10.03.2017

Sto dwadzieścia trzy

Jocelyne
Gabriel był podenerwowany, a przynajmniej takie odniosła wrażenie. To wystarczyło, żeby tym szybciej spróbowała wziąć się w garść i spróbować oswobodzić z objęć wciąż trzymającego ją ojca.
– Już w porządku – zapewniła pośpiesznie. Spróbowała wysilić się na uśmiech, ale nie była pewna, jak bardzo prawdziwie jej to wyszło. – Mogę iść sama – dodała z przekonaniem.
– Na pewno? – Spojrzał na nią z powątpiewaniem, wyraźnie mając wątpliwości. – Dalej nie powiedziałaś mi, czy coś jest nie tak. Zobaczyłaś coś albo… – zaczął, ale Jocelyne jedynie potrząsnęła głową.
– Nie… Nie jestem pewna.
Właściwie sama nie była pewna, dlaczego ostatecznie zdecydowała się poprawić, a tym bardziej powstrzymać przed powiedzeniem mu wszystkiego. Wciąż czuła się oszołomiona, co w coraz bardziej znaczącym stopniu dawało się dziewczynie we znaki, sprawiając, że ta już sama nie była pewna, czy powinna sobie ufać. Miała wrażenie, że być może popełnia błąd, unikając wytłumaczenia wszystkiego, ale co tak naprawdę miałaby wytłumaczyć Gabrielowi? Że znowu słyszała szepty – bezcielesne głosy, które mówiły do niej dokładnie w tym samym czasie, przez co i tak nie była w stanie skoncentrować się na żadnym z nich? To brzmiało źle, nawet pomimo tego, że już dawał sobie sprawę z tego, jakimi zdolnościami dysponowała. Problem polegał na tym, że również wtedy czuła się jak jakaś cholerna wariatka, niezależnie od szczerości słów, które podczas tłumaczeń padłyby z jej ust.
Musisz jej pomóc…, przypomniała sobie cichy szept i z jakiegoś powodu znowu poczuła przenikliwy, mający swoje źródło gdzieś jej wnętrzu chłód. Jocelyne skrzywiła się nieznacznie, próbując zrobić wszystko, byleby nie dać po sobie poznać, że cokolwiek mogłoby być nie tak. Chciała wierzyć, że to tylko przewrażliwienie i wytwór wyobraźni, tym bardziej, że z oczywistych względów martwiła się o kogoś, kto był dla niej ważny.
– Ach, tak… – usłyszała i to wystarczyło, żeby zamrugała nieco nieprzytomnie. Natychmiast poderwała głowę, przenosząc wzrok na dotychczas milczącego, obserwującego ją w co najmniej niepokojący sposób Rufusa. – Nie jesteś pewna? – powtórzył z rezerwą, tym samym będąc na dobrej drodze, żeby wytrącić ją z równowagi, kiedy uprzytomniła sobie, że najpewniej był świadom, że nie powiedziała wszystkiego.
– O co mnie pytasz, wujku? – zapytała jakby od niechcenia, siląc się na spokojny ton głosu.
Gdyby faktycznie wiedziała o czymś praktycznym, co mogłoby im pomóc, wtedy nawet by się nie zawahała, ale w tej sytuacji… Cóż, zemdlała i to wystarczyło, żeby całkowicie straciła cierpliwość do odpowiadania na jakiekolwiek pytania. Jakby tego było mało, w głowie miała kompletną pustkę, co również komplikowało sytuację. Wciąż czuła pulsowanie w skroniach, to jednak zeszło gdzieś na dalszy plan, przynajmniej tymczasowo pozbawione znaczenia.
– O nic – stwierdził po dłuższej chwili zastanowienia Rufus. – Po prostu mam takie wrażenie, że… – Urwał i już tylko patrzył na nią w wymowny, niemalże naglący sposób.
– Daj sobie spokój – rzucił chłodno Gabriel, gniewnie mrużąc oczy. Jego spojrzenie wyraźnie złagodniało, kiedy na powrót przeniósł wzrok na Jocelyne. – Na pewno wszystko w porządku? Jeśli chcesz wrócić do domu, po prostu mi powiedz – powiedział, jednocześnie pomagając jej jednak stanąć na nogi.
Zachwiała się lekko, ale nie straciła równowagi. Cokolwiek miało miejsce, nie czuła się źle, a przynajmniej nie w sposób, którego doświadczyła, kiedy wróciła Beatrycze. Nie była pewna czy to dobrze, czy może wręcz przeciwne, ale to nie miało dla niej znaczenia, tym bardziej, że nie po to chciała jechać, żeby teraz wszystko utrudniać. Już i tak miała wrażenie, że mocno skomplikowała sytuację, nie tylko opóźniając możliwość rozejrzenia się dookoła, ale przede wszystkim dodatkowo absorbując uwagę tym, że mogłaby się źle czuć.
– Nie, nie… – zapewniła pośpiesznie, dla podkreślenia swoich słów energicznie potrząsając głową. – Dom Shannon – przypomniała. – Wciąż mogę tam pójść i zapytać.
To brzmiało jak dobry plan, a przynajmniej chciała uwierzyć, że w ten sposób zdoła rozwiązać wszelakie problemy. Chciała się na coś przydać, raz po raz przekonując samą siebie, że rozmowa z Shannon albo Elizabeth cokolwiek ułatwią. Co prawda podejrzewała, że Gabriel bez trudu owinąłby sobie obie dziewczyny wokół palca, nie wspominając o tym, co najpewniej byłby w stanie zrobić w przypływie desperacji Rufus, ale i tak miała wrażenie, że lepiej będzie, jeśli to ona spróbuje tam pójść. Jakby nie patrzeć, nikt do tej pory nie traktował jej jak potencjalnego zabójcę, Joce zaś była gotowa przysiąc, że sama wzmianka o tym, że mogłaby być w połowie wampirem, bardziej wszystkich wokół szokowała albo bawiła, aniżeli wzbudzała chociażby cień strachu.
Tym razem nie doczekała się protestów, co przyjęła z ulgą. Co prawda żaden z nich nie puścił jej w pojedynkę, ale to dziewczynie nie przeszkadzało. Wciąż była nieco oszołomiona, musząc więcej wysiłku niż zazwyczaj włożyć w swobodne poruszanie się, żeby przypadkiem jakimś cudem nie potknąć się o własne nogi, ale była w stanie to zignorować. We znaki dawał jej się wyłącznie wciąż odczuwany chłód oraz to, że w którymś momencie zasnute chmurami niebo otworzyły się, a na ziemię spadły pierwsze, łagodnie wirujące płatki śniegu.
W porządku… W końcu wszystko jest takie, jakie powinno, prawda?, zapytała samą siebie, ale z jakiegoś powodu nie była w stanie we własne zapewnienia uwierzyć.
Wahała się zaledwie przez chwilę, nie chcąc dawać sobie czasu na kolejne wątpliwości. Dopiero wtedy odważyła się zapukać, po kilku pierwszych sekundach dostrzegając ulokowany tuż obok drzwi dzwonek. Wywróciła oczami i – nieco tylko zażenowana – wyciągnęła rękę, żeby go wcisnąć, jednak jej plany pokrzyżował dźwięk zamka oraz to, że tuż przed nią bez jakiegokolwiek ostrzeżenia pojawiła się Shannon.
– Mówiłam już, że my nie…! – zaczęła dziewczyna gniewnym tonem, otwierając drzwi tak gwałtownie, że zaskoczona Joce musiała wręcz ratować się błyskawicznym odskokiem w tył. Stojąca w progu Shannon zawahała się, prawie natychmiast uświadamiając sobie pomyłkę. – Och… Hej, Joce – zreflektowała się pośpiesznie.
– Cześć…
Przełknęła z trudem, ledwo powstrzymując grymas, kiedy zorientowała się jak słabo i żałośnie brzmiał jej głos. Wiedziała, że powinna coś powiedzieć, a jednak zawahała się i przez dłuższą chwilę tylko patrzyła na stojącą tuż przed nią dziewczynę, sama niepewna od czego powinna zacząć. Och, tak… To faktycznie znakomity plan, pomyślała z przekąsem, przez krótką chwilę mając ochotę roześmiać się histerycznie. Zdecydowanie nie w ten sposób zaplanowała sobie to wszystko, ale to teraz już nie miało znaczenia.
– Hm… Wybacz takie powitanie. – To Shannon odezwała się jako pierwsza, nagle zaczynając wyrzucać z siebie słowa z zawrotną wręcz prędkością. Z drugiej strony, być może to ból głowy potęgował wrażenie, że wszelakie bodźce dochodzą do niej jakby zza grubej szyby, przez co tym bardziej nie była w stanie się skoncentrować. – Mam wrażenie, że dzisiaj wszyscy próbują doprowadzić mnie do szału, wiesz? Dopiero co mieliśmy nieciekawe przeżycia z wyjątkowo irytującym gościem i… Wszystko w porządku? – upewniła się po chwili wahania.
– W zasadzie…
Nie zdążyła odpowiedzieć, rozproszona ruchem gdzieś za plecami. Wzdrygnęła się, kiedy ciepłe dłonie wylądowały na jej ramionach, chociaż przecież doskonale wiedziała, że należały do Gabriela.
– Nie chcieliśmy nikomu przeszkadzać, ale akurat byliśmy w pobliżu, a Joce źle się poczuła… Bardzo wielkim problemem byłoby, gdybyś na chwilkę nas wpuściła, Shannon? – zapytał cichym, niemalże hipnotyzującym tonem, tym samym sprawiając, że przez dłuższą chwilę dziewczyna wpatrywała się w niego w co najmniej oszołomiony sposób.
– No pewnie – powiedziała w końcu. Shannon wycofała się w pośpiechu, żeby zrobić im miejsce. – Zapraszam.
Wypuściła powietrze ze świstem, sama niepewna, co powinna sądzić o zaistniałej sytuacji. No cóż, na pewno się przydała, chociaż zdecydowanie nie wyobrażała sobie tego w ten sposób.
Krótko obejrzała się przez ramię, by zerknąć na Rufusa i określić, czego powinna się po nim spodziewać. Milczał, względnie spokojny, choć to równie dobrze mogło być wyłącznie wrażeniem, zwłaszcza w przypadku tego wampira. Mimochodem pomyślała, że gdyby Shannon zdawała sobie sprawę z tego, że właśnie wpuściła do siebie kogoś, kto ot tak potrafił zrobić się niebezpieczny, zawahałaby się przed jakimkolwiek zaproszeniem, ale teraz nie było czasu na jakiekolwiek ostrzeżenia.
Z zaciekawieniem rozejrzała się dookoła, nasłuchując i mimowolnie próbując stwierdzić, czy istniał choć cień szansy na to, że Layla była gdzieś w pobliżu. Ba! Że w ogóle znalazła się w tym domu, niezależnie od powodów, którymi by się kierowała. Niestety, nie czuła niczego, wciąż mając wrażenie, że wszystko sprowadzało się do tamtego opustoszałego zaułka – a także do świadomości, że musiało wydarzyć się coś niedobrego. Chociaż nie chciała w to uwierzyć, raz po raz powtarzając sobie, że jest przewrażliwiona, podświadomie czuła, że to jak oszukiwanie samej siebie.
Shannon skinęła głową w stronę pomieszczenia, które okazało się salonem, po czym sama bez zniknęła gdzieś w głębi domu. Nawet jeśli była spięta, nie dała niczego po sobie poznać, zachowując się tak, jakby obecność istot nieśmiertelnych nie robiła na niej wrażenia. Co prawda to mogło być jedynie wrażeniem – grą pozorów, co zresztą wydawało się dość prawdopodobne – Jocelyne i tak mimowolnie pomyślała o Dallasie. Chwilami do tej pory nie rozumiała, dlaczego zachowywał się w aż tak otwarty sposób, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Może po prostu łatwiej było udawać, że jest w porządku, aniżeli zadręczać, że ktoś w każdej chwili mógłby zamienić się w potencjalnego mordercę.
– W porządku, księżniczko? – zapytał cicho Gabriel, nakłaniając ją do tego, żeby usiadła na kanapie.
Pozwoliła mu na to, wciąż uważnie rozglądając się dookoła, wciąż jednak nie była w stanie skoncentrować się na niczym, łącznie z wystrojem pomieszczenia, w którym się znajdowała. Skinęła głową, chociaż wcale nie była taka pewna, czy jej własne słowa są prawdziwe. Teoretycznie nie miała powodów do niepokoju, bo już nawet nie było jej słabo, ale…
– Nie wiem – przyznała cicho. – Co robisz, tato? Miałam z nimi tylko porozmawiać i… – zaczęła, ale coś w jego spojrzeniu wystarczyło, żeby na powrót zamilkła.
Z opóźnieniem usłyszała kroki, kiedy zaś poderwała głowę, przekonała się, że w progu pojawiła się Liz. Oczy dziewczyny rozszerzyły się nieznacznie, kiedy ich zauważyła, zaraz też powiodła wzrokiem dookoła, wyraźnie kogoś szukając.
– Coś się stało? – zapytała cicho, wyraźnie zaniepokojona. – Czy Damien…? – zaczęła, ale nie miała okazji, żeby chociaż spróbować skończyć.
– Twój Romeo ma się dobrze, nie przejmuj się – zniecierpliwił się Rufus, tak po prostu wchodząc dziewczynie w słowo. – Dobrze, do rzeczy, bo zaczynam mieć dość tej farsy. Widziałyście Laylę? – zapytał wprost, nawet nie próbując kryć rozdrażnienia.
– Laylę…?
– Blondynka, która zachowuje się jakby przedawkowała cukier – przerwał ponownie, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Była tutaj? Powinna, a przynajmniej istnieje szansa, że przyszła, skoro miała cię pilnować.
Liz otworzyła i zaraz zamknęła usta, co najmniej zaskoczona. Z rezerwą spojrzała na naukowca, dla pewności cofając się o krok, co najmniej jakby podejrzewała, że ten w wolnej chwili spróbuje rzucić jej się do gardła. Napięła mięśnie, wyraźnie podenerwowana, chociaż starała się tego nie okazywać. Joce zauważyła, że Rufus wywraca oczami, ostatecznie jednak nie skomentował zachowania dziewczyny nawet słowem, w zamian dosłownie taksując ją wzrokiem.
– Więc? – ponaglił. Jocelyne była pewna, że gdyby przyszedł sam, zachowywałby się w o wiele mniej subtelny sposób albo od razu trzasnął drzwiami i ponowił poszukiwania na własna rękę.
– Damien kazał mnie pilnować? – zapytała z wahaniem Elizabeth, a wampir jęknął, wyraźnie poirytowany.
– Nie o to pytałem – przypomniał chłodno, ale przynajmniej jeden raz darował sobie jakiekolwiek uwagi na temat odpowiadania pytaniem na pytanie.
Liz zacisnęła usta, przez chwilę sprawiając wrażenie chętnej, żeby rzucić coś złośliwego.
– Nie – powiedziała w zamian. – Nie było u nas żadnej kobiety, a przynajmniej ja o tym nie wiem. Może Nigel… – Wzruszyła ramionami. – Od wczoraj byliśmy w domu, więc raczej zorientowalibyśmy się, gdyby pojawił się ktokolwiek.
Zauważyła, że wujek zacisnął usta, chyba jedynie cudem powstrzymując przekleństwo. Sama również poczuła się jeszcze bardziej zaniepokojona, choć od samego początku brała pod uwagę to, że Layli tutaj nie będzie, nie zmieniało to jednak faktu, że miała nadzieję – tylko trochę, ale to wystarczyło, żeby poczuła się gorzej niż do tej pory, kiedy ta zniknęła.
– Więc nie mamy czego tutaj szukać – stwierdził z irytacją wampir, w następnej sekundzie bezceremonialnie decydując się wycofać. – Znakomicie zmarnowany czas… Idę się rozejrzeć. Tak, sam trafię do domu – dodał, nawet nie spoglądając na nią czy Gabriela.
Zaraz po tym po prostu wyszedł, ale nawet nie poczuła się tym zaskoczona. Z powątpiewaniem spojrzała na ojca, po czym bez słowa wtuliła się w niego, kiedy przygarnął ją do siebie. Czuła, że był podenerwowany, może nawet niemniej od Rufusa, chociaż w przeciwieństwie do wampira przynajmniej próbował trzymać nerwy na wodzy, o ile to w ogóle miało okazać się możliwe.
– Wybacz… On jest cholernie trudny – powiedział cicho, niemalże przepraszająco spoglądając na Liz. – Może nie powinniśmy byli przychodzić… Podziękuj Shannon.
– Dzieje się coś niedobrego? – zapytała cicho Elizabeth. – Po tym na balu… Powinnam była porozmawiać z Damienem, ale do tej pory… jakoś nie było okazji – przyznała, ostrożnie dobierając słowa. – Jeśli mogę jakoś pomóc…
– Po prostu martwię się o siostrę – wyjaśnił z bladym uśmiechem Gabriel – ale pewnie niepotrzebnie. Layla sobie poradzi.
– Dam znać, jeśli by się pojawiła – zapewniła pośpiesznie Liz. – Gdybym mogła się na coś przydać… No i zastanawiam się, co z Damienem – przyznała po chwili wahania.
Tym razem to Jocelyne udało się zebrać myśli na tyle, by przynajmniej spróbować się odezwać:
– Mój brat za tobą tęskni – oznajmiła z rozbrajającą wręcz szczerością, obojętna na to, że chłopak jak nic chciałby ją zabić, gdyby mógł usłyszeć o czym rozmawiała z Liz.
Wyraźnie widziała, że na dotychczas blade policzki dziewczyny jak na zawołanie wstąpiły rumieńce. W zamyśleniu pokiwała głową, być może poruszona, choć to równie dobrze mogło być jedynie wrażeniem. Rozpoznawanie uczuć nigdy nie było mocną stroną Jocelyne, Liz zresztą wydawała się przede wszystkim bardzo przygnębiona.
– Postaram się odezwać – powiedziała po dłuższej chwili wahania. – Ostatnio sporo się dzieje, również tutaj.
– Co masz na myśli? – zapytał jakby od niechcenia Gabriel. Mimo wszystko napiął mięśnie, wyraźnie czymś zaniepokojony.
– O Marissę… I o mnie, a przynajmniej tak sądzę – przyznała niechętnie dziewczyna. Westchnęła, po czym energicznie pokręciła głową. – W jednej i tej samej szkole jedna uczennica zaginęła, a druga straciła całą rodzinę. No i jeszcze wcześniej ta sprawa z Jess… Trochę źle wygląda, jeśli się zastanowić. – Zamilkła, przez krótką chwilę po prostu trwając w ciszy. – Shannon dopiero co musiała stąd wyrzucić faceta, który zadawał dziwne pytania… Zbyt osobiste – powiedziała, gniewnie mrużąc oczy. Wciąż wydawała się poruszona. – Nie ma nastroju. Ja zresztą też… No i obie czułybyśmy się pewniej, gdyby wrócić Nigel.
Joce z wahaniem spojrzała najpierw na dziewczynę, a później na tatę, zastanawiając się, czy to możliwe, żeby ten pokusił się o telepatię, żeby nakłonić Liz do zwierzeń. Nie czuła mocy, zresztą podobne sztuczki nie były czymś, o co by Gabriela podejrzewała, ale sytuacja i tak wydawała się dziwna. W gruncie rzeczy wszystko takie było, łącznie ze słowami, które ostatecznie padły z ust Liz. Co więcej, choć dziewczyna tego nie powiedziała, Joce była gotowa wręcz przysiąc, że sama również była we wszystko zamieszana. W końcu to, że ktokolwiek mógłby „próbować skakać” z dachu szkoły, również nie mogło pozostać bez echa – nie tak po prostu, nawet jeśli od tego czasu minęły całe tygodnie.
O, tak. Jeśli spojrzeć na sytuację w ten sposób, sprawy zdecydowanie wyglądały źle. Jakby tego było mało, sama nie była w stanie zrobić w związku z tym niczego, a jakby tego było mało…
– Kto pytał? – drąży dalej Gabriel. – Dziennikarz?
– Dużo gorzej! – Tym razem to Shannon zdecydowała się włączyć do rozmowy. Jocelyne aż wzdrygnęła się słysząc głos dziewczyny, tym bardziej, że nie wychwyciła momentu, w którym ta w ogóle się pojawiła. – Powiedziałabym raczej, że ktoś z policji… Albo skądś wyżej, sama nie wiem.
– Nie przedstawiał wam się? – zapytał z powątpiewaniem tata. – Mam na myśli… Gdyby to było służbowe spotkanie, musiałby się wylegitymować – zauważył przytomnie.
– Myśli pan, że dlaczego go wyrzuciłam? Miałam wrażenie, że zaraz będę musiała zacząć na niego krzyczeć, a to zdecydowanie nie skończyłoby się dobrze… – Shannon westchnęła, po czym wzruszyła ramionami. – Nieważne. Proszę bardzo, Joce – zreflektowała się, tym razem zwracając bezpośrednio do dziewczyny.
Nie zaprotestowała, bez wahania przyjmując szklankę wody. Z wolna uniosła ją do ust, po czym wzięła kilka łyków, wciąż na tyle oszołomiona, by nie ufać ani sobie, ani swojej koncentracji. W głowie miała pustkę, co zresztą nie wydawało się niczym dziwnym po wszystkim, czego zdążyła doświadczyć. Teraz na dodatek próbowała uporządkować w głowie to, czego dowiedziała się od Shannon i Liz, ale choć czuła, że te informacje mogłyby być istotne, wciąż nie była w stanie się na nich skoncentrować. Cokolwiek się działo, nie pierwszy raz nie potrafiła dostrzec tego, co najważniejsze, mając wrażenie, że błądzi, bezskutecznie próbując doszukać logiki w czymś, co z założenia powinno być oczywiste.
Poza tym… „Musisz jej pomóc”. Tych kilka słów wciąż nie dawało jej spokoju, dręcząc niemalże na każdym kroku, przez co czuła się jeszcze gorszej niż do tej pory. Teraz nie miała już wątpliwości, że coś jest na rzeczy, to jednak w najmniejszym nawet stopniu nie rozwiązywało problemów, które mieli. Gdyby przynajmniej mieli mgliste pojęcie, gdzie powinni szukać Layli, wszystko stałoby się dużo prostsze, ale do tej pory…
– Wiecie, że zawsze możecie przyjść do nas, gdyby coś się działo, prawda? – Głos Gabriela skutecznie wyrwał ją z zamyślenia. – Jeśli będziecie mieli jakiekolwiek problemy… Zwłaszcza ty, Liz – dodał niemalże łagodnym tonem. – Już u nas mieszkałaś. Wkrótce znów będzie to możliwe.
– Dziękuję bardzo. – Po tonie i wypowiedzi dziewczyny trudno było stwierdzić, czy w ogóle brała taką możliwość pod uwagę.
Gabriel skinął głową, bynajmniej nie próbując naciskać.
– Jesteście tutaj same? – zapytał po chwili wahania, wymownie rozglądając się dookoła. – To pewnie nic takiego, ale ostatnio tyle się dzieje, że nie wyobrażam sobie zostawienia dwóch kobiet bez opieki.
– Nigel niedługo tutaj będzie. Poza tym wciąż mieszkamy z rodzicami – wyjaśniła pośpiesznie Shannon. – Jakoś dajemy sobie radę… I nie zamierzamy nikomu powiedzieć o… pewnych kwestiach – dodała z naciskiem, spoglądając na nieśmiertelnego w znaczący sposób. – Ale dziękuję. Na razie nic złego się nie działo i może tak pozostanie.
Po jej tonie dało się wyczuć, że nie do końca w to wierzyła. Nawet jeśli tak było, to ani Gabriel, ani Jocelyne nie próbowali naciskać, ostatecznie chcąc nie chcąc zaczynając zbierać się do wyjścia. Joce wciąż trzymała się blisko ojca, raz po raz wahając nad tym, czy powinna powiedzieć mu o tym, co usłyszała. Jeśli to jednak nie było ważenie, ale słowa, które dotyczyły Layli…
Ale co tak naprawdę mogłaby w ten sposób zmienić? Nie mieli pojęcia, gdzie była wampirzyca, zaś jakakolwiek forma ostrzeżenia albo ponaglenia mogłaby co najwyżej pogorszyć sytuację.
– Ach, Shannon… – Gabriel wysilił się na blady uśmiech, przed wyjściem rzucając dziewczynie znaczące spojrzenie. – Na przyszłość weź pod uwagę to, że z zaproszeniami do domu bywa różnie. To, co mówi się o wampirach i przekraczaniu progu… W przypadku części z nas się sprawdza – rzucił na odchodne.
Jocelyne wyraźnie widziała, że dziewczyna pobladła, jeszcze bardziej zaniepokojona. Zaraz po tym drzwi domu zamknęły się za nimi, a oni na powrót znaleźli się w pobliżu opustoszałej, niepokojącej uliczki.
Z zasnutego ciemnymi chmurami nieba wciąż padał śnieg. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa