27.03.2017

Sto trzydzieści dziewięć

Elizabeth
– To zaczyna być coraz bardziej nienormalne… Rany, po prostu nie wierzę!
Słyszała podenerwowany głos Shannon, a jednak nie była w stanie skoncentrować się na poszczególnych słowach. Nie widziała nawet powodu, żeby wyjść z pokoju i sprawdzić, co tak naprawdę się działo, woląc udawać, że sytuacja jej nie dotyczy. Nie miała już cierpliwości ani do tego, co się działo, ani tym bardziej do świadomości, że sprawy w każdej chwili mogły się skomplikować. Już i tak było źle, Elizabeth zaś miała poczucie, że to zaledwie początek – i że w związku z tym powinna spodziewać się dosłownie wszystkiego.
Nie była pewna, co powinna myśleć o rozmowie z Jocelyne i jej bliskimi. Wiedziała już, że wydarzyło się coś niedobrego i że najpewniej Damien jej potrzebował, ale to przecież nie było takie proste. Chciała się od tego odciąć, chociaż podejrzewała, że zachowuje się jak cholerny, niewdzięczny tchórz, tym bardziej, że chłopak wciąż próbował zrobić wszystko, byleby była bezpieczna. Ta świadomość bolała, zresztą tak jak i wrażenie, że sprawy tak naprawdę sprowadzały się do niej. Jeśli faktycznie dziewczyna, która obiecała Damienowi się nią zająć, tak po prostu zniknęła…
W pośpiechu odrzuciła od siebie niepokojące myśli, zbytnio wytrącona z równowagi tym, co z nich wynikało. Nic złego się nie dzieje, warknęła na siebie w duchu, ale to było niczym jedno wielkie kłamstwo, w które i tak nie była w stanie uwierzyć. Pustka w głowie jawiła się Liz jako coś nie do zniesienia, zresztą tak jak i świadomością tego, że tak naprawdę nadal była w niebezpieczeństwie. Jej brat wciąż gdzieś tam był, uparcie zamierzając ją dorwać, nawet jeśli teraz wydawał się również zajmować czymś innym. To przynajmniej zasugerował podczas balu i chociaż nie była pewna dlaczego, tak po prostu zdecydowała się mu uwierzyć. Dlaczego miałaby zachować się inaczej, skoro Jason nie miał żadnego powodu, żeby ją okłamać? Zdążyła się zorientować, że kiedy był obok, zwykle rozwiązywał mu się język, a to bez wątpienia o czymś świadczyło.
Tak czy inaczej, została wplątana w sam środek tego szaleństwa, nie mając pojęcia, w jaki sposób powinna się zachować, żeby mieć choć cień szansy się w tym odnaleźć. Gubiła się nie tylko we własnych emocjach, ale przede wszystkim pewności, że to nie miało się ot tak zakończyć. Jakby tego było mało, nie potrafiła zapomnieć o Damienie, co niejako wydawało się być odpowiedzią na pytanie, które zadawała sobie tak długo, zastanawiając się, czy to możliwe, żeby uczucia, którymi darzyła chłopaka, w rzeczywistości były wyłącznie wyrazem wdzięczności. Nie, a przynajmniej coraz częściej w to wątpiła, a jednak nie potrafiła sobie wyobrazić, że mogłaby wrócić. Po tym, co spotkało Marissę, wszystko wydawało się o wiele zbyt skomplikowane, wzbudzając w Elizabeth niemalże paniczny strach. Co jak co, ale nie zamierzała zostać wampirem – nigdy, za żadne skarby. Z dwojga złego wolała już śmierć, chociaż Jason zdecydowanie nie miał tego w planach, niezależnie, jak bardzo dałaby mu się we znaki.
– Liz?! – Głos Shannon skutecznie wyrwał ją z zamyślenia. Wzdrygnęła się, po czym wyprostowała, pośpiesznie siadając na łóżku.
– Zaraz przyjdę! – odkrzyknęła, chociaż zdecydowanie nie miała na to ochoty. – Ja… Po prostu daj mi chwilę!
Shannon nie odpowiedziała, ale to wydało się dziewczynie nieistotne. Miała ochotę powiedzieć, że źle się czuje, co zresztą wcale nie było takie dalekie od prawdy, ale w ostatniej chwili się powstrzymała. Wiedziała, że Shanny była podenerwowana, co jak nic miało związek z powrotem Nigela. Coś się stało, po raz kolejny zresztą, więc tym bardziej wypadało spróbować ustalić w czym rzecz, a jednak nie potrafiła się na to zdobyć. W zmian była w stanie co najwyżej tkwić w bezruchu, wsłuchując się w ciszę i koncentrując na przyśpieszonym biciu serca. Przez większość czasu siedziała jak na szpilkach, jak nic przewrażliwiona i bliska szaleństwa, o ile już nie zdążyła w nie popaść.
Wiedziała, że odkąd opuściła dom Licavolich, na własne życzenie wszystko skomplikowała. Teraz nie tylko czuła się samotna i pozbawiona jakiejkolwiek kontroli nad sytuacją, ale na dodatek nie było już nikogo, kto mógłby ją chronić – i to nie tylko przed Jasonem, ale również konsekwencją ostatnich wydarzeń. Kiedy przebywała w tamtym domu, to było tak, jakby faktycznie uciekła przed światem zewnętrznym. Wtedy nie musiała martwić się niechcianymi pytaniami i policją, bo ta trzymała się od niej z daleka. Nie miała pojęcia, co tak naprawdę o tym zadecydowała i w gruncie rzeczy nie chciała się nad tym zastanawiać, przyjmując wszystko dokładnie takim, jakim było. Czuła się bezpieczniej, mogąc w spokoju przeżywać żałobę i mając przynajmniej złudne wrażenie, że jest na dobrej drodze, żeby wszystko uporządkować.
Teraz wszystko zniknęło, Liz zaś przekonała się, że w rzeczywistości nie osiągnęła niczego – i że w każdej chwili może zacząć być jeszcze gorzej. Zwłaszcza zaginięcie Marissy wszystko skomplikowało, przy okazji sprawiając, że tragedia, która ją dotknęła, kolejny raz wyszła na światło dzienne. Podejrzewała, że gdyby to ona, a nie Shannon, otworzyła drzwi, kiedy zapukał ten mężczyzna… Nie miała pojęcia, co zrobiłaby, zmuszona odpowiadać na pytania, które nie tylko przywoływały złe wspomnienia, ale na dodatek zmuszały ją do kłamstw. Przecież nie mogła powiedzieć nikomu prawdy i to nie tylko dlatego, że wtedy jak nic ktoś uznałby ją za wariatkę. Najważniejsze pozostawało to, że cokolwiek by się nie stało, nie mogła narazić Damiena ani jego rodziny, a to bez wątpienia by się stało, gdyby zaczęła płakać i rozpowiadać na prawo i lewo, że za wszystkim stały wampiry, w tym również jej podobno od lat martwy brat, który teraz zamierzał uczynić ją kimś sobie podobnym.
Zaklęła w duchu, po czym błyskawicznie poderwała się na równe nogi. Bezruch jej nie służył, zresztą tak jak i samotność, chociaż jak na ironię nie miała ochoty na czyjekolwiek towarzystwo. Problem polegał na tym, że nie mogła kryć się w pokoju w nieskończoność, chcąc nie chcąc musząc w końcu dołączyć do Shannon i Nigela, żeby wyjaśnić, co się stało. Nie była pewna, czy oby na pewno chciała to zrobić, ale to w gruncie rzeczy nie było teraz ważne. I tak nie miała większego wyboru, aż nazbyt świadoma, że się o nią martwili, chociaż tak bardzo tego nie chciała.
Zbiegła po schodach, poruszając się trochę jak w transie i próbując zrozumieć, dlaczego czuła się aż do tego stopnia zaniepokojona. Nie miała większego problemu z odnalezieniem swoich towarzyszy w salonie, już od progu wyczuwając, że coś zdecydowanie było nie tak. Nigel siedział na kanapie, nerwowo pocierając skronie i wyglądając trochę jak siódme nieszczęście, nienaturalnie wręcz blady i wyraźnie zmęczony. Jego siostra z kolei sprawiała wrażenie kogoś, kto w każdej chwili mógłby posunąć się do rękoczynów, nerwowo krążąc tam i z powrotem, co skutecznie przyprawiło Liz o zawroty głowy. Dziewczyna zawahała się, chwilę jeszcze obserwując podenerwowaną dwójkę i próbując stwierdzić, czy zadawanie jakichkolwiek pytań faktycznie miało sens.
– Jestem – rzuciła z opóźnieniem, zaczynając mieć dość przeciągającej się ciszy.
To Nigel jako pierwszy na nią spojrzał. Nerwowo zaciskał usta, przez krótką chwilę wyglądając na chętnego, żeby coś powiedzieć, ostatecznie jednak nie odezwał się nawet słowem.
Coś w zachowaniu chłopaka sprawiło, że poczuła się jeszcze bardziej nieswojo. Cokolwiek się działo, zdecydowanie nie było normalne, poza tym…
– Co się stało? – zapytała wprost, nie mogąc się powstrzymać. Mogła udawać, że nic szczególnego nie miało miejsca, ale to byłoby jednym wielkim kłamstwem, dokładnie takim samym jak wszystkie inne, w które w ostatnim czasie nieudolnie próbowała uwierzyć. – Nigel, do cholery…
– Wiesz, kto przyszedł do nas ostatnio? – przerwała jej Shannon, zatrzymując się tak gwałtownie, że Liz aż się wzdrygnęła.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta, sama niepewna, co powinna im odpowiedzieć. Chwilę wodziła wzrokiem dookoła, spoglądając to na jedno, to znów na drugie i na podstawie ich min próbując wywnioskować, jak źle prezentowała się sytuacja, w której się znaleźli. Czuła, że wszystko było nie tak, skomplikowane o wiele bardziej, niż mogłaby sobie tego życzyć, a jednak wciąż nie była w stanie jednoznacznie stwierdzić na czym tak naprawdę stali. W gruncie rzeczy nie chciała tego wiedzieć, chociaż nie sądziła, żeby w tej sytuacji jej opinia miała jakiekolwiek znaczenie.
– Mówisz… o tym mężczyźnie – powiedziała w końcu, starannie dobierając słowa. – Tym, którego stąd wyrzuciłaś – dodała, a Shannon wydała z siebie przeciągłe, sfrustrowane westchnienie.
Och, trudno było zapomnieć o tamtej rozmowie i gniewie, w jaki wprawił dziewczynę zdecydowanie zbyt wścibski facet, próbujący wnikać sprawy, które go nie dotyczyły. Liz widziała, że praca najpewniej wymagała od niego takie zachowania, ale i tak poczuła się osaczona, niemalże paniką reagując na perspektywę rozmowy na tematy, o których tak bardzo pragnęła zapomnieć. Co więcej, chociaż widziała tego policjanta (albo komisarza – nie miała pewności) zaledwie przez chwilę, to w zupełności wydarzyło, żeby nabrała przekonania, że nie będzie w stanie go polubić. Wręcz przeciwnie – coś w nim wręcz ją przerażało, sprawiając, że zapragnęła uciec z krzykiem i więcej nie pokazywać mu się na oczy.
Inaczej sprawy miały się z Shannon, która – delikatnie rzecz ujmując – wpadła w szał. Słuchając podenerwowanego głosu dziewczyny, Elizabeth wciąż miała niepokojące wrażenie, że ta w którymś momencie się zapędzi i zacznie krzyczeć, co przy braku kontroli zdecydowanie nie skończyłoby się dobrze. Krzyk Shannon był niebezpieczny, poza tym mógł wpędzić ich w kłopoty równie wielkie, co i powiedzenie prawdy o wszystkim, co w ostatnim czasie miało miejsce.
– Wyrzuciłam… Taa, najpewniej mam przejebane – oznajmiła spiętym tonem Shannon i to wystarczyło, żeby jeszcze bardziej wytrącić Liz z równowagi. – Wszyscy mamy.
– Co…?
Nigel cicho jęknął, po czym w końcu wtrącił się do rozmowy.
– Słyszałaś może kiedyś o Złym Wilku, Liz?
Uniosła brwi, co najmniej zaskoczona. W pierwszym odruchu zapragnęła zaprzeczyć, ale nie zdobyła się na to, w zamian usiłując wysilić umysł na tyle, by mieć szansę cokolwiek sobie przypomnieć. Z jakiegoś powodu termin, którego użył Nigel, wydał się Liz znajomy, chociaż za żadne skarby nie potrafiła przypomnieć sobie kiedy i w jakich okolicznościach się z nim spotkała. Podejrzewała, że chłopakowi zdecydowanie nie chodziło o bajkę o „Czerwonym Kapturku”, bo to najzwyczajniej w świecie nie miałoby sensu, a skoro tak…
– Nie wiem – dała za wygraną. Z niedowierzaniem potrząsnęła głową, coraz bardziej zdezorientowana. – Co się dzieje? To, że mamy kłopoty zauważyłam dawno temu, ale i tak… – Urwała, o czym nerwowo zacisnęła usta. – Czy Jason…?
– To akurat nie ma nic wspólnego z twoim bratem, ale mniejsza o to – zapewnił ją pośpiesznie Nigel. Wyczuła napięte w jego głosie, co zaniepokoiło ją w równym stopniu, co i wrażenie, że w każdej chwili sytuacja będzie w stanie wymknąć jej się spod kontroli. – Facet jest człowiekiem, a przynajmniej zakładam, że żaden nieśmiertelny nie siedziałby w FBI i…
– Chwila! – przerwała mu. Wolała nawet nie zastanawiać się, jak bardzo beznadziejnie musiała wyglądać sytuacja, skoro tak po prostu siedzieli i roztrząsali to, czy wampir albo jakakolwiek inna nadnaturalna istota mógłby siedzieć w jakiejkolwiek większej organizacji. Jeszcze trochę i naprawdę uznamy, że to najzupełniej normalne…, pomyślała w oszołomieniu. – Wydawało mi się, że był z policji – zniecierpliwiła się, a Shannon tylko parsknęła pozbawionym wesołości śmiechem.
– Może nie chciał wzbudzać paniki… Czy ja wiem? Też go na początku nie skojarzyłam – przyznała, wzruszając ramionami. – Ulrich Wolfer… Nie, też nie mam pojęcia, jak to wymówić. – Dziewczyna wywróciła oczami. – Ale gdybyś przejrzała stare gazety, pewnie byś go znalazła. Z tego, co mi wiadomo, jest bardzo dobry w tym, co robi. To znaczy… Może nawet aż za dobry, a to źle.
– Dalej nie rozumiem – stwierdziła spiętym tonem.
Nigel westchnął.
– Po pierwsze, interesuje się nami FBI. Rozumiesz? Nie wiem, może się nie znam, ale nawet po tym, co stało się z twoją rodziną i Issie… – Zamilkł, po czym wzruszył ramionami. – Więc chodzi o coś więcej, tym bardziej, że nie powiedział nam skąd jest. Może po prostu…
– Co? – rzuciła z powątpiewaniem Shannon.
– Może działa na własną rękę – przyznał z powątpiewaniem chłopak. – Zły Wilk – powtórzył z naciskiem – bo jest cholernie skuteczny. Do tej pory nie było sprawy, której nie rozwiązał, więc jeśli coś jest na rzeczy… Poza tym z tego, co mi wiadomo, facet niekoniecznie działa tak, jak powinien. Mam na myśli… No, wiecie. Duża skuteczność niekoniecznie w granicach prawa – wyjaśnił, a Liz wyrwał się zdławiony jęk.
– Czyli co? Aż tak widać, że coś jest na rzeczy? – zapytała z niedowierzaniem, coraz bardziej zdezorientowana.
– A skąd mam wiedzieć? Chciał rozmawiać z tobą, więc mógł oczekiwać czegokolwiek. Poza tym nie przyszedł służbowo, bo wtedy nie dałby spławić się Shannon, a przynajmniej tak mi się wydaje – mruknął, wymownie spoglądając na siostrę. To była zaledwie chwila, bo jego spojrzenie prawie natychmiast przeniosło się z powrotem na Liz. – Może powinnaś się tym zainteresować? To w twojej rodzinie ludzie biegają z kołkami i… – Nigel natychmiast zamilkł, kiedy gwałtownie zaczerpnęła powietrza, przez krótką chwilę czując się tak, jakby ktoś spróbował ją uderzyć. – Rany, przepraszam. Nie to miałem…
Cokolwiek miał do powiedzenia, nie próbowała go słuchać. Bez słowa odwróciła się na pięcie, by w następnej sekundzie po prostu opuścić salon, nie ufając sobie na tyle, by dalej prowadzić jakąkolwiek rozmowę. W pierwszym odruchu zapragnęła skierować się z powrotem ku schodom, by znów zamknąć się w tymczasowym pokoju, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie. Potrzebowała powietrza, zbytnio zdenerwowana, by chociaż chwilę dłużej tkwić w czterech ścianach, zmuszona skupiać się na własnych, coraz bardziej niespójnych myślach.
Gdzieś za plecami usłyszała, że Shannon wypowiada jej imię, ale nawet nie odwróciła się, żeby odpowiedzieć. Dosłownie wypadła na zewnątrz, nie dbając o to, żeby zabrać kurtkę. Prawie natychmiast tego pożałowała, czując przejmujący chłód, ale zmusiła się do zignorowania jakichkolwiek niedogodności. Gniew i – przede wszystkim – stopniowo przybierający na sile strach niezmiennie dawały się Liz we znaki, sprawiając, że dziewczyna miała coraz więcej wątpliwości co do tego, co i z jakiego powodu robiła. W pośpiechu szła przed siebie, obojętna na to, że aż prosiła się o to, żeby Jason albo ktokolwiek inny spróbował się do niej zbliżyć. W gruncie rzeczy zaczynało być jej wszystko jedno, zaś myślenie o bracie jedynie utwierdzało ją w przekonaniu, że tak naprawdę nie wiedziała niczego ani o sobie, ani o własnej rodzinie.
Całe lata kłamstw… Mogli jej wmawiać, że wszystko było dla jej bezpieczeństwa, ale to brzmiało równie beznadziejnie, co i stwierdzenie, że wyrzeczenie się Jasona było jedynym rozwiązaniem. Prawda była taka, że już od dłuższego czasu nic nie było takie, jakie powinno. Żyła w ciągłym napięciu, chwilami bojąc się choćby rozejrzeć albo zamknąć oczy, w obawie przed tym, że ktoś spróbuje ją skrzywdzić. Zwłaszcza teraz, kiedy na własne życzenie odcięła się od Damiena i jego rodziny, była tego świadoma, ale nawet to nie było w stanie zmusić Elizabeth do zmiany decyzji. Pewne rzeczy działy się zdecydowanie zbyt szybko, nie wspominając o tym, że zabrnęły za daleko, przez co nie była w stanie ich ignorować. W gruncie rzeczy mogła albo oszaleć, albo spróbować to wszystko uporządkować i jakoś zaakceptować, jednak żadne z tych rozwiązań nie napawało dziewczyny entuzjazmem. Wręcz przeciwnie – to, co się działo, niezmiennie przyprawiało ją o dreszcze, a jakby tego było mało, niemalże na każdym kroku przekonywała się, że mogło być gorzej.
Jak nie demony, to znów brat, który uwziął się na nią, bo… Och, właściwie czym mu zawiniła? Była zaledwie pośrednikiem w zemście, chociaż i ta wydawała się Elizabeth bezsensowna, odkąd Jason zabił wszystkich. Została sama, nie tylko nie mając pojęcia, gdzie powinna się udać, ale też nie rozumiejąc niczego, co działo się wokół niej. Wcześniej mogła przynajmniej liczyć, że Nina wprowadzi ją w ten dziwny, skomplikowany świat i pokaże jakim cudem mogłaby choć próbować bronić się przed nieśmiertelnymi, o ile to w ogóle miało być możliwe, ale teraz…
Nerwowo zacisnęła dłonie w pięści. Nie, nie chciała o tym znowu myśleć, nie wspominając o tym, jak bezsensowne wydawało się to, co działo się wokół niej. Bez słowa ruszyła przed siebie, pod wpływem impulsu rzucając się do biegu, nie tylko po to, żeby w ten sposób się rozgrzać, ale przede wszystkim jakkolwiek rozładować narastającą w niej energię. Bieg zwykle przynosił jej ukojenie, pozwalając poczuć się choć odrobinę lepiej, metoda ta jednak coraz częściej wydawała się ją zawodzić. Chyba nawet nie była tym zaskoczona, stopniowo dochodząc do wniosku, że działo się zdecydowanie zbyt wiele, by przejście z tym do porządku dziennego mogło okazać się proste. W efekcie biegała już raczej z przyzwyczajenia, nie mając wątpliwości co do tego, że zachowanie formy mogło okazać się kluczowe, jeśli chciała mieć choć cień szansy na przetrwanie. Co prawda nie wyobrażała sobie tego, żeby łowcy, czy jakkolwiek inaczej nazywała się organizacja, do której kiedyś przynależała jej rodzina, mieli jakiekolwiek szanse z tymi, na których polowali, ale dobrze było przynajmniej próbować zachować pozory.
Jakkolwiek by nie było, bieg sprawił, że przejmujący chłód, który odczuwała, przestał aż tak bardzo dawać jej się we znaki. Zdołała się rozluźnić, chociaż nie sądziła, że będzie do tego zdolna. Przez dłuższą chwilę koncentrowała się przede wszystkim na metodycznym poruszaniu naprzód, całą sobą chłonąć sposób, w jaki napinały się jej mięśnie. Było coś kojącego w sposobie, w jaki jej stopy rytmicznie uderzały o chodnik. Choć przez chwilę czuła się naprawdę pewnie, mając poczucie, że w pełni kontrolowała sytuację, a zwłaszcza to, gdzie i dlaczego chciała się znaleźć, co wydawało się dość ironiczne, skoro w rzeczywistości nie miała żadnej koncepcji. Wiedziała jedynie, że pragnęła pozostać w ruchu – po prostu metodycznie poruszać się naprzód tak długo, jak tylko miało być to możliwe, aż do chwili, w której ostatecznie zabrakłoby jej tchu i sił na kontynuowanie biegu.
Nie była pewna jak długo w tym trwała, zanim ostatecznie zdecydowała się zwolnić. Zatrzymała się nagle, zgrzana pomimo chłodu i braku cieplejszego ubrania. Dysząc ciężko, nachyliła się do przodu, opierając obie dłonie na udach, żeby łatwiej złapać oddech. Ciemne włosy musnęły jej policzki, ale nie zwróciła na to uwagi, dopiero po dłuższej chwili decydując się odgarnąć niesforne kosmyki na bok. Czuła, że serce wali jej jak szalone, uderzając szybko i mocno, ale to było zgoła odmienne uczucie, aniżeli to, którego doświadczała, kiedy się bała. Tym razem wrażenie było znajome i jak najbardziej przyjemne – dobry wysiłek, z którego zwykle była w stanie czerpać wyłącznie to, co najlepsze.
Poczuła delikatne pulsowanie pod koszulką w miejscu, w którym – ukryty pod koszulką – jej skórę muskał wisiorek, który znalazła w domu Niny. Nie była pewna, w którym momencie zaczęła nosić go na stałe, nie wyobrażając sobie, że mogłaby się z nim rozstać, ale to nie miało znaczenia. Bezwiednie musnęła placami miejsce, w którym się znajdował, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że łagodnie pulsował ciepłem, trochę jak drugie serce, które…
– Elizabeth Evans?
Drgnęła, kiedy usłyszała dziwnie znajomy, męski głos. Już gdzieś go słyszała, nim jednak zdążyła zastanowić się gdzie i dlaczego, zauważyła, że ktoś zmierza w jej stronę.
Poruszając się trochę jak w transie, z wolna wyprostowała się i spojrzał na intruza.

2 komentarze:

  1. Rozdział z podziękowaniami dla Klaudii122. Zawsze jestem pod wrażeniem, kiedy ktoś nadrobi tę historię, więc dziękuję ;) Dodam, że odpisałam na Twój komentarz ^^

    Nessa.

    OdpowiedzUsuń
  2. Dzięki za podziękowania. Jeśli by się nad tym zastanowić, to nie było takie trudne, ponieważ twoja historia tak mnie zaciekawiła, że potrafiłam czytać po 50 rozdziałów dziennie. Już to pisałam, ale napisze jeszcze raz: masz do tego wielki talent, każdy twój blog jest świetny (a przynajmniej te z którymi zdążyłam się zapoznać) twój styl pisania sprawia, że nawet nic nie znaczące sceny są ciekawe i tajemnicze.

    co do kontaktu to podam pocztę: jasinska.klaudia@o2.pl

    Pozdrawiam Klaudia122

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa