31.03.2017

Sto czterdzieści trzy

Beatrycze
Wyczuła, że Lawrence sztywnieje, co najmniej wytrącony słowami, które wypowiedziała. Widziała, że jego oczy rozszerzyły się nieznacznie, kiedy w pośpiechu odsunął się na tyle, by – wciąż trzymając obie dłonie na jej ramionach – móc z uwagą zlustrować ją wzrokiem. Cokolwiek się działo, jego reakcja i wyraźne napięcie jasno dały Beatrycze do zrozumienia, że nie tylko doświadczyła czegoś nietypowego, ale przede wszystkim powiedziała coś, co zdecydowanie nie było normalne.
– Ja… Co takiego powiedziałaś?
Jedynie potrząsnęła głową, sama niepewna, w jaki sposób powinna interpretować jego pytanie. W głowie miała pustkę, zaś sama perspektywa zebrania myśli i udzielenia odpowiedzi, jawiła jej się jako coś skomplikowanego. Gdyby przynajmniej wiedziała, co powinna o tym wszystkim sądzić, wtedy…
Drgnęła, kiedy L. chwycił ją za rękę. Instynktownie oswobodziła się z jego uścisku, w następnej chwili gwałtownie podrywając na równe nogi. Wciąż czuła się dziwnie, zaś w pierwszym odruchu nieprzyjemnie zawirowało jej w głowie, ale nie straciła równowagi, wręcz zmuszając do utrzymania pionu. Oddychała szybko i płytko, mając wrażenie, że chwilę wcześniej faktycznie doświadczyła szaleńczego biegu przez różany ogród, nade wszystko pragnąc chronić istotę, która była dla niej najważniejsza. Niewiele brakowało, żeby machinalnie położyła obie dłonie na płaskim brzuchu, nagle czując się w niemalże bezużyteczny sposób. Była… pusta i bardziej niż do tej pory świadoma tego, że coś jej odebrano, choć zarazem nie mogła się pozbyć wrażenia, że te wspomnienia nie należały do niej.
W tamtej chwili nic nie miało sensu, łącznie z tym, że wciąż odczuwała przenikliwy chłód, ledwo powstrzymując dreszcze. Przynajmniej próbowała, bo i tak trzęsła się, choć to zdecydowanie nie miało związku z temperaturą, ale emocjami, które dosłownie rozrywały ją od środka. Czuła się dziwnie oszołomiona, wręcz roztrzęsiona i niezdolna do tego, żeby tak po prostu stać w miejscu, nawet jeśli jednocześnie nie miała pojęcia, gdzie i dlaczego powinna się udać. Chyba nawet sny, których regularnie doświadczała, nie wytrącały jej z równowagi aż do tego stopnia, a to bez wątpienia o czymś świadczyło. Teraz już nie tylko niczego nie rozumiała, ale wręcz miała ochotę uderzyć w coś w przypływie frustracji i wciąż odczuwanego strachu, który nie tak dawno wydawał się ją wypełniać. Miała wrażenie, że śni, balansując gdzieś na granicy rzeczywistości i snu, jakąś cząstka wciąż będąc przy tamtej uciekającej kobiecie – przy Ophelii, kimkolwiek ta by się nie okazała. Pragnęła wprost zapytać Lawrence’a o znaczenie tego imienia, a jednak nie była w stanie się na to zdobyć, zbytnio wytrącona z równowagi, by podjąć jakąkolwiek sensowną decyzję.
– Beatrycze – usłyszała, ale nawet na wampira nie spojrzała. W zamian energicznie pokręciła głową, próbując dać mu do zrozumienia, żeby przynajmniej tymczasowo odpuścił. – Co się stało? Czy ty…?
– Nie wiem! – przerwała, nie mogąc się powstrzymać. Skrzywiła się, samą siebie zaskakując tym, że mogłaby podnieść głos. – Nie wiem… – powtórzyła już łagodniej. Nerwowym ruchem przeczesała włosy, wplatając w nie palce w nadziei, że w ten sposób łatwiej zdoła nad sobą zapanować. – Niczego nie rozumiem.
– To znaczy? – drążył dalej wampir. Przemieścił się, błyskawicznie podrywając na równe nogi i dosłownie materializując u jej boku. – Jesteś przerażona. Poza tym zemdlałaś, ale to teraz najmniej istotne – stwierdził, raptownie poważniejąc. Wciąż wpatrywał się w nią w dziwny, przenikliwy sposób, czymś podenerwowany i zmartwiony zarazem. – Jak mam ci pomóc, skoro nie mówisz mi, co się dzieje? – dodał po dłuższej chwili wahania, nie doczekawszy się jakiejkolwiek konkretnej reakcji z jej strony.
Znów energicznie potrząsnęła głową, coraz bardziej podenerwowana. Niby co miała mu powiedzieć? Kolejny raz doświadczała czegoś, co nie tylko było dla niej niezrozumiałe, ale przede wszystkim wydawało się tak osobiste, że instynktownie wolała zdecydować się na milczenie. Jakby tego było mało, nie mogła pozbyć się wrażenia, że Lawrence’a niepokoiło coś konkretnego, choć nic nie wskazywało na to, by zamierzał jej uświadomić w czym rzecz. Wiedziała jedynie, że był podenerwowany, niespokojnie obserwując ją i każdy kolejny ruch, który wykonywała.
Usłyszała cichy jęk, z opóźnieniem przypominając sobie o Jocelyne. Dziewczyna wciąż siedziała na łóżku, wystraszona i najpewniej pobudzona tym bardziej, że zamieszanie skutecznie wyrwało ją ze snu. Kiedy Beatrycze przeniosła wzrok na pół-wampirzycę, przekonała się, że ta siedziała na materacu, w niemalże kurczowy sposób tuląc do siebie notes. Z jakiegoś powodu widok tej cieniutkiej, obitej skórą książeczki sprawił, że serce dosłownie podjechało kobiecie do gardła, dodatkowo podsycając odczuwane przez nią zdenerwowanie. Wiedziała, że pamiętnik miał jakiś związek z tym, czego doświadczyła, ale w żaden sensowny sposób nie potrafiła stwierdzić, co takiego powinna o tym wszystkim myśleć.
– Przepraszam – wyszeptała z opóźnieniem, starannie dobierając słowa. Wzięła kilka głębszych wdechów, chociaż próby zachowania równowagi już dawno przestały przynosić jakikolwiek skutek. – Ja po prostu… Ale to nie ma sensu – stwierdziła cicho, zwracając się bardziej do siebie niż kogokolwiek innego. Energicznie potrząsnęła głową, chociaż i w ten sposób nie miała być w stanie opędzić się od niechcianych myśli. – To po prostu… – zaczęła raz jeszcze, ale i tym razem nie dokończyła, w zamian bezceremonialnie ruszając w stronę drzwi.
Lawrence cicho zaklął i natychmiast popędził za nią, ale praktycznie nie zwróciła na to uwagi. W progu prawie wpadła na Carlisle’a, na sam jego widok wzdrygając się i odsuwając, z jakiegoś powodu nie będąc w stanie znieść jego bliskości. Moje dziecko…, tłukło jej się w głowie – odległy szept, jakże podobny do tego Ophelii, chociaż równie dobrze mógłby należeć do niej. Nie rozumiała, dlaczego czuła się tak dziwnie, ogarnięta przejmującą wręcz tęsknotą, która sprawiła, że z wrażenia aż zabrakło jej tchu. W efekcie tylko spojrzała z niedowierzaniem na stojącego tuż przed nią wampira, obojętna na to, że chyba próbował coś do niej mówić. W następnej chwili po prostu go wyminęła, żeby w końcu wydostać się na korytarz i – roztrzęsiona przy tym tak, że chyba jedynie cudem nie potykała się przy tym o własne nogi – popędzić ku schodom.
Musiała stąd wyjść, najlepiej tak szybko, jak tylko miało być to możliwe. Potrzebowała świeżego powietrza i przynajmniej chwili spokoju, choć i to wcale nie musiało sprawić, by poczuła się jakkolwiek lepiej. Czuła, że się trzęsie, ale nie przejmowała się tym, próbując wmówić sobie, że to po prostu chłód – nic ponadto. Co więcej, przez krótką chwilę naprawdę była w stanie w to uwierzyć, zwłaszcza kiedy znalazła się przed domem, wystawiona na działanie nieprzyjemnego, przenikającego jej ubranie chłodu. Patrząc na zalegający na podjeździe śnieg i łagodnie wirujące, ledwo widoczne w blasku padającego z okien domu światła płatki, miała wrażenie, że znów trwa w tej wizji. Myśl o tym jedynie pogorszyła sytuację, sprawiając, że Beatrycze jeszcze mocniej napięła już i tak obolałe mięśnie, pragnąc rzucić się do biegu, bezmyślnie podążając przed siebie, choć przez wzgląd na okoliczności to zdecydowanie nie było najlepszym pomysłem. Może gdyby przynajmniej wiedziała, gdzie chciała się znaleźć, wtedy wszystko stałoby się prostsze, ale teraz…
– Beatrycze!
Omal nie wyszła z siebie, kiedy na jej ramionach wylądowały lodowate dłonie. Wzdrygnęła się, po czym błyskawicznie okręciła na pięcie, niemalże wpadając Lawrence’owi w ramiona. Spojrzała na niego w oszołomieniu, przez krótką chwilę bezmyślnie wpatrując w bladą twarz wampira i próbując zrozumieć, dlaczego ta dosłownie rozmazywała jej się przed oczami. Drgnęła, po czym spróbowała się odsunąć, ale z równym powodzeniem mogłaby szamotać się ze ścianą, nie wspominając o tym, że nagle naszła ją myśl, iż bez obejmujących ją ramion jak nic osunęłaby się na ziemię.
– Puść – wyrzuciła z siebie na wydechu. Zdawała sobie sprawę z tego, że traci czas, a jednak to było silniejsze od niej. Mówiła, właściwie tego nieświadoma, impulsywnie wyrzucając z siebie kolejne słowa. – L… Lawrence, proszę…
– Co się stało? – ponowił pytanie, które próbował zadawać jej, kiedy jeszcze oboje byli w domu. Jego dłonie mocniej zacisnęły się na ramionach Beatrycze, chociaż uścisk nie był na tyle silny, by zrobić kobiecie krzywdę. – Odpowiedz mi, bo naprawdę… – Zamilkł, po czym z niedowierzaniem potrząsnął głową. – Tylko nie mów, że nic, bo i tak ci nie uwierzę. Trycze, czy ty… coś sobie przypomniałaś? – drążył i to wystarczyło, żeby jeszcze bardziej wytrącić ją z równowagi.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta, co najmniej zaskoczona wnioskami, które mógłby wysnuć. Chociaż w głowie miała pustkę, nawet w tym stanie nie była w stanie uwierzyć, że wszystko to, co zobaczyła, mogłoby mieć jakikolwiek związek z jej przeszłością. Nie była Ophelią, a przynajmniej zakładała, że nie istniał żaden powód, dla którego ktokolwiek mógłby okłamywać ją w kwestii imienia, które nosiła. Jakaś jej cząstka wiedziała, że tak jest – i że to nie ona uciekała tamtej zimowej nocy, być może bardzo dawno temu, chociaż…
– Dlaczego? – zapytała tak cicho, że ledwo była w stanie samą siebie zrozumieć. Lawrence oczywiście nie miał z tym najmniejszego problemu, ale i tak wpatrywał się w nią tak, jakby widzieli się po raz pierwszy. – To, co powiedziałam… Dlaczego?
Nie była pewna z jakiego powodu akurat ta kwestia była dla niej aż tak ważna. To było niczym przeczucie, którego nie potrafiła zignorować, przed oczami wciąż mając wyraz jego twarzy z chwili, w której w ogóle wspomniała o dziecku. Moje dziecko… Ta jedna myśl wciąż tłukła jej się w głowie, niezmiennie dając we znaki i wzbudzając emocje, których zdecydowanie by się nie spodziewała. Pustka przybrała na sile, to jednak wydawało się dziać gdzieś poza nią, przytłumione i pozbawione większego znaczenia. Próbowała zrozumieć, ale to było równie trudne, co i wszystko to, co działo się wokół niej. Nie pierwszy raz czuła się tak, jakby w każdej chwili mogła się rozpaść, nie wspominając o wrażeniu, że umykało jej coś nader istotnego. To było tak, jakby spoglądała na gotową układankę przez zamgloną szybę, dobrze widząc zarys, ale nie będąc w stanie stwierdzić, co ta mogłaby przedstawiać.
– Co takiego…?
– Dlaczego miałabym sobie przypomnieć? – odezwała się ponownie, bez chwili wahania decydując się wejść wampirowi w słowo. – Skąd takie podejrzenie?
– Stąd, że zachowujesz się dziwnie – stwierdził takim tonem, jakby to było najoczywistszą z kwestii.
Teoretycznie jego wyjaśnienia brzmiały sensownie, a jednak nie mogła pozbyć się wrażenia, że kolejny raz serwowano jej kłamstwa. Możliwe, że zaczynała być przewrażliwiona, a jednak nie była w stanie ot tak zapomnieć, że L. jak najbardziej zdołałby ją oszukać. Już wcześniej zdążył to udowodnić, niezmiennie mieszając jej w głowie i sprawiając, że czuła się jak pierwsza naiwna – tak bardzo zagubiona we własnych emocjach, a już zwłaszcza relacjach, które mogłyby wytworzyć się pomiędzy nimi. Co więcej ufała mu, trochę jak na ironię, skoro zarazem bez chwili wahania była w stanie oskarżyć go o to, co najgorsze. Nie miała pojęcia, czy coś podobnego w ogóle powinno mieć miejsca, ale i te wahania zeszły gdzieś na dalszy plan, wyparte przez wciąż przybierające na sile wątpliwości.
To mógł być przypadek, a jednak nie potrafiła ot tak w to uwierzyć. Dlaczego akurat w ten sposób zareagował na wzmiankę o dziecku? Podejrzewała, że mogła go zszokować, a jednak wszystko w niej aż krzyczało, że chodzi o coś więcej – z tym, że wampir jak zwykle nie zamierzał wytłumaczyć w czym rzecz.
Przez krótką chwilę jeszcze wpatrywała się w jego twarz, wręcz błagając o… W zasadzie o cokolwiek, co sprawiłoby, że poczułaby się choć odrobinę lepiej. Dopiero później odpuściła, w zamian z cichym jękiem wtulając twarz w tors obejmującego ją mężczyzny. Pozwoliła, żeby przygarnął ją do siebie, aż nazbyt świadoma, że raz po raz przeczesywał jej włosy palcami, tym samym próbując choć trochę ją uspokoić. Z wolna wzięła kilka głębszych wdechów, stopniowo się rozluźniając, chociaż nie sądziła, że to w ogóle okaże się możliwe.
Och, to i tak nie miało znaczenia. Cokolwiek się działo, przynajmniej tego wieczoru nie mogła liczyć na jakiekolwiek sensowne odpowiedzi – a przynajmniej nie od niego, to jednak wcale nie sprawiało, że czuła się źle. W gruncie rzeczy w tamtej chwili nie liczyły się żadne emocje; była jedynie pustka, która z miejsca zaczęła ustępować przede wszystkim wszechogarniającemu zmęczeniu. Pragnęła zamknąć oczy i ot tak się od tego wszystkiego odciąć, niezależnie od możliwych konsekwencji i tego, czy takie postępowanie miało sens.
Zamknęła oczy, wciąż uparcie milcząc, zresztą tak jak i Lawrence, co ostatecznie przyjęła z ulgą. Cisza miała w sobie coś kojącego, zaś jak długo wampir powstrzymywał się przed zadawaniem kolejnych pytań, była skłonna w tym trwać.
– Chodź zanim się przeziębisz – usłyszała tuż przy uchu i choć w pierwszym odruchu miała ochotę zaprotestować, ostatecznie tego nie zrobiła, w zamian po prostu pozwalając, żeby Lawrence pociągnął ją w stronę domu.
Czuła, że w tamtej chwili oboje oszukiwali siebie nawzajem, unikając tematów, które prędzej czy później mogły zmienić wszystko, ale przynajmniej tamtego wieczora to wciąż nie miało dla niej znaczenia.
Jocelyne
Siedziała na łóżku w swoim pokoju, bezmyślnie wpatrując się w przestrzeń. Powiedzieć, że czuła się po prostu zdenerwowana, byłoby niedopowiedzeniem stulecia, tym bardziej, że w grę wchodziło również czyste przerażenie. Do tej pory nie była pewna, co tak naprawdę poczuła z chwilą, w której z letargu wyrwał ją krzyk Beatrycze – i nie tylko, chociaż o tym za wszelką cenę próbowała nie myśleć.
– Wszystko w porządku, Joce?
Drgnęła, co najmniej zaskoczona tym, że Carlisle dosłownie zmaterializował się u jej boku. Praktycznie nie zarejestrowała jego obecności, bardziej przejęta tym, co na jej oczach wyprawiali Lawrence i Beatrycze. W efekcie omal nie wyszła z siebie, kiedy dziadek przykucnął przed nią, próbując zachęcić, żeby na niego spojrzała. Zareagowała z opóźnieniem, po samym wyrazie twarzy wampira orientując się, że był zmartwiony – czy to przez nią, czy też dopiero co odbytą scenę albo wszystko na raz. Sama czuła się niewiele pewniej, dodatkowo niespokojna i na tyle zdezorientowana, że nawet nie drgnęła, kiedy Carlisle wyciągnął doń, by machinalnie przeczesać jej włosy palcami.
– Nic mi nie jest – zapewniła pośpiesznie. – Wystraszyłam się, ale… już wszystko dobrze.
Mimo wszystko zabrzmiało to jak kłamstwo, tym bardziej, że teoria jak najbardziej była naciągną. Już wcześniej była przygnębiona, zwłaszcza kolejną rozmową z Dallasem, ale to przynajmniej tymczasowo nie miało znaczenia. Starała się nie myśleć o tym, jak po prostu puściły jej nerwy, kiedy chłopak zaczął ją pocieszać – zapewniać, że będzie w porządku, podczas gdy sama czuła, że jest inaczej. Martwiła się o Laylę, wszystkich wokół i samą siebie, zadręczając również tym, co działo się między nią a wciąż powracającym do niej duchem. To ją męczyło, a jednak wciąż nie była w stanie zmusić się do postawienia sprawy jasno i uświadomienia Dallasowi, że jego śmierć jak najbardziej zmieniła wszystko. Być może w rzeczywistości nie chciała, czując opór za każdym razem, kiedy myślała, że mogłaby kazać mu odejść. Chociaż nie chciała tego przyznać, wciąż obwiniała się o to, co wydarzyło się w ośrodku, ciągnąc za nimi aż do tej pory, a jakby tego było mało…
Napięła mięśnie, po czym nieznacznie potrząsnęła głową, próbując odepchnąć niechciane myśli. Nie, przynajmniej tymczasowo nie chciała się tym zadręczać. Wystarczyło, że nerwy już raz wymknęły jej się spod kontroli, kiedy zmęczenie dało o sobie znać na tyle intensywnie, by wyładowała się na Dallasie. Wiedziała, że zaskoczyła go, gdy w dość nieprzyjemny sposób zdecydowała się dać mu do zrozumienia, żeby zostawił ją samą, ale nie była w stanie się powstrzymać. To po prostu ją przerastało, zresztą z uporem wmawiała sobie, że tak naprawdę pragnęła zostać sama, przynajmniej do momentu, w którym pojawiła się Beatrycze. Prawda była taka, że potrzebowała towarzystwa – z tym, że w grę zdecydowanie nie wchodziło przesiadywanie z Dallasem.
Musisz w końcu coś zrobić… Zakończyć to, zanim…
Mimowolnie zadrżała, coraz bardziej niespokojna. Gdyby faktycznie była w stanie to zrobić, może poczułaby się choć odrobinę lepiej, ale przynajmniej tymczasowo nic nie wskazywało, żeby podobne wyjście miało rację bytu. Wręcz przeciwnie – im dłużej się nad tym zastanawiała, tym pewniejsza była, że nie znajdzie odwagi, żeby zdziałać cokolwiek.
– Jesteś pewna, Joce? – zapytał cicho Carlisle, tym samym skutecznie wyrywając ją z zamyślenia. – Mam zawołać Nessie? Wciąż wyglądasz na zdenerwowaną – wyjaśnił, kiedy spojrzała na niego w co najmniej skonsternowany sposób.
– Ja…
Skinęła głową, w ostatniej chwili powstrzymując się przed próbą jakichkolwiek wyjaśnień. Nie chciała być sama, przynajmniej na razie, a towarzystwo mamy jak najbardziej jej odpowiadało. Chciała poczuć się bezpieczniej i – przy odrobinie szczęścia – być może mieć szansę na opowiedzenie Renesmee o tym, co ją dręczyło. Kiedy rozmawiała z Beatrycze, ta nie naciskała na nią, co na dłuższą metę było dobre, ale z drugiej strony…
Wypuściła powietrze ze świstem, kiedy Carlisle wyszedł, wcześniej rzucając jej jeszcze jedno troskliwe spojrzenie. On również wyglądał na podenerwowanego, co zresztą wcale jej nie zdziwiło po tym, czego oboje byli świadkiem. Wciąż niczego nie rozumiała, zaskoczona nie tylko omdleniem i zachowaniem Beatrycze, ale przede wszystkim tym, że ta mogłaby dotykać jej pamiętnika. Z jakiegoś powodu widok leżącego na podłodze notesu, który za zgodą Esme zabrała ze strychu, wytrącił ją z równowagi bardziej niż wszystko inne – i to łącznie z tym, co działo się z matką Carlisle’a. Co więcej, w tamtej chwili była gotowa wręcz przysiąc, że wszystko sprowadzało się właśnie do tej cieniutkiej książeczki, choć i tego nie potrafiła wytłumaczyć.
Machinalnie pogładziła palcami wierzch wciąż ściskanego pamiętnika. Choć to równie dobrze mogło być wyłącznie wytworem jej wyobraźni, była gotowa przysiąc, że ten dosłownie pulsuje ciepłem. Jakby tego było mało, wzbudzał w niej dziwne, nie do końca jasne emocje, sprawiające zarazem, że nade wszystko pragnęła książeczkę chronić, jak i cisnąć nią gdzieś daleko. Nie rozumiała, dlaczego miałaby zechcieć się go pozbyć, tym bardziej, że od pierwszej chwili była niepozornym przedmiotem zafascynowana, ostatecznie decydując się zabrać go ze sobą, a jednak…
Och, niczego nie rozumiała. Nie pierwszy raz, a jednak nadal nie była w stanie się do takiego stanu rzeczy przyzwyczaić. Wręcz przeciwnie – na samą myśl coś ściskało ją w gardle, a do oczu jak na zawołanie cisnęły się łzy, chociaż sama nie była pewna, dlaczego znowu miałaby płakać. Czuła się rozbita i rozchwiana o wiele bardziej niż przed okresem, kiedy przynajmniej miała cień szansy na usprawiedliwienie targających nią emocji. Co więcej, była gotowa przysiąc, że działo się coś bardzo złego, co wciąż się pogłębiało i nad czym nie była w stanie zapanować, chociaż powinna. Podejrzewała, że zadręczała się bez powodu, próbując wziąć na siebie o wiele większą odpowiedzialność niż powinna, a jednak to wydawało się od niej silniejsze. Tak samo odbierała śmierć Dallasa, w głowie wciąż mając myśl o tym, że już dawno powinna być w stanie coś zrobić – cokolwiek, choć przecież nie miała prawa wiedzieć, że wszystko skończy się w ten sposób.
Usłyszała ciche kroki, a chwilę później drzwi do pokoju ponownie się otworzyły, ale nawet nie uniosła głowy, reagując dopiero w chwili, w której ciepłe ramiona bezceremonialnie owinęły się wokół niej. Bez słowa poddała się im, mocniej wtulając w bok obejmującej ją Renesmee.
W milczeniu zamknęła oczy. Gdyby znów mogła zapaść w sen, być może wszystko stałoby się prostsze, a jednak nie potrafiła pozbyć się wrażenia, że jakakolwiek próba ucieczki w rzeczywistości prowadziła donikąd.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa