06.04.2017

Sto czterdzieści dziewięć

Jocelyne
Otworzył oczy, dziwnie roztrzęsiona. Usiadła na łóżku, oddychając szybko i nierówno, co najmniej jakby wzięła udział w maratonie, chociaż to przecież nie wchodziło w grę. Czuła, że serce tłucze jej się w piersi tak mocno, jakby chciało wyrwać się na zewnątrz, chociaż sama nie była pewna, co takiego powodowało ten stan. Co więcej, jakby tego wszystkiego było mało, przez krótką chwilę miała ochotę z powrotem opaść na poduszkę, zwinąć się pod przykryciem i stamtąd nie wychodzić, przynajmniej przez kilka następnych godzin pragnąc znów uciec w sen. To nie miało sensu, skoro najpewniej po raz kolejny zasnęła i to na dodatek w momencie, którego nawet nie zapamiętała, ale nie chciała się nad tym zastanawiać, tak jak i nie zamierzała rozwodzić się nad powodem dla którego czuła nieprzyjemne pulsowanie w skroniach.
Westchnęła, po czym na krótką chwilę przymknęła oczy, próbując doprowadzić się do porządku. Próbowała przekonać samą siebie, że wszystko w porządku, ale podświadomie czuła, że nie wszystko było takie, jak od samego początku powinno. Wzięła kilka głębszych wdechów, próbując nad sobą zapanować i jakkolwiek się uspokoić, ale i to nie przyniosło oczekiwanych przez Jocelyne skutków. Wręcz przeciwnie – im dłużej się nad tym zastanawiała, tym pewniejsza była, że nie wszystko jest z nią w porządku. Teoretycznie to odkrycie nie zaskoczyło ją w jakiś szczególny sposób, tym bardziej, że już przywykła do chorowania, doświadczając podobnych objawów o wiele częściej, aniżeli mogłaby sobie tego życzyć, ale z drugiej strony…
Och, dlaczego wciąż miała wrażenie, że coś jest nie tak? Czuła to całą sobą, gotowa wręcz przysiąc, że umykało jej coś nader istotnego, nawet jeśli nie potrafiła tego sprecyzować. Spróbowała przypomnieć sobie, czy to możliwe, żeby o czymś śniła, ale w głowie miała pustkę. Czegoś podobnego doświadczyła zaraz po incydencie z Beatrycze, kiedy bezwiednie przywróciła kobietę do życia, tym samym oddając tyle energii, że gdyby nie pomoc taty, pewnie jeszcze długo nie ruszyłaby się z łóżka. Teraz to wróciło, skutecznie wytrącając dziewczynę z równowagi, tym bardziej, że w pamięci wciąż miała to, co powiedział jej Gabriel – zarówno na temat niedoborów energii, jak i przede wszystkim tego, że była jego córką.
Nerwowo przeczesała jasne włosy palcami, coraz bardziej zaniepokojona. Miała ochotę kogoś zawołać, ale powstrzymała się, skupiona przede wszystkim na myśli o tym, że to nerwy. Takie rozwiązanie wydawało się dość prawdopodobne, przynajmniej z jej perspektywy i kiedy wzięła pod uwagę fakt, że w ostatnim czasie działo się tak wiele dziwnych rzeczy. Pomijając to, co stało się z Beatrycze oraz nieobecność Layli, wciąż był jeszcze Dallas, a ona…
Nie, zdecydowanie nie chciała o tym myśleć.
Nerwowo zacisnęła dłonie na pościeli, mocno zaciskając dłonie w pięści i próbując jakkolwiek nad sobą zapanować. Nic się nie dzieje, prawda? Jest w porządku…, pomyślała, ale z jakiegoś powodu to brzmiało jak kłamstwo, w które za żadne skarby nie była w stanie uwierzyć. Czuła, że działo się coś niedobrego, zaś zwłaszcza kiedy myślała o Layli, była jeszcze bardziej podenerwowana niż do tej pory. W efekcie czuła się wręcz gotowa przysiąc, że wampirzycę spotkało coś niedobrego, choć to musiało być tylko i wyłącznie jej przewrażliwieniem. Widziała, że wszyscy wokół zachowywali się nerwowo, więc to uczucie zaczynało się udzielać również jej, przez co zaczynała mieć problemy z panowaniem nad sobą. Chciała wierzyć, że istnieje jakiekolwiek sensowne wytłumaczenie tego, co działo się wokół niej, ale nic sensownego nie przychodziło jej do głowy.
Niektóre rzeczy… po prostu wydawały się oczywiste. Ewentualnie to ona była w stanie je wyczuć, co wcale nie musiało być jakoś szczególnie dziwne, biorąc pod uwagę fakt kim była. Isabeau zawsze powtarzała, że kobiety w tej rodzinie cieszyły się wyjątkową wręcz intuicją, ale Joce wcześniej nie brała pod uwagę, że to stwierdzenie miałoby dotyczyć również jej. Teraz z kolei zaczynała przekonywać się do stwierdzenia, że to jak najbardziej możliwe, chociażby dlatego, że widziała duchy. Skoro tak, mogła chyba założyć że wyczuwała o wiele więcej, aniżeli przeciętny telepata, co zresztą ostatnim razem zasugerował Gabriel. To, jak zareagowała, kiedy spróbowała wykorzystać zdolności, by mieć choć cień szansy na dowiedzenie się czegoś więcej…
Mimowolnie zadrżała, również nad tym nie chcąc dłużej się rozwodzić. W tamtej chwili wszystko wydawało się równie niewłaściwe i niepokojące, poza tym naprawdę czuła się zmęczona. Coś było nie tak, ale gdyby miała wybierać, wolałaby przekonać się, że znów miała odchorować kilka dni niż odkryć, że wszystko miało związek z faktycznym zagrożeniem.
A jednak Layla jest w niebezpieczeństwie, prawda? Layla jest…
Jęknęła, po czym ukryła twarz w dłoniach. Dość!, pomyślała stanowczo, ale to niewiele pomogło, tym bardziej, że wciąż pozostawał jej ból głowy. Łomotanie w skroniach zdecydowanie nie należało do najprzyjemniejszych doświadczeń, nie wspominając o wciąż odczuwanej słabości. Co prawda dla niej podobne objawy nie były czymś aż tak dziwnym, jak byłoby to w przypadku jakiegokolwiek innego pół-wampira, ale i tak nie była tym stanem rzeczy zachwycona. To nie był najodpowiedniejszy moment na dokładnie bliskim problemów, a przecież to właśnie robiła, kiedy raz po raz albo wpakowywała się w kłopoty, albo jakkolwiek inaczej dawała wszystkim wkoło we znaki za sprawą przesadnie ludzkiej, wrażliwej natury.
Z jakiegoś powodu znów mimowolnie pomyślała o tym, co wydarzyło się, kiedy razem z Gabrielem i Rufusem pojechała szukać Layli. Nie była pewna, dlaczego akurat to wspomnienie zaczęło ją dręczyć, ale po chwili wahania doszła do wniosku, że to i tak lepsze niż dalsze borykanie z problemami, które powodował Dallas. Ich ostatnia rozmowa nie należała do najprzyjemniejszych, czemu zresztą sama była winna, wciąż nie będąc w stanie wprost powiedzieć mu o tym, co ją dręczyło – i to zwłaszcza w kwestii związku, który w ich wypadku po prostu nie miał racji bytu. To ją dręczyło, a jakby tego było mało…
Layla. Myśl o Layli i…
Skrzywiła się, po czym energicznie potarła skronie, coraz bardziej sfrustrowana sytuacją. Na wszystkie możliwe sposoby próbowała nad sobą zapanować, ale to okazało się równie trudne, co i udawanie, że nie ma powodów do niepokoju. W pamięci zamajaczyło jej wspomnienie mimo wszystko obcego głosu – odległe i tak niewyraźne, że równie dobrze mogłoby okazać się snem albo wytworem jej wyobraźni. Spróbowała odsunąć od siebie niechciane myśli, by mieć szansę jakkolwiek się od tego odciąć i przestać niepotrzebnie zadręczać czymś, na co i tak nie miała wpływu, ale szybko przekonała  się, że również to nie wchodziło w grę. Prawda była taka, że wszystko wydawało się nie takie, jak powinno, dręcząc ją w stopniu, którego nie była w stanie znieść.
Właściwie nie zarejestrowała momentu, w którym ktoś wszedł do pokoju. Drgnęła i poderwała głowę dopiero z chwilą, w której wychwyciła ruch tuż obok łóżka, przez krótką chwilę przekonana, że kolejny raz ma do czynienia z duchem, przez co momentalnie nabrała ochoty na to, żeby zacząć krzyczeć.
– Cii, Joce… – usłyszała znajomy głos. Drgnęła, po czym w nieco nieprzytomny sposób spojrzała wprost na kucającego przy łóżku Edwarda. Zamrugała nieco nieprzytomnie, natychmiast nad sobą zapanowując i znajdując w sobie dość energii, by we względnie spokojny sposób spojrzeć na skoncentrowanego na niej wampira. – Dobrze się czujesz? Twoje myśli są… dziwne – wyjaśnił, ledwo tylko nabrał pewności, że była w stanie skupić się na jego słowach.
– Ja…
Natychmiast urwała, po czym nieznacznie potrząsnęła głową. W gruncie rzeczy nie była pewna, co i dlaczego powinna mu powiedzieć. W głowie wciąż miała mętlik, zresztą próba rozmowy z kimkolwiek jawiła się dziewczynie jako coś, co zdecydowanie nie wchodziło w grę. Jeśli miała być ze sobą szczera, w tamtej chwili miała ochotę się do kogoś przytulić, zamknąć oczy i jednak spróbować zasnąć, nawet jeśli to zdecydowanie nie byłoby normalne.
Cokolwiek o całej sytuacji sądził Edward, zachował wszelakie uwagi dla siebie, co przyjęła z ulgą. Nie zaprotestowała, kiedy usiadł przy niej, dla pewności wyciągając rękę, by móc musnąć wierzchem dłoni jej czoło. Zadrżała od różnicy temperatur, niemalże pewna, że za moment usłyszy, że jednak jest rozpalona, co zresztą miałoby szansę wytłumaczyć to, jak się czuła, jednak nic podobnego nie miało miejsca.
– Nie masz gorączki – zapewnił pośpiesznie jej opiekun. – Co się dzieje? Chcesz się jeszcze położyć? – zapytał, najwyraźniej mając wątpliwości co do tego, co tak naprawdę chodziło dziewczynie po głowie.
Zawahała się, tym bardziej, że perspektywa była co najmniej kusząca. Z drugiej strony, jeśli miała być ze sobą szczera, sama nie była pewna, czego tak naprawdę chciała. W głowie miała pustkę, z kolei jakakolwiek próba uporządkowania myśli albo zapanowania nad dziwnym roztrzęsieniem, wydawała się tylko i wyłącznie stratą czasu.
Czuła, że Edward ją obserwuje, wyraźnie zaniepokojony tym, jak się zachowywała. Nie była zaskoczona tym, że akurat on przyszedł, zwłaszcza, że nie miała cierpliwości do panowania nad myślami. W gruncie rzeczy było jej wszystko jedno, tym bardziej, że…
– Joce… – Chłodna dłoń przeniosła się na jej policzek, zaś ostatecznie Edward ujął ją pod brodę, zachęcając do spojrzenia sobie w oczy. – Co się stało? Wyglądasz na przestraszoną, ale…
– Może miałam zły sen – przerwała mu, reagując ze znacznym opóźnieniem. – Sama nie wiem. Ja po prostu…
– Co takiego? – zachęcił, ale przynajmniej nie próbował naciskać, kiedy znowu zamilkła. – Kochanie… Dobrze się czujesz? – ponowił wcześniejsze pytanie. – Mam zawołać Carlisle’a albo przynieść ci coś do picia?
– Nie mógłbyś poprosić mamy? – zapytała cicho, opadając na poduszkę.
Może i obecność Renesmee nie rozwiązałby wszystkiego, ale przynajmniej ona miałaby szansę, by poczuć się lepiej. Zawsze tak było, kiedy po prostu mogła wtulić się w któreś z rodziców i choć na chwilę odpłynąć, nie musząc przy tym martwić się, że spotka ją cokolwiek złego. Pomyślała, że być może o wiele rozsądniej byłoby spróbować porozmawiać z tatą, żeby upewnić się, że w grę jednak nie wchodziło telepatyczny głód, ale nie miała odwagi tego sprawdzić. Gdyby jednak okazało się, że nieświadomie doprowadziła się aż do takiego stanu…
– Na pewno nic złego się nie dzieje. Po prostu sobie odpocznij – zasugerował pośpiesznie Edward, uspokajającym gestem kładąc jej dłoń na ramieniu. – Poproszę Nessie, żeby do ciebie przyszła, kiedy tylko wróci do domu – obiecał, a dziewczyna się zawahała.
– Pojechała na uczelnię? – zapytała, bezskutecznie próbując stwierdzić, która w takim razie musiała być godzina.
– Nie. Ona i Gabriel mieli zobaczyć się z Isabeau… Na pewno niedługo wrócą – wyjaśnił, a Jocelyne się zawahała.
Pamiętała, że Beau miała się pojawić, ale do tej pory traktowała to wyłącznie jako luźną sugestię. Z jakiegoś powodu sama myśl o pojawieniu się ciotki sprawiła, że poczuła się jeszcze bardziej niespokojna, już nie mając wątpliwości co do tego, że działo się coś bardzo niedobrego. Gdyby nieobecność Layli była czymś normalnym, wtedy Isabeau zdecydowanie nie fatygowałaby się aż z Miasta Nocy, by jakkolwiek pomóc. Nie miała pewności, czy wampirzyca doświadczyła jakiejkolwiek wizji w związku z siostrą, ale jeśli tak było…
Och, musieli coś zrobić. Nie miała pojęcia na czym tak naprawdę stali, a tym bardziej w jaki sposób mogłaby się przydać, ale nade wszystko chciała coś zrobić – z tym, że nie miała pojęcia co i z jakiego powodu.
– Na razie nic złego się nie dzieje, Joce – stwierdził nieznoszącym sprzeciwu tonem Edward. – Przyniosę ci trochę krwi, w porządku? Spróbuj zasnąć… Obiecuję, że podeślę do ciebie Renesmee, kiedy tylko wróci – zapewnił i zabrzmiało to naprawdę kojąco. – Cały czas ktoś jest w domu, tak? Po prostu zawołaj, jeśli… cokolwiek byłoby nie tak.
Skinęła głową, sama niepewna, w jaki sposób tak naprawdę powinna zareagować na jego słowa. Chciała uwierzyć, że to faktycznie mogło okazać się aż takie proste, ale to okazało się o wiele trudniejsze, aniżeli mogłaby tego oczekiwać. Chcąc nie chcąc odprowadziła Edwarda wzrokiem, mimo wszystko spinając się, kiedy wyszedł – co prawda tylko na chwilę, bo prawie natychmiast wrócił do niej z porcją krwi, ale jednak. Nie czuła pragnienia, ale ostatecznie pozwoliła podać sobie całą porcję, czując się odrobinę lepiej dzięki ciepły, które w przyjemny sposób rozeszło się po całym jej ciele. Co prawda to wciąż nie rozwiązywało problemów, ale…
Potrzebowała dłuższej chwili żeby jednak spróbować ułożyć się do snu. Zamknęła oczy, pomimo wątpliwości próbując zmusić się do tego, by usnąć, dziwnie zaniepokojona perspektywą tego, że mogłaby odpłynąć. Wciąż nie była pewna, czy to możliwe, żeby cokolwiek jej się śniło, to jednak na dłuższą metę nie miało znaczenia, zwłaszcza kiedy do głosu jednak doszło zmęczenie. Wiedziała, że Edward wciąż był obok, bez trudu orientując się, że nie chciała zostać sama. Cóż, to przynajmniej na pierwszy rzut oka wydawało się dziecinne, ale nie dbała o to, tym bardziej, że potrzeba pewności, że ktokolwiek nad nią czuwa, okazała się o wiele silniejsza.
Była bliska tego, żeby zasnąć, kiedy jakby z oddali kolejny raz doszedł ją cichy szept – w równym stopniu znajomy, co i obcy, bo choć już wcześniej musiała go słyszeć, nie miała zielonego pojęcia do kogo mógł należeć.
Joce… Jocelyne, proszę. Musicie coś zrobić… Musicie jej pomóc.
„Ale jak?” – miała ochotę zapytać, ale ostatecznie nie zadała tego pytania – i to ani mentalnie, ani na głos.
Wkrótce po tym wszystko zniknęło, a ona ostatecznie zapadła się w pustkę.

– Joce… Jocelyne, kochana…
Znajomy głos skutecznie wdarł się do jej podświadomości. Potrzebowała dłuższej chwili, żeby się  na nim skoncentrować, a tym bardziej zdecydować się na jakąkolwiek reakcję. Nie była pewna jak długo spała, to jednak nie miało znaczenia, tym bardziej, że czuła się lepiej – przynajmniej teoretycznie. Najważniejsze w tamtej chwili było dla niej to, że ból głowy ustąpił, dzięki czemu mogła o wiele łatwiej skupić się na tym, co działo się wokół niej.
Kiedy otworzyła oczy, bez trudu zorientowała się, że tuż przy niej siedzi Renesmee. Obrzuciła mamę niepewnym spojrzeniem, po wyrazie jej twarzy próbując stwierdzić, czy cokolwiek mogłoby być nie tak. Co prawda Nessie wyglądała na spokojną, ale to mogło być jedynie wrażenie, nawet jeśli pół-wampirzyca nie była w ukrywaniu emocji aż tak dobra, jak chociażby Gabriel. Kto jak kto, ale tata zdecydowanie pozostawał pod tym względem niedościgniony, potrafiąc panować nad sobą wystarczająco dobrze, by określenie jego nastroju okazało się niemożliwe, jeśli akurat miał to w planach.
– Hej, kochanie… – Nessie wyciągnęła rękę, by móc pogładzić córkę po policzku. – Wszystko w porządku? Tata mówił mi, że jesteś nieswoja…
– Nic mi nie jest – zapewniła, chociaż to wydawało się dość naciąganą teorią, przynajmniej do pewnego stopnia. Wciąż o tym myślała, pośpiesznie próbując usiąść i z niejaką ulgą przekonując się, że już nie czuła się aż tak słabo. – Beau przyjechała? Mówił, że mieliście się z nią zobaczyć, ale…
– Są na dole – zapewniła pośpiesznie Renesmee. – Dopiero wróciliśmy… I w zasadzie nie wiem, co o tym wszystkim myśleć. Isabeau jest zdenerwowana, ale wie tyle, co i my – wyjaśniła po chwili zastanowienia. – No i prawie na pewno coś widziała, ale… tego też nie jest pewna – dodała z wahaniem.
W odpowiedzi na te słowa serce Jocelyne zabiło szybciej, chociaż tak bardzo próbowała nad sobą zapanować. Chciała wierzyć we własne zapewnienia i to, że sytuacja była opanowana, ale to okazało się o wiele trudniejsze, aniżeli mogłaby sobie tego życzyć.
Musicie jej pomóc…
– Chodzi o Laylę? – wypaliła, nie mogąc się powstrzymać.
Renesmee jedynie potrząsnęła głową.
– Może, ale to i tak niewiele wyjaśnia. Isabeau ma złe przeczucia, a to zwykle nie wróży dobrze – przyznała niechętnie.
– Ja też – przyznała, zanim zdążyła ugryźć się w język.
Mama rzuciła jej co najmniej zatroskane spojrzenie. Wydawała się spięta, choć to równie dobrze mogło być wyłącznie wrażeniem. W gruncie rzeczy Jocelyne nie była już niczego pewna, tym bardziej, że nadal czuła się oszołomiona.
– Co masz na myśli? – usłyszała zaniepokojony głos. – Jesteś bardzo blada, Joce…
– Już w porządku – zapewniła z przyzwyczajenia. – Mam na myśli… Możemy zejść a dół? Chcę zobaczyć się z Beau – poprosiła, próbując wysilić się na uśmiech, ale obawiała się, że szło jej to co najmniej marnie.
– Jesteś pewna? Joce… – Nessie zamilkła, najwyraźniej doszukując się w jej wyrazie twarzy czegoś, co ostatecznie ją przekonało. – W porządku – dała za wygraną. – Ale wciąż nie jestem pewna, co o tym wszystkim myśleć. Nie mamy planu, co oczywiście nie podoba się Rufusowi, z kolei Beau…
– Działa wujkowi na nerwy? – podsunęła usłużnie.
Tym razem Nessie jedynie wywróciła oczami.
– Można tak powiedzieć – przyznała po chwili zastanowienia. – Już i tak mam wrażenie, że jest bardziej nieznośny niż do tej pory. Poza tym biorą z Gabrielem pod uwagę coś, co zdecydowanie mi się nie podoba…
Zamilkła, nerwowo zaciskając usta. Jocelyne spojrzała na nią z powątpiewaniem, ledwo powstrzymując się przed zadaniem jakiegokolwiek pytania. Och, miała przez to rozumieć, że tata i wujek Rufus mieli jakąkolwiek wspólną koncepcję? Nie była pewna czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie, ale taki stan rzeczy zdecydowanie nie był normalny. Dobrze wiedziała, że coś jest na rzeczy, poza tym sama aż rwała się do działania, ale czuła, że to wcale nie miało być takie proste. Popełnienie głupstw zdecydowanie nie byłoby dobre, nie wspominając o tym, że wtedy nikomu by nie pomogli.
Pomóżcie jej…
Skrzywiła się, po czym mimowolnie zadrżała, gdzieś w pamięci wciąż słysząc echo tamtego głosu. Przez jej twarz przemknął cień, co zresztą nie uszło uwadze mamy, bo ta natychmiast wyciągnęła rękę, muskając palcami policzek Joce. Dziewczyna chcąc nie chcąc przeniosła na nią wzrok, już na pierwszy rzut oka dostrzegając, że jej rodzicielka była zaniepokojona.
– Joce… Czy dzieje się coś niedobrego? – zapytała cicho, wyraźnie zmartwiona. – Edward mówił, że zachowywałaś się dziwnie, poza tym… Och, mam takie wrażenie, że coś jest nie tak – wyjaśniła, starannie dobierając słowa. Dziewczyna cicho westchnęła, tym bardziej, że zdecydowanie nie chciała doprowadzić do sytuacji, w której wszyscy wokół by się o nią martwili. Tego już i tak było wystarczająco dużo. – Mam na myśli…
– Po prostu bardzo się przejmuję – wyjaśniła, co zresztą wcale nie było takie dalekie od prawdy. – I chyba zaczynam się bać, mamo.
To już nie było kłamstwo, bo naprawdę czuła się zaniepokojona. Renesmee nie od razu zareagowała, wcześniej rzucając jej zaniepokojone, badawcze spojrzenie, ostatecznie jednak nie odezwała się nawet słowem. W zamian po prostu przesunęła się bliżej córki, jak gdyby nigdy nic biorąc ją w ramiona i pozwalając, by ta się w nią wtuliła. Joce odetchnęła, mimowolnie rozluźniając się w znajomych objęciach i przez krótką chwilę czując naprawdę bezpiecznie. Gdyby do tego wszystkiego miała pewność, że czyjekolwiek ramiona będą wstanie sprawić, że to uczucie się utrzyma – być może nie na zawsze, ale przynajmniej do czasu, w którym poczułaby się wystarczająco silna, by wziąć pod uwagę jakiekolwiek komplikacje…
Na krótką chwilę zamknęła oczy, mając ochotę ponownie uciec w sen. Ostatecznie nie zrobiła tego, aż nazbyt świadoma, że w ten sposób i tak nie byłaby w stanie niczego zdziałać. Ucieczka prowadziła donikąd, Joce zresztą martwiła się w stopniu wystarczającym, by chcieć upewnić się, co tak naprawdę działo się na dole.
– Po prostu chodźmy – poprosiła cicho, chcąc nie chcąc oswobadzając się z ramion Renesmee.
Tym razem nie doczekała się najmniejszego nawet protestu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa