25.03.2017

Sto trzydzieści siedem

Beatrycze
Obudziła się dziwnie oszołomiona i z niejasnym poczuciem, że po raz kolejny śniła coś, czego nie powinna. Gdzieś w jej umyśle wciąż majaczyło znajome już wspomnienie domu, tkwienia tuż przed nim i walki z samą sobą o to, czy powinna wejść do środka, czy może uciekać jak najdalej od tajemniczego miejsca. Finalnie jak zwykle otworzyła oczy, nie będąc w stanie odpowiedzieć sobie na pozornie tak podstawowe pytanie, jak chociażby to, jaką decyzję podjęła albo przynajmniej byłaby skłonna wziąć pod uwagę.
Beatrycze skrzywiła się, nie pierwszy raz zdezorientowana tym, co działo się wokół niej. Przez dłuższą chwilę w milczeniu wpatrywała się w ginący w ciemnościach sufit, próbując przekonać samą siebie, że przejmowanie się raz po raz powracającym snem w rzeczywistości nie ma sensu. Być może to było wspomnienie, ale w gruncie rzeczy jakie to miało znaczenie? Tamto miejsce ją przyciągało, ale i tak nie była w stanie stwierdzić, gdzie się znajdowało i jakie mogłoby mieć dla niej znaczenie. Chyba do pewnego stopnia nawet zaczynało ją przerażać, przez co tym bardziej nie chciała przejmować się jego znaczeniem. Wręcz przeciwnie – im dłużej się nad tym zastanawiała, tym pewniejsza konieczności wycofania się czuła.
Problem polegał na tym, że sen wciąż powracał, przez co nawet gdyby chciała, nie byłaby w stanie się od niego odciąć. Po chwili zastanowienia doszła do wniosku, że taki stan rzeczy w gruncie rzeczy bardziej ją irytuje, aniżeli faktycznie martwi. Chciała pamiętać, ale nie była w stanie, przez co nawet gdyby ktoś rzucił jej w twarz nawet najbardziej oczywistymi szczegółami z przeszłości, to pewnie i tak nie byłaby w stanie właściwie ich zinterpretować.
Zacisnęła powieki, próbując oczyścić umysł i rozluźnić się na tyle, by mieć choć cień szansy na ponowne zaśnięcie, to jednak niczego nie ułatwiło. Prawda była taka, że wcale nie czuła się senna, wręcz nie wyobrażając sobie tego, że mogłaby tak po prostu znowu zasnąć. Ostatecznie z wolna usiadła, przeciągając się i mimowolnie krzywiąc, kiedy uświadomiła sobie, jak bardzo odrętwiała się czuła. W porządku, spanie na podłodze zdecydowanie nie było najlepszym pomysłem, ale nie zamierzała informować o tym Lawrence’a. Nadal upierała się, że chciała spędzić tutaj noc, trzymając się tego kaprysu i poczucia tego, że L. chociaż ten jeden raz był skłonny spełnić jej oczekiwania. To było przyjemne, zresztą jak i jego obecność, nawet jeśli od chwili powrotu wciąż pozostawał spięty i patrzył na nią w dziwny, pełen napięcia sposób. Podejrzewała, że faktyczną przyczyną wcale nie było pragnienie, ale przede wszystkim ten pocałunek, jednak i nad tym wolała się nie zastanawiać, w zamian woląc trwać w przekonaniu, że wszystko samo się ułoży – prędzej czy później.
Powiodła wzrokiem dookoła, nie mając wątpliwości co do tego, że była w pokoju sama. Cicho westchnęła, po czym z wolna usiadła, dopiero w tamtej chwili uświadamiając sobie, że kiedy odpłynęła, wampir zarzucił na nią swoją kurtkę. Z zaciekawieniem spojrzała na materiał, przez krótką chwilę koncentrując się przede wszystkim na znajomym, słodkim zapachu, który tak bardzo lubiła. Gest sam w sobie wydał się kobiecie co najmniej uroczy, chociaż nie pierwszy raz Lawrence okazywał jej troskę. Miała wrażenie, że pod tym względem była dla niego wręcz wyjątkowa, może pomijając Elenę czy Jocelyne, bo nawet nim nie okazywał tyle czułości.
Ewentualnie wciąż ma cię za dziecko. One są nieśmiertelne, prawda?, przyszło jej do głowy i aż skrzywiła się, bo taka perspektywa nie brzmiała zachęcająco. W porządku, była człowiekiem, poza tym niczego nie pamiętała, ale czy to naprawdę znaczyło, że pozostawała całkowicie bezradna, aż prosząc się o to, żeby ktokolwiek spróbował zrobić jej krzywdę…?
Hm, z perspektywy nieśmiertelnego wampira na pewno tak było.
Odrzuciła jasne włosy na plecy, próbując zająć czymś ręce. Miała ochotę zawołać Lawrence’a, żeby upewnić się, że nie zostawił ją samej, ale powstrzymała się, ni chcąc pogorszyć sytuacji, gdyby zasugerowała mu, że jakkolwiek obawiała się samotności i ciemności. Co więcej, przecież widziała, że nie było aż tak ciemno. Przez nieprzysłonięte niczym okna do malutkiego pokoju na piętrze wpadał srebrzysty blask księżyca, dzielnie przebijając się przez warstwę jak zwykle zasnuwających chmur niebo. Była tutaj krótko, ale zdążyła zaobserwować, że z pogodą w tej okolicy bywało ciężko i to nie tylko przez wzgląd na porę roku. Lubiła śnieg, a przynamniej tak jej się wydawało, bo jak najbardziej podobała jej się warstwa białego, przysłaniającego ziemię puchu, ale również to miało swoje wady. Na pewno nie podobało jej się to, jak bardzo było zimno, tym bardziej, że temperatura niezmiennie dawała jej się we znaki. W apartamentowcu nie musiała martwić się o ogrzewanie, jednak w tym domu kwestia jakichkolwiek działających mediów wciąż pozostawała sprawą, którą dopiero trzeba było załatwić.
Mimowolnie zadrżała, dla pewności obejmując się ramionami, żeby choć trochę powstrzymać utratę ciepła. Ostatecznie zdecydowała się podnieść, z wolna stając na równe nogi. Nie miała ochotę na sens, zwłaszcza gdyby miało się to równać powrotowi do okolic tamtego dziwnego domu. Powoli zaczynała być zmęczona pytaniami i wątpliwościami, które wzbudzał w niej pozornie pozbawiony znaczenia sen, zresztą nieobecność Lawrence’a również dawała jej się we znaki. Wiedziała, że nie pozwoliłby na to, żeby została całkiem sama, najpewniej kręcąc gdzieś się w pobliżu, ale Beatrycze i tak nie podobało się to, że nie miła go obok. Mimowolnie pomyślała o rozmowie z Carlisle’m, który dość jasno zasugerował, że coś mogłoby być nie tak, co dodatkowo wzmogło jej wątpliwości. L. nie wydawał się szczególnie przejęty, kiedy powtórzyła mu słowa syna, ale i tak nie była w stanie pozbyć się przeświadczenia, że to ze strony wampira ignorancja. Doszła również do wniosku, że zamiast do domu, w pierwszej kolejności powinni pojechać bezpośrednio do Cullenów i przynajmniej spróbować dowiedzieć się, co znów się stało.
Delikatny ruch przykuł jej uwagę, sprawiając, że wyprostowała się, natychmiast odwracając w stronę drzwi balkonowych. Z opóźnieniem uprzytomniła sobie, że były uchylone, co w pierwszym odruchu przyprawiło Beatrycze o szybsze bicie serca. Dopiero po dłuższej chwili pomyślała, że czyjakolwiek obecność nie powinna jej dziwić, tym bardziej, że w pobliżu mogła znajdować się tylko jedna osoba. Natychmiast podeszła bliżej, rozluźniając się z chwilą, w której przez szybę dostrzegła znajomą sylwetkę. Co prawda zmartwiło ją to, że Lawrence mógłby po raz kolejny ograniczać się do przesiadywania na zewnątrz, najpewniej z winy jej krwi, ale zmusiła się, żeby przynajmniej tymczasowo o tym nie myśleć. W zamian bez pośpiechu ruszyła w jego stronę, po chwili zastanowienia decydując się do niego dołączyć. Nie była pewna, czy ją zauważył, chociaż podejrzewała, że to co najmniej prawdopodobne, zwłaszcza przy wyostrzonych zmysłach. Nawet nie drgnął, kiedy znalazła się tuż za nim, zwrócony do niej plecami i na pierwszy rzut oka zamyślony.
– Nie śpisz, moja radości?
Zawahała się, o najmniej zaskoczona pytaniem, które jej zadał. W gruncie rzeczy chodziło przede wszystkim o sposób, w jaki się do niej zwracał, w równym stopniu czuły, co i zastanawiający. Z jakiegoś powodu poczuła się co najmniej zafascynowana perspektywą, w której mógłby tak po prostu twierdzić, że należała do niego, poza tym…
– Radość? – powtórzyła po chwili zastanowienia.
Podeszła bliżej, zajmując miejsce u jego boku. Obserwowała go z zaciekawieniem, przynajmniej do momentu, w którym ich spojrzenia się spotkały, a Beatrycze uciekła wzrokiem gdzieś w bok, udając zainteresowanie czymś, co kryło się w ciemnościach. Okolica, w której się znajdowali, miała w sobie coś urokliwego, chociaż przez wzgląd na późną poprę sprawiała wrażenie uśpionej i jakby oderwanej od rzeczywistości. W efekcie Była gotowa przysiąc, że przez przeciągające się milczenie dosłownie dzwoni jej w uszach, zaś skupienie na czymkolwiek konkretnym dosłownie graniczy z cudem.
– To oznacza twoje imię… Niosąca radość. Możliwe, że już ci o tym wspominałem… – Wampir przesunął się, jak gdyby nigdy nic zwiększając dzielącą ich odległość. Z jakiegoś powodu gest sam w sobie sprawił, że poczuła się co najmniej urażona. Co prawda nie dała niczego po sobie poznać, ale sama myśl o tym, że miałby się odsunąć, mała w sobie coś, co ją raniło. – Zawsze sądziłem, że do ciebie pasuje.
Zawsze… To znaczy jak długo? – zapytała z powątpiewaniem, nie mogąc się powstrzymać.
Lawrence westchnął, po czym spojrzał na nią w bliżej nieokreślony sposób. Chociaż panował nad emocjami, bez trudu zorientowała się, że był sfrustrowany, co zresztą było do przewidzenia. Już od jakiegoś czasu męczyła go kolejnymi pytaniami, coraz częściej zaczynając tematy, których wyraźnie nie chciał poruszać. Wiedziała o tym, a jednak kolejne pytania wydawały się pojawiać same z siebie, podczas gdy ona nie była w stanie się powstrzymywać. Co prawda wątpiła, żeby to kiedykolwiek przyniosło skutki, ale…
– Właściwie od zawsze – usłyszała i sam fakt jakichkolwiek wyjaśnień w równym stopniu ją zaskoczył, co i rozdrażnił.
– To nie jest odpowiedź – stwierdziła, potrząsając z niedowierzaniem głową.
– Nie miała być. – Lawrence wyprostował się, po czym ustawił w taki sposób, by jak gdyby nigdy nic móc oprzeć się plecami o barierkę. – Czego tak naprawdę ode mnie oczekujesz, co? Za każdym razem wydaje mi się, że temat skończony, a potem ty znów go zaczynasz i… – Urwał, po czym wzruszył ramionami, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że dalsze tłumaczenia są zbędne.
– Sama chciałabym to wiedzieć – stwierdziła z rozbrajającą wręcz szczerością.
L. westchnął, ale – co ją zaskoczyło – jakimś cudem zdołał wysilić się na uśmiech.
- To takie typowe… – mruknął, ale nie rozwinął tematu nawet pomimo tego, że rzuciła mu pytające spojrzenie. – Nieważne. Co z tym snem, hm? Jest zimno, niewygodnie czy…?
– Nie narzekam – przerwała mu pośpiesznie.
Tym razem bez wątpienia się uśmiechnął, nie tylko szczerze, ale przede wszystkim w rozbawiony, nieco złośliwy sposób.
– Jasne.
Beatrycze wydęła usta. Dlaczego miała wrażenie, że jej nie wierzył?
– Powiedziałam już, że jest w porządku. Naprawdę – niemalże jęknęła. – Ja po prostu… Powiedzmy, że coś mi się śniło – przyznała w końcu, nie zamierzając wnikać w szczegóły.
Skoro on miał swoje tajemnice, ona też mogła. Dom ze snu od samego początku był jej małym sekretem, którego jak do tej pory nie próbowała nikomu zdradzać. Nie rozumiała dlaczego tak jest, ale nie zamierzała się nad tym zastanawiać. Wystarczyło, że miała poczucie, że postępowała w jak najbardziej właściwy, sensowny sposób. Cokolwiek by się nie wydarzyło, przynajmniej w tej jednej kwestii podjęcie decyzji tak czy inaczej zależało od niej.
– Zły sen… – stwierdził w zamyśleniu Lawrence, a ona instynktownie napięła mięśnie.
– Nie powiedziałam, że to koszmar – obruszyła się.
Wampir zmierzył ją uważnym, badawczym spojrzeniem. Zauważyła, że jego tęczówki były intensywnie czerwone, co z miejsca dało jej do myślenia, bo mogło oznaczać tylko jedno – a więc to, że polował i to nie tak dawno temu. Z jakiegoś powodu sama perspektywa tego, że miałby znaleźć sobie ofiarę – niczego nieświadomego, niewinnego człowieka – z miejsca przyprawiła kobietę o dreszcze. Być może powinna się do tego przyzwyczaić, ale świadomość niektórych wydarzeń niezmiennie wzbudzała w niej niepokój.
– Możliwe, ale nie trudno się domyślić. Jesteś podenerwowana – powiedział cicho Lawrence. Ledwo powstrzymała sfrustrowany jęk, aż nazbyt świadoma tego, że po samych tylko reakcjach jej ciała był w stanie stwierdzić, jakie targały nią emocje. – Jeśli nie chcesz o tym rozmawiać, wcale nie musimy – dodał, bo nerwowo zacisnęła usta.
– Nie musimy rozmawiać o bardzo wielu rzeczach – stwierdziła z nutką rezerwy.
Była pewna, że zrozumiał aluzję, tym bardziej, że przez jego twarz przemknął ledwo zauważalny cień. To mogło być równie dobrze wyłącznie jej wyobrażeniem, ale zdążyła poznać tego wampira na tyle dobrze, żeby wiedzieć, iż w rzeczywistości chodziło o coś więcej. Uznała to za dość jednoznaczną sugestię, ostatecznie chcąc nie chcąc wycofują ci się, chociaż wcale nie była pewna, czy tego chce. W rzeczywistości miała ochotę się komuś zwierzyć, nawet jeśli kwestia snu pozostawała czymś, co wolała zachować dla siebie. To było na swój sposób paradoksalne, poza tym skutecznie mieszało jej w głowie, sprawiając, że Beatrycze sama nie była pewna, czego tak naprawdę powinna spodziewać się p sobie i własnej podświadomości, ale próbowała o tym nie myśleć.
– Jesteś na mnie zła? – zapytał po chwili zastanowienia L. – Chwilami sam nie wiem. Jesteś… czasami naprawdę trudna, Beatrycze.
– To nie zabrzmiało miło.
Parsknął nieco wymuszonym śmiechem.
– Ale za to było szczere, a chyba o to chodzi, prawda? Bynajmniej nie czekał na odpowiedź z jej strony. – Nieważne. Cały czas zależy mi na tym, żebyś czuła się przy mnie swobodnie.
Westchnęła cicho, sama niepewna, gdzie tak naprawdę zmierzała ich rozmowa. Odkąd wróciła w La Push, raz po raz zbaczali na tematy, które Lawrence’owi zdecydowanie nie były na rękę. Nie była pewna czy to dobrze, ale nie mogła powstrzymać się przed próbą wyciągnięcia od niego jakichkolwiek sensownych, bardziej konkretnych informacji. Teraz na dodatek miała mętlik w głowie, wywołany tym, co zaszło między nimi, a co wciąż nie dawało jej spokoju. Nie była w stanie nawet jednoznacznie stwierdzić, czy kłócili się, czy może to wciąż była w pełni normalna, chociaż nieco bardziej skomplikowana rozmowa. Coś się zmieniło, ale…
– Ja… Szczerze powiedziawszy, chyba się boję – wyrzuciła z siebie na wydechu.
– Boisz się…? – L. spojrzał na nią tak, jakby widział ją po raz pierwszy. Zaskoczyła go i już nie miała co do tego najmniejszych nawet wątpliwości. – Teraz chyba nie bardzo rozumiem… – przyznał, a Beatrycze mimowolnie się zawahała.
No to cudownie, bo ja też nie…
Nie zaprotestowała, kiedy wampir nagle znalazł się tuż obok niej, wręcz z ulgą przyjmując to, że wciąż chciał przy niej przebywać. Nie zaprotestowała, kiedy wyciągnął dłoń ku jej twarzy, by móc ująć ją pod brodę, z przyzwyczajenia już chyba nakłaniając ją do spojrzenia sobie w oczy. Było coś niepokojącego w tych rubinowych tęczówkach, ale spoglądały na nią w tak łagodny, troskliwy sposób, że nawet gdyby chciała, nie potrafiłaby zacząć niepokoić się z powodu jego bliskości.
Dopiero kiedy o tym pomyślała, uprzytomniła sobie, że Lawrence mógł źle zinterpretować jej słowa. Poznała to po jego spojrzeniu, a zwłaszcza towarzyszącym im na każdym kroku, wyraźnym napięciu. Kiedy do tego wszystkiego zamarł z dłonią na jej twarzy, przez krótką chwilę sprawiając wrażenie chętnego się wycofać, tym bardziej zapragnęła jak najszybciej się wytłumaczyć, byleby tylko wyprowadzić nieśmiertelnego z błędu.
– Chodzi mi o ten telefon Carlisle’a – wyjaśniła w pośpiechu wyrzucając z siebie kolejne słowa. – Był podenerwowany, poza tym wyraźnie coś się działo, kiedy ze mną rozmawiał – dodała, a Lawrence cicho westchnął.
– Ach… To – rzucił jakby od niechcenia, pozornie obojętny, ale Beatrycze bez trudu zorientowała się, że to z jego strony wyłącznie rodzaj maski. Zwykle tak reagował, kiedy próbowała rozmawiać z nim o rodzinie.
– Nie przejmujesz się? – zapytała wprost, pomimo tego, że wiedziała jaka będzie odpowiedź – i to zarówno prawdziwa, jak i ta, którą tak czy inaczej miała usłyszeć.
– Nieszczególnie. Ze mną jesteś bezpieczna i to wystarczy, chociaż oni naturalnie mają wątpliwości.
Beatrycze ledwo powstrzymała się przed wywróceniem oczami. Pytała o coś zupełnie innego i on doskonale o tym wiedział.
– Tak, jestem bezpieczna – przyznała, starannie dobierając słowa. – Nie siebie miałam na myśli.
– Oczywiście. Ponieważ przejmujesz się wszystkim i wszystkimi wokół, chociaż doskonale sobie radzą – stwierdził z powątpiewaniem Lawrence. – Pomijając to, że właściwie nie powinno dotyczyć mnie to, co się dzieje… – Urwał, po czym wzruszył ramionami, podchwyciwszy jej niedowierzające spojrzenie. – No co? Nigdy nie byłem osobą, której się zwierzali. Skoro nie chcą, żeby to była moja sprawa, to dlaczego miałbym się mieszać?
– Carlisle zadzwonił – zauważyła przytomnie.
L. wzniósł oczy ku górze w niemej prośbie o cierpliwość.
– Tak, do ciebie. Bo pewnie podejrzewa, że wywiozłem cię po to, żeby pożreć w samotności. Tak od samego początku mi to wygląda – stwierdził, nie szczędząc sobie złośliwości.
– Nie myślisz tak – oznajmiła z uporem, który – mogła się założyć – w równym stopniu go bawił, co i chwilami zaczynał męczyć.
– Skąd to podejrzenie?
Wzruszyła ramionami.
– Z jakiegoś powodu chciałeś, żebym miała z nim i jego rodziną kontakt. Poza tym chwilami miałam wrażenie, że możecie się dogadać – stwierdziła i tym razem to wystarczyło, by rozbawić go na tyle, żeby się roześmiać.
– Och, Beatrycze… – westchnął, tym samym sprawiając, że po raz kolejny poczuła się jak naiwne, nic nierozumiejące dziecko, które tak naprawdę nie miał pojęcia, co takiego działo się wokół niego.
Założyła ramiona na piersiach, próbując sprawiać wrażenie choć odrobinę pewniejszej siebie. Ne lubiła, kiedy traktował ją w taki sposób, zwłaszcza w sytuacjach, w których to raczej on postępował jak uparte dziecko, nie odwrotnie. Jaka inaczej mogła opisać sytuacje, w której miała wrażenie, że tak naprawdę na każdym kroku przeczył samemu sobie? Jak na ironie była w stanie taki stan rzeczy zrozumieć, doświadczając go niemal równie często, co i on. Chwilami sama nie była pewna, czego i dlaczego chciała, jeśli zaś chodziło o Lawrence’a… Cóż, mogła się założyć, że zależało mu o wiele bardziej, aniżeli raczył przyznać. Bardzo wiele kwestii wskazywało, że tak właśnie jest, ona zaś jak najbardziej była w stanie je dostrzec.
Jakkolwiek by nie było, zachowała wszelakie uwagi dla siebie, więcej niż pewna, że prędzej znów by ją wyśmiał, niż faktycznie przyznał prawdę. Skoro tak, równie dobrze mogła udawać, że wierzy w to, że pozostawała jedyną wrażliwą, zmartwiona tym, co w każdej chwili mogło się wydarzyć.
– W porządku – dała za wygraną. – Poradzą sobie, tak… A ty nie martwisz się o nikogo prócz mnie – dodała, chociaż zdecydowanie w to nie wierzyła.
– Zgadza się.
– Nawet Eleną? – zapytała jakby od niechcenia, a wampir jedynie wywrócił oczami.
– Prowadza się z demonem. Jeśli może być gorzej, daj mi znać – mruknął z przekąsem.
– Joce i Alessia nie… – zaczęła, ale tym razem nie pozwolił jej dokończyć.
– Moja księżniczka jest na tyle nieostrożna, że prędzej czy później zawsze wpada w kłopoty… Co nie zmienia faktu, że jeśli będzie chciała, bez trudu skopie komuś tyłek, więc nie muszę za nią chodzić krok w krok. Za jej siostrą też zresztą nie i… Och, o czym my właściwie rozmawiamy? – zniecierpliwił się. – Ustaliliśmy już, że na tę chwilę martwię się tylko o ciebie.
Zacisnęła usta, tym razem nie próbując odpowiadać. Nie zaprotestował, kiedy jak gdyby nigdy nic otoczył ją ramionami, przygarniając do siebie i zamykając w silnym uścisku, ale też nie próbowała go odwzajemniać. W zamian po prostu stała, wciąż spięta i na swój sposób niespokojna, co naturalnie nie uszło uwadze Lawrence’a.
Wampir westchnął, wyraźnie sfrustrowany. Zaraz po tym zdecydowanym ruchem odsunął ją od siebie, zaciskając dłonie na jej ramionach. Mimowolnie zadrżała od różnicy temperatur, jednak jego dotyk nie wzbudzał w niej żadnych negatywnych emocji.
– Cudownie… Dobra, niech ci będzie, że tam pojedziemy – powiedział z wyraźną niechęcią, tym samym dając za wygraną. Uśmiechnęła się z wdzięcznością, znacznie uspokojona. – Wykończysz mnie… Ale niech ci będzie. – Zamilkł, po czym zmierzył Beatrycze uważnym, przenikliwym spojrzeniem. – Chodź, na razie mam ochotę zrobić coś innego.
Nie zdążyła nawet zapytać, o co tym razem mu chodziło. Zanim choćby zaczerpnęła powietrze, wampir bezceremonialnie porwał ją na ręce.
W następnej sekundzie poczuła na twarzy powiew chłodnego powietrza, kiedy bez jakiegokolwiek ostrzeżenia ruszył się z miejsca.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa