06.03.2017

Sto dziewiętnaście

Beatrycze
Otworzyła oczy. Nie była pewna, jak długo spała, ale czuła się na tyle wypoczęta, żeby zakładać, że minęło przynajmniej kilka godzin. Chwilę leżała, nasłuchując i próbując stwierdzić, czy wszystko jest w porządku. Co prawda nie miała pewności, czego tak naprawdę w związku z tym oczekiwała, ale to na dłuższą metę nie miało znaczenia. Wiedziała jedynie, że była o wiele spokojniejsza niż wieczorem, przynajmniej teoretycznie, o ile to w ogóle było możliwe. Ważniejsze jednak pozostawało to, że pierwszy raz od dawna nie śniła, co samo w sobie wydawało się równie dziwne, co i… niepokojące.
Drugie z uczuć skutecznie wytrąciło ją z równowagi. Z wolna usiadła, odrzucając jasne włosy na plecy i próbując zrozumieć, dlaczego brak snu o domu wydawał się aż do tego stopnia niewłaściwy. Przynajmniej na pierwszy rzut oka to wydawało się pozbawione sensu, tym bardziej, że nie istniał żadne powód, dla którego miałaby chcieć doświadczać czegoś podobnego. Jeszcze jakiś czas temu wręcz dałaby wszystko, byleby przynajmniej w tej jednej kwestii mieć spokój, a jednak…
Potrząsnęła głową, żeby łatwiej odrzucić od siebie niechciane myśli. Cokolwiek się działo, najwyraźniej wróciło do normy, a przynajmniej chciała w to uwierzyć. Była w apartamentowcu, względnie bezpieczna i jak najbardziej cała, co zawdzięczała przede wszystkim darowi Damiena. Dla pewności nawet musnęła palcami tył głowy, chociaż dobrze wiedziała, że niczego tam nie znajdzie – żadnych śladów, które świadczyłyby o tym, że uderzyła się w głowę albo została zaatakowana przez jakiegokolwiek wampira. To do pewnego stopnia rozwiązywało wszelakie problemy, choć zarazem wiedziała, że nie wyjaśniało najważniejszego.
– Nie śpisz już?
Mimowolnie napięła mięśnie, słysząc aż nazbyt znajomy głos. Wcześniej nie zauważyła, że poza nią w sypialni mógłby być ktoś jeszcze, przez co głos Lawrence’a tym bardziej wytrącił ją z równowagi. Instynktownie napięła mięśnie, po czym spojrzała na wampira w co najmniej zaniepokojony, pełen rezerwy sposób. Biorąc pod uwagę fakt, jak wyglądała ich ostatnia rozmowa, zdecydowanie nie miała ochoty na kolejną, nie wspominając o tym, że sam widok L. wystarczył, żeby cały odczuwany przez nią spokój jak na zawołanie wyparował.
– Nie – mruknęła z opóźnieniem, chociaż przecież był w stanie doskonale to zobaczyć. Co więcej, dosłownie nie odrywał od niej wzroku, wyraźnie na coś czekając, choć nade wszystko próbowała ignorować samą myśl o takiej możliwości. – Co tutaj robisz?
Musiała zadać to pytanie, nie będąc w stanie tak po prostu zignorować jego obecności. Wiedziała, że gdyby tylko zechciała, mogłaby poprosić, żeby wyszedł, ale nie potrafiła się na to zdobyć. To wystarczyło, żeby zaczęła złościć się na samą siebie, ale co tak naprawdę mogła zrobić? Prawda była taka, że kiedy w grę wchodził Lawrence, wtedy zdecydowanie nie myślała jasno. Co więcej, wciąż miała nadzieję, że od ostatniej rozmowy cokolwiek uległo zmianie, zwłaszcza po tym, jak jasno dała mu do zrozumienia, co najbardziej ją dręczyło. Być może to znaczyło, że naiwnie czekała na cud, ale nie potrafiła zdobyć się na nic innego, podświadomie wciąż licząc na… cokolwiek, co umożliwiłoby jej porozumienie się z tym cholernie upartym idiotą.
Czekała, w milczeniu wodząc wzrokiem po pokoju. Próbowała stwierdzić, która jest godzina albo w jakikolwiek inny sposób zająć czymś myśli, byleby tylko przestać zadręczać się tym, co działo się wokół niej. W duchu odliczała kolejne sekundy, próbując przekonać samą siebie, że przeciągająca się cisza wcale nie znaczyła, że w każdej chwili mogłaby postradać zmysły. Nie, t zdecydowanie nie było możliwe, a ona po prostu była przewrażliwiona i – przynajmniej do pewnego stopnia – przede wszystkim zagubiona tym, co działo się wokół niej. Tak czy inaczej, to nie miało aż tak wielkiego znaczenia, poza tym…
– Mam sobie pójść? Usłyszała i to wystarczyło, żeby wyprostowała się niczym struna, nagle jeszcze bardziej zaniepokojona. Żartował sobie z niej?
– Nie! – wyrzuciła na wydechu, w o wiele zbyt gwałtowny, głośny sposób.
Prawie natychmiast zamilkła, rumieniąc się i próbując ocenić, jak bardzo zaskoczyła Lawrence’a swoją reakcją. Jego brwi jak na zawołanie powędrowały ku górze, zdradzając przede wszystkim zaskoczenie, chociaż – była gotowa to przysiąc, choć zarazem za wszelką cenę usiłowała wampira ignorować – wyraźnie widziała, że jego oczy zabłysły, zdradzając narastające z każdą kolejną sekundą podekscytowanie. To było tak, jakby od samego początku liczył na podobną reakcję z jej stron, a jego oczekiwania ostatecznie znalazły pokrycie w rzeczywistości. Jakkolwiek by jednak nie było, taki stan rzeczy absolutnie nie był kobiecie na rękę, wręcz doprowadzając ją do szału i sprawiając, że w tym bardziej zawzięty sposób zaczęła szukać możliwości, żeby jednak zapanować nad sytuacją. To nie było tak, że L. mógłby mieć nad na nią jakikolwiek w pływ, a może to po prostu ona robiła wszystko, byleby się do takiej możliwości nie przyznać.
Och, to nie miało być tak. Musiała być silniejsza, a jednak nie potrafiła zmusić się do zachowywania w sposób, który podpowiadał jej rozsądek. Pragnęła być stanowcza i utrzymywać to, co już raz powiedziała wampirowi podczas kłótni, ale kiedy przyszło co do czego, nie potrafiła się na to zdobyć. Jak mogłaby, skoro raz po raz ją rozpraszał, skutecznie mieszając w głowie i sprawiając, że nie była już pewna niczego, co działo się wokół niej? Nie rozumiała, dlaczego L. miał na nią aż wpływ, nie wspominając o emocjach, które w niej wzbudzał, ale mimo wszystko…
Nie, zdecydowanie nie chciała o tym myśleć. Nie po raz kolejny.
– W porządku. – Miała wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim Lawrence zdecydował się odezwać. Czuła na sobie jego spojrzenie, intensywne bardziej niż zazwyczaj, chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe. A jednak wszystko wskazywało na to, że mężczyzna dosłownie taksował ją wzrokiem, przypatrując się nań w tak irytująco przeszywający, rozpraszający sposób, że pomimo usilnych starań ledwo była w stanie zebrać myśli. – Więc zostanę… le czy to oznacza, że zamierzasz ze mną porozmawiać?
– To zależy – wyrzuciła z siebie na wydechu, sama niepewna, jakim cudem zdołała wyrzucić z siebie jakiekolwiek słowo. – Wczoraj próbowałam, a jednak ty…
– Zdenerwowałem się – przyznał, bez chwilowo wahania wchodząc jej w słowo.
Beatrycze zacisnęła usta.
– Nie zmieniłam zdania – oznajmiła z powagą, wahając się nad każdą kolejną częścią wypowiedzi. Zamilkła, czekając na jakąkolwiek reakcję, nic jednak nie wskazywało na to, żeby Lawrence zamierzał znowu jej przerwać. – Dalej uważam, że mnie okłamujesz… A przynajmniej tak było do tej pory. I nie chcę, żebyś to robił – dodała z naciskiem.
– Taak… Zdaję sobie sprawę z tego, jak to wygląda z twojej perspektywy – zgodził się, kolejny raz wprawiając ją w konsternację.
Wciąż siedziała na łóżku, napinając mięśnie i właściwie bezwiednie zaciskając palce na pościeli. Poczuła ból, kiedy zbytnio wzmocniła uścisk, ale prawie nie zwróciła na tę niedogodność uwagę. W zamian po prostu czekała, samej sobie nie potrafiąc wytłumaczyć, czego tak naprawdę mogłaby oczekiwać. Albo czego raczej powinna, bo to stanowiło inną, niemniej ważną kwestię. W głowie miała mętlik, potęgowany przez konieczność oczekiwania i wciąż przybierające na sile wątpliwości. Milczenie doprowadzało ją do szału, a jednak z uporem w nim trwała, próbując przekonać samą siebie, że to najbezpieczniejsze i najlepsze, na co mogłaby się zdecydować. Cóż, do pewnego stopnia na pewno tak było, chociaż zarazem nie potrafiła tego znosić… Przynajmniej nie na dłuższą metę.
Dlaczego raz po raz musieli robić sobie coś takiego? Wiedziała, że ich relacje są skomplikowane, ale chwilami sama nie była pewna, jak daleko sięgały te zawirowania. Co więcej, coraz częściej miała wątpliwości co do tego, czego Lawrence mógłby od niej chcieć, próbując doszukać się logiki w ich relacji. Próbowała zrozumieć, ale nie potrafiła, w zamian czując co najwyżej żal, kiedy docierało do niej, jak wielu kwestii nie rozumiała. Jakby tego było mało, bolało ją jeszcze coś innego, niekonieczne związanego z m, że wampir mógłby w jakiejkolwiek materii ją okłamywać. To było coś innego – bardziej złożona, trudna do opisania słowami sprawa, która mimo wszystko nie dawała jej spokoju. Rzez jakiś czas nawet usiłowała sobie wmówić, że nie zna odpowiednich słów i pamięta zbyt mało, żeby móc pewne rzeczy nazwać, ale coraz częściej była gotowa przysiąc, że tak naprawdę oszukuje samą siebie.
Prawda była taka, że chyba wiedziała, co tak naprawdę działo się z nią i jej uczuciami. Chociaż to wydawało się wręcz niemożliwe, to jednak coraz częściej brała pod uwag to, jakie emocje wzbudzał w niej Lawrence. Ba! Wręcz lgnęła do niego, a jakby tego było mało, to chyba…
Och.
– Dlaczego tak dziwie mi się przyglądasz, hm? – Jego pytane skutecznie wyrwało Beatrycze z zamyślenia, sprawiając, że ta poczuła się jeszcze bardziej zdezorientowana. Z opóźnieniem uświadomiła sobie, że już dłuższą chwilę trwała w bezruchu, bezmyślnie wpatrując się w bliżej nieokreślony punkt w przestrzeni tak długo, aż obraz zaczął rozmazywać jej się przed oczami. Zamrugała pośpiesznie, chcąc jak najszybciej doprowadzić się do porządku, to jednak przyszło jej równie opornie, co i próba zebrania myśli. – Beatrycze… – Drgnęła, kiedy nagle ruszył się z miejsca, dosłownie materializując się u jej boku. – Ja… Cholera, gdyby to było takie proste.
Wydawał się sfrustrowany, być może nawet bardziej, niż ona sama. Spojrzała na niego z powątpiewaniem, usiłując zachować spokój, kiedy wyczuła, że materac łagodnie ugina się pod jego ciężarem. Nie próbowała protestować, pozwalając, żeby przysunął się na tyle, by aż poczuła bijący od jego ciała chłód. Mimowolnie zadrżała, ale prawda była taka, że nawet to nie sprawiło, żeby zapragnęła się odsunąć. Wręcz przeciwnie – prawda była taka, że wręcz do niego lgnęła, przez krótką chwilę mając ochotę poprosić, żeby tak po prostu wziął ją w ramiona i nie puszczał.
Mocniej zacisnęła dłonie w pięści, coraz bardziej podenerwowana. To był jeden z tych momentów, w których emocje i zdrowy rozsądek zdecydowanie nie szły ze sobą w parze. Czuła, że serce tłucze się w jej piersi szybko i na tyle mocno, by próba złapania oddechu zaczęła jawić się jako coś co najmniej problematycznego. Czekała, chociaż już dawno przestała rozumieć, co takiego działo się wokół niej i czego powinna się spodziewać nie tylko po swoim towarzyszu, ale przede wszystkim samej sobie. Piekliła się z powodu tego, że traktował ją jak dziecko, uparcie odmawiając we wszystko, co się działo, ale prawda była taka, że zdecydowanie bardziej dręczyła ją inna, pod każdym względem skomplikowana kwestia.
Cóż, Lawrence miał rację – to było skomplikowane, dla każdego z nich w inny sposób. Nie zmieniało to jednak faktu, że musieli przynajmniej spróbować porozmawiać, ale…
– Sage gdzieś tutaj jest? – wypaliła, próbując zyskać na czasie.
Lawrence jedynie potrząsnął głową.
– Nie i jego szczęście. Nie mam cierpliwości, żeby dopraszać się o cokolwiek… Również to, żeby wyszedł na kilka godzin – dodał, a Beatrycze westchnęła.
– Czasami zachowujesz się okropnie – stwierdziła, potrząsając z niedowierzaniem głową.
O dziwo, wampir jedynie uśmiechnął się w gorzki, nieco wymuszony sposób.
– Tylko czasami?
Jęknęła, gotowa przysiąc, że znowu próbował wytrącić ją z równowagi. Nie miała pojęcia, czy w ogóle był świadom tego, co jej robił, raz po raz rozpraszając i wzbudzając uczucia, które w znacznym stopniu zaczynały ją przerastać. Nie zdziwiłaby się, gdyby tak właśnie było, choć zarazem miała w pamięci to, że L. przez cały ten czas robił wszystko, co tylko uznał za dobre dla niej.
– Ja… Nie o tym mieliśmy rozmawiać – przypomniała cicho, siląc się na spokój. Przeczesała włosy palcami, po czym zaczęła nerwowo bawić się końcówkami, raz po raz nawijając kosmyk na palec. Czuła, że nawet wtedy śledził każdy kolejny ruch, wydawał się chłonąć go z uwagą zdecydowanie zbyt wielką, by mogła uwierzyć, że to zwykły przypadek. W takich chwilach wręcz marzyła, żeby jakimś cudem przeniknąć jego umysł i zrozumieć, co takiego myślał, ale nic nie wskazywało, żeby coś podobnego miało być w najbliższym czasie możliwe. – Jeśli chodzi o wczoraj, to niczego nie żałuję. Cammy był ze mną szczery, a ty… Wy wszyscy – dodała z niedowierzaniem. – Nie jestem dzieckiem. To, że jestem człowiekiem i wielu rzeczy nie pamiętam wciąż niczego nie zmienia.
– Możliwe – stwierdził z rezerwą.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem, bo zdecydowanie nie takiej reakcji spodziewała się na te wszystkie słowa, które padły z jej ust. W efekcie nie miała nawet pewności, czy wampir brał jej żale na poważnie, czy może pozwalał mówić tylko i wyłącznie dla świętego spokoju, być może w podzięce za to, że wciąż nie wyrzuciła go z sypialni. Z opóźnieniem uświadomiła sobie, że teraz tym bardziej miał nad nią przewagę, nie tylko będąc w stanie kontrolować to, czy w ogóle mogłaby wyjść, ale też w każdej chwili mogąc spróbować na nią wpłynąć. Sam dał jej do zrozumienia, że byli sami, a skoro tak…
– I to wszystko? – zniecierpliwiła się, mając serdecznie dość przeciągającej się ciszy. Rzuciła wampirowi naglące spojrzenie, bezskutecznie próbując określić, czy w ogóle planował dodać cokolwiek.
– Nie powiedziałaś niczego, czego nie byłbym od wczoraj świadom – oznajmił z rozbrajającą wręcz szczerością. – To raz. Dwa, Alessia też była niezwykle uciążliwa pod tym względem. Uważa, że jestem… nadopiekuńczy – dodał, uśmiechając się blado.
Coś w jego tonie dało jej do zrozumienia, że najpewniej wypowiedź dziewczyny była o wiele bardziej stanowcza, o ile w ogóle nadawała się do zacytowania. Tak czy inaczej, mimo wszystko poczuła ulgę, mogąc przekonać się, że nie była w swoim myśleniu odosobniona.
– Bo jesteś – zapewniła natychmiast. – I uparty. I ciągle mnie okłamujesz.
Miała wrażenie, że brzmi co najmniej żałośnie, trochę jak dziecko, które właśnie próbowało żalić się swojemu opiekunowi na zbyt małą swobodę, ale nie mogła się powstrzymać. Przecież sam L. musiał zdawać sobie sprawę z tego, że cokolwiek mogłoby być nie tak. I tak przez długi czas próbowała znosić sytuację, początkowo zagubiona i skupiona przede wszystkim na poczuciu bezpieczeństwa, które zapewniał jej zarówno on, jak i wszyscy inni, którzy z jakiegoś powodu się nią przejmowali. Od samego początku przyjmowała wszystko to, co się działo, niemalże z uśmiechem, nie próbując zadawać pytań, ale przecież na dłuższą metę to nie miało racji bytu. Wręcz przeciwnie – im dłużej przebywała pośród tych, którzy w którymś momencie stali się dla niej rodziną, tym więcej pragnęła zrozumieć. Jak mogłaby nie próbować odszukać siebie, skoro tak naprawdę niczego nie pamiętała, nie będąc w stanie nawet stwierdzić, kim tak naprawdę była?
Lawrence westchnął, po czym spojrzał na nią w co najmniej bezradny sposób. Bez słowa przesunęła się w jego stronę, instynktownie pragnąć znaleźć się bliżej – najlepiej na tyle, na ile miało okazać się to możliwe. Wampir rzucił jej bliżej nieokreślone, co najmniej troskliwe spojrzenie, co również skutecznie dało Beatrycze do myślenia. Kiedy do tego wszystkiego bezceremonialnie przygarnął ją do siebie, tak po prostu biorąc w ramiona i najwyraźniej nie zamierzając szybko jej wypuścić, poczuła się naprawdę spokojna. To uczucie wydawało się wręcz przysłaniać wszystkie inne – rodzaj nieopisanej wręcz ulgi; odprężenia, którego tak bardzo potrzebowała, choć wcześniej nawet nie zdawała sobie z tego sprawy.
– Uznajmy, że masz rację – usłyszała tuż przy uchu i mimowolnie zadrżała, kiedy słodki, lodowaty oddech musnął jej policzek. Mimowolnie zadrżała, ale nie zamierzała się odsuwać, skoncentrowana przede wszystkim na wzajemnej bliskości i brzmieniu jego głosu. – Że jesteś o wiele silniejsza, niż mi się do tej pory wydawało… Chyba zdążyłem zapomnieć, że mogłabyś być aż tak silna – dodał tak cicho, że początkowo miała problem ze zrozumieniem poszczególnych słów.
– Ponieważ… znamy się już jakiś czas, prawda? – zapytała cicho, siląc się na jak najłagodniejszy ton głosu. Zależało jej przede wszystkim na tym, żeby znowu nie próbował wycofać się od odpowiedzi, tym bardziej teraz, kiedy oboje wydawali się czuć aż tak dobrze. – Znasz mnie od dawna…
Była tego świadoma właściwie już od chwili przebudzenia na cmentarzu, gdzie zobaczyła go po raz pierwszy od chwili przebudzenia. Od tamtej pory tylko jego obecność wydawała się tym, co tak naprawdę miało sens – to, że mogłaby mu zaufać i trwać tuż obok, niezależnie od tego, co miałoby się wydarzyć. Tak po prostu było, a ona rozumiała to przez cały ten czas, uważając za coś absolutnie oczywistego, co po prostu musiało się wydarzyć.
Lawrence nie odpowiedział, ale tak naprawdę wcale tego nie oczekiwała. Znów zadrżała, kiedy w zamian jakby od niechcenia pogładził ją po policzku, raz po raz muskając palcami a to jej włosy, to znów odsłonięte ramiona albo policzki. Jego dotyk miał w sobie coś kojącego, a ona czuła się dobrze, nawet pomimo tego, że temperatura jego ciała na swój sposób dawała jej się we znaki. To nie miało znaczenia, równie nieistotne, co i dotychczas odczuwane gniew oraz żal. Przez krótką chwilę liczyło się wyłącznie to, że ją trzymał i to wszystko; niczego więcej nie było trzeba.
– Wiesz, że jesteś dla mnie bardzo ważna, prawda? – To pytanie doszło do niej jakby z oddali, przez co początkowo uznała je jako wytwór wyobraźni. Słuchała i nie wierzyła, przez kilka sekund gotowa wręcz przysiąc, że znów się z niej naigrywał albo że to kolejne kłamstwo, na dodatek takie, na które bardzo chętnie by przystała. – Przecież w tym wszystkim nigdy nie chodziło o nic ani nikogo innego… Tylko i wyłącznie ty, Beatrycze – dodał i przez krótką chwilę to naprawdę wydawało się oczywiste, a przy tym bardzo, ale to bardzo proste.
Z pewnym wysiłkiem zmusiła się do tego, żeby się przemieścić. Ostrożnie uniosła się na łokciach, po czym odwróciła w taki sposób, żeby móc spojrzeć mu w oczy. Zauważyła, że zazwyczaj rubinowe tęczówki nieznacznie pociemniały, zdradzać przede wszystkim zmartwienie, ale również coś więcej, czego jednak na pierwszy rzut oka nie była w stanie za żadne skarby sprecyzować.
– Dlaczego?
To nie był pierwszy raz, kiedy próbowała się tego od niego dowiedzieć. Za każdym razem milczał albo ją zbywał, raz po raz wzbudzając w kobiecie coraz silniejsze wątpliwości – i to jak na ironię w kwestii, która wydawała jej się nader istotna. Chciała zrozumieć, niezależnie od możliwych konsekwencji, nawet gdyby prawda okazała się trudna. Jakby tego było mało, chwilami miała wrażenie, że ta znajdowała się dosłownie na wyciągnięcie ręki, chociaż nawet wtedy nie była w stanie jej dosięgnąć.
Miała wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim doczekała się reakcji ze strony Lawrence’a. Całym ciałem Beatrycze wstrząsną kolejny dreszcz, kiedy ostrożnie powiódł wierzchem dłoni po jej policzku. Wpatrywał się w nią tak intensywnie, że aż poczuła się nieswojo, gdy zaś głębiej zajrzała mu w oczy, doszukała się w nich tak wielu tłumionych uczuć, że aż zawirowało jej w głowie. Być może to pozostawało wyłącznie wrażeniem, ale czuła się wręcz gotowa przysiąc, że poza troską dostrzegała w jego spojrzeniu coś znacznie intensywniejszego, nie tylko w postaci nieudolnie tłumionego pożądania, ale też…
Och, nie… To nie jest możliwe.
Nie mogło być, a przynajmniej nie była w stanie tego ot tak przyjąć do wiadomości. A jednak czuła całą sobą, że pomiędzy nimi jest coś więcej, aniżeli tylko wzajemne przyciąganie – i że gdyby tylko zechciał, Lawrence mógłby ją pocałować albo…
– Pamiętasz o tej niespodziance, którą ci wczoraj obiecałam? – zapytał nagle, a ona poczuła się trochę tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Otworzyła i zaraz zamknęła usta, niezdolna odpowiedzieć. – Jeśli nie masz nic przeciwko, chciałbym pokazać ci, gdzie moglibyśmy zamieszkać.
A potem po prostu się odsunął i wzajemne przyciąganie po prostu zniknęło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa