03.03.2017

Sto szesnaście

Claire
Miała wrażenie, że niewiele brakuje, żeby serce wyrwało jej się z piersi ze zdenerwowania. Oddychała szybko i płytko, początkowo niepewna, co tak naprawdę się działo. Błyskawicznie odwróciła się w stronę okna, chcąc nie chcąc wyglądając na zewnątrz i w pierwszym odruchu rejestrując przede wszystkim to, że jakaś postać znajdowała się dosłownie na wyciągniecie ręki. To wystarczyło, żeby jeszcze bardziej wytrącić dziewczynę z równowagi, tym bardziej, że pamiętała, jak niewiele trzeba było, by zniszczyć samochód – kilka uderzeń oraz odłamki zniszczonego szkła, które zresztą miała we włosach już jakiś czas po tym, jak przyjechali do La Push. Jakby tego było mało…
Potrząsnęła głową, dopiero po dłuższej chwili orientując się, że tym razem nie ma do czynienia z potencjalnym wrogiem. Mimo wszystko potrzebowała kilku następnych sekund, żeby zorientować się, że ma przed sobą wyraźnie zmartwionego, co najmniej zdezorientowanego Setha. Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co i dlaczego robi, w pośpiechu wyślizgnęła się z samochodu, otwierając drzwiczki tak gwałtownie, że chyba jedynie cudem przy tym chłopaka nie znokautowała. Stanęła tuż przed nim, wciąż drżąca i niespokojna, mimowolnie zastanawiając się, czy powinna zacząć się martwić – i to nie tylko wierszem, ale przede wszystkim tym, co mógłby zrobić Seth, gdyby nie zechciała z nim porozmawiać.
– Co…? – zaczęła i zaraz urwała, bezmyślnie wpatrując się w chłopaka.
Nie dokończyła, sama niepewna, o co tak naprawdę chciała zapytać. Co się działo? Czego od niej chciał? To wydawało się aż nazbyt oczywiste, biorąc pod uwagę sposób, w jaki zachowywała się w domu. Inną kwestią pozostawało to, że jego również nie potraktowała w szczególnie dobry sposób, bliska histerii i zbytnio wytrącona z równowagi, żeby zastanawiać się nad doborem słów.
– To chyba ja powinienem się zapytać i… Rany, Claire, w porządku? – wyrzucił z siebie na wydechu, dosłownie taksując ją wzrokiem.
– Ja…
Ostatecznie jedynie wypuściła powietrze ze świstem, wciąż niespokojna. Po spojrzeniu Setha poznała, że był co najmniej zmartwiony tym, jak wyglądała. Kiedy na dodatek chyba już instynktownie chwycił ją za ramiona, być może bojąc się, że mogłaby upaść, dodatkowo utwierdziła się w przekonaniu, że coś było na rzeczy. Zdecydowanie nie czuła się dobrze, co zauważył również Rufus, a ten przecież nie miał w zwyczaju martwić się bez powodu.
Uświadomiła sobie, że już dłuższa chwilę zaciska dłonie w pięści, wciąż podenerwowana. Musiała niemalże zmusić się do rozluźnienia uścisku, co przyszło jej z trudem. Napięte do granic możliwości mięśnie pulsowały bólem, coraz bardziej dając się dziewczynie we znaki, chociaż to wydawało się niczym w porównaniu z mętlikiem w głowie. Właściwie sam już nie była pewna, co takiego działo się wokół niej, a jakby tego było mało…
Wyczuła ruch za plecami, chociaż nie sądziła, że będzie do tego zdolna. Spojrzenie Setha jasno dało jej do zrozumienia, że ostatecznie dołączył do nich również jej ojciec, ale nie była pewna czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie. Sama czuła się przy wampirze dużo bezpieczniej, choć zarazem irracjonalne wydawało się to, że inaczej miałoby być akurat przy Secie. W milczeniu wpatrywała się w chłopaka, nie tyle przerażona tym, że mógłby ja skrzywdzić, bo takie rozwiązanie zdecydowanie nie wchodziło w grę. Nie, zdecydowanie nie bała się Setha, a wręcz przeciwnie – wciąż miała wrażenie, że coś złego spotka jego, jeśli wciąż będzie przy niej trwał.
To nie miało sensu. Przynajmniej na pierwszy rzut oka nie była w stanie znaleźć czegokolwiek, co mogłoby wytłumaczyć odczuwane przez nią emocje. Wiedziała, że tym razem chodzi o cos więcej – tę nadnaturalną cząstkę, którą miała w sobie, a którą przez większość czasu próbowała trzymać na dystans. To zdecydowanie nie było normalne, ale nie miała siły, żeby się nad tym zastanawiać.
– Przestraszyłeś mnie – powiedziała w opóźnieniem. Jakby nie patrzeć, to była prawda, przynajmniej do pewnego stopnia; gdyby nie to, że dosłownie słaniała się na nogach, chyba jedynie cudem wciąż świadoma tego, co działo się wokół niej, wtedy bez trudu zorientowałaby się, że znajdował się w pobliżu. – JA po prostu…
Znów zamilkła, zdolna o najwyżej z niedowierzaniem potrząsać głową. Co takiego miałaby mu powiedzieć, skoro wszystko wydawało się brzmieć równie źle. Co więcej, jak miałaby z nim rozmawiać w sytuacji, w której najpewniej widzieli się po raz ostatni, przynajmniej w najbliższym czasie. Pomijając to, że jakoś nie miała wątpliwości, że Rufus zamierzał działać szybko, skoro miał w planach ją stąd zabrać, najgorsze pozostawało to, że naprawdę tego chciała – uciec przynajmniej na trochę, jak najdalej od Seattle. Problem polegał na tym, że Seth niekoniecznie musiał to zrozumieć, nie wspominając, że tak czy inaczej miała go zranić – i to niezależnie od tego, czy faktycznie tego chciała.
Wszystko było nie tak. Raz po raz, ona zaś nie miała pojęcia, co takiego chciała albo powinna zrobić i…
– Dobrze się czujesz?
Coś w tym pytaniu sprawiło, że zapragnęła się roześmiać – nieco nerwowo, w całkowicie pozbawiony wesołości sposób. Uświadomiła sobie, że lekko chwiała się na nogach, mając problem z tym, żeby utrzymać pion. Adrenalina, która dodała jej energii, kiedy chłopak ją wystraszył, zniknęła równie nagle, co wcześniej się pojawiła, zostawiając po sobie przede wszystkim narastające z każdą kolejną sekundą zmęczenie.
– Chyba widzisz, że nie – wtrącił z wyraźnym rozdrażnieniem Rufus, w następnej sekundzie bezceremonialnie otaczając ją ramieniem. Z niejakim oszołomieniem przekonała się, że jak najbardziej tego potrzebowała, sama niepewna, jak długo miała być jeszcze w stanie utrzymać się w pionie. – To te jej cholerne wiersze, a przynajmniej wolałbym założyć, że chodzi tylko o to. Tak czy inaczej, jeśli nie masz jakiejś konkretnej sprawy, to bądź taki dobry i pogoń dla mnie resztę towarzystwa, bo chcę ją zabrać do domu.
Pomijając to, że nie pierwszy raz czuła się trochę jak powietrze, kiedy ktokolwiek mówił o niej w trzeciej osobie, musiała przyznać, że reakcja wampira była niemalże uprzejma, przynajmniej w stopniu, którego mogłaby spodziewać się po tacie. Spojrzała na niego z powątpiewaniem, po wyrazie twarzy próbując ocenić, czy istniała szansa, żeby z jakiegokolwiek powodu miał w planach naskoczyć na Setha. Co prawda nic na to nie wskazywało, ale wolała się upewnić, mimo wszystko wciąż obawiając się jego reakcji – i to zwłaszcza teraz, kiedy Seth nie próbował udawać, że mogłaby być obojętna.
– Tak, tak… Za chwilę – rzucił niemalże zniecierpliwionym tonem chłopak. Jego spojrzenie koncentrowało się tylko i wyłącznie na niej, zdradzając przede wszystkim troskę. – Mam jej coś przynieść? Nie ma tutaj krwi, ale chociażby wodę…
– Claire? – upewnił się wampir, wzmagając uścisk wokół niej.
Jedynie potrząsnęła głową.
– Obejdzie się – zapewniła, mimowolnie krzywiąc się w odpowiedzi na brzmienie własnego głosu.
Przełknęła z trudem, próbując oczyścić gardło, by zabrzmieć choć odrobinę pewniej. Może i faktycznie potrzebowała głowy, ale zdecydowanie nie czuła się na tyle pewnie, by spróbować wypić cokolwiek, skoro miała wrażenie, że niewiele brakuje, żeby do tego wszystkiego zwymiotowała. Podejrzewała, że to nerwy, nie zmieniało to jednak faktu, że zdecydowanie nie rwała się do próby przełknięcia czegokolwiek.
– Okej… Jasne. – Seth zawahał się, bynajmniej nie sprawiając wrażenia chętnego, żeby gdziekolwiek pójść. Przez dłuższą chwilę tkwił w bezruchu, w milczeniu się w nią wpatrując i z uporem ignorując naglące spojrzenia Rufusa. Ostatecznie drgnął i niemalże zachęcającym gestem wyciągnął rękę w jej stronę. – Zgubiłaś, kiedy… No, wiesz – rzucił wymijająco.
Zamrugała nieco nieprzytomnie, chcąc nie chcąc koncentrując się na drobiazgu, który jej podsunął. Wypuściła powietrze ze świstem, widząc pisak-zawieszkę, którym dopiero co zapisywała poszczególne słowa haiku. Coś ścisnęło ją w gardle, chociaż sama nie była pewna dlaczego. Wiedziała jedynie, że poczuła się źle na samą myśl o zgubieniu akurat tej części bransoletki od Lucasa.
– Dziękuję.
Czuła, że trzęsą jej się ręce, przez co w pierwszym odruchu nie była w stanie odpowiednio doczepić breloczka. Seth drgnął, po czym jak gdyby nigdy nic zdecydował się jej pomóc, w uspokajającym geście ujmując ją za obie dłonie. Czuła, że był spięty, a jednak nie zawahał się przed dotykaniem jej, nawet pomimo tego, że nie byli sami.
– W porządku… Lubisz ją, nie? – rzucił jakby od niechcenia, wymownie spoglądając na bransoletkę. Jego oczy zabłysły, kiedy zauważył, że miała również tę plecioną, którą dostała od niego. – Zawsze ja nosisz.
Jedynie skinęła głową, wręcz nie dowierzając, że akurat w tej sytuacji mógłby chcieć rozmawiać o czym do tego stopnia pozbawionym znaczenia. Jakaś jej cząstka zdawała sobie sprawę, że najpewniej robił to specjalnie, próbując rozproszyć uwagę i w ten sposób uspokoić, ale to nie działało. Cóż, przynajmniej nie w takim stopniu, jak mogłaby tego oczekiwać.
Była świadoma każdego, nawet najbardziej subtelnego ruchu z jego strony. Wahał się, wyraźnie niechętny, żeby gdziekolwiek iść, niezależnie od tego, czy była bezpieczna. Miała wręcz wrażenie, że szukał jakiegokolwiek powodu, żeby odwlec konieczność ruszenia w stronę domu. Co więcej, wydawał się nad czymś intensywnie myśleć, wręcz walcząc ze sobą i…
A potem nagle wyprostował się niczym struna i zadał ostatnie pytanie, którego mogłaby się spodziewać.
– Słyszałem, co takiego mówiliście – wypalił, zaskakując ją tym bardziej, że zwrócił się bezpośrednio do Rufusa. To wydawało się wręcz wyzywającym gestem, chociaż nie sądziła, że mógłby się na coś podobnego zdecydować. W zasadzie była pewna, że próba drażnienia wampira akurat teraz, była niczym prośba o natychmiastowe nieszczęście. – Dokąd…? Mam na myśli…
– Nie miałeś gdzieś iść? – przerwał niecierpliwym tonem naukowiec.
Seth zawahał się, ale nie dał za wygraną.
– Chcę wiedzieć przynajmniej tyle. Mam na myśli… – Urwał, po czym energicznie pokręcił głową.
– Naprawdę chcesz się ze mną kłócić? – zapytał z niedowierzaniem naukowiec, nie kryjąc rozdrażnienia. – Claire jest przerażona, to raz. Dwa, tutaj jest niebezpiecznie… Ale to chyba widać, o ile nie jesteś idiotą – dodał zniecierpliwionym tonem. – Nie zamierzam zastanawiać się, czy bezpiecznie jest zostawić ją na pięć minut samą, tym bardziej, że te wampiry czegoś wyraźnie od nas chcą. Tak czy inaczej…
– Jasne, to jest oczywiste – zapewnił pośpiesznie Seth, jak gdyby nigdy nic decydując się przerwać. Rufus gniewnie zmrużył oczy, ale przynajmniej nie próbował na chłopaka naskoczyć, być może zbytnio zaskoczony tym, że ktokolwiek pokusił się o wejście mu w słowo. – Sam by jej tutaj nie zostawiał, skoro istnieje inna możliwość i… Rany, chodzi o Claire – dodał z naciskiem. – Mnie zawsze będzie chodziło tylko i wyłącznie o bezpieczeństwo Claire – powtórzył z uporem, tym samy sprawiając, że poczuła się co najmniej dziwnie.
– Tak… Cudownie. I co w związku z tym? – rzucił z przekąsem Rufus. – Zgadzamy się w kwestii bezpieczeństwa Claire i tak dalej, ale tutaj – dodał z naciskiem, wymownie rozglądając się dookoła – niekoniecznie mam jak jej je zapewnić. O cokolwiek ci chodzi…
– Chcę być przy niej – oznajmił z rozbrajającą wręcz szczerością.
W pierwszym odruchu zamrugała, początkowo mając wrażenie, że w którymś momencie ktoś zaczął wyrażać się jakimś innym, obcym jej językiem. Już i tak miała poczucie, że poszczególne słowa dochodzą do niej jakby z oddali, przytłumione i jakby zniekształcone, chociaż to wydawało się pozbawione sensu. W milczeniu wpatrywała się w Setha, w pierwszym odruchu mając ochotę zapytać go, czy całkiem już postradał zmysły.
Jakkolwiek by jednak nie było, wszystko wskazywało na to, że chłopak pozostawał jak najbardziej poważny. Już wcześniej był spięty i niespokojny, jednak w tamtej chwili wydawał się dosłownie siedzieć na szpilkach. Wciąż wpatrywał się w nią, tak intensywnie, że aż poczuła się nieswojo, nagle niepewna, czy chłód, który odczuwała, faktycznie miał związek wyłącznie z wierszem oraz chłodem nocnego powietrza. Mętlik w głowie coraz bardziej dawał jej się we znaki, przez co nie była w stanie odpowiedzieć, niezależnie od tego, jak bardzo chciała przynajmniej spróbować się wtrącić. Czuła, że powinna, zwłaszcza w takiej sytuacji, a jednak…
Rufus również milczał, przynajmniej przez kilka pierwszych sekund. Spojrzała na ojca ze swego rodzaju obawą, po raz kolejny tego wieczora próbując określić emocje, które nim targały, ale to okazało się niemożliwe. Wiedziała jedynie, że był spięty – i to najdelikatniej rzecz ujmując.
– Że co proszę? – zapytał w końcu, dosłownie taksując stojącego przed nim zmiennokształtnego wzrokiem.
– Powiedziałem, że chcę być przy niej… Chronić ją – dodał z naciskiem Seth. – Gdziekolwiek. Jeśli Claire faktycznie ma wyjechać, mógłbym pojechać z nią – oznajmił, zadziwiająco wręcz pewny własnych słów.
– Och, na litość bogini… Idź w końcu po resztę – niemalże wycedził Rufus, nie kryjąc irytacji.
– Ale…
Gdyby wzrok mógł zabijać, wampir jak nic miałby jednak tego wieczoru kogoś na sumieniu.
– Przyprowadź mi chociaż Renesmee, a może nawet się nad tym zastanowię… – ponaglił, nie kryjąc irytacji. – Może.
Tym razem Seth wycofał się w pośpiechu, sprawiając wrażenie co najmniej oszołomionego. Claire odprowadziła go wzrokiem, sama już niepewna tego, co działo się wokół niej. Aż wzdrygnęła się, kiedy Rufus bez słowa przymusił ją do tego, żeby wróciła do samochodu. Chcąc nie chcąc usiadła, mimowolnie zastanawiając nad tym, jakim sposobem do tej pory w ogóle była w stanie utrzymać się w pionie.
Usłyszała ciche westchnienie, a chwilę później tata przykucnął przy niej, krótko lustrując jej twarz wzrokiem. Jego własna przynajmniej na pierwszy rzut oka nie wyrażała niczego, może pomijając irytację, którą przez cały ten czas okazywał. Co więcej, choć to równie dobrze mogło być tylko wrażeniem, była gotowa przysiąc, że coś w spojrzeniu wampira złagodniało, kiedy skoncentrował się na niej.
– Czymkolwiek jest to całe wpojenie… Cóż, nieźle dzieciaka wzięło, moja mała – stwierdził z powątpiewaniem, bynajmniej tym faktem niezadowolony.
W milczeniu uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Nie miała pojęcia, dokąd to wszystko zmierza, ale jednego pozostawała pewna – cokolwiek się działo, Seth najwyraźniej nie zamierzał tak po prostu jej zostawić.
Problem polegał na tym, że nie miała pojęcia czy to dobrze, czy źle.
Alessia
Nie była pewna, który raz w ostatnim czasie nerwowo spoglądała na telefon. To był rodzaj nerwowego tiku, którego nie potrafiła opanować, w zamian raz po raz zerkając na wyświetlacz komórki i… oczekując czegoś, czego nawet nie potrafiła sprecyzować. Próbowała przekonać samą siebie, że spodziewała się informacji od mamy albo Damiena, tym bardziej, że tak wiele się działo, ale przecież doskonale wiedziała, że nie o to chodzi – a przynajmniej nie w takim stopniu, jak próbowała sobie wmówić.
Prawda była taka, że wciąż czekała na Ariela, chociaż dobrze wiedziała, że chłopak nie zadzwoni. To nie był ten nic nieznaczący, beztroski etap, kiedy to właściwie cały czas wisiała na telefonie, bo nic nie stało na przeszkodzie, żeby mogli się ze sobą porozumieć. Teraz wszystko było inne, Ali zaś zdążyła się przekonać, że jedyną sprawdzoną i pewną formą komunikacji pozostawały momenty, w których wykorzystywała swój dar, żeby przeniknąć sny wilkołaka. Wtedy nie musieli obawiać się niczego, zwłaszcza tego, że zostaną podsłuchani, chociaż i to nie rozwiązywało żadnego z dręczących ich problemów. Wręcz przeciwnie – świadomość, że tylko podczas snu mogli w ogóle czuć się bezpieczni, stopniowo zaczynała doprowadzać dziewczynę do szaleństwa.
Inną kwestią pozostawało to, że naprawdę zaczynała się martwić. Wiedziała, że Ariel i tak nie mówił jej wszystkiego, zwykle pojawiając się na chwilę i ograniczając do lakonicznych zapewnień co do tego, że sytuacja pozostawała względnie spokojna. Teoretycznie tak było, z kolei jego działania ograniczały się przede wszystkim do próby nieprowokowania Charona. Gdyby to zależało od niej, kazałaby mu trzymać się na dystans, ale zdążyła się przekonać, że to zdecydowanie nie działało w ten sposób. W efekcie nie pozostawało jej nic innego, jak przynajmniej spróbować tolerować to, co działo się teraz i mieć nadzieję, że w najbliższym czasie faktycznie nikt nie ucierpi. Chwilami przejmowała się nawet tym, że Ariel mógłby spać, aż nazbyt świadoma, że wtedy pozostawał niemalże bezbronny – i to zwłaszcza wtedy, kiedy wnikała w jego podświadomość. Problem polegał na tym, że nie była w stanie tak po prostu darować sobie kolejnych wizyt, zdolna co najwyżej pogodzić się z ich krótkim trwaniem. Wiedziała, że to egoistyczne, tym bardziej, że tym samym narażała go na niebezpieczeństwo, ale… Och, co innego tak naprawdę mogłaby zrobić?!
Najgorsze pozostawało to, że żadne z nich nie było pewne, czego tak naprawdę chciał Charon. Ariel wciąż powtarzał tyle, ile sam zrozumiał – a więc to, że wilkołak wyraźnie czegoś albo kogoś szukał – to jednak w najmniejszym nawet stopniu nie rozjaśniało sytuacji. Wszystko było nie tak, a jakby tego było mało, panoszenie się pierwotnego w Lille, zdecydowanie nie poprawiało atmosfery w twierdzy. Wolała nie zastanawiać się, jak musiało wyglądać to na co dzień, nie wspominając o przekonaniu, co takiego ten nieśmiertelny miał w sobie, skoro tak łatwo udało mu się przejąć kontrolę zarówno nad ważnym dla dzieci księżyca miejscem, jak i poszczególnymi mieszkańcami.
Cóż, wiedziała, że kilku młodziaków próbowało się buntować. Najwyraźniej bezskutecznie, a Ariel w mniej lub bardziej świadomy sposób zapomniał wspomnieć, w jaki sposób Charon reagował na jakiekolwiek przejawy braku chęci do współpracy. Jeśli miała być ze sobą szczera, chyba naprawdę wolała tego nie wiedzieć, przez co tym bardziej nie próbowała pytać.
Wszystko było inne. Telefon milczał, ona była, a Ariel…
– Co ty tutaj znowu robisz?
Podniesiony, zdradzający irytację głos skutecznie wyrwał ją z zamyślenia. Uniosła brwi, przez kilka sekund nasłuchując, zanim ostatecznie zdecydowała się sprawdzić, co takiego rozdrażniło Rosalie do tego stopnia, żeby ta zaczęła niemalże krzyczeć. Dobrze wiedziała, że ta z ciotek mamy bywała trudna, ale to jeszcze o niczym nie świadczyło. Co więcej, w ostatnim czasie działo się dość, by niepokój Rose dał Alessi do myślenia.
Wyszła na korytarz, bez chwili wahania ruszając w stronę schodów. Jeszcze zanim dotarła do stopni, wyczuła znajomy zapach i to wystarczyło, żeby wszystko stało się jasne, przynajmniej teoretycznie. Jakim cudem zdołała się nawet uśmiechnąć, chociaż nie sądziła, że przy dręczących ją myślach w ogóle będzie to możliwe.
– I tobie też dobry wieczór, skoro już tak miło sobie rozmawiamy – odparował Lawrence, nie szczędząc sobie złośliwości. Nie pierwszy raz zachowywał się w ten sposób, więc nawet nie była zaskoczona. – To skoro już tak uroczo mnie przyjęłaś, może będziesz taka dobra i…
– L! – rzuciła w tym samym momencie, jak gdyby nigdy nic decydując się wampirowi przerwać.
Nie musiała się wysilać, by ściągnąć na siebie jego uwagę. Wręcz ulżyło jej, kiedy stracił zainteresowanie Rosalie, tym samym powstrzymując się przed wypowiedzeniem czegoś, co mogłoby sprowokować kłótnię – przynajmniej tymczasowo. Alessia z gracją zbiegła ze schodów, jak najszybciej pragnąć znaleźć się w przedpokoju, by móc dołączyć do rozmawiającej dwójki. Poczuła na sobie spojrzenia zarówno Lawrence’a, jak i wyraźnie rozdrażnionej wampirzycy, ale tylko na tym pierwszym się skoncentrowała, z zaskoczeniem przekonując się, że chyba nawet zdążyła się za nim stęsknić, chociaż…
O, tak – zdecydowanie cieszyła się, że go widzi. Czasami sama nie była pewna, co tak naprawdę ciągnęło ją do tego wampira, ale to nie miało znaczenia. Co więcej, zdecydowanie nie mogła zaprzeczyć, że zawdzięczała mu dość, nawet jeśli czasami sprawiał, że naprawdę miała ochotę go zamordować. Cóż, mogła się wręcz założyć, że ze wzajemnością, ale i temu nie poświęciła szczególnej uwagi, w zamian dosłownie materializując się tuż przed Lawrence’m, by w następnej sekundzie bezceremonialnie wpaść wampirowi w ramiona.
– Dobrze się składa – usłyszała tuż przy uchu i z jakiegoś powodu te słowa wprawiły ją w konsternację. – Może ty powiesz mi, gdzie jest Beatrycze, co księżniczko…?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa