, dokładnie tak, jak prosił przed rozdzieleniem się. To mogło zaczekać, Beau zresztą była zbyt skupiona na biegu, żeby przejmować się czymkolwiek innym, a już zwłaszcza wymysłami przesadnie troskliwego brata.
Pogoń zaczęła ją nużyć, tym bardziej, że nigdy nie lubiła zabawy w kotka i myszkę. No, dalej…, niemalże warknęła, ale nic nie wskazywało na to, żeby intruz tak po prostu zamierzał odpuścić. Wręcz przeciwnie – z uporem kluczył pomiędzy kolejnymi kontenerami, być może licząc na to, że zdoła ją zgubić. Wywróciła oczy, po czym przyśpieszyła, mając ochotę raz a dobrze doprowadzić sprawy do końca. Nerwowo wodziła wzrokiem na prawo i lewo, próbując ocenić odległość, tym bardziej, że w labiryncie piętrzących się, przygotowanych do załadunku kontenerów, czuła się naprawdę klaustrofobicznie. Co jak co, ale to miejsce zdecydowanie jawiło się jako idealna kryjówka i to nie tylko dla grupy przypadkowych wampirów.
Volturi mieliby się ukrywać w takim miejscu…?
Potrząsnęła głową, dochodząc do wniosku, że na wątpliwości będzie czas później. Po tym, jak okazało się, że Włosi współpracowali z samą Isobel, była gotowa spodziewać się dosłownie wszystkiego. To i tak nie miało znaczenia, przynajmniej tak długo, jak istniała szansa, że ktoś, kto ukrywał się w tym miejscu, mógł mieć jakiekolwiek informacje na temat Layli. Myśl o tym sprawiła, że wampirzyca poczuła się jeszcze bardziej zdeterminowana, gotowa zrobić dosłownie wszystko, byleby otrzymać choć po części satysfakcjonujące odpowiedzi. Jeśli to miałoby wiązać się ze zrównaniem tego miejsca z ziemią, proszę bardzo – była na to gotowa, niezależnie od możliwych konsekwencji. Chyba nawet nie miałaby nic przeciwko małemu zamieszaniu, nawet gdyby tym samym mogła ściągnąć na siebie uwagę ludzi albo…
Zmrużyła oczy, powoli szykując się do ataku. Napięła mięśnie, zaczynając mieć problem z utrzymaniem przybierającej na sile telepatycznej mocy w ryzach. Energia wypełniała ją już od dłuższego czasu, stopniowo kumulując się, zupełnie jakby podejrzewała, że prędzej czy później miała się przydać. Teraz wystarczyło odpowiednio ją wykorzystać – po prostu uderzyć, tym bardziej że cel pozostawał dość jednoznaczny. Nieważne kim była osobą, którą goniła, skoro wystarczyło jedno uderzenie, żeby pozbawić intruza równowagi.
Wyrzuciła przed siebie ręce, by łatwiej wymierzyć i nakierować moc, kiedy wszystko poszło nie tak.
Dziewczęcy krzyk skutecznie wytrącił Isabeau z równowagi, sprawiając, że wampirzyca jedynie cudem zdołała powstrzymać się przed zrobieniem czegoś, czego z łatwością mogłaby zacząć żałować. Zaklęła pod nosem, po czym spuściła ramiona, niemalże siłą zmuszając do tego, żeby zachować spokój. W gruncie rzeczy jej ciało zareagowało instynktownie, Beau zaś zatrzymała się, pozwalając swojej niedoszłej ofierze uciec, co ta zresztą natychmiast wykorzystała. W innym wypadku zdecydowanie by kogoś za coś podobnego zabiła, ale nie w sytuacji, w której w grę wchodził krzyk – i to na dodatek znajomy.
Renesmee.
To jej wystarczyło. Natychmiast zawróciła, dosłownie ciskając w brata mentalnym nawoływaniem, by upewnić się, co takiego się działo. Nie od razu odpowiedział, kiedy zaś usłyszała w głowie jego mentalny głos, bez trudu zorientowała się, że był równie wzburzony, co i ona sama.
Jestem w drodze, stwierdził lakonicznie i to wystarczyło, by uświadomić Beau, że rozumiał równie niewiele, co i ona sama.
Jedynie potrząsnęła głową. Wiedziała, że w tym miejscu działo się coś niedobrego – i to najdelikatniej rzecz ujmując.
Teraz musieli upewnić się w czym rzecz i to tak szybko, jak tylko miało być to możliwe.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa