04.04.2017

Sto czterdzieści siedem

Layla
Napięła mięśnie, coraz bardziej zaniepokojona. Wiedziała, że coś jest nie tak, ale za żadne skarby nie była w  stanie stwierdzić, w czym rzecz. Z uwagą obserwowała Jaquesa, po jego wyrazie twarzy próbując stwierdzić, czego tak naprawdę powinna się spodziewać, ale nie była w stanie. Wiedziała jedynie, że wampir wydawał się doskonale bawić jej kosztem – i że to zdecydowanie nie wróżyło niczego dobrego.
Poważnie pytasz? – rzucił z opóźnieniem mężczyzna, nie odrywając od niej wzroku. – Ja tam doskonale pamiętam nasze ostatnie spotkanie i…
Bredzisz od rzeczy – stwierdziła, potrząsając z niedowierzaniem głową.
To, co mówił, nie miało sensu, przynajmniej teoretycznie. Próbowała nadążyć za jego tokiem rozumowania, by móc stwierdzić, dlaczego w ogóle próbował ją prowokować, ale to okazało się niemożliwe. Mimo wszystko z jakiegoś powodu perspektywa dalszej rozmowy wzbudzała w dziewczynie niepokój tym silniejszy, skoro od samego początku wyczuła, że Jaques nie miał względem niej dobrych zamiarów.
Naprawdę? – Z jakiegoś powodu coś w uśmiechu, który pojawił się na jego twarzy, sprawiło, że z miejsca zapragnęła go uderzyć. Kiedy do tego wszystkiego wysunął kły, serce jak na zawołanie zabiło jej szybciej, nieprzyjemnie tłukąc się o żebra. – Nie wiem, może się nie znam… W końcu to ty prowadzałaś się z wariatem – stwierdził, ale tym razem nawet nie drgnęła, po prostu go obserwując.
W porządku, więc jednak chciał ją zdenerwować. To było do przewidzenia, więc o wiele łatwiej przyszło Layli zapanowanie nad emocjami. Nie zamierzała dać nikomu z obecnych choćby cienia satysfakcji, a już zwłaszcza komuś, kto wzbudzał w niej wyłącznie negatywne odczucia. Jaques od samego początku miał w sobie coś, co sprawiało, że wolała trzymać się od niego na dystans, niezależnie od możliwych konsekwencji. Ta jedna kwestia nie uległa zmianie, nie wspominając o sposobie, w jaki spoglądała na tego wampira przez wzgląd na sytuację, w której oboje się znaleźli. Wciąż pamiętała jego spojrzenie i spokój, który okazywał, kiedy na jego oczach sprawiali jej ból. Teoretycznie to nie miało znaczenia, ale…
Wciąż to robię – stwierdziła chłodno. Gniewnie zmrużyła oczy, coraz bardziej podenerwowana. – Skończyłeś już może?
Niekoniecznie. – Jaques posłał jej niemalże uprzejmy uśmiech. – Ale to miłe, że się przyznałaś. Pamiętasz więc może, że twoja krew jest bardziej niezwykła od mojej… On sam to stwierdził, prawda?
Otworzyła i zaraz zamknęła usta, przez krótką chwilę mając wątpliwości co do tego, czy dalsze prowadzenie tej dyskusji w ogóle miało sens. Nie rozumiała, co takiego chodziło temu wampirowi po głowie, nie wspominając o tym, że zdecydowanie nie miała cierpliwości, żeby próbować to roztrząsać. Nie była też pewna, dlaczego coś w spojrzeniu nieśmiertelnego sprawiło, że z miejsca zrobiło jej się zimno i że zapragnęła natychmiast zejść wszystkim wokół z oczu. Próbowała przeanalizować własne słowa, żeby stwierdzić, czy to możliwe, by powiedziała coś niewłaściwego, nim jednak zdążyła się nad tym zastanowić, panującą dookoła ciszę przerwał krzyk.
Layla drgnęła, po czym niespokojnie powiodła wzrokiem po pomieszczeniu. Wcześniej nie zwróciła większej uwagi na miejsce do którego przyprowadził ją Simon, początkowo oślepiona przez ostre światło jarzeniówek, a ostatecznie wytrącona z równowagi swoim niechcianym towarzyszem. Zdążyła jedynie zauważyć, że pomieszczenie było duże, przestronne i bardzo jasne, poza tym prawie na pewno mogła je uznać za laboratorium – w końcu wyraźnie widziała długie blaty, szklane zlewki i całe to osprzętowanie, które w niektórych przypadkach była w stanie nawet zinterpretować. Co prawda brakowało jej znajomego chaosu, który – och, jak na ironię – miałby szansę sprawić, żeby do tego wszystkiego poczuła się bezpieczna, ale to w tamtej chwili nie miało znaczenia. Wiedziała, że to miejsce jest dość specyficzne i że miała prawo poczuć się w nim nieswojo, przynajmniej do pewnego stopnia. Tak czy inaczej, wcześniej nie zwróciła uwagi na to, że pomieszczenie było podzielone, a tym bardziej co znajdowało się po drugiej stronie dużego, znajdującego się po prawej stronie od wejścia okna – albo raczej lustra weneckiego, jak nagle przyszło dziewczynie na myśl.
Stanowczo wyrwała rękę z uścisku Simona, żeby móc ruszyć się z miejsca. To było niczym impulsu, zupełnie jakby podświadomie od samego początku wiedziała, co takiego zobaczy, kiedy zajrzy do sąsiedniego pomieszczenia. To był jeden z tych widoków, który znała aż nazbyt dobrze, zwłaszcza po czasie spędzonym u boku Isobel, kiedy całe godziny spędzała w szpitalu, czuwając nad przemieniającymi się dziećmi. W efekcie nie zaskoczył ją widok siedzącej na wąskim, metalowym łóżku, wyraźnie roztrzęsionej dziewczyny. Nawet z odległości widziała, że ta drży, wyraźnie wytrącona z równowagi czymś, czego Layla mogła się co najwyżej domyślać. Słyszała przyśpieszony, urywany oddech, zdradzający początki histerii, chociaż przynajmniej tymczasowo nic nie wskazywało na to, by nieznajoma zamierzała płakać. Ostatecznie nawet nie zdobyła się na kolejny krzyk, w zamian wydając z siebie cichy, zdławiony jęk. Kołysała się lekko w przód i w tył, rozszerzonymi do granic możliwości oczami wpatrując w jakiś bliżej nieokreślony punkt przestrzeni, zupełnie jakby widziała tam coś, czego nikt inny nie miał prawa dostrzec.
Przez kilka sekund nie działo się nic. Dziewczyna po prostu siedziała, oddychając szybko i płytko, i wyraźnie mając problem z tym, żeby się uspokoić. Layla widziała, jak mięśnie nieznajomej raz po raz napinają się, by po chwili znów rozluźnić. Co więcej, jakoś nie miała wątpliwości co do tego, że ta nawet nie była tego odruchu świadoma, sprawiając wrażenie zbyt niespokojnej i wykończonej, żeby zdobyć się na jakąkolwiek sensowną reakcję. W pewnym momencie drgnęła, a jej dłonie z wolna uniosły się do gardła, muskając odsłoniętą szyję. Coś w sposobie, w jaki jej dotykała, a także grymasie, który jak na zawołanie wykrzywił bladą twarz, wydało się Layli znajome, przez co momentalnie przypomniała sobie o pragnieniu – i to również własnym, a to zdecydowanie nie było dobre. Zacisnęła usta, kiedy jej kły znów zaczęły dawać się we znaki, ale zignorowała to uczucie, zaskoczona tym bardziej, że w pewnym momencie przyłapała się na bezmyślnym wpatrywaniu w pulsującą żyłę na gardle dziewczyny.
Weź się w garść!, zadecydowała stanowczo. Gdzieś za plecami wyczuła ruch, co z miejsca uprzytomniło jej, że gdzieś tam wciąż byli Simon i Jaques, ale nawet się nie obejrzała, nie mając do żadnego z nich cierpliwości. Poruszając się trochę jak w transie, przesunęła się jeszcze bliżej, chyba jedynie cudem nie dotykając czołem szyby. Jasne włosy opadły jej na twarz, ale i na to nie zwróciła uwagi, w zamian zniecierpliwionym ruchem odgarniając loki na bok. Całą sobą koncentrowała się na tym, co działo się na jej oczach, próbując zrozumieć, dlaczego czuła się aż tak dziwnie, a tym bardziej skąd brało się wrażenie, że działo się coś bardzo, ale to bardzo niedobrego. Dopiero moment, w którym dziewczyna kolejny raz krzyknęła, by w następnej sekundzie poderwać się na równe nogi, zatoczyć i ciężko osunąć na kolana ostatecznie przekonał ją do tego, że powody tak naprawdę nie miały znaczenia, a ona powinna działać.
Nie, nie… Zostaw!
Wzdrygnęła się, zaskoczona dziwnym, przypominającym charkot dźwiękiem, który wyrwał się z gardła nieznajomej. Chociaż była sama, wyglądała na chętną rzucić się do ucieczki, nawet jeśli jednocześnie wydawała się zbyt słaba, by móc sobie na to pozwolić.
Co właściwie…? – Layla urwała, po czym z niedowierzaniem potrząsnęła głową. W pośpiechu odsunęła się, by móc raz jeszcze rozejrzeć dookoła i spróbować zlokalizować drzwi, które prowadziły na drugą stronę. – Wpuść mnie tam! – rzuciła naglącym tonem, nawet nie patrząc na Simona. – Do cholery…
Laylo…
Miała ochotę nim potrząsnąć, zwłaszcza kiedy spróbował chwycić ją za rękę.
Wpuść mnie tam! – powtórzyła, nie chcąc brać pod uwagę tego, że kolejny raz mógłby próbować jej odmówić.
Na krótką chwilę ich spojrzenia się spotkały, ale prawie nie zwróciła na to uwagi. Wiedziała jedynie, że mężczyzna uważnie ją obserwował, bynajmniej nie sprawiając wrażenia zaskoczonego tym, co działo się w pomieszczeniu obok. To dało jej do myślenia, ale nie chciała pozwolić sobie na wątpliwości, zdecydowanie bardziej przejęta tym, by móc dostać się do tamtej dziewczyny. Nie potrafiła obojętnie obserwować, zwłaszcza w takiej sytuacji, tym bardziej, że miała dość doświadczenia, żeby przynajmniej podejrzewać, co takiego powinna zrobić.
Simon milczał, tym samym doprowadzając ją do szaleństwa. Kątem oka wychwyciła ruch, kiedy Jaques się przemieścił, ale zdołała go zignorować, tym bardziej, że trzymał się na uboczu, najwyraźniej nie widząc powodu, dla którego miałby się wtrącać. Przyjęła to z ulgą, zdecydowanie nie mając ochoty na dalsze kłótnie i próbę nadążenia za tym, co mogło chodzić temu nieśmiertelnemu po głowie.
Wpuść mnie tam, Simon – odezwała się ponownie, tym razem siląc się na przynajmniej względny spokój. Niemalże błagalnie spojrzała na stojącego przed nią człowieka, coraz bardziej zdeterminowana. – Ja po prostu muszę i… Mogę pomóc – wyrzuciła z siebie na wydechu. – Widywałam takie sytuacje, jasne? Wiem, co powinnam zrobić.
Miała wrażenie, że to mocno naciągana teoria, ale starała się o tym nie myśleć. W tamtej chwili koncentrowała się przede wszystkim na działaniu, zdecydowanie nie zamierzając stać z boku i spokojnie się temu wszystkiemu przyglądać. Nie potrafiłaby, nie wspominając o tym, że takie postępowanie byłoby co najmniej niewłaściwe.
Wydawało jej się, że minęła całą wieczność, zanim Simon w końcu się zdecydował. Przez krótką chwilę mierzył ją wzrokiem, być może podejrzewając, że szukała sposobu na ucieczkę albo na to, by znowu go zwieść. Nie miała pojęcia jakie ostatecznie wyciągnął wnioski, a tym bardziej jak prezentował się wyraz jej twarzy, to zresztą okazało się najmniej istotne. Wiedziała jedynie, że poczuła niewysłowioną wręcz ulgę, kiedy mężczyzna w końcu skinął głową, po czym przemieścił się, by móc odblokować drzwi. Wpadła do środka, nawet nie zastanawiając nad tym, czy to dobry pomysł albo przypadkiem w ten sposób nie narazi się na niebezpieczeństwo. W gruncie rzeczy nie dbała o siebie, co zresztą nieraz wytykał jej Gabriel, kiedy podczas pracy z dziećmi zbytnio ryzykowała, aż prosząc się o nieszczęście.
Dziewczyna nie zauważyła jej pojawienia się. Wciąż klęczała na ziemi, dysząc ciężko i wyraźnie trzęsąc się ze zdenerwowania. Jeden rzut oka wystarczył, żeby Layla zorientowała się, że nieznajoma najpewniej nie zdawała sobie sprawy z tego, co działo się wokół niej. Pochyliła się do przodu, na tyle, że końcówki długich, brązowych włosów dotknęły posadzki. Przez krótką chwilę wyglądała tak, jakby zamierzała zwymiotować, a jednak nic podobnego nie miało miejsca. Layla zawahała się, uważnie obserwując zwróconą do niej plecami postać i dopiero po chwili decydując się zrobić kilka niepewnych, przemyślanych kroków.
Hej… Hej, wszystko w porządku? – zapytała, ostrożnie dobierając słowa. Dziewczyna drgnęła, po czym wyprostowała się niczym struna, zaskoczona brzmieniem bez wątpienia obcego dla niej głosu. – Wszystko w porządku. Ja… Och, jestem tutaj, żeby ci pomóc – oznajmiła, siląc się na łagodny ton. – Możesz na mnie spojrzeć? Chcę…
Odejdź!
Zesztywniała, słysząc ostrzegawczą nutę w tonie wyraźnie roztrzęsionej istoty. Mogła się tego spodziewać, bo młode wampiry zwykle takie były – i to niezależnie od rodzaju przemiany, którą przyszło im przejść. W tamtej chwili nie miała czasu, żeby się zastanawiać, skąd mogłaby się tutaj znaleźć jakakolwiek pół-wampirzyca, a już zwłaszcza taka, która byłaby jedną z zarażonych. Nie chciała również zastanawiać się nad tym, w jaki sposób doprowadzono do przemiany, choć być może powinna, bo to zwykle wiązało się ze śmiercią. Być może to blisko wiek w świecie królowej, gdzie nikt nie wahał się przed przetrąceniem karku dziecku, a co dopiero dorosłej osobie, uodporniła ją na niektóre praktyki, nawet jeśli obserwowanie ich wciąż wytrącało Laylę z równowagi. Jakkolwiek by nie było, zdołała odrzucić od siebie wszelakie wątpliwości i pytania, uznając, że mogły poczekać, tym bardziej, że tamta dziewczyna zdecydowanie nie potrzebowała czyjegokolwiek zrozumienia.
Nic się nie dzieje. Hej, kochanie… – spróbowała raz jeszcze. Łagodne słowa i krótkie, pośpiesznie wyrzucane zdania zwykle pomagały, mając szansę dotrzeć nawet do przerażonej albo zdenerwowanej osoby. Wielokrotnie musiała w ten sposób podchodzić do Rufusa, zwłaszcza dzięki niemu mając pewność, że to najskuteczniejsza metoda. – Spójrz na mnie. Jestem tutaj tylko ja i na pewno nie zamierzam cię skrzywdzić. Ja…
Dziewczyna zareagowała nagle, przemieszczając się tak gwałtownie, że nawet Layla miała problem, żeby za nią nadążyć. Instynktownie cofnęła się o krok, przez krótką chwilę mając wątpliwości co do tego, czy nieznajoma przypadkiem nie planowała skoczyć jej do gardła. Nic podobnego nie miało miejsca, o czym przekonała się, kiedy dostrzegła, że drobna postać zmaterializowała się pod przeciwległą ścianą. Layla dostrzegła blask lśniących, jarzących się czerwienią oczu, co samo w sobie wytrąciło ją z równowagi, jednak nie aż tak jak to, co zobaczyła chwilę później.
Usłyszała krzyk – krótki, zdławiony – ale dopiero po kilku następnych sekundach zorientowała się, że należał do niej.
Natychmiast przycisnęła obie dłonie do ust, żeby łatwiej nad sobą zapanować, ale to okazało się co najmniej problematyczne. Czuła, że zaczyna się trząść, ale i to działo się jakby poza nią, w gruncie rzeczy pozbawione najmniejszego choćby znaczenia. Niemalże siłą musiała zmusić się do pozostania w miejscu, w duchu próbując przekonać samą siebie, że ucieczka jest ostatnim, o czym w ogóle powinna myśleć. W oszołomieniu wpatrywała się w dziewczynę przed sobą, obserwując ją tak długo i intensywnie, że aż obraz zaczął rozmazywać jej się przed oczami. To, co się działo, nie było normalne, a jednak…
Mogła zrozumieć blask czerwonych oczu. Sama nieraz tak wyglądała, zwłaszcza kiedy czuła się zagrożona albo coś wytrąciło ją z równowagi. To była cecha właściwa wampirom, nie wspominając o tym, że również im ewentualnym ofiarom potrafiła wskazać, kiedy należało trzymać się na dystans. Równie dobrze rozumiała możliwość posiadania kłów, a jednak…
Och, rozumiała bardzo wiele – ale nie coś takiego.
Kły, które miała ta dziewczyna, nie były normalne. Chyba nigdy nie widziała, żeby jakiekolwiek były aż tak długie i dziwnie wykrzywione, przez co przypominały bardziej broń, aniżeli jakiekolwiek zęby. Layla nie zauważyła ich wcześniej, co dało jej do zrozumienia, że podobnie jak te, którymi sama dysponowała, były wysuwane – i najwyraźniej wciąż się wydłużały, tym samym sprawiając dziewczynie ból. Już samo to nie było normalne, a Layla przez krótką chwilę pomyślała, że śni, w ten sposób doświadczając czegoś, co w normalnym wypadku nie miałoby racji bytu. Musiało tak być, a przynajmniej ona nie była w stanie sobie wyobrazić, że wyjaśnienie mogłoby brzmieć inaczej, nie wspominając o tym, że mogłoby być gorzej.
Coś jest nie tak. Coś jest cholernie nie tak, ale…
Zawahała się, ledwo powstrzymując przed wypowiedzeniem własnych myśli na głos. Chciała się odezwać, a jednak z jej ust nie padło nawet słowo, w zamian zaś coś nieprzyjemnie ścisnęło ją w gardle. Z trudem wzięła kilka głębszych wdechów, a przynajmniej próbowała, zbytnio oszołomiona, by zdobyć się na jakąkolwiek reakcję. Mogła co najwyżej tkwić w miejscu, milczeć i czekać, chociaż sama nie była pewna na co i dlaczego. To i tak nie miało znaczenia, o czym przekonała się z chwilą, w której okazało się, że jednak może być gorzej.
Dziewczyna krzyknęła – tym razem głośniej, bardziej rozdzierająco, aż w końcu dźwięk, który wydobył się z jej gardła, skojarzył się Layli z wyciem. To była czysta mieszanka strachu, ale przede wszystkim bólu, który wydał się wampirzycy czymś o wiele bardziej oszałamiającym, aniżeli kwestia nienaturalnie wyglądających kłów. Zareagowała instynktownie, w pośpiechu przemieszczając się z miejsca na miejsce, by móc znaleźć się przy dziewczynie, gdy ta nagle zachwiała się, wyłącznie dzięki objęciom Layli nie osuwając z powrotem na posadzkę. Tym razem nie zamierzała pozwolić jej upaść, bez większego wysiłku przygarniając drżące ciało do siebie, by móc je podtrzymać. Chociaż jak zwykle towarzyszyła jej wieczna, związana z obecnością ognia gorączka, wyraźnie wyczuła, że również z temperaturą wtulonej w nią istoty coś jest nie tak. Spróbowała sobie przypomnieć, czy Rufus wspominał coś na temat objawów, które w jakimkolwiek wypadku mogły dręczyć tych, którzy już przeszli przemianę, ale nic sensownego nie przychodziło jej do głowy. Jasne, pół-wampiry mogły chorować, co było widać zwłaszcza po Jocelyne, ale ktoś, kto doświadczył przemiany…
Odrzuciła od siebie niechciane myśli, w zamian koncentrując przede wszystkim na próbie utrzymania przelewającej jej się w rękach dziewczyny w pionie. Widziała wiele wampirów zaraz po przemianie, ale większość z nich reagowałą albo histerią, albo wybuchem gniewu. To, co działo się z wampirzycą, którą obejmowała teraz, zdecydowanie nie było normalne, a przynajmniej to w pierwszej kolejności przyszło Layli do głowy, kiedy obserwowała nieznajomą, pozwalając, żeby ta tuliła się do niej, szukając poczucia bezpieczeństwa. Pomyślała, że powinna być ostrożna, zwłaszcza biorąc pod uwagę długie kły nieśmiertelnej, jednak i o to tak naprawdę nie dbała. Teraz o wiele ważniejsza była ta dziewczyna i to na tym zamierzała się skoncentrować.
Potrzebowała dłuższej chwili, żeby dotrzeć do znajdującego się w centralnej części pomieszczenia łóżka. Dziewczyna nie zaprotestowała, kiedy Layla zmusiła ją do tego, żeby usiadła, a ostatecznie położyła się na materacu. Wampirzyca zawahała się, coraz bardziej oszołomiona i niepewna tego, co powinna zrobić. Chciała ponownie się odezwać, ale w głowie miała pustkę, zresztą nie miała pojęcia, o co mogłaby zapytać w pierwszej kolejności. Jakby tego było mało, obserwując bladą twarz swojej tymczasowej podopiecznej, szczerze wątpiła, by ta w ogóle miała być w stanie jej odpowiedzieć, o ile w ogóle rozumiała, co i dlaczego ktoś próbował do niej mówić. W tamtej chwili nic nie miało sensu, Layla zaś nie mogła pozbyć się wrażenia, że wciąż mogło być gorzej. Nie wyobrażała sobie tego, ledwo rozumiejąc, co już teraz działo się na jej oczach, a jakby tego było mało…
Już w porządku – stwierdziła tak cicho, że ledwo była w stanie samą siebie zrozumieć. Raz jeszcze obrzuciła wzrokiem twarz dziewczyny, mając wrażenie, że przed sobą ma dziecko – co najwyżej nastolatkę, chociaż w przypadku istot nieśmiertelnych wiek fizyczny bywał naprawdę mylący. – Słyszysz mnie? Jak się czujesz? – wyrzuciła z siebie na wydechu, tym razem próbując mówić głośniej i bardziej stanowczo.
Była zdeterminowana, żeby dowiedzieć się, co takiego się działo i jakkolwiek pomóc. Chciała się przydać, chociaż nie miała pojęcia w jaki sposób, nie wspominając o tym, że w zamknięciu miała związane ręce. Pomyślała, że być może powinna wymusić pomoc na Simonie, tym bardziej, że był obok, z kolei całe to szaleństwo sprawiało wrażenie czegoś, z czym zarówno on, jak i wszyscy wokół, mogli mieć jakikolwiek związek. Gdyby tylko miała pewność, że zdoła nakłonić ich do przyniesienia dziewczynie krwi i zajęcia się nią tak, jak powinni… W tamtej chwili wszystko wydawało się równie dobre, nawet jeśli wciąż nie miała pojęcia, jakim cudem przemieniająca się pół-wampirzyca znalazła się w tym miejscu.
Z tym, że wciąż coś tutaj nie grało. Była gotowa przysiąc, że umyka jej coś istotnego, a jednak…
A potem zorientowała się, że w pomieszczeniu poza jej przyspieszonym oddechem i tłukącym się w piersi sercem, nie słychać niczego więcej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa