
Claire
Miała wrażenie, że niewiele
brakuje, żeby serce wyrwało jej się z piersi ze zdenerwowania. Oddychała
szybko i płytko, początkowo niepewna, co tak naprawdę się działo.
Błyskawicznie odwróciła się w stronę okna, chcąc nie chcąc wyglądając na
zewnątrz i w pierwszym odruchu rejestrując przede wszystkim to, że
jakaś postać znajdowała się dosłownie na wyciągniecie ręki. To wystarczyło,
żeby jeszcze bardziej wytrącić dziewczynę z równowagi, tym bardziej, że
pamiętała, jak niewiele trzeba było, by zniszczyć samochód – kilka uderzeń oraz
odłamki zniszczonego szkła, które zresztą miała we włosach już jakiś czas po
tym, jak przyjechali do La Push. Jakby tego było mało…
Potrząsnęła
głową, dopiero po dłuższej chwili orientując się, że tym razem nie ma do
czynienia z potencjalnym wrogiem. Mimo wszystko potrzebowała kilku
następnych sekund, żeby zorientować się, że ma przed sobą wyraźnie
zmartwionego, co najmniej zdezorientowanego Setha. Zanim zdążyła zastanowić się
nad tym, co i dlaczego robi, w pośpiechu wyślizgnęła się z samochodu,
otwierając drzwiczki tak gwałtownie, że chyba jedynie cudem przy tym chłopaka
nie znokautowała. Stanęła tuż przed nim, wciąż drżąca i niespokojna,
mimowolnie zastanawiając się, czy powinna zacząć się martwić – i to nie
tylko wierszem, ale przede wszystkim tym, co mógłby zrobić Seth, gdyby nie
zechciała z nim porozmawiać.
– Co…? –
zaczęła i zaraz urwała, bezmyślnie wpatrując się w chłopaka.
Nie
dokończyła, sama niepewna, o co tak naprawdę chciała zapytać. Co się
działo? Czego od niej chciał? To wydawało się aż nazbyt oczywiste, biorąc pod
uwagę sposób, w jaki zachowywała się w domu. Inną kwestią pozostawało
to, że jego również nie potraktowała w szczególnie dobry sposób, bliska
histerii i zbytnio wytrącona z równowagi, żeby zastanawiać się nad
doborem słów.
– To chyba
ja powinienem się zapytać i… Rany, Claire, w porządku? – wyrzucił z siebie
na wydechu, dosłownie taksując ją wzrokiem.
– Ja…
Ostatecznie
jedynie wypuściła powietrze ze świstem, wciąż niespokojna. Po spojrzeniu Setha
poznała, że był co najmniej zmartwiony tym, jak wyglądała. Kiedy na dodatek
chyba już instynktownie chwycił ją za ramiona, być może bojąc się, że mogłaby
upaść, dodatkowo utwierdziła się w przekonaniu, że coś było na rzeczy. Zdecydowanie
nie czuła się dobrze, co zauważył również Rufus, a ten przecież nie miał w zwyczaju
martwić się bez powodu.
Uświadomiła
sobie, że już dłuższa chwilę zaciska dłonie w pięści, wciąż podenerwowana.
Musiała niemalże zmusić się do rozluźnienia uścisku, co przyszło jej z trudem.
Napięte do granic możliwości mięśnie pulsowały bólem, coraz bardziej dając się
dziewczynie we znaki, chociaż to wydawało się niczym w porównaniu z mętlikiem
w głowie. Właściwie sam już nie była pewna, co takiego działo się wokół
niej, a jakby tego było mało…
Wyczuła
ruch za plecami, chociaż nie sądziła, że będzie do tego zdolna. Spojrzenie
Setha jasno dało jej do zrozumienia, że ostatecznie dołączył do nich również jej
ojciec, ale nie była pewna czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie. Sama czuła
się przy wampirze dużo bezpieczniej, choć zarazem irracjonalne wydawało się to,
że inaczej miałoby być akurat przy Secie. W milczeniu wpatrywała się w chłopaka,
nie tyle przerażona tym, że mógłby ja skrzywdzić, bo takie rozwiązanie
zdecydowanie nie wchodziło w grę. Nie, zdecydowanie nie bała się Setha, a wręcz
przeciwnie – wciąż miała wrażenie, że coś złego spotka jego, jeśli wciąż będzie
przy niej trwał.
To nie
miało sensu. Przynajmniej na pierwszy rzut oka nie była w stanie znaleźć
czegokolwiek, co mogłoby wytłumaczyć odczuwane przez nią emocje. Wiedziała, że
tym razem chodzi o cos więcej – tę nadnaturalną cząstkę, którą miała w sobie,
a którą przez większość czasu próbowała trzymać na dystans. To
zdecydowanie nie było normalne, ale nie miała siły, żeby się nad tym
zastanawiać.
–
Przestraszyłeś mnie – powiedziała w opóźnieniem. Jakby nie patrzeć, to była
prawda, przynajmniej do pewnego stopnia; gdyby nie to, że dosłownie słaniała
się na nogach, chyba jedynie cudem wciąż świadoma tego, co działo się wokół
niej, wtedy bez trudu zorientowałaby się, że znajdował się w pobliżu. – JA
po prostu…
Znów
zamilkła, zdolna o najwyżej z niedowierzaniem potrząsać głową. Co
takiego miałaby mu powiedzieć, skoro wszystko wydawało się brzmieć równie źle.
Co więcej, jak miałaby z nim rozmawiać w sytuacji, w której najpewniej
widzieli się po raz ostatni, przynajmniej w najbliższym czasie. Pomijając
to, że jakoś nie miała wątpliwości, że Rufus zamierzał działać szybko, skoro
miał w planach ją stąd zabrać, najgorsze pozostawało to, że naprawdę tego
chciała – uciec przynajmniej na trochę, jak najdalej od Seattle. Problem
polegał na tym, że Seth niekoniecznie musiał to zrozumieć, nie wspominając, że
tak czy inaczej miała go zranić – i to niezależnie od tego, czy faktycznie
tego chciała.
Wszystko było
nie tak. Raz po raz, ona zaś nie miała pojęcia, co takiego chciała albo powinna
zrobić i…
– Dobrze
się czujesz?
Coś w tym
pytaniu sprawiło, że zapragnęła się roześmiać – nieco nerwowo, w całkowicie
pozbawiony wesołości sposób. Uświadomiła sobie, że lekko chwiała się na nogach,
mając problem z tym, żeby utrzymać pion. Adrenalina, która dodała jej
energii, kiedy chłopak ją wystraszył, zniknęła równie nagle, co wcześniej się
pojawiła, zostawiając po sobie przede wszystkim narastające z każdą
kolejną sekundą zmęczenie.
– Chyba
widzisz, że nie – wtrącił z wyraźnym rozdrażnieniem Rufus, w następnej
sekundzie bezceremonialnie otaczając ją ramieniem. Z niejakim
oszołomieniem przekonała się, że jak najbardziej tego potrzebowała, sama
niepewna, jak długo miała być jeszcze w stanie utrzymać się w pionie.
– To te jej cholerne wiersze, a przynajmniej wolałbym założyć, że chodzi
tylko o to. Tak czy inaczej, jeśli nie masz jakiejś konkretnej sprawy, to
bądź taki dobry i pogoń dla mnie resztę towarzystwa, bo chcę ją zabrać do
domu.
Pomijając
to, że nie pierwszy raz czuła się trochę jak powietrze, kiedy ktokolwiek mówił o niej
w trzeciej osobie, musiała przyznać, że reakcja wampira była niemalże
uprzejma, przynajmniej w stopniu, którego mogłaby spodziewać się po tacie.
Spojrzała na niego z powątpiewaniem, po wyrazie twarzy próbując ocenić,
czy istniała szansa, żeby z jakiegokolwiek powodu miał w planach
naskoczyć na Setha. Co prawda nic na to nie wskazywało, ale wolała się upewnić,
mimo wszystko wciąż obawiając się jego reakcji – i to zwłaszcza teraz,
kiedy Seth nie próbował udawać, że mogłaby być obojętna.
– Tak, tak…
Za chwilę – rzucił niemalże zniecierpliwionym tonem chłopak. Jego spojrzenie
koncentrowało się tylko i wyłącznie na niej, zdradzając przede wszystkim
troskę. – Mam jej coś przynieść? Nie ma tutaj krwi, ale chociażby wodę…
– Claire? –
upewnił się wampir, wzmagając uścisk wokół niej.
Jedynie potrząsnęła
głową.
– Obejdzie
się – zapewniła, mimowolnie krzywiąc się w odpowiedzi na brzmienie
własnego głosu.
Przełknęła z trudem,
próbując oczyścić gardło, by zabrzmieć choć odrobinę pewniej. Może i faktycznie
potrzebowała głowy, ale zdecydowanie nie czuła się na tyle pewnie, by spróbować
wypić cokolwiek, skoro miała wrażenie, że niewiele brakuje, żeby do tego
wszystkiego zwymiotowała. Podejrzewała, że to nerwy, nie zmieniało to jednak
faktu, że zdecydowanie nie rwała się do próby przełknięcia czegokolwiek.
– Okej…
Jasne. – Seth zawahał się, bynajmniej nie sprawiając wrażenia chętnego, żeby
gdziekolwiek pójść. Przez dłuższą chwilę tkwił w bezruchu, w milczeniu
się w nią wpatrując i z uporem ignorując naglące spojrzenia
Rufusa. Ostatecznie drgnął i niemalże zachęcającym gestem wyciągnął rękę w jej
stronę. – Zgubiłaś, kiedy… No, wiesz – rzucił wymijająco.
Zamrugała
nieco nieprzytomnie, chcąc nie chcąc koncentrując się na drobiazgu, który jej
podsunął. Wypuściła powietrze ze świstem, widząc pisak-zawieszkę, którym
dopiero co zapisywała poszczególne słowa haiku. Coś ścisnęło ją w gardle,
chociaż sama nie była pewna dlaczego. Wiedziała jedynie, że poczuła się źle na
samą myśl o zgubieniu akurat tej części bransoletki od Lucasa.
– Dziękuję.
Czuła, że
trzęsą jej się ręce, przez co w pierwszym odruchu nie była w stanie
odpowiednio doczepić breloczka. Seth drgnął, po czym jak gdyby nigdy nic
zdecydował się jej pomóc, w uspokajającym geście ujmując ją za obie
dłonie. Czuła, że był spięty, a jednak nie zawahał się przed dotykaniem
jej, nawet pomimo tego, że nie byli sami.
– W porządku…
Lubisz ją, nie? – rzucił jakby od niechcenia, wymownie spoglądając na
bransoletkę. Jego oczy zabłysły, kiedy zauważył, że miała również tę plecioną,
którą dostała od niego. – Zawsze ja nosisz.
Jedynie
skinęła głową, wręcz nie dowierzając, że akurat w tej sytuacji mógłby
chcieć rozmawiać o czym do tego stopnia pozbawionym znaczenia. Jakaś jej
cząstka zdawała sobie sprawę, że najpewniej robił to specjalnie, próbując
rozproszyć uwagę i w ten sposób uspokoić, ale to nie działało. Cóż,
przynajmniej nie w takim stopniu, jak mogłaby tego oczekiwać.
Była
świadoma każdego, nawet najbardziej subtelnego ruchu z jego strony. Wahał
się, wyraźnie niechętny, żeby gdziekolwiek iść, niezależnie od tego, czy była
bezpieczna. Miała wręcz wrażenie, że szukał jakiegokolwiek powodu, żeby odwlec
konieczność ruszenia w stronę domu. Co więcej, wydawał się nad czymś
intensywnie myśleć, wręcz walcząc ze sobą i…
A potem
nagle wyprostował się niczym struna i zadał ostatnie pytanie, którego
mogłaby się spodziewać.
–
Słyszałem, co takiego mówiliście – wypalił, zaskakując ją tym bardziej, że
zwrócił się bezpośrednio do Rufusa. To wydawało się wręcz wyzywającym gestem,
chociaż nie sądziła, że mógłby się na coś podobnego zdecydować. W zasadzie
była pewna, że próba drażnienia wampira akurat teraz, była niczym prośba o natychmiastowe
nieszczęście. – Dokąd…? Mam na myśli…
– Nie
miałeś gdzieś iść? – przerwał niecierpliwym tonem naukowiec.
Seth
zawahał się, ale nie dał za wygraną.
– Chcę
wiedzieć przynajmniej tyle. Mam na myśli… – Urwał, po czym energicznie pokręcił
głową.
– Naprawdę
chcesz się ze mną kłócić? – zapytał z niedowierzaniem naukowiec, nie kryjąc
rozdrażnienia. – Claire jest przerażona, to raz. Dwa, tutaj jest
niebezpiecznie… Ale to chyba widać, o ile nie jesteś idiotą – dodał zniecierpliwionym
tonem. – Nie zamierzam zastanawiać się, czy bezpiecznie jest zostawić ją na
pięć minut samą, tym bardziej, że te wampiry czegoś wyraźnie od nas chcą. Tak
czy inaczej…
– Jasne, to
jest oczywiste – zapewnił pośpiesznie Seth, jak gdyby nigdy nic decydując się
przerwać. Rufus gniewnie zmrużył oczy, ale przynajmniej nie próbował na
chłopaka naskoczyć, być może zbytnio zaskoczony tym, że ktokolwiek pokusił się o wejście
mu w słowo. – Sam by jej tutaj nie zostawiał, skoro istnieje inna
możliwość i… Rany, chodzi o Claire – dodał z naciskiem. – Mnie zawsze
będzie chodziło tylko i wyłącznie o bezpieczeństwo Claire – powtórzył
z uporem, tym samy sprawiając, że poczuła się co najmniej dziwnie.
– Tak… Cudownie.
I co w związku z tym? – rzucił z przekąsem Rufus. –
Zgadzamy się w kwestii bezpieczeństwa Claire i tak dalej, ale tutaj – dodał z naciskiem, wymownie
rozglądając się dookoła – niekoniecznie mam jak jej je zapewnić. O cokolwiek
ci chodzi…
– Chcę być
przy niej – oznajmił z rozbrajającą wręcz szczerością.
W pierwszym
odruchu zamrugała, początkowo mając wrażenie, że w którymś momencie ktoś zaczął
wyrażać się jakimś innym, obcym jej językiem. Już i tak miała poczucie, że
poszczególne słowa dochodzą do niej jakby z oddali, przytłumione i jakby
zniekształcone, chociaż to wydawało się pozbawione sensu. W milczeniu
wpatrywała się w Setha, w pierwszym odruchu mając ochotę zapytać go,
czy całkiem już postradał zmysły.
Jakkolwiek
by jednak nie było, wszystko wskazywało na to, że chłopak pozostawał jak
najbardziej poważny. Już wcześniej był spięty i niespokojny, jednak w tamtej
chwili wydawał się dosłownie siedzieć na szpilkach. Wciąż wpatrywał się w nią,
tak intensywnie, że aż poczuła się nieswojo, nagle niepewna, czy chłód, który
odczuwała, faktycznie miał związek wyłącznie z wierszem oraz chłodem
nocnego powietrza. Mętlik w głowie coraz bardziej dawał jej się we znaki,
przez co nie była w stanie odpowiedzieć, niezależnie od tego, jak bardzo
chciała przynajmniej spróbować się wtrącić. Czuła, że powinna, zwłaszcza w takiej
sytuacji, a jednak…
Rufus
również milczał, przynajmniej przez kilka pierwszych sekund. Spojrzała na ojca
ze swego rodzaju obawą, po raz kolejny tego wieczora próbując określić emocje, które
nim targały, ale to okazało się niemożliwe. Wiedziała jedynie, że był spięty – i to
najdelikatniej rzecz ujmując.
– Że co
proszę? – zapytał w końcu, dosłownie taksując stojącego przed nim
zmiennokształtnego wzrokiem.
–
Powiedziałem, że chcę być przy niej… Chronić ją – dodał z naciskiem Seth.
– Gdziekolwiek. Jeśli Claire faktycznie ma wyjechać, mógłbym pojechać z nią
– oznajmił, zadziwiająco wręcz pewny własnych słów.
– Och, na litość
bogini… Idź w końcu po resztę – niemalże wycedził Rufus, nie kryjąc
irytacji.
– Ale…
Gdyby wzrok
mógł zabijać, wampir jak nic miałby jednak tego wieczoru kogoś na sumieniu.
–
Przyprowadź mi chociaż Renesmee, a może nawet się nad tym zastanowię… –
ponaglił, nie kryjąc irytacji. – Może.
Tym razem
Seth wycofał się w pośpiechu, sprawiając wrażenie co najmniej oszołomionego.
Claire odprowadziła go wzrokiem, sama już niepewna tego, co działo się wokół
niej. Aż wzdrygnęła się, kiedy Rufus bez słowa przymusił ją do tego, żeby
wróciła do samochodu. Chcąc nie chcąc usiadła, mimowolnie zastanawiając nad
tym, jakim sposobem do tej pory w ogóle była w stanie utrzymać się w pionie.
Usłyszała
ciche westchnienie, a chwilę później tata przykucnął przy niej, krótko
lustrując jej twarz wzrokiem. Jego własna przynajmniej na pierwszy rzut oka nie
wyrażała niczego, może pomijając irytację, którą przez cały ten czas okazywał.
Co więcej, choć to równie dobrze mogło być tylko wrażeniem, była gotowa
przysiąc, że coś w spojrzeniu wampira złagodniało, kiedy skoncentrował się
na niej.
–
Czymkolwiek jest to całe wpojenie… Cóż, nieźle dzieciaka wzięło, moja mała –
stwierdził z powątpiewaniem, bynajmniej tym faktem niezadowolony.
W milczeniu
uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Nie miała pojęcia, dokąd to wszystko
zmierza, ale jednego pozostawała pewna – cokolwiek się działo, Seth
najwyraźniej nie zamierzał tak po prostu jej zostawić.
Problem
polegał na tym, że nie miała pojęcia czy to dobrze, czy źle.

Alessia
Nie była pewna, który raz w ostatnim
czasie nerwowo spoglądała na telefon. To był rodzaj nerwowego tiku, którego nie
potrafiła opanować, w zamian raz po raz zerkając na wyświetlacz komórki i…
oczekując czegoś, czego nawet nie potrafiła sprecyzować. Próbowała przekonać
samą siebie, że spodziewała się informacji od mamy albo Damiena, tym bardziej,
że tak wiele się działo, ale przecież doskonale wiedziała, że nie o to
chodzi – a przynajmniej nie w takim stopniu, jak próbowała sobie
wmówić.
Prawda była
taka, że wciąż czekała na Ariela, chociaż dobrze wiedziała, że chłopak nie
zadzwoni. To nie był ten nic nieznaczący, beztroski etap, kiedy to właściwie cały
czas wisiała na telefonie, bo nic nie stało na przeszkodzie, żeby mogli się ze
sobą porozumieć. Teraz wszystko było inne, Ali zaś zdążyła się przekonać, że
jedyną sprawdzoną i pewną formą komunikacji pozostawały momenty, w których
wykorzystywała swój dar, żeby przeniknąć sny wilkołaka. Wtedy nie musieli
obawiać się niczego, zwłaszcza tego, że zostaną podsłuchani, chociaż i to
nie rozwiązywało żadnego z dręczących ich problemów. Wręcz przeciwnie –
świadomość, że tylko podczas snu mogli w ogóle czuć się bezpieczni,
stopniowo zaczynała doprowadzać dziewczynę do szaleństwa.
Inną
kwestią pozostawało to, że naprawdę zaczynała się martwić. Wiedziała, że Ariel i tak
nie mówił jej wszystkiego, zwykle pojawiając się na chwilę i ograniczając
do lakonicznych zapewnień co do tego, że sytuacja pozostawała względnie
spokojna. Teoretycznie tak było, z kolei jego działania ograniczały się
przede wszystkim do próby nieprowokowania Charona. Gdyby to zależało od niej,
kazałaby mu trzymać się na dystans, ale zdążyła się przekonać, że to
zdecydowanie nie działało w ten sposób. W efekcie nie pozostawało jej
nic innego, jak przynajmniej spróbować tolerować to, co działo się teraz i mieć
nadzieję, że w najbliższym czasie faktycznie nikt nie ucierpi. Chwilami
przejmowała się nawet tym, że Ariel mógłby spać, aż nazbyt świadoma, że wtedy
pozostawał niemalże bezbronny – i to zwłaszcza wtedy, kiedy wnikała w jego
podświadomość. Problem polegał na tym, że nie była w stanie tak po prostu
darować sobie kolejnych wizyt, zdolna co najwyżej pogodzić się z ich krótkim
trwaniem. Wiedziała, że to egoistyczne, tym bardziej, że tym samym narażała go
na niebezpieczeństwo, ale… Och, co innego tak naprawdę mogłaby zrobić?!
Najgorsze
pozostawało to, że żadne z nich nie było pewne, czego tak naprawdę chciał
Charon. Ariel wciąż powtarzał tyle, ile sam zrozumiał – a więc to, że
wilkołak wyraźnie czegoś albo kogoś szukał – to jednak w najmniejszym
nawet stopniu nie rozjaśniało sytuacji. Wszystko było nie tak, a jakby
tego było mało, panoszenie się pierwotnego w Lille, zdecydowanie nie
poprawiało atmosfery w twierdzy. Wolała nie zastanawiać się, jak musiało
wyglądać to na co dzień, nie wspominając o przekonaniu, co takiego ten
nieśmiertelny miał w sobie, skoro tak łatwo udało mu się przejąć kontrolę
zarówno nad ważnym dla dzieci księżyca miejscem, jak i poszczególnymi
mieszkańcami.
Cóż,
wiedziała, że kilku młodziaków próbowało się buntować. Najwyraźniej
bezskutecznie, a Ariel w mniej lub bardziej świadomy sposób zapomniał wspomnieć, w jaki sposób
Charon reagował na jakiekolwiek przejawy braku chęci do współpracy. Jeśli miała
być ze sobą szczera, chyba naprawdę wolała tego nie wiedzieć, przez co tym
bardziej nie próbowała pytać.
Wszystko
było inne. Telefon milczał, ona była, a Ariel…
– Co ty
tutaj znowu robisz?
Podniesiony,
zdradzający irytację głos skutecznie wyrwał ją z zamyślenia. Uniosła brwi,
przez kilka sekund nasłuchując, zanim ostatecznie zdecydowała się sprawdzić, co
takiego rozdrażniło Rosalie do tego stopnia, żeby ta zaczęła niemalże krzyczeć.
Dobrze wiedziała, że ta z ciotek mamy bywała trudna, ale to jeszcze o niczym
nie świadczyło. Co więcej, w ostatnim czasie działo się dość, by niepokój
Rose dał Alessi do myślenia.
Wyszła na
korytarz, bez chwili wahania ruszając w stronę schodów. Jeszcze zanim
dotarła do stopni, wyczuła znajomy zapach i to wystarczyło, żeby wszystko
stało się jasne, przynajmniej teoretycznie. Jakim cudem zdołała się nawet
uśmiechnąć, chociaż nie sądziła, że przy dręczących ją myślach w ogóle
będzie to możliwe.
– I tobie
też dobry wieczór, skoro już tak miło
sobie rozmawiamy – odparował Lawrence, nie szczędząc sobie złośliwości. Nie
pierwszy raz zachowywał się w ten sposób, więc nawet nie była zaskoczona.
– To skoro już tak uroczo mnie przyjęłaś, może będziesz taka dobra i…
– L! –
rzuciła w tym samym momencie, jak gdyby nigdy nic decydując się wampirowi
przerwać.
Nie musiała
się wysilać, by ściągnąć na siebie jego uwagę. Wręcz ulżyło jej, kiedy stracił
zainteresowanie Rosalie, tym samym powstrzymując się przed wypowiedzeniem
czegoś, co mogłoby sprowokować kłótnię – przynajmniej tymczasowo. Alessia z gracją
zbiegła ze schodów, jak najszybciej pragnąć znaleźć się w przedpokoju, by
móc dołączyć do rozmawiającej dwójki. Poczuła na sobie spojrzenia zarówno
Lawrence’a, jak i wyraźnie rozdrażnionej wampirzycy, ale tylko na tym
pierwszym się skoncentrowała, z zaskoczeniem przekonując się, że chyba
nawet zdążyła się za nim stęsknić, chociaż…
O, tak –
zdecydowanie cieszyła się, że go widzi. Czasami sama nie była pewna, co tak
naprawdę ciągnęło ją do tego wampira, ale to nie miało znaczenia. Co więcej,
zdecydowanie nie mogła zaprzeczyć, że zawdzięczała mu dość, nawet jeśli czasami
sprawiał, że naprawdę miała ochotę go zamordować. Cóż, mogła się wręcz założyć,
że ze wzajemnością, ale i temu nie poświęciła szczególnej uwagi, w zamian
dosłownie materializując się tuż przed Lawrence’m, by w następnej
sekundzie bezceremonialnie wpaść wampirowi w ramiona.
– Dobrze
się składa – usłyszała tuż przy uchu i z jakiegoś powodu te słowa
wprawiły ją w konsternację. – Może ty powiesz mi, gdzie jest Beatrycze, co
księżniczko…?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz