05.03.2017

Sto osiemnaście

Beatrycze
Czuła na sobie przenikliwe, co najmniej zaskoczone spojrzenie Lawrence’a. To wystarczyło, żeby zaczęła się wahać, ale nie pozwoliła sobie na wątpliwości. Ostrożnie wyprostowała się, po czym z wolna odsunęła od wampira – tylko nieznacznie, na tyle, żeby móc uważnie mu się przyjrzeć. Dłonie bezwiednie zacisnęła w pięści, próbując zrozumieć, dlaczego trzęsą jej się ręce. W głowie nie pierwszy raz miała pustkę, sama niepewna, czego tak naprawdę mogłaby chcieć. Zrozumienia? To pewne, ale obawiała się, że zadanie wcale nie musiało być aż takie proste, jak tego oczekiwała.
Wzięła kilka głębszych wdechów, żeby łatwiej się uspokoić. Zdecydowanie nie przywykła do aż tak skrajnych emocji, a już zwłaszcza odczuwania gniewu, przez co ten ją zaskoczył. Co więcej, była gotowa przysiąc, że L. również nie miał okazji widywać jej w takim stanie na co dzień, oczywiście zakładając, że faktycznie znał ją od dawna, jeszcze w okresie, kiedy wszystko pamiętała. Nie miała co do tego absolutnej pewności, ale nie chciała się nad tym zastanawiać, skoncentrowana przede wszystkim na tym, co tak naprawdę chciała zrobić.
– Co masz na myśli? – zapytał cicho, jakby od niechcenia, ale wyczuła, że zdołała go zaskoczyć. Nie miała pewności czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie, ale to tak naprawdę nie miało znaczenia.
– Wszystko – stwierdziła po chwili zastanowienia. Zdawała sobie sprawę, że to co najmniej dziecinna, niewyjaśniająca niczego odpowiedź, ale co innego miałaby mu powiedzieć? – Dzieje się tyle rzeczy, a jednak… Wiedziałeś o tym, prawda? Wszyscy wiedzieli – dodała, już nie tyle pytając, co stwierdzając fakt.
– Oj, Beatrycze…
Coś w tonie, którym się do niej zwrócił, wręcz doprowadzało ją do szału. Jęknęła cicho, po czym energicznie potrząsnęła głową, nawet nie próbując ukrywać frustracji. Dlaczego za każdym razem musiał zachowywać się tak, jakby miał przed sobą nic nierozumiejące dziecko? Nie była nim, poza tym aż nazbyt dobrze rozumiała, w czym tak naprawdę leżał problem. Jeśli miał wątpliwości, zawsze mógł porozmawiać z Cameronem, tym bardziej, że chłopak jako jedyny zdecydował się dać jej szansę.
– Co? – niemalże wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Jak ja mam to rozumieć? Uważasz, że jestem za głupia czy…?– zaczęła, ale tym razem nie pozwolił na to, żeby dokończyła.
– Ani razu czegoś takiego nie powiedziałem – oznajmił z takim naciskiem, że aż zdecydowała się na dłuższą chwilę zamilknąć, żeby móc zebrać myśli.
Brzmiał szczerze, ale przecież już wcześniej niejednokrotnie miała takie wrażenie. W gruncie rzeczy nie była w stanie sobie ufać, kiedy chodziło o tego wampira. Mieszał jej w głowie, sprawiając, że lgnęła do niego właściwie od pierwszej chwili, w której go zobaczyła. Co więcej, jeśli wciąż pod uwagę zdolności, którymi dysponował, naprawdę zaczynała się martwić, choć zarazem nie potrafiła przyjąć do wiadomości, że mógłby nią manipulować. O Boże, zorientowałaby się, prawda? Poza tym to nie miałoby sensu, bo wciąż nie widziała żadnego sensownego wytłumaczenia tego, dlaczego Lawrence mógłby chcieć mieć ją przy sobie. To była kolejna kwestia, którą z jakiegoś powodu wolał zostawić dla siebie, zasłaniając się lakonicznym stwierdzeniem, że wszystko stanie się jasne, kiedy nadejdzie odpowiedni moment – a więc najpewniej wtedy, gdy jakimś cudem odzyska wspomnienia. Cóż, skoro tak, to w najbliższym czasie nie miała na co liczyć, bo nic nie wskazywało na możliwość pozbycia się blokad w jej pamięci.
Mocniej zacisnęła dłonie w pięści, bezskutecznie próbując zapanować nad dreszczami. Trzęsła się, ale to zdecydowanie nie miało związku z temperaturą powietrza. Wręcz przeciwnie – było jej gorąco, poza tym czuła się trochę tak, jakby właśnie przebiegła maraton. Zmęczenie nie wydawało się niczym dziwnym, biorąc pod uwagę to, jak wiele wydarzyło się w ostatnich godzinach, ale to niczego nie zmieniało, zresztą nawet gdyby chciała, nie byłaby w stanie odpocząć, póki nie doprowadziłaby tej rozmowy do końca.
– Więc o co chodzi? – Samej sobie nie była w stanie wytłumaczyć, co takiego zadecydowało, że jednak zdołała się odezwać. Przełknęła z trudem, próbując pozbyć się uścisku w gardle, ale to okazało się niemożliwe. – Skoro nie o to chodzi, dlaczego ciągle dajesz mi do zrozumienia, że…?
– Co takiego? – przerwał, po czym potrząsnął z niedowierzaniem głową. – Jesteś człowiekiem. Człowiekiem – powtórzył z naciskiem. – Wiesz, co to oznacza?
Coś w tym pytaniu sprawiło, że zapragnęła roześmiać się w nieco histeryczny, pozbawiony wesołości sposób.
– Na pewno nie to, że nie rozumiem powagi sytuacji. W porządku, nic nie pamiętam! Nic! – Potrząsnęła z niedowierzaniem głową. – Ale to nie znaczy, że trzeba mnie prowadzić za rączkę i wmawiać, że nic się nie dzieje. Cammy jakoś tego nie robi i wciąż nie uciekłam z płaczem, do cholery, więc…
Urwała, mimowolnie krzywiąc się, kiedy poczuła pieczenie pod powiekami. Świetnie, właśnie tego potrzebowała! Już i tak miała wrażenie, że zachowuje się w co najmniej żałosny sposób, teraz z kolei do tego wszystkiego jednak miała się popłakać. Zamrugała pospiesznie, nie zmierzając sobie na to pozwolić, zwłaszcza przy nim. Była gotowa przysiąc, że jeśli sobie na to pozwoli, popsuje wszystko, tym samym udowadniając, że miał rację, postępując z nią jak z kimś, kto bardzo łatwo mógłby oberwać. Co prawda istniała też możliwości, że to ona była w błędzie i faktycznie porywała się na coś, co ją przerastało, próbując wejść do świata, który tak naprawdę do niej nie należał, ale o tym akurat wolała przekonać się sama. Jak miałaby stworzyć nowe wspomnienia albo poznać siebie, skoro nikt nie dawał jej po temu okazji?
– Ehm… Może ja już pójdę? – Poderwała głowę, natychmiast przenosząc wzrok na Camerona. Chłopak wydawał się co najmniej zmieszany i spięty, wyraźnie aż rwąc się do tego, żeby się wycofać. – Mam na myśli…
– Zostań – wypaliła, zanim zastanowiła się nad tym co i dlaczego mówi. Drgnął, po czym spojrzał na nią w co najmniej skonsternowany sposób. – Mówiłam ci już, Cammy… Ty jeden niczego ode mnie nie wymagasz – powiedziała cicho, starannie dobierając słowa. – Przy tobie nie czuję się, jakbym nie mogła niczego, nawet jeśli faktycznie nie… – Westchnęła, po czym potrząsnęła głową. – Od samego początku dawałeś mi szansę. A to, co się stało dzisiaj… Nie z twojej winy – dodała z naciskiem. – Teraz przynajmniej rozumiem, chociaż moja rzekoma rodzina uważa, że nie powinnam.
Szybko pożałowała tych słów, ale nie dała sobie czasu na wycofanie ich. W gruncie rzeczy nie czekała na nic, pod wpływem impulsu ruszając się z miejsca. W pośpiechu wyminęła Lawrence’a, jak gdyby nigdy nic kierując się w stronę linii drzew, obojętna na wrażenie, że to było jednym z najgłupszych pomysłów, zwłaszcza biorąc pod uwagę ostatnie wydarzenia. Musiała ochłonąć, a to zdecydowanie nie miało być możliwe, skoro wciąż czuła na sobie przenikliwe spojrzenie L. oraz co najmniej skonsternowany, zatroskany wzrok Carlisle’a. Tych dwóch wzbudzało w niej emocje, których nie rozumiała, sprawiając, że już niczego nie była pewna, tym samym raz po raz wytrącając ją z równowagi. Co więcej, z jakiegoś powodu myśl o tym, że mogliby jej nie ufać, bolała o wiele bardziej, niż kiedy chodziło o resztę. Z jakiegoś powodu jakaś jej cząstka do nich lgnęła, wydając się ich rozpoznawać; sprawiać, że byli naprawdę ważni, a to…
Och, nie rozumiała. Chyba nawet nie chciała, mając wrażenie, że prawda byłaby niemniej raniąca od dalszego trwania w iluzji.
Nie słyszała, żeby ktokolwiek ją wołał, ale to nie miało znaczenia. Liczyła się z tym, że nie zostawią jej samej, niezależnie od tego, czego mogłaby oczekiwać, wręcz podświadomie nasłuchując nadejścia kogokolwiek. Najbardziej obawiała się, że L. po raz kolejny nie da jej spokoju, podążając za nią niczym cień i najpewniej przy pierwszej okazji sprawiają, że znów poczuje się jeszcze bardziej zdezorientowana. Była pewna, że gdyby tylko zechciał, mógłby bardzo szybko owinąć ją sobie wokół palca, a to zdecydowanie nie wchodziło w grę. Zabrnęła za daleko, pragnąć raz na zawsze wyjaśnić niektóre kwestie, a skoro to wymagało takich metod, trudno. Przecież wiedziała, że odpuszczenie i dalsze trwanie w tym, czego doświadczała, nie stanowiło żadnego rozwiązania. Wręcz przeciwnie – to byłoby jak powrót do początku, na dodatek z gwarancją, że prędzej czy później znów znalazłaby się na granicy wytrzymałości.
– Hej, Beatrycze, czekaj!
Wzdrygnęła się, słysząc tuż za plecami znajomy głos. Mimo wszystko bez chwili wahania przystanęła, by w następnej sekundzie odwrócić się na pięcie i dosłownie wpaść wprost w ramiona zdecydowanie niespodziewającego się takiej reakcji Camerona. Zaskoczyła go, tym samym niemalże zwalając z nóg, ale w porę odzyskał równowagę, w pośpiechu prostując się i przygarniając ją do siebie. To wystarczyło, żeby zdołała się rozluźnić, chociaż nie sądziła, że to w ogóle będzie możliwe, skoro wciąż czuła się aż do tego stopnia rozbita.
– Przepraszam – wyrzuciła z siebie na wydechu. – Mam tylko nadzieję, że nie będziesz miał z mojego powodu kłopotów – powiedziała cicho, mimo wszystko zaniepokojona.
– Bez przesady. Tłumaczyłem ci, jak sprawa wygląda z mojej strony, zresztą… – Jedynie wzruszył ramionami, uznając jakiekolwiek dalsze wyjaśnienia za zbędne. – Wiesz, przyzwyczailiśmy się z Al’em, że zwykle wszystko jest naszą winą – przyznał i zaśmiał się nieco nerwowo. – Zwykle słusznie. On ma dziwne pomysły, a ja pojawiam się, kiedy nikt nie patrzy.
– Zauważyłam – przyznała, a chłopak wyszczerzył się w uśmiechu.
– Cudnie. Właśnie próbuję poprawić ci humor… Działa?
Przekrzywiła głowę, jakby spojrzenie na niego pod innym kątem mogło pozwolić jej udzielić bardziej sensownej, bliskiej prawdy odpowiedzi.
– Nie jestem pewna – powiedziała w końcu. – Ale cieszę się, że to ty za mną poszedłeś. Liczy się? – zaryzykowała, ostrożnie dobierając słowa.
– Na początek wystarczy – stwierdził z bladym uśmiechem. – Chcesz wrócić do domu? Teraz nie jest bezpiecznie, jeśli wiesz, co takiego mam na myśli. – Rzucił jej znaczące spojrzenie. – Zabrałbym cię do Nessie i Gabriela, ale przez Issie się nie da, więc…
– Rozumiem – przerwała mu pośpiesznie.
Właściwie sama nie była pewna, czego tak naprawdę chciała. Podejrzewała, że nie będzie jej dane długo spacerować po lesie, ale taki stan rzeczy i tak sprawiał, że nie czuła się najlepiej. Co prawda mogła przewidzieć, że nie znajduje się w najbezpieczniejszym miejscu, zwłaszcza po wcześniejszym ataku, ale…
Co więcej, nie miała pewności, czego tak naprawdę powinna oczekiwać po Lawrence’ie. Mogła się założyć, że prędzej czy później będą musieli porozmawiać, ale tym razem zdecydowanie nie miała na to nastroju.
– Co z L? – zapytała w końcu, chcąc przeciągnąć w czasie konieczność ruszenia się z miejsca.
Chłopak jedynie wzruszył ramionami.
– Stwierdził, że ma dość, ledwo tylko Carlisle spróbował się odezwać… A potem zgarnął gdzieś Alessię i tyle ich widziałem – wyjaśnił i zawahał się na moment. – Ali go lubi, chociaż to dla mnie wciąż jest jedną wielką zagadką.
– Może dlatego, że jest miły – stwierdziła pod wpływem impulsu. – To znaczy… Zależy kiedy, ale jest. Dla mnie na pewno, przynajmniej zazwyczaj.
– Pewnie coś w tym jest – powiedział, ale czuła, że nie był do końca przekonany.
Tym razem nie próbowała zadawać żadnych pytań, poniekąd po to, żeby dalej nie drążyć tematu Lawrence’a. To mogło poczekać, Beatrycze z kolei chciała przede wszystkim odpocząć. Problem polegał na tym, że nie była pewna, czy w domu, w którym znajdowali się Cullenowie, to w ogóle miało okazać się możliwe.
– Ja… Mogę mieć do ciebie prośbę? – wypaliła pod wpływem impulsu. – Wiem, że chwilowo nie masz samochodu, ale nie mógłbyś mi pomóc w dostaniu się do apartamentowca? Albo przynajmniej pomóc się skontaktować z Sage’m – dodała niemalże błagalnym tonem. – To stwórca L. Czasami się mną zajmuje, więc…
– Jasne. – Zamilkł, po czym rzucił jej co najmniej zaciekawione spojrzenie. – Chwilami mam wrażenie, że jesteście z Eleną do siebie podobne.
Chociaż nie miała pewności, co takiego powinna sądzić o jego słowach, coś w tej uwadze sprawiło, że poczuła się lepiej.
Layla
Pomimo tego, że nie znała Seattle tak dobrze, jak Miasta Nocy, poruszanie się po okolicy przychodziło jej stosunkowo łatwo. Nie miała problemów z wykorzystaniem mocy, by dowiedzieć się tego, co najważniejsze, tym bardziej, że Damien dość dokładnie opisał, w którym miejscu znajdował się dom, do którego teraz musiała dotrzeć. Teraz najważniejszym zadaniem pozostawało dotarcie do celu, ale nie sądziła, żeby to miało okazać się problematyczne.
Miasto tętniło życie nawet pomimo później pory, co z miejsca przypadło Layli do gustu. Szła szybko, z zaciekawieniem rozglądając dookoła, żeby łatwiej zapamiętać drogę, choć ze względu na wyostrzone zmysły to wydawało się zbędne – w końcu przy odrobinie szczęścia z łatwością miała wrócić po własnych śladach. Prawda była taka, że chciała wykorzystać okazję, żeby się rozejrzeć, chociaż sama nie była pewna, co tak naprawdę pragnęła znaleźć.
Sama perspektywa kręcenia się w pobliżu Shannon i Elizabeth sprawiła, że dziewczyna poczuła się jeszcze bardziej podekscytowana. Zdążyła poznać zwłaszcza Liz, a po zachowaniu Damiena bez trudu zorientowała się, że sprawa była poważna – i to najdelikatniej rzecz ujmując. To wystarczyło, że faktycznie zaczęła się przejmować, świadoma przede wszystkim tego, że jej bratanek w końcu znalazł sobie kogoś, kto był dla niego ważny. Co więcej, tym razem przynajmniej nie chodziło o jego siostrę i całe szczęście, bo w pamięci wciąż miała zamieszanie, które wynikło z jego zauroczenia Alessią. Na całe szczęście wszystko wskazywało, że pod tym względem relacje tej dwójki wróciły do normy, jak na ironię poniekąd dzięki Isobel i jej powrotowi, chociaż Layla nie uważała tego za szczególnie sprzyjającą okoliczność. Tak czy inaczej, ważniejsze pozostawało to, że Damien i Ali byli dla niej ważni, trochę jak rodzeństwo, bo tak zresztą traktowała ich przez drugie lata.
Innym problemem pozostawała sama Liz, nie tylko będąc niczym ruchomy cel dla własnego brata, ale przede wszystkim pozostając co najmniej przerażoną taką sytuacją. Podobny stan rzeczy nawet Layli nie dziwił, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, co działo się w ostatnim czasie. Podejrzewała, że to w znacznym stopniu komplikowało relacje dziewczyny z Damienem, tym samym raniąc ich oboje. To sprawiało, że miała ochotę zainterweniować i spróbować z Elizabeth porozmawiać, instynkt jednak podpowiadał jej, że to nie był taki dobrym pomysł. Kiedy chodziło o Gabriela, bez wahania zbliżyła się do Renesmee, jednak wtedy sprawy miały się zupełnie inaczej, zaczynając od tego, że miała do czynienia z pół-wampirzycą. Tym razem musiała być ostrożniejsza, na dobry początek ograniczając się do biernego obserwowania, skoro przede wszystkim o to prosił ją Damien.
Dzielnica, w której ostatecznie się znalazła, wyglądała całkiem przyjemnie, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Mimo wszystko czujnie rozglądała się dookoła, próbując jak najmniej rzucać się w oczy, co przyszło Layli o tyle łatwiej, że otaczała ją ciemność. Wciąż nie była pewna, co takiego decydowało o tym, że mrok współgrał z nowymi wampirami, ale to na dłuższą metę nie miało znaczenia. Najważniejsze pozostawało to, że czuła się dość pewnie, nie wspominając o tym, że już jako mała dziewczynka nauczyła się poruszać w taki sposób, by niepotrzebnie nie zwracać na siebie uwagi. Gdyby tylko zechciała, zdołałaby bez najmniejszego problemu wkraść się do wskazanego przez Damiena domu, a przynajmniej tak byłoby kiedyś, zanim przemiana nałożyła na nią kilka dość istotnych ograniczeń – zaczynając od tego, że na początek ktoś musiałby zaprosić ją do środka.
Czuła słodki zapach krwi, jednoznacznie świadczący o obecności ludzi. Zacisnęła usta, czując łagodne pulsowanie wciąż schowanych, ale za to chętnych do wysunięcia kłów i to wystarczyło, żeby pożałowała, że nie napiła się krwi przed wyjściem. Co prawda głód nie był aż tak intensywny, by zaczęła obawiać się o czyjekolwiek bezpieczeństwo, niemniej dawał się dziewczynie we znaki, co najmniej irytujący. Świetnie! Jak zwykle pomyślałaś o wszystkim, zadrwiła w myślach, ledwo powstrzymując się przed wywróceniem oczami. Nie miała zbyt wiele czasu, żeby się przygotować, zresztą jej uwagę po części rozpraszała krew, nie zmieniało to jednak faktu, że była na siebie zła za brak sensowniejszego, bardziej praktycznego planu. Wiedziała jedynie, że będzie musiała wytrzymać przez jakiś czas, w ostateczności mogąc jeszcze posunąć się do tego, czego nie robiła od bardzo dawna… A więc zaczajenia się na jakaś bezbronną duszyczkę i zasugerowania jej, że nie byłoby źle, gdyby ta podzieliła się z nią zawartością żył.
Mimowolnie uśmiechnęła się pod nosem. Cóż, to zwykle Beau bawiła się w sukuba, przy okazji łamiąc kolejne serca, kiedy po wszystkim pozostawała zdezorientowanych, pozbawionych pamięci biedaków z przekonaniem, że dopiero zobaczyli anioła. Podejrzewała, że siostra byłaby zadowolona z możliwości choćby jednorazowego powrotu do starych zwyczajów, podczas gdy Rufus… Hm, niekoniecznie, ale to jedynie ją bawiło. To, że próbował udawać, że wcale nie jest o nią zazdrosny, również.
Potrząsnęła głową, odrzucając od siebie niechciane myśli. Potrzebowała kilku sekund, żeby zorientować się, że istniało coś jeszcze, co błyskawicznie sprowadziło ją na ziemię, sprawiając, że napięła mięśnie, nagle zdwajając czujność. Raz jeszcze powiodła wzrokiem dookoła, ale w okolicy nie widziała niczego podejrzanego, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Samochody raz po raz przemykały ulicami, a co jakiś czas dostrzegała zmierzających w swoje strony, drażniących ją swoim zapachem ludzi. Chwilę jeszcze krążyła, trzymając się w pobliżu domu, który – o ile czegoś nie pomieszała – należał do Shannon, raz jeszcze zastanawiając się nad tym, które rozwiązanie byłoby najbardziej sensowne. Do głowy nawet przyszło jej, że mogłaby jak gdyby nigdy nic zapukać, tym bardziej, że miała do czynienia z osobami wtajemniczonymi w sytuację, ale prawie natychmiast odrzuciła taką możliwość. Nie miała pewności, czy Elizabeth zdawała sobie sprawę z tego, że Damien cały ten czas ją pilnował, a przypadkowe ściągnięcie na chłopaka dodatkowych problemów zdecydowanie nie było szczytem jej marzeń. Co więcej, miała wrażenie, że swoją obecnością co najwyżej mogłaby jeszcze bardziej zestresować dziewczynę, która tak bardzo chciała uciec od świata, który zaczynał ją przerażać. Biorąc pod uwagę fakt, że w przeszłości sama robiła dokładnie to samo – znajdowała miejsce, gdzie mogłaby się zaszyć i przynajmniej na trochę zapomnieć o tym, co najbardziej ją dręczyło – jak najbardziej zamierzała dać Liz tyle swobody, ile tylko miała być w stanie.
Oj, Damien…
Chyba nawet zaczynała mu współczuć, po cichu licząc na to, że prędzej czy później wszystko miało się wyjaśnić. Z tą myślą zaszyła się w zaciemnionej, opustoszałej wnęce pomiędzy budynkami, skąd mogła bez przeszkód obserwować interesujący ją dom. Wieczór nie zapowiadał się w szczególnie interesujący sposób, ale była w stanie to ścierpieć. Jakby od niechcenia oparła się o ścianę jednego z budynków, w milczeniu obserwując absolutnie spokojną, w porównaniu do reszty miasta wręcz senną okolicę. Przy odrobinie szczęścia miało tak pozostać, a przynajmniej Layla na to liczyła, wręcz nie będąc w stanie sobie wyobrazić, że w takim miejscu mogłoby wydarzyć się coś złego.
Mniej więcej wtedy popełniła pierwszy błąd.
Myśląc o tym późnij, nie była w stanie przypomnieć sobie, czy wcześniej pojawiły się jakiekolwiek przesłanki, które świadczyłyby o tym, że coś może pójść nie tak. Nie wyczuła ani nie zobaczyła niczego, co świadczyłoby o czyjejkolwiek obecności. W gruncie rzeczy przez cały ten czas towarzyszyła jej cisza – przynajmniej do momentu, w którym pojawił się ten dźwięk.
Nigdy wcześniej nie doświadczyła czegoś takiego i to wystarczyło, żeby wytrącić ją z równowagi. Początkowo sądziła, że to bardzo wysoki pisk – coś zdecydowanie głośniejszego i bardziej przenikliwego, aniżeli jakikolwiek inny jazgot, który miała okazję słyszeć. Z wrażenia aż zachwiała się, wcześniej prostując niczym struna, nie tylko ogłuszona, ale… wręcz oszołomiona bólem, który nagle poczuła. Dźwięk wydawał się narastać, przekraczając poziom, który była w stanie znieść i sięgając rejestrów, których jako człowiek z pewnością nie byłaby w stanie usłyszeć.
Zanim przyćmiona bólem ostatecznie osunęła się na kolana, w następnej sekundzie zapadając się w pustkę, zdążyła jeszcze zauważyć zmierzającą w jej stronę postać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa