01.04.2017

Sto czterdzieści cztery

Isabeau
Chaos. Tylko jednego była pewna, wyłącznie on otaczał ją ze wszystkich stron. Trwała w tym szaleństwie, przytłoczona nadmiarem napierających ze wszystkich stron bodźców – skrajnych emocji, niespójnych dźwięków i obrazów zmieniających się tak szybko, że ledwo mogła za nimi nadążyć. Przytłaczały ją, zbyt intensywne i niejasne, by mogła mieć choćby cień szansy zrozumieć, czego tak naprawdę doświadczała. Jak zwykle była zaledwie obserwatorem, mogąc co najwyżej poddać się temu, co działo się wokół niej, niezależnie od konsekwencji, które mogło to za sobą nieść.
Biegła, chociaż z równym powodzeniem mogłaby stać w miejscu. Wiedziała, że to działo się gdzieś poza jej kontrolą, zaś ciało, którego ciągłe napięcie czuła, w rzeczywistości nie należało do niej. To był jeden z tych najbardziej znienawidzonych rodzajów wizji, kiedy to spoglądała na świat oczami tego, kogo w każdej chwili mogło spotkać nieszczęście. Być może powinna czuć ulgę, przynajmniej ten jeden raz mając pewność, że jest bezpieczna – przynajmniej teoretycznie – Isabeau wcale nie czuła się lepiej. Nie mogłaby, skoro nie miała wątpliwości co do tego, czyimi oczami spoglądała na świat.
Nie wiedziała skąd to wie, a tym bardziej dlaczego bogini tym razem pozwoliła jej być świadomą, to jednak nie miało dla wampirzycy większego znaczenia. W tamtej chwili istotne pozostawało przede wszystkim to, czego doświadczała. Musiała się skupić, by mieć przynajmniej cień szansy na zrozumienie, a jednak…
Właściwie dlaczego?
Ta myśl ją poraziła, chociaż zarazem pozostawała jak najbardziej sensowna i uzasadniona. Co z tego, że zapamiętałaby szczegóły, skoro i tak nie byłaby w stanie niczego zmienić. Co z tego, że wiedziała, kogo i dlaczego miało spotkać coś niedobrego, jeśli i tak nie mogła tego powstrzymać? Tak było za każdym razem, zaś świadomość całkowitej bezradności względem tego, co dopiero miała przynieść ze sobą przyszłość, niezmienni wprawiała Isabeau w konsternację. Chociaż od lat poznawała swój dar, dobrze rozumiejąc jego działanie – w tym własną bezradność, niezmienną od całych wieków – wciąż towarzyszyły jej wyrzuty sumienia. Za każdym razem miała nadzieję, a jednak…
Och, więc to prawda, że nadzieja była matką głupich. Ona z kolei raz po raz robiła z siebie idiotkę, wierząc w coś, co i tak nie miało szansy się ziścić.
Wszelakie myśli uleciały z jej głowy, wyparte przez porażającą wręcz determinację. Z opóźnieniem uświadomiła sobie, że uczucie to wcale nie należało do niej, choć odczuwała je tak intensywnie, że z łatwością mogłaby dojść do zupełnie odmiennych wniosków. Chociaż nie miała nad tym najmniejszej nawet kontroli, wciąż posuwała się naprzód, błyskawicznie przemykając przez kolejne korytarze. Nie była w stanie skoncentrować się na szczegółach, a tym bardziej stwierdzić, gdzie i dlaczego mogłaby się znajdować, zupełnie jakby ta kwestia nie miała żadnego znaczenia. Słyszała dziwny, zwielokrotniony dźwięk – coś jak raz po raz ponawiający się huk, mieszający się z krzykami i ferworem walki, choć i tego nie była w stanie jednoznacznie określić. Niezmiennie rozpraszały ją uczucia i myśli, które nawet nie należały do niej, skupiając się przede wszystkim na pragnieniu, żeby działać – przynajmniej ten jeden raz zachować się tak jak trzeba.
Musiała się na coś przydać. Nieważne, co by się nie wydarzyło, chciała działać, nie tylko dla siebie, ale przede wszystkim dla jedynej osoby, której od wieków była coś winna. Dawno temu popełniła błąd, więc teraz nie zamierzała go powtarzać, nawet gdyby to okazało się ostatnią rzeczą, którą przyjdzie jej zrobić. To było ważne, o wiele bardziej niż wszystko inne, poza tym…
Poczuła ból, kiedy coś w nieprzyjemny sposób uderzyło ją w plecy. Miała wrażenie, że to nawet nie był cios – raczej szybkie ukłucie, jakby coś nieprzyjemnie podrażniło skórę, zarazem nie czyniąc żadnej krzywdy. Tak przynajmniej pomyślała, próbując przekonać samą siebie, że nie działo się nic wartego uwagi. Cokolwiek by się nie działo, wciąż pozostawała wystarczająco szybka i silna, by poradzić sobie z ewentualnym zagrożeniem.
Musiała być, bo…
Nie.
Isabeau nawet nie była w stanie stwierdzić, czy ta krótka myśl należała do niej. Wszelakie bodźce dochodziły do niej jakby z oddali, przytłumione tak bardzo, że nie była w stanie wyciągnąć z nich żadnego sensownego przekazu. Próbowała zrozumieć, ale wszystko działo się jakby poza nią, chociaż nie była pewna, co tak naprawdę to oznaczało – że osoba, którą była, zbytnio się rozproszyła, czy może że szczegóły nie były przeznaczone dla jej oczu. W tamtej chwili wszystko wydawało się równie prawdopodobne, jednocześnie skutecznie mieszając wampirzycy w głowie, jakby mało oszołomiona się czuła.
W jednej chwili wszystko stało się bardziej zamazane i trudne do zrozumienia. Miała wrażenie, że w ułamku sekundy znacznie zwolniła, nieznacznie chwiejąc się na nogach, chociaż zarazem nie wyobrażała sobie, że mogłaby upaść. Niemalże siłą trzymała się przytomności, robiąc wszystko, byleby utrzymać równowagę i nie upaść. Z uporem posuwała się naprzód, mając wrażenie, że jakaś niewidzialna siła ciągnie ją ku dołowi. Działo się coś niedobrego, a jednak nie była w stanie zarejestrować co i dlaczego, mogąc co najwyżej walczyć o utrzymanie się w pionie. Miała wrażenie, że gdyby tylko się poddała, wydarzyłoby się coś niedobrego, a na to zdecydowanie nie mogła sobie pozwolić.
Z tym, że w tamtej chwili nic nie zależało od niej. Wszystko, czego doświadczała, pozostawało poza jej kontrolą, zależne osoby, której oczami spoglądała na świat. W efekcie nawet gdyby chciała, nie mogłaby zmienić niczego – i to zarówno teraz, jak i w przyszłości. Wiedziała, że to się wydarzy, a jednak wciąż nie dopuszczała do świadomości samej myśli o tym, co mogłoby mieć miejsce, nawet jeśli wciąż nie wiedziała wszystkiego. Wręcz nie chciała poznać szczegółów, a jednak…
Czuła, że słabnie, ale to nie miało znaczenia. Równie nieistotne okazało się to, że sama miała mnóstwo energii i determinacji, żeby walczyć – nie, skoro ciało, które jedynie tymczasowo należało do niej, stopniowo zaczynało się poddawać.
A potem gdzieś za plecami – również jakby z oddali, bowiem dźwięk okazał się przytłumiony, zresztą tak jak i przeszywający ból, który poczuła chwilę później – rozległ się ogłuszający wręcz strzał.
Chwilę później wszystko zniknęło i nie było już niczego.

Ocknęła się z krzykiem. Nie przypominała sobie, kiedy ostatnim razem czuła się do tego stopnia roztrzęsiona, nerwowo napinając mięśnie i aż rwąc się do tego, żeby rzucić się do ucieczki. Nie była również pewna, która z wizji w ostatnim czasie wytrąciła ją z równowagi aż do tego stopnia, by się popłakała, przez co tym bardziej Beau zaskoczyła wilgoć na policzkach. W głowie wciąż jej wirowało, huk wystrzału dźwięczał w uszach, a ona czuła się tak, jakby w każdej chwili mogła rozpaść się na kawałeczki.
Tym razem pamiętała wszystko, ale to niczego nie zmieniało, bynajmniej nie jawiąc się jej jako miła odmiana. Uświadomiła sobie, że się trzęsie, choć i to działo się jakby poza nią. Wciąż niespokojna, powiodła wzrokiem dookoła, próbując zrozumieć, dlaczego leżała na chłodnej posadzce świątyni. To nie miało sensu, przynajmniej początkowo, póki nie uprzytomniła sobie, że przecież sama tutaj przyszła, w dość konkretnym celu na dodatek. Już w drodze czuła, że coś jest na rzeczy, świadoma, że niewiele brakuje, by po raz kolejny doświadczyła tego jakże specyficznego stanu. Biorąc pod uwagę fakt, że dotychczas wizje nadchodziły znienacka, skutecznie mieszając jej w głowie, ostateczny efekt wydawał się co najmniej oszałamiający.
Wciąż roztrzęsiona, spróbowała się podnieść, ale mięśnie odmówiły jej posłuszeństwa. Tak przynajmniej pomyślała w pierwszej chwili, póki nie dotarło do niej, że ktoś ją trzyma. Drgnęła, po czym spróbowała się wyszarpać, czując muśnięcie ciepłych dłoni na ramionach, jednak oswobodzenie się z uścisku okazało się niemożliwe. Chciała warknąć, gotowa wręcz walczyć, tym bardziej, że wciąż miała poczucie, że w każdej chwili pojawi się ktoś, kto zamierzał ją skrzywdzić, jednak ostatecznie wydała z siebie wyłącznie zdławiony jęk.
– Cii… Beau, w porządku – usłyszała tuż przy uchu. – Isabeau, amore, już wszystko dobrze.
– Nie!
Samą siebie zaskoczyła tym, że w ogóle zdecydowała się podnieść głos, to jednak było od niej silniejsze. Oddychała szybko i płytko, coraz bardziej roztrzęsiona, chociaż teoretycznie powinna się uspokoić. Problem polegał na tym, że trudno było jej zachować zdrowy rozsądek i zacząć nad sobą panować, skoro dopiero co doświadczyła czegoś takiego, a tuż obok niej siedziała osoba, która…
Allegra zesztywniała, kiedy jej córka gwałtownie poderwała się na równe nogi, znacznie zwiększając dzielącą je odległość. Oczy Isabeau rozszerzyły się nieznacznie, kiedy spojrzała na siedzącą tuż obok kobietę, do jakiegoś stopnia pragnąć wpaść jej w ramiona i po prostu się popłakać. Nie…, pomyślała po raz kolejny, ale tym razem nie odezwała się nawet słowem, energicznie potrząsając głową na prawo i lewo, zupełnie jakby w ten sposób mogła odciąć się od wszystkiego, co dopiero miało się wydarzyć.
Wypuściła powietrze ze świstem, bezskutecznie próbując nad sobą zapanować. Wciąż napinała już i tak zesztywniałe mięśnie, obojętna na pulsujący ból i wrażenie, że niewiele brakuje, by rozpadła się na kawałeczki. Znów cicho jęknęła, rozszerzonymi do granic możliwości oczami wpatrując się w Allegrę, zupełnie jakby widziała tę po raz pierwszy.
Coś pomyliłam… Po prostu coś pomyliłam, pomyślała w niemalże rozgorączkowany sposób wampirzyca. Beau znów potrząsnęła głową, jednocześnie robiąc wszystko, byleby we własne zapewnienia uwierzyć. Kiedy chodzi o mnie, Renesmee i Elenę też sądziłam, że wiem, a jednak…
Och, tak – widywała złe rzeczy tak często, że już dawno zaczęła się do nich przyzwyczajać. Co więcej, często jej wizje były niejasne, nie zawsze oznaczając śmierć tego, kogo obserwowała, więc tym bardziej mogła martwić się bez powodu. Cokolwiek miało się wydarzyć, było złe, ale niekoniecznie musiało oznaczać ostateczność, o czym zresztą wielokrotnie miała okazję się przekonać. Teraz też musiała wyciągać zbyt pochopne wnioski, zbyt roztrzęsiona, żeby myśleć sensownie, co zresztą wydawało się dość oczywiste.
Jasne, że musiała coś pomylić. Musiała, poza tym…
A jednak przerażenie nie opuszczało jej nawet na moment, wręcz przybierając na sile, kiedy zaczęła wmawiać sobie, że nie ma powodów do niepokoju. Miała wrażenie, że okłamuje samą siebie, co jedynie pogarszało sytuację, sprawiając, że czuła się o wiele gorzej niż do tej pory.
Allegra obserwowała ją przez cały ten czas, spięta, ale przy tym zadziwiająco wręcz spokojna. Błękitne oczy kobiety wydawały się wręcz przenikać Beau na wskroś, zarazem łagodne i surowe, a przynajmniej takie wrażenie odniosła wampirzyca. Ona wie, przeszło jej przez myśl i już nie miała wątpliwości, że matka przynajmniej podejrzewała, kogo musiało dotyczyć widzenie. Chociaż milczała, powstrzymując się od zadawania jakichkolwiek pytań, wyraz jej twarzy mówił sam za siebie, zresztą tak jak i zachowanie roztrzęsionej Isabeau.
– Chodź tutaj do mnie.
Beau otworzyła i zaraz zamknęła usta, wciąż zdolna co najwyżej obserwować. Bezmyślnie tkwiła w miejscu, raz po raz potrząsając głową na prawo i lewo, choć to i tak nie miało niczego zmienić. Chciała wziąć się w garść i przynajmniej spróbować dostosować do prośby, która padła z ust Allegry, a jednak z chwilą, w której zrobiła pierwszy niepewny krok, nogi najzwyczajniej w świecie odmówiły jej posłuszeństwa. Ciężko osunęła się na posadzkę, tępo wpatrując w podłogę w świątyni i nie będąc w stanie zapanować nad tłukącym się w piersi sercem.
Wyczuła ruch, kiedy Allegra dosłownie zmaterializowała się u jej boku. W następnej chwili znalazła się w jej ramionach, czując się przy tym trochę jak dziecko, którym przecież od dawna nie była. Nie przypominała sobie, kiedy ostatnim razem potrzebowała wsparcia, zbytnio roztrzęsiona którąkolwiek ze swoich wizji, by logicznie myśleć.
– Ja… O bogini – jęknęła zdławionym głosem. Wiedziała, że płacze, ale to działo się jakby poza nią, a Beau nawet nie próbowała panować nad łzami. – Nie możesz z nami jechać. Po prostu nie możesz, bo…
– Isabeau.
Natychmiast zamilkła, porażona spokojnym brzmieniem głosu matki. Z niejakim wysiłkiem uniosła głowę, by móc spojrzeć na kobietę jaśniejszymi niż zazwyczaj oczami. Chciała coś powiedzieć, wciąż gotowa błagać i naciskać, a jednak nie była w stanie wydobyć z siebie choćby najcichszego dźwięku. W głowie miała pustkę, co dodatkowo pogarszało sytuację, podsycając wciąż towarzyszące wampirzycy poczucie bezradności.
Nie zaprotestowała, kiedy Allegra mocniej przygarnęła ją do siebie. Ciepłe palce musnęły jej policzki, by po chwili zanurzyć się w ciemnych włosach Isabeau. To było znajome i przyjemne, choć na chwilę pozwalając Beau się rozluźnić, chociaż nie sądziła, że będzie do tego zdolna.
– W porządku. Opowiedz mi, amore – zaproponował cicho Allegra.
Jej glos był cichy i kojący, co jednak nie wykluczyło stanowczej nuty, którą Isabeau tak dobrze znała. To był ton, który znała w zasadzie od dziecka, odkąd przekonała się, co takiego potrafi. Metoda, którą stosowała Allegra – krótkie, konkretne polecenia, które tak łatwo można było wykonać – również zwykle przynosiła skutki, sprawiając, że Beau czuła się choć odrobinę pewnej. Co prawda nie aż tak, jak mogłaby tego oczekiwać, ale mimo wszystko zmusiła się do tego, by choć trochę się rozluźnić, by mieć choć cień szansy powiedzieć coś, co zabrzmiałoby sensownie.
Allegra nie zaprotestowała, kiedy mocniej się w nią wtuliła. W zamian znów zaczęła przeczesywać włosy Beau palcami, cierpliwie czekając aż ta choć trochę się uspokoić. To zdecydowanie nie było normalne, Isabeau zaś nie wyobrażała sobie, że mogłaby pozwolić, by ktoś inny prócz matki i Dimitra widział ją w takim stanie. Wiedziała, że dążenie do tego, by zawsze sprawiać wrażenie silnej, nie miało sensu, a jednak nie była w stanie się przed tym powstrzymać, zbytnio roztrzęsiona, by tak po prostu nad sobą zapanować.
– Widziałam… Sama nie wiem – przyznała zgodnie z prawdą. – Ale jestem pewna, że byłam tobą i… – Urwała, nerwowo zaciskając usta. – Nie możesz jechać.
– Uważasz, że to cokolwiek zmieni, Beau? – padło w podpowiedzi.
Chociaż mogła spodziewać się tych słów, mimo wszystko poczuła się tak, jakby ktoś z całej siły uderzył ją w brzuch. Dobrze wiedziała, co takiego miała na myśli Allegra. Ba! Sama dobrze to rozumiała, choć za każdym razem w naiwny sposób szukała alternatyw, które nie istniały. Jej wizje sprawdzały się zawsze, prędzej czy później, a unikanie ich tak czy inaczej prowadziło do nieszczęścia. Igranie z przeznaczeniem nigdy nie prowadziło do niczego dobrego, niosąc ze sobą jeszcze silniejszego rozczarowanie, a jednak za każdym razem z uporem rezygnowała, nawet wiedząc, że tym samym narazi się na jeszcze silniejszy ból.
– Nie – przyznała zgodnie z prawdą. – Jasne, że nie, ale… Cholera, to nie ma sensu! – jęknęła sfrustrowana. – Wiem, że powtarzam to a każdym razem, ale ja i tak… Dlaczego mam widzieć, skoro nie jestem w stanie działać?
Allegra nie odpowiedziała, wciąż spokojnie tuląc ją do siebie. Było coś co najmniej irytującego z jej zachowaniu, a przynajmniej tak odbierała je Isabeau. Ją samą nosiło, przez co zachowanie matki jedynie podsycało frustrację, bo to wyglądało tak, jakby ta zamierzała ze spokojem przyjmować wszystko to, co dopiero miało się wydarzyć.
– Co jeszcze, Beau? – zapytała po chwili zastanowienia Allegra. – Powiedz mi wszystko. To, co widziałaś… Czy to miało związek z Laylą? Była tam? – drążyła, a wampirzyca zesztywniała, co najmniej zaniepokojona taką perspektywą.
– Widziałam… Och, chaos – przyznała zgodnie z prawdą. Westchnęła, po czym spróbowała odsunąć się od Allegry, żeby łatwiej zebrać myśli. Przynajmniej próbowała, raz po raz pocierając skronie i mając wrażenie, że niewiele brakuje, by głowa dosłownie eksplodowała jej z bólu. – To wszystko jest takie niejasne… Wydarzy się coś złego, ale trudno mi powiedzieć co takiego – dodała, nie kryjąc irytacji. – Możliwe, że chodziło o Laylę, ale nie widziałam jej w tamtym miejscu… W zasadzie niewiele widziałam.
Miała ochotę dodać coś jeszcze, ale w ostatniej chwili powstrzymała się, zwłaszcza kiedy pomyślała o bólu, który zakończył widzenie. W uszach wciąż dźwięczało jej wspomnienie tamtego wystrzału – to oraz ból, który poczuła chwilę później, choć ten przecież nie był prawdziwy. Chociaż w rzeczywistości nie ucierpiała, to nie zmieniało faktu, że Allegrę miało spotkać coś złego. Właśnie to najbardziej przerażało wampirzycę, sprawiając, że miała ochotę zrobić cokolwiek, byleby mieć szansę zapanować nad sytuacją i choć jeden raz ochronić kogoś, kto był dla niej ważny.
Allegra westchnęła cicho, po czym wyciągnęła dłoń ku twarzy córki. Isabeau zesztywniała, kiedy ciepłe palce musnęły jej policzek, po czym chcąc nie chcąc przeniosła wzrok na twarz matki, sama niepewna dlaczego czuła się aż do tego stopnia wytrącona z równowagi. To nie była pierwsza zła wizja, której doświadczyła, nie wspominając o tym, że zwykle doświadczała przede wszystkim takich. Martwiła się o siostrę i to mogło wszystko tłumaczyć, a jednak…
– Cokolwiek by się nie działo, chciałabym, żebyś zaufała mnie i sobie… W porządku, Beau? – poprosiła cicho Allegra, starannie dobierając słowa. Isabeau otworzyła usta, chcąc się odezwać, jednak rozmówczyni nie dała jej po temu okazji. – Zwłaszcza sobie. I bogini, bo mimo wszystko wierzę, że wszystko będzie w porządku. Niektóre rzeczy… po prostu się dzieją i sądzę, że zwłaszcza ty powinnaś to rozumieć.
– Kiedy nie rozumiem! – zniecierpliwiła się, nie kryjąc zaskoczenia. Wyprostowała się niczym str – Mówisz tak dziwnie, mamo… Co masz na myśli?
– Chciałabym po prostu, żebyś się nie zadręczała i skupiła przede wszystkim na sobie – stwierdziła Allegra takim tonem, jakby właśnie rozmawiały o pogodzie. – To wszystko, czego oczekuję. Teraz najważniejsza jest Layla, poza tym sama zauważyłaś, że dzieje się coś niedobrego. Jeśli nie będziemy się pilnować, wtedy faktycznie dojdzie do nieszczęścia.
– I tak dojdzie. Przecież dopiero co powiedziałam ci, że przecież widziałam… – zaczęła, ale Allegra tylko potrząsnęła głową.
– Wiem, co powiedziałaś. Ty z kolei wiesz, że twoje wizje oznaczają tylko jedno… I właśnie dlatego nie powinnaś się mną przejmować – stwierdziła nieznoszącym sprzeciwu tonem. – Poradzę sobie, cokolwiek by się nie wydarzyło. Żadne z nas nie ma na to wpływu, a tym bardziej nie będzie w stanie tego powstrzymać. Nie chcę, żebyś próbowała się obwiniać albo traciła czas na zadręczanie, bo to nie ma sensu.
– Ale…
Zesztywniała, kiedy Allegra bez jakiegokolwiek ostrzeżenia nachyliła się w jej stronę, by chwilę później jak gdyby nigdy nic ucałować ją w czoło. To był zwykły, najzupełniej naturalny gest, a jednak z jakiegoś powodu wytrącił ją z równowagi równie mocno, co i wizja. Mimowolnie zadrżała, ale prawie nie była tego świadoma, tak jak i tego, że wciąż mogłaby płakać. Czuła wilgoć na policzkach równie intensywnie, co i przenikliwy chłód, bynajmniej nie mając związku z panującym w świątyni chłodem. To zimno miało swoje źródło gdzieś w jej wnętrzu – lodowaty ziąb nad którym nie była w stanie zapanować, chociaż tak bardzo tego chciała.
To nie musiało nic oznaczać, a jednak obserwując Allegrę i słuchając jej kolejnych słów, nie mogła pozbyć się poczucia, że to pożegnanie. Miała wrażenie, że…
Nie.
A jednak nic nie wskazywało na to, żeby ktokolwiek zamierzał zaprzeczyć jej przypuszczeniom.
– Po prostu mi zaufaj, Isabeau – powtórzyła z naciskiem Allegra. – Poza tym… Och, byłabym wdzięczna, gdyby ta rozmowa została między nami. Nie chciałabym… komplikować sytuacji – wyjaśniła, ostrożnie dobierając słowa. – Obiecaj mi to.
– Ja…
Allegra zacisnęła usta.
– Proszę, Isabeau.
Spuściła wzrok, coraz bardziej zrezygnowana. Chociaż nade wszystko pragnęła zaprotestować, coś w zachowaniu matki przekonało ją, żeby tego nie robić.
– Obiecuję – powiedziała w końcu.
Miała wrażenie, że ta obietnica będzie ciążyła jej aż do samego końca – i że prędzej czy później ostatecznie ją przytłoczy. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa