22.03.2017

Sto trzydzieści cztery

Beatrycze
Z westchnieniem rozsiadła się na podłodze, opierając plecami o ścianę. Przymknęła oczy, wciąż dziwnie oszołomiona tym, co działo się wokół niej. Na ustach wciąż czuła ten pocałunek – gwałtowny, być może nie pierwszy, chociaż z jej perspektywy tak właśnie było. Sama myśl o tamtym momencie wystarczyło, żeby jej serce zabiło szybciej, zdradzając o wiele więcej, niż mogłaby sobie tego życzyć. Znów westchnęła, po czym dla pewności powiodła wzrokiem dookoła, chcąc upewnić się, czy faktycznie jest sama. Nie chodziło nawet o to, że mogłaby swoim zachowaniem „prowokować” Lawrence'a, jak sam ujął to chwilę wcześniej, ale przede wszystkim o fakt, że chcąc nie chcąc czuła się niezręcznie.
Sama nie była pewna, czy powinna się cieszyć, czy może raczej smucić przez to, jak wszystko się potoczyło. Miała świadomość, że powiedziała o słowo za dużo, ale nie potrafiła zachować się inaczej, zwłaszcza kiedy emocje stały się na tyle przytłaczające, że nabrała przekonania, iż bardzo niewiele brakuje, żeby rozerwały ją od środka. Teraz z kolei była tutaj, walcząc z mętlikiem w głowie i poczucie, że to wciąż nie był koniec. Nie była pewna, w jakim stopniu mogła zaufać Lawrence'owi, przynajmniej w kwestii uczuć i swojej przeszłości, tym bardziej, że nadal nie powiedział jej niczego, co mogłaby uznać za satysfakcjonujące. Gubiła się, w niemalże gorączkowy sposób szukając odpowiedzi, co zresztą ostatecznie doprowadziło ją tutaj i… niejako w ramiona mężczyzny, o którym wiedziała, że zdecydowanie nie był jej obcy.
Zacisnęła usta, coraz bardziej oszołomiona. W milczeniu powiodła wzrokiem dookoła, spoglądając na białe, surowe ściany i puste pokoje, które była w stanie dostrzec ze swojego miejsca w przedpokoju. Coś w tym widoku sprawiło, że zrobiło jej się zimno, ale dalej nie zamierzała stąd wychodzić. Chciała spędzić tutaj noc, zwłaszcza jeśli tuż obok miałby być Lawrence – w domu, który przecież miał należeć do nich. Pomyślała, że sama myśl o tym powinna ją oszołomić, a jednak była gotowa przysiąc, że dopiero teraz wszystko zaczynało układać się tak, jak od samego początku powinno. Wrażenie było takie, jakby przebywanie z L. stanowiło coś dla niej absolutnie naturalnego – stan rzeczy, w którym powinna i chciała trwać, nawet jeśli nie potrafiła wytłumaczyć, co kryło się za tymi pragnieniami.
Och, to nie było ważne. Istotne za to pozostawało to, że wciąż tutaj była, drżąca i świadoma wyłącznie niezrozumiałych, towarzyszących jej niemalże na każdym kroku pragnień. Co więcej, to wydawało się dobre, może po prostu bardzo chciała w to uwierzyć, raz po raz wmawiając sobie, że wszystko, co działo się wokół niej, faktycznie miało sens – i to niezależnie od tego, czy była w stanie go dostrzec.
Czuła, że odpowiedzi kryły się w przeszłości, ta jednak pozostawała dla niej zagadką, której być może nigdy nie miała być w stanie rozwiązać.
Zamknęła oczy, coraz bardziej sfrustrowana. Czasami, kiedy wyjątkowo uparcie wysilała pamięć, próbując wręcz zmusić się do powrócenia do tego, co kiedyś musiało się wydarzyć, choć o tym zapomniała, wydawało jej się, że faktycznie coś dostrzega. Potrafiła przywołać zamazane obrazy lustrzanej sali, otaczających ją postaci i zielonych łąk, które…
A potem zwykle miała wrażenie, że trwa w ciemnościach, zagubiona i pozbawiona nadziei, mogąc co najwyżej krzyczeć, choć nikt nigdy i tak nie miał być w stanie jej usłyszeć. I to było przerażające, zwykle sprawiając, że wycofywała się z prób przypomnienia sobie czegokolwiek równie szybko, co wcześniej próbowała się wysilać.
Zamrugała nieco nieprzytomnie, lekko potrząsając głową, żeby odrzucić od siebie niechciane myśli. Wciąż była dziwnie roztrzęsiona i pobudzona zarazem, najpewniej przez ten pocałunek, choć i do tego nie mogła mieć pewności. Jak powinna rozumieć to, co się wydarzyło? Zdążyła zaobserwować dość, żeby takie gesty kojarzyły jej się z czymś wyjątkowym, tak jak to, co łączyło chociażby Bellę i Edwarda albo… Ale to wydawało się wręcz nieprawdopodobne, nawet jeśli faktycznie kochała Lawrence'a. Nie, skoro on wprost nie przyznał, co takiego czuje względem mniej. W efekcie równie dobrze mógł traktować ją jak dziecko, dokładnie tak, jak postępował przez cały ten czas. Nie chciała tego, za wszelką cenę próbując bronić się przed taką możliwością, ale to okazało się o wiele trudniejsze, niż przypuszczała. Najwyraźniej uczucia miały to do siebie, że bywały skomplikowane i może byłaby w stanie to zrozumieć, gdyby myśl o odrzuceniu nie niosła ze sobą aż tak silnego bólu.
Kiedy L. odepchnął ją od siebie, to naprawdę zabolało – i to bynajmniej nie dlatego, że z wrażenia omal nie wylądowała na ścianie, a on był gwałtowny. Zanim uświadomił jej, w czym problem, bała się, z kolei teraz… przede wszystkim martwiła, bo ostatnim, czego chciała, było dręczenie go zapachem swojej krwi. W zamyśleniu spojrzała na swoje dłonie, przypatrując się biegnącym pod bladą skórą żyłom. Już wcześniej zdawała sobie sprawę z tego, że człowieczeństwo może okazać się problematyczne, zresztą zwłaszcza Carlisle niemalże na każdym kroku próbował uświadamiać jej, dlaczego L. mógłby okazać się niebezpieczny, ale dopiero teraz rozumiała w czym rzecz. Co prawda nie była wampirem, więc nie była w stanie wyobrazić sobie czegoś aż tak abstrakcyjnego, jak pragnienie czyjejkolwiek krwi, ale to faktycznie musiało być udręką, nie wspominając o tym, co mogłoby się wydarzyć, gdyby za którymś razem sprawy wymknęły się spod kontroli,
Och, więc wszystko komplikowało się, kiedy byli tak blisko siebie… Już wcześniej miała wrażenie, że Lawrence nieznacznie się spinał, gdy się do niego przytulała, ale dotychczas nie zwracała na to szczególnej uwagi. Wiedziała też, czasami jego oczy ciemniały, kiedy była zbyt nieostrożna, zwykle też pod byle pretekstem wychodził, najpewniej po to, żeby zapolować. To były drobiazgi, które wcześniej nie wydawały się Beatrycze aż tak ważne, ale teraz składały się w logiczną całość. Cóż, nie zmieniało to jednak faktu, że problem tak czy inaczej leżał w niej i tym, kim była. Jakby tego było mało, nie była pewna, czy będzie w stanie cokolwiek w tej kwestii zmienić, ale z drugiej strony…
Dużo rozmawiała z Cullenami, zwłaszcza kiedy zostawała u nich na dłużej. Wiedziała, że wszystko było kwestią przyzwyczajenia – wyrobienia samokontroli, bo cały czas chodziło właśnie o nią, a nie całkowitą eliminację pragnienia. Co więcej, zdążyła się dowiedzieć, że początkowo Bella była człowiekiem, co znacznie komplikowało związek jej i Edwarda. Jakkolwiek by jednak nie było, ostatecznie sobie z tym poradzili, Beatrycze zaś miała wrażenie, że rozwiązaniem wcale nie była przemiana w nieśmiertelną. A przynajmniej nie tylko i wyłącznie, chociaż nie miała pewności. Musiał istnieć inny sposób, zwłaszcza ostrożność albo stopniowe przyzwyczajanie się i…
Gdyby tylko wiedziała, co powinna zrobić, wtedy wszystko stałoby się prostsze. Z drugiej strony, być może to jej krew stanowiła odpowiedź. Z tego, co mówiła Joce, istoty takie jak ona często dzieliły się zawartością żył ze swoimi partnerami. Może w takim wypadku sama powinna upuścić sobie krwi, zamknąć ją w butelce i zaoferować Lawrence'owi jako wyjście awaryjne.
Mimowolnie uśmiechnęła się na samą myśl. To brzmiał jak szaleństwo, ale jeśli dobrze się nad tym zastanowić…
Wywróciła oczami, po czym – chcąc zająć czymś umysł i ręce – pośpiesznie wyszukała w kieszeni kurtki telefon komórkowy. To był prezent, również od Cullenów zresztą, chociaż do tej pory nie przywiązywała szczególnej uwagi działaniu jakiegokolwiek urządzenia. Z jej perspektywy wszystko było wręcz czarną magią, a poza odbieraniem połączeń nie widziała potrzeby, żeby uczyć się czegokolwiek więcej. Ewentualnie potrafiła wybrać numer, a Lawrence pokazał jej, w jaki sposób mogłaby dodzwonić się bezpośrednio do niego, gdyby miała jakiekolwiek problemy. Mimowolnie pomyślała, że pewnie powinna zachować się właśnie w taki sposób podczas wizyty w La Push, ale wtedy była zbyt zdenerwowana, żeby przejmować się drobiazgami.
W zamyśleniu przesunęła palcem po gładkim, płaskim ekranie. Musiała zmrużyć oczy, kiedy ten rozjaśnił się, wręcz oślepiając blaskiem, tym bardziej, że w przedpokoju panował przyjazny półmrok. Lekko przekrzywiła głowę, po czym zawahała się, z opóźnieniem uświadamiając sobie, że ekran wyglądał trochę inaczej niż zwykle. Potrzebowała dłuższej chwili, żeby zorientować się, że sam środek przysłaniała informacja o nieodebranych połączeniach – kilku, na dodatek opatrzonych imieniem Carlisle'a. Uniosła brwi, nagle zaniepokojona, sama niepewna, dlaczego ani razu nie usłyszała dzwonka. Być może dało się jakoś wyłączyć dźwięk, co bezwiednie zrobiła, kiedy miała komórkę w rękach ostatnim razem, ale mimo wszystko…
Coś się stało? Dlaczego mam wrażenie, że…?
Rozejrzała się nieco niespokojnie, przez krótką chwilę mając ochotę zawołać Lawrence'a, ale ostatecznie tego nie zrobiła. W zamian raz jeszcze przyjrzała się komórce, po chwili wahania przypominając sobie, w jaki sposób powinna ją odblokować. Nie była pewna, co tak naprawdę robi, ale najwyraźniej zadziałało, a przynajmniej wydawało jej się, że zdołała odszukać odpowiedni numer i oddzwonić.
Kiedy przyłożyła telefon do ucha, początkowo usłyszała przeciągły sygnał, ten jednak prawie natychmiast się urwał, gdy Carlisle odebrał telefon.
– Nareszcie… Beatrycze, wszystko w porządku? – usłyszała już na samym wstępie, gotowa przysiąc, że wampirowi znacząco ulżyło, kiedy w końcu się z nim skontaktowała.
– Ja… Oczywiście, że tak – zapewniła pośpiesznie, wciąż nieco skonsternowana. Do głowy przyszła jej idiotyczna myśl, że jakimś cudem był świadom, co takiego stało się między z nią a jego ojcem, ale to przecież byłoby irracjonalne. – Dlaczego miałoby nie być?
Carlisle cicho westchnął, wyraźnie zmartwiony.
– Próbuję się do ciebie dodzwonić od kilku godzin – wyjaśnił, nie kryjąc zmartwienia takim stanem rzeczy. – Sage mówił, że wyszłaś z Lawrence’m i od tego czasu nie wróciliście. Przyznaję, że trochę mnie to zaniepokoiło – przyznał, chociaż to akurat zdążyła zaobserwować sama.
– Pojechaliśmy… na wycieczkę – przyznała wymijająco, dochodząc do wniosku, że to wcale aż tak bardzo nie miało się z prawdą. – Nic mi nie jest, naprawdę. L. przecież mnie nie skrzywdzi – dodała z naciskiem, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że tak naprawdę próbowała przekonać samą siebie.
– Nie to miałem na myśli – stwierdził Carlisle i choć początkowo miała wątpliwości, ostatecznie doszła do wniosku, że był z nią szczery. – Gdzie jesteście? To ważne, bo… – zaczął, ale nie pozwoliła mu dokończyć.
– Wciąż w Seattle… Nie wiem gdzie konkretnie, zresztą jakie to ma znaczenie? – Jakoś nie miała wątpliwości co do tego, że Lawrence nie byłby zachwycony, gdyby ktokolwiek pojawił się ich szukać. Dość jasno dał jej to do zrozumienia, kiedy tutaj przyjechali. – Coś się stało?
Po drugiej stronie znów zapanowała cisza na tyle długa, by domyśliła się, jaka najpewniej będzie odpowiedź.
– Ostatnio nie jest bezpiecznie – powiedział w końcu Carlisle, ostrożnie dobierając słowa. – Chciałbym po prostu mieć pewność, że jesteś cała… I że oboje jesteście ostrożni – wyjaśnił po chwili zastanowienia. Brzmiał na podenerwowanego, poza tym była pewna, że wciąż nie mówił jej wszystkiego, ale zdecydowała się o nic nie pytać. – Jest gdzieś tam Lawrence? – zapytał po chwili, a Beatrycze machinalnie mocniej zacisnęła palce wokół telefonu.
– Nie masz jego numeru? – rzuciła z powątpiewaniem.
To wydawało się dziwne i dość prawdopodobne zarazem. Wiedziała, że ich relacjom wiele brakowało do bycia dobrymi, ale mimo wszystko…
– Jakoś się nie złożyło – przyznał wymijająco Carlisle. Coś w jego słowach sprawiło, że zapragnęła westchnąć, nagle zrezygnowana. Może się na tym nie znała, ale przecież dzieci były ważne, prawda? W efekcie miała ochotę zrobić cokolwiek, byleby spróbować naprostować relację syna z Lawrence’m, chociaż zarazem nie miała pojęcia, w jaki sposób powinna się do tego zabrać. – Ja… – Carlisle nagle urwał. Gdzieś w tle usłyszała jakieś poruszenie, ale nie miała pojęcia, co tak naprawdę się tam działo. – Przepraszam cię, ale muszę kończyć. Zadzwoń do mnie później, w porządku? Najlepiej kiedy Lawrence z tobą będzie, bo jest kilka spraw, które… trochę mnie martwią – wyjaśnił, starannie dobierając słowa.
W tamtej chwili ledwo powstrzymała się od sfrustrowanego westchnienia. Innymi słowy, działo się coś nie do końca dobrego, ale nie uważał, żeby była najodpowiedniejszą osoba do porozmawiania na ten temat. Jeszcze dzień wcześniej dostałaby z tego powodu szału, jednak w tamtej chwili czuła się zbyt oszołomiona nadmiarem bodźców, by szczególnie się tym przejąć.
– W porządku.
Jeszcze chwilę po tym, jak po drugiej stronie zapanowała cisza, siedział w bezruchu, bezmyślnie wpatrując się w wygaszony już ekran telefonu. Zacisnęła usta, coraz bardziej podenerwowana i pełna wątpliwości. W głowie miała pustkę, a jakby tego było mało, nie mogła pozbyć się wrażenia, że działo się coś złego – i że nie chodziło tylko i wyłącznie o to, o wydarzyło się w La Push. W tamtej chwili pożałowała, że jednak nie próbowała na Carlisle’a naciskać, chociaż pewnie i tak nie powiedziałby jej w czym rzecz.
Westchnęła, po czym zamknęła oczy, czując przybierający na sile ból głowy. Chociaż wiedziała, że jest bezpieczna, a przed sobą miała perspektywę spędzenia nocy w domu, który tak bardzo jej się podobał, podświadomie czuła, że w rzeczywistości powinna znaleźć się zupełnie gdzie indziej.
Renesmee
– Nigdzie nie jadę.
Nie musiałam patrzeć na Rufusa, żeby zorientować się, jakiej reakcji na te słowa powinnam się spodziewać. Gdyby jeszcze o podobne stwierdzenie pokusiło się którekolwiek z nas, wampir najpewniej w ogóle by się nie przejął, zwłaszcza teraz, kiedy przejmował się nieobecnością Layli. Sytuacja jednak zmieniała się diametralnie, skoro w grę wchodziła Claire. Nie sądziłam, żeby spodziewał się jakiegokolwiek protestu akurat z jej strony, nie wspominając o tym, że w odpowiedzi na słowa córki wyraźnie się spiął. To nie wróżyło dobrze, a przynajmniej przez lata zdążyłam się przekonać, że podenerwowany Rufus nigdy nie wróży niczego dobrego.
– Claire…
– Nikt nie wie, co się stało – odezwała się cicho dziewczyna. Już sam fakt tego, że w ogóle zdecydowała się ojcu przerwać, jednoznacznie świadczył o tym, że sytuacja nie była normalna. Do myślenia dało mi również to, że Claire brzmiała na co najmniej zdeterminowaną, zadziwiająco wręcz pewnie wypowiadając kolejne słowa. – Jak mam wyjechać, skoro nie wiem, czy przypadkiem coś złego nie spotkało mamy?
– Dokładnie tak, jak już ci powiedziałem – stwierdził Rufus tonem, który jednoznacznie sugerował, że nie miał ochoty na jakiekolwiek dyskusje. Odkąd wrócił, zachowywał się jak ktoś chętny, żeby zabić pierwszą osobę, która mu podpadnie. – Błagam, ty jedna mnie nie denerwuj.
Dziewczyna westchnęła, po czym energicznie pokręciła głową.
– To przestańmy o tym rozmawiać – zaproponowała po chwili wahania. – Powiedziałam, że nigdzie się nie wybieram. Coś się dzieje i… Nie mogłabym akurat teraz – dodała i to faktycznie zabrzmiało tak, jakby dyskusja z jej perspektywy dobiegła końca.
Spodziewałam się rychłego wybuchu ze strony szwagra, więc tym bardziej zaskoczył mnie fakt, że tylko zaklął i zaczął w milczeniu niespokojnie krążyć być może szukając jakiegoś mniej lub bardziej sensownego argumentu, który pozwoliłby mu przemówić dziewczynie do rozsądku. Mogłam tylko zgadywać, co takiego chodziło wampirowi po głowie, nie wspominając o tym, że sama również siedziałam dosłownie jak na szpilkach. Wodziłam wzrokiem na prawo i lewo, sama niepewna na kim powinnam skoncentrować wzrok. To, że w pokoju jak na zawołanie zapanowała cisza, bo z oczywistych względów nikt nie chciał drażnić rozdrażnionego wampira, również niczego nie ułatwiał.
Zerknęłam na Gabriela, sama niepewna, co powinnam myśleć. Wiedziałam, że był spięty, chociaż przez większość czasu próbował udawać, że czuje się o wiele lepiej, niż w rzeczywistości było. Nawet z odległości byłam w stanie zauważyć jego napięte mięśnie i to, że stał wyprostowany jak struna, bezmyślnie wpatrując się w bliżej nieokreślony punkt za oknem. W normalnym wypadku natychmiast podeszłabym bliżej, żeby go objąć i jakkolwiek spróbować uspokoić, ale wiedziałam, że rozpraszanie go akurat w tamtej chwili byłoby najgorszym, na co mogłabym się zdecydować. Wyraźnie czułam moc i jakoś nie miałam wątpliwości, że próbował szukać siostry – nie po raz pierwszy zresztą, chociaż do tej pory nie zachowywał się w aż tak zdeterminowany, zdradzający podenerwowanie sposób. Różnica polegała na tym, że dotychczas zniknięcia Layli miały swoje konkretne przyczyny, a jednak tym razem…
– Ona ma rację. – Drgnęłam, kiedy mój mąż tak po prostu postanowił się odezwać. – Skoro nie chce, żebyś ją od tego odcinał, to tego nie rób.
– To ma być jakaś dobra rada w kwestii wychowania dzieci? – rzucił z irytacją Rufus, prostując się i rzucając Gabrielowi niemalże ostrzegawcze, gniewne spojrzenie.
Mimowolnie napięłam mięśnie, nagle zaniepokojona. ego jego potrzebowałam, żeby na moich oczach ta dwójka postanowiła skoczyć sobie do gardeł.
– Możecie przestać? –Potrząsnęłam z niedowierzaniem głową, coraz bardziej podenerwowana. Jeśli miałam być ze sobą szczera, naprawdę miałam wielką ochotę którymkolwiek z nich potrząsnąć. – Jeśli zamierzacie się kłócić akurat teraz…
– Nie zamierzam cisnąć twoim mężem przez pokój, więc się nie przejmuj – rzucił z irytacją Rufus. Po jego tonie trudno było mi stwierdzić, czy mówił poważnie, czy może próbował sobie żartować.
Gabriel drgnął, po czym gniewnie zmrużył oczy. Już i tak był spięty, nie wspominając o tym, że obecność szwagra od samego początku działała mu na nerwy.
– Oczywiście, że nie – rzucił przesadnie wręcz uprzejmym tonem. Wiedziałam, że za brzmieniem jego głosu kryło się coś więcej i to nie tylko dlatego, że z wyraźnym trudem próbował nad sobą zapanować. – Prędzej to ja mógłbym coś takiego zrobić i to nawet nie ruszając się z miejsca – wycedził przez zaciśnięte zęby, a ja jęknęłam.
– Gabriel!
Westchnął, ale przynajmniej przeniósł na mnie wzrok. Coś w jego spojrzeniu złagodniało, kiedy skoncentrował się na mojej twarzy.
– Wybacz, mi amore – zreflektował się pośpiesznie. – Tak czy inaczej… – zaczął, tym razem o wiele spokojniejszym tonem i chciał dodać coś jeszcze, ale Rufus nie dał mu po temu okazji.
– Róbcie sobie, co tylko chcecie – stwierdził z rezerwą, nie szczędząc sobie złośliwości. Był rozdrażniony i jakoś nie miałam co do tego wątpliwości. – Ja wychodzę, a wy… Cóż, dalej zajmujcie się bzdurami.
Teoretycznie mogłam się takiej reakcji spodziewać, ale i tak zawahałam się, przez krótką chwilę zastanawiając nad tym, czy przypadkiem nie powinnam za wampirem podążyć. W progu minął się z Carlisle’m, jednak i ten nie odezwał się nawet słowem, co zresztą wcale mnie nie zdziwiło – w końcu sama najlepiej wiedziałam, że dyskutowanie z Rufusem niekoniecznie miało sens. Jedynie westchnęłam i wzruszyłam ramionami, kiedy dziadek rzucił mi pytające, wyraźnie skonsternowane spojrzenie. Sam też wyglądał na podenerwowanego, chociaż najpewniej z innego powodu, nawet pomimo tego, że wszyscy martwiliśmy się przede wszystkim o Laylę.
Wyczułam ruch, kiedy dotychczas stojąca Claire przesunęła się, by z cichym westchnieniem opaść na kanapę. Wciąż wydawała się podenerwowana, zresztą jakoś nie miałam złudzeń co do tego, że to ona najbardziej się martwiła. Pod wpływem impulsu wyciągnęłam ku niej ramiona, pozwalając, żeby wpadła mi w objęcia. Machinalnie przeczesałam ciemne włosy dziewczyny palcami, naiwnie licząc na to, że w ten sposób będę w stanie jakkolwiek ją pocieszyć. Problem polegał na tym, że sama również miałam złe przeczucia i to już od dłuższego czasu, kiedy zaś obserwowałam zachowanie Gabriela i Rufusa…
Cóż, już wcześniej nie byli w stanie się ze sobą porozumieć, zwłaszcza po wszystkim tym, co miało miejsce od powrotu Isobel. Teraz, kiedy oboje dostawali szału, mogłam spodziewać się dosłownie wszystkiego, co najgorsze.
– Będzie w porządku – powiedziałam cicho, zwracając się przede wszystkim do Claire. Dziewczyna z opóźnieniem uniosła głowę, żeby rzucić mi pełne zwątpienia spojrzenie.
Być może gdybym potrafiła przekonać do tego stwierdzenia samą siebie, wszystko stałoby się dużo prostsze.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa