03.04.2017

Sto czterdzieści sześć

Layla
W milczeniu obserwowała Simona, wciąż gorączkowo myśląc nad tym, co powinna zrobić. Tym razem nawet nie drgnęła, kiedy wszedł do środka, zostawiając za sobą otwarte drzwi. Gdyby sytuacja była inna, a ona nie musiała obawiać się bólu, pewnie pomyślałaby, że mężczyzna naprawdę nie grzeszył inteligencją, skoro po próbie ucieczki dawał jej aż tyle swobodny. Niestety, tym razem wszystko było inaczej, a jej pozostawało co najwyżej spróbować się podporządkować.
– Chodź – rzucił zachęcającym tonem, wyciągając ku niej rękę. Wzdrygnęła się, nie zamierzając pozwolić na to, żeby jej dotykał. Nieznacznie potrząsnął głową, wyraźnie takim stanem rzeczy zmartwiony. – Chcę ci pomóc – westchnął, ale przynajmniej nie próbował jej powstrzymywać, kiedy samodzielnie poderwała się do pionu.
– Poradzę sobie sama – stwierdziła z uporem.
Założyła ramiona na piersiach, żeby lepiej podkreślić swoje słowa. Próbowała poruszać się w ludziom, nie wzbudzającym podejrzeń tempie, woląc nie ryzykować, że przypadkiem zrobi coś, co pogorszy już i tak nieciekawą sytuację. Inną kwestią pozostawało to, że coś w zachowaniu i spojrzeniu Simona wzbudzało w niej wątpliwości, przez co tym bardziej wolała trzymać mężczyznę na dystans. To, że tak naprawdę istniała tylko garstka osób, które mogły bezkarnie się do niej zbliżyć, pozostawało sprawą drugorzędną.
– Być może, ale nie wszystkim spodoba się, jeśli tak po prostu cię puszczę. I tak powinienem podać ci coś na uspokojenie zanim wyjdziemy, więc… – Zamilkł, po czym wzruszył ramionami. – Możesz wybrać, ale wątpię, żebyś po lekach dała radę gdziekolwiek sama pójść.
Zacisnęła usta, przez krótką chwilę mając ochotę zakląć, co w jej przypadku bywało rzadkością. Simon nie naciskał, cierpliwie czekając i po prostu ją obserwując, co z miejsca sprawiło, że poczuła się jeszcze bardziej nieswojo. Widziała, że był spięty, być może obawiając się, że jednak będzie musiał z nią walczyć. Mogła się założyć, że zwłaszcza po tym, jak potraktowała go, kiedy ostatnim razem spróbował zbliżyć się do niej ze strzykawką, zdecydowanie nie było mu to na rękę, ale wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej.
Z powątpiewaniem spojrzała na wyciągniętą ku niej dłoń, coraz bardziej podenerwowana. Ostatecznie z cichym jękiem ją ujęła, aż nazbyt dobrze zdając sobie sprawę z tego, że nie ma większego wyboru. Wolała być przytomna, tym bardziej, że chciała przynajmniej spróbować rozejrzeć się po okolicy. Wciąż istniała szansa, że zdoła zauważyć coś, co mogłoby ułatwić jej ucieczkę, więc tym bardziej zamierzała wykorzystać każdą ewentualność.
Zawahała się, mimo wszystko mając wrażenie, że Simon zrobi coś, co nie przypadnie jej do gustu, ledwo tylko pozwoli mu się dotknąć. Z powątpiewaniem spojrzała na ich splecione dłonie, próbując zrozumieć w jaki sposób jego uścisk miałby sprawić, że ktokolwiek poczuje się bezpieczniej. Wciąż o tym myślała, mimowolnie zauważając, że jej towarzysz był spięty, wyraźnie mając wątpliwości co do tego, czego powinien się po niej spodziewać. Mimo wszystko jego uścisk był ciepły i dość silny, przynajmniej jak na człowieka, bo gdyby tylko chciała, bez trudu zdołałaby się mu wyrwać.
– No i już… – Simon wysilił się na blady uśmiech. Lekko uścisnął jej dłoń, być może sądząc, że w ten sposób choć trochę wampirzycę uspokoi. – Sama widzisz, że nie jest aż tak źle.
– Po prostu chodźmy – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Nie zaprotestował, ale nie poczuła się dzięki temu lepiej. Mimowolnie napięła mięśnie, kiedy wyszli na korytarz, przez krótką chwilę mając wrażenie, że to jednak jakiś podstęp i powinna liczyć się z bólem. Oczywiście nic się nie wydarzyło, ale mimo usilnych starań nie była w stanie się rozluźnić, mogąc co najwyżej podążać za swoim niechcianym towarzyszem. Tym razem przynajmniej nie musiała uciekać, w zamian bez pośpiechu podążając przed siebie i raz po raz rozglądając się dookoła. Próbowała nad sobą panować, aż nazbyt świadoma, że Simon uważnie ją obserwuje, kontrolując każdy kolejny ruch, ale nie była pewna na ile jej to wychodziło. Już i tak była zdeterminowana, podświadomie próbując doszukać jakiejkolwiek drogi ucieczki albo przynajmniej szczegółu, który mogłaby wykorzystać w przyszłości.
Korytarz sprawiał wrażenie opustoszałego, chociaż Layla wiedziała, że to nie do końca prawda. Nigdzie nie widziała kamer, ale nie miała wątpliwości, że gdzieś tam były. To, że Simon przyszedł sam, po raz kolejny zresztą, również o niczym nie świadczyło, bo zdążyła już przekonać się, że ludzie, którzy odpowiadali za to miejsce, aż nazbyt dobrze rozumieli z kim mają do czynienia. W efekcie lekceważenie ich jawiło się jako najgorsze z rozwiązań, na które mogłaby się zdecydować, tym samym wymuszając na Layli o wiele więcej kreatywności. Skoro bezpośrednia ucieczka odpadała, najpewniej musiała wymyślić coś innego, choćby skupiającego się na próbie skontaktowania z rodzeństwem, jednak i to nie wydawało się łatwe.
Dla pewności spróbowała skorzystać z telepatii, chociaż podejrzewała, że korytarz jest równie zabezpieczony, co i cela, w której ją trzymali. Wciąż nie czuła ani Gabriela, ani Isabeau czy Rufusa, a to o czymś świadczyło, tym bardziej, że stłamszenie więzi nie było proste. Wiedziała, że ta wciąż istnieje, znacznie przytłumiona, przez co nie była w stanie wykorzystać mocy. Wciąż miała poczucie, że jej zmysły zostały przytłumione, ale nie była pewna czy to efekt czegoś, co znajdowało się w ścianach, czy może szoku, którego doznała, kiedy potraktowali ją prądem. To w gruncie rzeczy nie było istotne, przynajmniej z perspektywy Layli, która skupiała się przede wszystkim na świadomości, że mogłaby mieć kłopoty – i że wciąż musiała być ostrożna.
– Jesteś bardzo ciepła, wiesz? – Głos Simona wyrwał ją z zamyślenia. Wzdrygnęła się, po czym z powątpiewaniem spojrzała na mężczyznę, bynajmniej nieusatysfakcjonowana odkryciem, że wciąż uważnie ją obserwował. – Zauważyłem już wcześniej, ale… Cóż, to ma związek z twoim darem, prawda?
– To też wiecie od Jaquesa? – rzuciła z powątpiewaniem. Coś ścisnęło ją w gardle, kiedy pomyślała o tym wampirze, tym bardziej, że jego obecność w tym miejscu również wydawała się wszystko komplikować.
– Kilka rzeczy na pewno. Tak jak i to, że jesteś telepatką, ale to akurat nie tak wielkie odkrycie jak istnienie kogoś, kto byłby w stanie kontrolować ogień – przyznał, starannie dobierając słowa.
Mimowolnie skrzywiła się, słysząc z jaką swobodą mówił o jej umiejętnościach. Jak na zawołanie poczuła przyjemne pulsowanie, kiedy znajome ciepło rozeszło się po jej ciele, zupełnie jakby żywioł chciał przypomnieć o swojej obecności. Zignorowała go, aż nazbyt świadoma, że powinna trzymać nerwy na wodzy, przynajmniej do czasu nabrania pewności, że nikt nie zabije jej, jeśli spróbuje zaatakować. Jasne, że mogła rozpętać piekło, ale obawiała się, że kolejna dawka prądu skutecznie wytrąciłaby ją z równowagi, również wtedy nie dając szans na ucieczkę. W efekcie co najwyżej mogła doprowadzić do tragedii, a to zdecydowanie nie leżało w jej gestii.
– Ciekawe… – mruknęła z opóźnieniem, tym samym próbując dać Simonowi do zrozumienia, że nie zamierzała ciągnąć tej rozmowy. Milczenie było bezpieczniejsze, przynajmniej w jego obecności.
– Dla mnie na pewno. Bardzo bym się ucieszył, gdybyś sama powiedziała mi kilka rzeczy – stwierdził, a Layla przez krótką chwilę zapragnęła się histerycznie roześmiać.
– Po co? – rzuciła z rezerwą. – Macie Jaquesa. Pytajcie go do woli, skoro tak chętnie wam się spowiada.
Przez myśl przeszło jej, że wszystko sprowadzało się do tego, że wampir również nie miał wyboru, ale natychmiast odrzuciła od siebie tę myśl. Może i nie miał powodu, żeby ją kryć, ale nie sądziła, żeby palił się do współpracy z ludźmi. Nie zdążyła go poznać jakoś szczególnie dobrze, tym bardziej, że od początku trzymał się na dystans, zachowując trochę tak, jakby uważał się za lepszego od nich wszystkich – wówczas przerażonych dzieciaków, które nie miały pojęcia w co się pakowały, pozwalając poić się jego krwią. Tak czy inaczej, wolała nie wiedzieć, co takiego w takim razie musieliby zrobić tutaj jemu, żeby zechciał współpracować, w zamian woląc przekonywać samą siebie, że to w pełni świadoma decyzja, którą podjął sam Jaques.
Och, zupełnie jakby to miało mieć jakiekolwiek znaczenie… Ich ostatnie spotkanie nie należało do najprzyjemniejszych, teraz z kolei spokojnie stał u boku Nicka, biernie obserwując jak jest torturowana. Zdecydowanie nie zamierzała myśleć o nim jak o ewentualnym sojuszniku, nie wspominając o jakiejkolwiek formie zaufania.
– Wnioskuję, że się znacie.
Tym razem nie powstrzymała się od parsknięcia. Krótko spojrzała na Simona, po czym z niedowierzaniem potrząsnęła głową, ignorując fakt, że rzucił jej co najmniej urażone spojrzenie.
– Myślisz? – Westchnęła cicho. – Zresztą to teraz nie jest ważne. Nie wiedziałam go od lat i jakoś nieszczególnie za nim tęskniłam. Nie wiem, co tutaj robi i nieszczególnie mnie to interesuje, więc…
– W takim razie wróćmy do ciebie – zaproponował z uporem Simon. – Nie rozumiesz, że chcę dla ciebie dobrze, Laylo? Sama widziałaś, co się stało, kiedy… Och, wierz mi, że lepiej będzie, jeśli porozmawiasz ze mną.
Z wrażenia aż się zatrzymała, tym samym zmuszając Simona do tego samego. W pamięci wciąż miała jego słowa o konsekwencjach, które spotkałyby ją, gdyby chociaż spróbowała się od niego oddalić, zdecydowanie nie chcąc sprawdzać ile było w tych słowach prawdy. Zdecydowanie bezpieczniej było trzymać się tuż obok, chcąc nie chcąc wciąż trzymając tego człowieka za rękę i traktując trochę tak, jak gwarancję przynajmniej pozornego bezpieczeństwa. Podejrzewała, że to nieuczciwe, ale nie chciała się tym przejmować, bardziej niż kiedykolwiek skupiona na przetrwaniu.
– Czyli co? Albo będę współpracowała i odpowiadała na twoje pytania, albo znowu zaczniecie mnie torturować? – niemalże warknęła, decydując się postawić sprawę jasno.
– Laylo…
Gniewnie zmrużyła oczy.
– Nie patrz na mnie w ten sposób, skoro dokładnie tak to wygląda. – Z niedowierzaniem potrząsnęła głową. – Szlag, o co wam tak naprawdę chodzi? To jest jakaś organizacja badawcza czy…? – zaczęła, ale po spojrzeniu Simona poznała, że i tak nie zamierzał powiedzieć jej prawdy.
– Ja… Można tak powiedzieć – stwierdził lakonicznie. – Nie denerwuj się, proszę. To, co się wydarzyło, to po prostu… nieprzewidziany incydent – dodał, tym samym po raz kolejny wytrącając dziewczynę z równowagi.
– Torturowanie mnie nazywasz „incydentem”? – powtórzyła, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że wciąż próbował sobie z niej żartować.
Mężczyzna westchnął, ale nie odpowiedział, co mimo wszystko przyjęła z ulgą. Już i tak miała ochotę go uderzyć, a to mogło skończyć się naprawdę różnie, skoro przez cały ten czas była pod obserwacją.
– Tak czy inaczej – podjął jak gdyby nigdy nic Simon, wznawiając marsz – będę miał kilka pytań, ale to za chwilę. Jakbyś dobrze się nad tym zastanowiła, może doszłabyś do wniosku, że to nie jest takie złe. Mam na myśli… Nie uważasz, że to mogłoby być ciekawe? – zasugerował łagodnie. – To, że mogłabyś więcej się o sobie dowiedzieć.
– Wiem na temat tego, kim jestem, wystarczająco dużo – oznajmiła z uporem.
Przez twarz Simona przemknął cień, ale ostatecznie nie skomentował jej reakcji nawet słowem. Znów zamilkł, co początkowo uznała za najlepszą z możliwości, póki do głosu znów nie doszedł głód. Pieczenie w gardle raz po raz dawało się wampirzycy we znaki, zresztą tak jak i nieprzyjemne pulsowanie kłów, co zwłaszcza w ciszy dawało dziewczynie we znaki. W efekcie z dwojga złego wolała ciągnąć rozmowę, niezależnie od tego, czy kolejne uwagi Simona miały szansę doprowadzić ją do ostateczności.
Sądziła, że mężczyzna ponownie się odezwie, ale nic podobnego nie miało miejsca. Kilka następnych minut trwali w milczeniu, po prostu idąc przed siebie. Rozpoznała trasę, którą uciekała, łącznie z rozsuwanymi, które dosłownie wysadziła, by móc przedostać się na drugą stronę. Nie była na tyle oszołomiona, by nie rozpoznać tego miejsca i nie zauważyć, że jakiekolwiek oznaki walki zostały uprzątnięte. Zawahała się, wciąż zaniepokojona, chociaż to równie dobrze mogło mieć związek z wciąż dającym jej się we znaki zmęczeniem.
Próbowała zapamiętać drogę, by choć trochę rozeznać się w układzie kolejnych korytarzy, jednak to okazało się co najmniej problematyczne. Wszystkie miejsca wyglądały podobnie, nieprzyjemnie kojarząc się Layli z biegnącymi pod Miastem Nocy tunelami. Co więcej, całe to miejsce sprawiało wrażenie jednej wielkiej klatki Faradaya, a to również nie wróżyło dobrze, zwłaszcza dla kogoś, kto dysponował telepatią. Gdyby tylko znalazła choć odrobinę bardziej neutralnej przestrzeni, gdzie bez obaw mogłaby skontaktować się z Gabrielem albo Beau, wtedy byłoby prościej, ale teraz…
– Jesteś pewna? – Aż wzdrygnęła się, przez krótką chwilę ogarnięta irracjonalnym wrażeniem, że Simon reagował bezpośrednio na jej myśli. W oszołomieniu przeniosła na niego wzrok, nieznacznie potrząsając głową. Potrzebowała kilku następnych sekund, żeby zrozumieć, że mężczyźnie musiało chodzić o coś zgoła innego, tym bardziej, że tyle czasu oboje trwali w ciszy. – Potraktuj to… jako ciekawe doświadczenie – zaproponował. – Wiem, że jesteś niezwykła… Tak jak i twoja krew. Zastanawiałaś się nad tym kiedyś? – zapytał, rzucając jej zaciekawione spojrzenie.
– Dobrze wiem, co takiego jest w mojej krwi – stwierdziła z powagą.
Simon nie odpowiedział od razu, w pierwszej kolejności podchodząc do kolejnych, ulokowanych po prawej stronie korytarza drzwi. Nie była pewna, gdzie tak naprawdę byli, tym bardziej, że po drodze mijali tak wiele różnych pomieszczeń, że z czasem przestała zwracać na nie uwagę.
– Naprawdę? – zapytał w końcu, wprowadzając ją do środka. – Wygląda nietypowo, zwłaszcza pod mikroskopem, więc…
– Tak, to też wiem – zniecierpliwiła się.
Oczywiście, że była świadoma tego, jak wyglądała wampirza krew. Widziała ją wielokrotnie, zresztą to była jedna z pierwszych rzeczy, którą podczas wspólnej pracy pokazał jej Rufus. Aż nazbyt dobrze pamiętała zarówno to, jak bardzo zawiłe wydawało się wszystko to, co opowiadał, kiedy próbowali szukać wyjaśnienia na kolejne wybuchy agresji pośród zarażonych pół-wampirów, jaki i sam wygląd krwi – a już zwłaszcza srebrzystych drobinek, które z taką łatwością dostrzegła, również bez wyjaśnień swojego ówczesnego nauczyciela uznając za… co najmniej dziwne.
Simon rzucił jej bliżej nieokreślone spojrzenie, być może sądząc, że mogłaby go okłamywać. Nawet jeśli tak było, nie odezwał się nawet słowem, biernie obserwując każdy kolejny krok, który zrobiła. Z wahaniem zmusiła się do tego, żeby zacząć mężczyznę ignorować, w końcu decydując na to, by rozejrzeć się dookoła. Z jakiegoś powodu serce zabiło jej szybciej, kiedy zorientowała się, że prócz Simona, w pomieszczeniu znajdowało się więcej osób, tym bardziej, że odczuwane przez nią pragnienie dodatkowo się wzmogło. Jakby tego było mało, dosłownie poraził ją jasny, nieprzyjemny dla wrażliwych oczu blask jarzeniówek. To był ten ostry rodzaj światła, który z miejsca sprawił, że poczuła się jeszcze bardziej nieswojo, zwłaszcza kiedy przekonała się, że pomieszczenie, w którym ostatecznie się znalazła, wygląda jak laboratorium. Inne niż to, które widywała przez te wszystkie, spędzone w Mieście Nocy lata – i to począwszy od tego, że wyglądało o wiele mniej chaotyczne, po irytującą, napierającą na nią ze wszystkich stron biel. Już cela wydawała się Layli co najmniej sterylna, z kolei to miejsce jedynie spotęgowało to uczucie.
Świetnie, więc jednak ośrodek badawczy, pomyślała z powątpiewaniem, samej sobie nie potrafiąc wytłumaczyć czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie. Co więcej, wciąż miała wrażenie, że umyka jej coś istotnego, chociaż w żaden sposób nie potrafiła sprecyzować, czego mogłoby to dotyczyć. Od samego początku czuła, że mieli jakiś cel w tym, żeby ją tutaj trzymać, z kolei pytania Simona sprawiły, że zaczęła się zastanawiać, czy przypadkiem nie chodziło przede wszystkim o poznanie istot, które dla większości ludzi pozostawały obce. Była w stanie zrozumieć tę fascynację, zresztą tak jak i obawy, bo zwykle to, co nieznane, wzbudzało strach. Gdyby chodziło tylko o to, nie byłaby zaskoczona, a jednak… Och, wciąż miała wrażenie, że to nie wszystko – i że faktyczny cel, w którym ją tutaj trzymano, zdecydowanie nie miał przypaść jej do gustu.
– Co sądzisz? – rzucił niemalże pogodnym tonem Simon, kolejny raz skutecznie wyrywając dziewczynę z zamyślenia. – Nie bój się, bo nikt nie zamierza cię skrzywdzić. To miejsce…
– Och, nie trzeba jej tego tłumaczyć. Powiedziałbym raczej, że poczuła się jak w domu – wszedł mu w słowo nowy głos. Drgnęła, po czym poderwała głowę, dopiero po chwili dostrzegając Jaquesa. Opierał się o ścianę, jakby od niechcenia spoglądając w sufit i zachowując tak, jakby sytuacja była najzupełniej normalna. Cóż, być może dla niego była. – Chyba że się pomyliłem? Który z nich w końcu wygrał, co? – Wampir wyprostował się, po czym spojrzał na nią z zaciekawieniem. – Dylan…
– Dylan nie żyje – przerwała mu chłodno.
O dziwo, mężczyzna tylko parsknął śmiechem.
– Był rudy. To musiało się tak skończyć.
W pierwszym odruchu spojrzała na niego z niedowierzaniem, nerwowo napinając mięśnie. Dopiero później wyrwało jej się gniewne, ostrzegawcze warknięcie, którego nawet nie próbowała powstrzymywać. Oczy Jaquesa zabłysły, zupełnie jakby od samego początku spodziewał się takiej reakcji, zaraz też podszedł bliżej, aż prosząc się o to, żeby spróbowała zrobić mu krzywdę. Wiedziała, że powinna nad sobą panować, tym bardziej, że Simon wciąż trzymał ją za rękę, dodatkowo wzmacniając uścisk, kiedy zaczęła być niespokojna, ale właściwie nie zwróciła na ten gest uwagi.
– Jak ty właściwie… – Zamilkła, po czym energicznie potrząsnęła głową. Rzadko myślała o Dylanie, nie zmieniało to jednak faktu, że wciąż miała do siebie o pewne rzeczy żal. To, że ostatecznie właśnie ona chłopaka zabiła, bez wątpienia komplikowało wszystko, do jakiegoś stopnia wciąż jej ciążąc, nawet jeśli czuła, że postąpiła słusznie. – Nawet nie próbuj w ten sposób mówić o Dylanie, jasne? – warknęła, a Jaques wywrócił oczami.
– Tak, tak… Słodki chłopak, zwłaszcza kiedy uganiał się za tobą. Szkoda, że na koniec troszkę nam odleciał, ale…
– Dosyć! – przerwała mu stanowczo. – Dobrze wiesz, że to wszystko było z twojej winy. Gdyby nie ty… – Musiała urwać, w zamian próbując złapać oddech. Wciąż odczuwany głód wzmógł się, przy okazji sprawiając, że poczuła się jeszcze bardziej niestabilna niż do tej pory. W efekcie miała wrażenie, że naprawdę niewiele trzeba, by ostatecznie doprowadzić ją do szału, nakłaniając do zrobienia czegoś naprawdę głupiego.
– Moja? – Jaques przekrzywił głowę, po czym spojrzał na nią z zaciekawieniem. Naprawdę tak uważasz? Ciekawa teoria…
Drażnił się z nią i była tego aż nazbyt świadoma. Tym razem to ona musiała ścisnąć dłoń Simona, żeby powstrzymać się przed atakiem i chyba jedynie cudem pamiętając, że zmiażdżenie mężczyźnie palców nie byłoby najrozsądniejszym posunięciem. Czuła, że się trzęsie, bliska wybuchu gniewu, chociaż na to zdecydowanie nie mogła sobie pozwolić. Nie miała pewności, jakim cudem Jaquesowi z taką wprawą udało się doprowadzić ją do ostateczności, ale to na dłuższą metę nie miało znaczenia. O wiele bardziej istotne pozostawało to, jak się czuła – i że aż rwała się do tego, żeby porządnie kimś potrząsnąć, bez względu na konsekwencje.
Weź się w garść, warknęła na siebie w duchu. Jemu właśnie o to chodzi…
Problem w tym, że nie była w stanie stwierdzić, co tak naprawdę Jaques chciał w ten sposób osiągnąć. Jasne, bez trudu mógł doprowadzić ją do szału, ale to wciąż nie tłumaczyło tego, czego wampir mógł oczekiwać. Gdyby przynajmniej zdołała przeniknąć jego umysł albo spróbować nadążyć za zmiennymi nastrojami albo ewentualnymi planami…
– Tak czy inaczej, Layla na pewno jest zachwycona tym miejscem. Kto jak kto, ale ona bez wątpienia… Swoją drogą, pochwaliła ci się już, jaka jest niezwykła? – odezwał się ponownie Jaques, w przesadnie pogodny sposób wyrzucając z siebie kolejne słowa. – Jej krew zresztą też. A tak swoją drogą…
– O co ci chodzi? – nie wytrzymała.
Jaques jedynie się uśmiechnął.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa