09.03.2017

Sto dwadzieścia dwa

Jocelyne
W milczeniu rozejrzała się dookoła. Uliczka na pierwszy rzut oka wydawała się opustoszała, przynajmniej na pierwszy rzut oka, ale wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej. Mocniej ścisnęło dłoń Gabriela, bynajmniej nie mając nic przeciwko temu, że mógłby traktować ją jak dziecko. Jeśli miała być ze sobą szczera, naprawdę zaczynała się bać, choć przynajmniej teoretycznie nie miała po temu powodów.
Próbowała jakoś nad sobą zapanować, w duchu raz po raz powtarzając sobie, że jest w porządku, ale to brzmiało jak jedno wielkie kłamstwo, które próbowała sobie wmówić. Nie była prawna, co tak naprawdę wpływało na jej samopoczucie, ale była wręcz gotowa przysiąc, że to przeciągające się milczenie. Ani tata, ani wujek nie pomagali, wydając się samym tylko zachowaniem zdradzać, że się martwili. Nie sądziła, żeby którakolwiek z nich był przewrażliwiony, z kolei nieobecność Layli w obecnej sytuacji wydawała się co najmniej niepokojąca, przez co targające nią uczucia tym bardziej jawiły jej się jako coś w pełni uzasadnionego.
– W porządku… To tutaj, tak? – zapytał cicho Gabriel, wracając się bezpośrednio do niej.
– To miłe, że wiesz, gdzie nas prowadzisz – stwierdził z wyraźną rezerwą Rufus. Skoro zaczynał być sarkastyczny, Joce nie spodziewała się niczego dobrego.
Palce Gabriela mocniej zacisnęła się wokół jej dłoni, poza tym jednak w żaden sposób nie okazał irytacji. Jocelyne była niemalże pewna, że był zmęczony i to najdelikatniej rzecz ujmując, choć to równie dobrze mogło być wyłącznie wywołanym szarugą wrażeniem. Zbierało się na deszcz, czy też raczej – zważywszy na temperaturę, którą jako pół-człowiek odczuwała tym wyraźniej – opady śniegu, co zresztą nie było w tym miejscu niczym nowym, wręcz ułatwiając wampirom poruszanie się w środku dnia. Mimo wszystko zwłaszcza spoglądając na wujka miała świadomość, że był spięty nie tylko z powodu Layli, ale właśnie pogody. Cóż, mogła się założyć, że wychodzenie na zewnątrz o tej porze nie było szczególnie bezpieczne, nawet jeśli nic nie wskazywało na to, by mogło zakończyć się źle.
– Tato? – rzuciła z wahaniem, chcąc jakkolwiek zwrócić uwagę na siebie. Wolała nie sprawdzać, jak daleko sięgała cierpliwość towarzyszących jej nieśmiertelnych, tym bardziej, że zazwyczaj działali sobie na nerwy.
– Możemy się rozdzielić – zasugerował po chwili zastanowienia Gabriel. – Nie jesteś telepatą, więc to trochę komplikuje, ale nie wyobrażam sobie zostawienia Joce samej albo puszczania jej z tobą, więc…
– Och, przeżyjemy bez siebie kwadrans. Nie przejmuj się. – I bez patrzenia na wujka wiedziała, że wywrócił oczami. – Idźcie sobie gdzie chcecie, jeśli macie taką ochotę. Jak z kolei wyczuwam Laylę tam – dodał i nie czekając na czyjąkolwiek odpowiedź, najzwyczajniej w świecie wyminął ich, by ruszyć w swoją stronę.
Potrzebowała dłuższej chwili, żeby zorientować się w czym rzecz i zrozumieć, że wampir jak najbardziej miał rację. Zapach Layli był ledwo wyczuwalny, przynajmniej dla niej, a gdyby faktycznie zaczęło padać, wtedy najpewniej nie mieliby szans na to, żeby go wychwycić. Tata również musiał to rozumieć, bo natychmiast ruszył za Rufusem, ciągnąc ją za sobą i nie pozostawiając Joce innego wyboru, jak spróbować dotrzymać mu kroku. Nie chciała ich opóźniać, dla pewności kontrolując każdy kolejny krok, to jednak okazało się trudne, skoro wciąż była podenerwowana.
Wujek wydawał się pewny tego, co robi, przynajmniej do momentu wejścia w kolejną uliczkę, czy może raczej wąską wnękę pomiędzy budynkami. Przynajmniej na pierwszy rzut oka miejsce wydawało się idealne, by ukryć się i obserwować to, co działo się po drugiej stronie – a więc chociażby dom Shannon, o ile oczywiście miała słuszność co do adresu. Tak czy inaczej, to jak najbardziej pasowało do planu, który miała Layla, a skoro tak…
– Nie jestem tropicielem, ale wiem, że tutaj była… I to w zasadzie tyle, bo trop się urywa – oznajmił spiętym tonem Rufus, nie kryjąc frustracji. Zdążyła przywyknąć, że jakiekolwiek oznaki troski albo niepokoju wolał maskować gniewem. – Jakieś teorie?
– Myślę. – Gabriel zawahał się na moment. Puścił jej rękę, po czym z wolna ruszył przed siebie, uważnie rozglądając się dookoła. Obserwowała go, kiedy jakby od niechcenia przesunąć palcami po gładkiej ścianie, zupełnie jakby wierzył, że ta nagle przemówi albo w inny sposób udzieli mu satysfakcjonujących odpowiedzi. – Telepatia czasami pozwala dostrzec więcej niż zmysły. Zresztą sam widziałeś, kiedy tworzyliśmy krąg – stwierdził w zamyślenia, a Rufus westchnął.
– Taak… Aury i wspólne odczuwanie bólu. Fascynujące, ale zdecydowanie wam tego nie zazdroszczę.
Po wyrazie jego twarzy trudno było stwierdzić, co takiego sobie myślał. Joce zawahała się, po czym skoncentrowała się na tacie, przez krótką chwilę obserwując jego poczynania. Czuła, że powietrze łagodnie pulsuje, zdradzając obecność mocy.
– Pokażesz mi? – zapytała cicho i to wystarczyło, żeby Gabriel odwrócił się w jej stronę.
– Oczywiście, amore – zapewnił, zachęcająco wyciągając rękę ku niej.
Z wolna podeszła bliżej, pozwalając żeby otoczył ją ramionami. Poczuła się trochę jak mała dziewczynka, kiedy znalazł się tuż za nią, kładąc obie dłonie na jej barkach, dokładnie jak wtedy, gdy dopiero uczył ją używania mocy. To sprawiało, że czuła się bezpieczniejsza, chociaż zarazem wciąż pozostawała spięta.
– Naprawdę zamierzasz ją akurat teraz uczyć? – zapytał z powątpiewaniem Rufus, ale czuła, że obserwował ją z zaciekawieniem.
– A mnie się wydawało, że każdy moment jest dobry – zauważył w nieco kąśliwy sposób Gabriel. Jego głos brzmiał łagodne, co najpewniej znaczyło, że nie zamierzał tak po prostu dać się wytrącić z równowagi. – Zresztą mam wrażenie, że Joce może być… bardziej wrażliwa na niektóre bodźce – dodał po chwili zastanowienia, a serce dziewczyny jak na zawołanie zabiło mocniej.
Wcześniej nawet nie wzięła pod uwagę, że jej dar mógłby jakkolwiek uzupełnić telepatię, chociaż to wydawało się dość prawdopodobne. Sama wzmianka również Rufusowi zamknęła usta, co być może znaczyło, że taki stan rzeczy jak najbardziej był możliwy. Napięła mięśnie, mimo wszystko podenerwowana, tym bardziej, że sama nie była pewna, czego tak naprawdę powinna się spodziewać. Nasłuchiwała, z opóźnieniem uświadamiając sobie, że zaczęła drżeć, co bynajmniej nie miało związku z odczuwanym przez nią chłodem.
Wyczuła ruch, kiedy Gabriel nachylił się na tyle blisko, by poczuła jego ciepły oddech na policzku.
– W porządku… Rozluźnij się, księżniczko – rzucił zachęcającym tonem. Mimo wszystko wciąż była spięta, niezdolna tak po prostu dostosować się do jego słów. – Pamiętasz, jak uczyłaś się przekierowywać moc? – zapytał, starannie dobierając słowa.
– Jasne. Czuję ją – dodała z przekonaniem, machinalnie koncentrując się na krążącej po jej ciele energii. Wydawała się przyjemna i niegroźna, przynajmniej tak długo, jak była w stanie utrzymać ją w ryzach. – Mam wysłać ją do oczu? – zapytała pod wpływem impulsu, bo to wydawało się sensowne, skoro miała zobaczyć.
– Bardzo dobrze. – Gabriel wydawał się zadowolony, co i jej pozwoliło się uspokoić. Gdyby nie sytuacja, może nawet zdołałaby się uśmiechnąć. – To tak, jakbyś chciała zobaczyć aurę albo…
– Albo śniąc na jawie – podsunęła po chwili wahania. – Jak patrzenie w inną rzeczywistość, tak jak w świecie snów… – Zamilkła, aż nazbyt świadoma, że Gabriel ani na chwilę nie odrywa od niej wzroku. – Mam wrażenie, że cały czas to robię.
– Nie ma w tym niczego złego – zapewnił pospiesznie, muskając palcami jej policzek. – Cały czas powtarzałem ci, że jesteś wyjątkowa… A teraz skup się, księżniczko. Poprowadzę cię – obiecał, a ona chcąc nie chcąc skinęła głową.
Dla lepszej koncentracji zamknęła oczy, żeby lepiej poczuć krążącą w jej żyłach moc. Wiedziała, jak bardzo niebezpieczna potrafiła być ta energia, zwłaszcza kiedy przestawała nad nią panować, a ta tak po prostu wynikała się spod kontroli. Wciąż nie ufała sobie na tyle, by posunąć się zbyt daleko, zwłaszcza mając jedynie mgliste pojęcie tego, co powinna zrobić, ale bliskość taty w znacznym stopniu pomogła jej się rozluźnić. On nie pozwoliłby, żeby zrobiła coś głupiego, poza tym wyraźnie wierzył w to, że w zdolnościach, którymi dysponowała, nie było niczego złego. Chciała w to uwierzyć, wręcz rwąc się do tego, żeby tak po prostu przyjąć do świadomości to, co mówił. Co więcej, stopniowo sama zaczynała dochodzić do wniosku, że nekromancja i telepatia mogły mieć ze sobą coś wspólnego. Na pewno była wrażliwsza na nadnaturalne bodźce, a skoro tak…
W porządku, księżniczko?
Tym razem nie usłyszała wypowiedzianych słów, ale mentalny, jak najbardziej łagodny głos Gabriela. Wyraźnie czuła jego obecność i to nie tylko dzięki temu, że stał tuż obok, wciąż zaciskając palce na jej ramionach. Ponadto była jeszcze moc – całe skupisko, łagodnie pulsująca tuż obok niej, dzięki czemu rozeznanie się w terenie było dużo prostsze. Ta energia nie potrafiła kłamać, dając jej aż nazbyt wyraźny obraz tego, gdzie znajdował się dosłownie każdy. Mogła wyczuć zarówno ludzi w domach, jak i tych na ulicach, niezależnie od sposobu, w jaki się poruszali – pieszo czy samochodem. Sama świadomość miała w sobie coś, co wręcz przyprawiło o zawroty głowy, ale nie na tyle, żeby rozproszyć ją w stopniu, który wytraciłby z równowagi. Taką przynajmniej miała nadzieję, kurczowo próbując udzielić się czegokolwiek, co pozwoliłoby jej łatwiej znosić ten stan. Nadmiar bodźców zaczynał być uciążliwy, przez co w pierwszym odruchu poczuła się zagubiona.
Skup się na mnie, Joce. Tak będzie ci dużo prościej, obiecał cicho Gabriel, więc posłusznie spróbowała podporządkować się jego słowom. To nie było trudne, tym bardziej, że jako telepata wręcz pulsował mocą, dzięki czemu nawet gdyby chciała, nie byłaby w stanie go zignorować. Dobrze. Po prostu się na to otwórz… Słuchaj i patrz, ale nie tak jak zazwyczaj. Tym razem to umysł jest twoimi wszystkimi zmysłami.
Och, tak jak najbardziej było, tym bardziej, że kilkukrotnie sama wykorzystywała moc, żeby poprawić już i tak przesadnie wrażliwe receptury. Teraz było inaczej, ale rozumiała jak to działa, przesadnie świadoma tego, co działo się wokół niej. Z wahaniem nawet zaczęła próbować ten stan kontrolować, usiłując ograniczyć się do tej jednej uliczki i jakichkolwiek oznak obecności Layli. Przecież to właśnie ją chciała odnaleźć, nie tylko pewna, że dziewczyna wcześniej tutaj była, ale także że wydarzyło się coś niedobrego. Skoro tak, tym bardziej musiała się pośpieszyć, zwłaszcza teraz, kiedy jednak mogła się wykazać.
Trop Layli stał się wyraźniejszy, dzięki czemu już nie musiała się wysilać, żeby ciotkę wyczuć. Wiedziała przynajmniej, że ta zdecydowanie była gdzieś w pobliżu, przynajmniej nie tak dawno temu, choć to w najmniejszym stopniu nie ułatwiało problemu. Teraz przynajmniej rozumiała, co takiego miał na myśli Gabriel, mówiąc o śladach, których nie widać. Telepatia była skomplikowana, ale pozwalała dostrzec o wiele więcej niż zmysły – i to wydawało się równie fantastyczne, co i przerażające. Wszystko sprowadzało się do energii, mniej lub bardziej intensywnej, przez co miała wrażenie, że wciąż przytrzymujący ją tata dosłownie pulsuje mocą, nawet nie próbując ukrywać swojej obecności. Obecność Rufusa aż tak bardzo nie wrzucała jej się w oczy, ale mogła wyczuć, że znajdował się gdzieś obok, co więcej naznaczony w dość charakterystyczny sposób, dzięki czemu nawet gdyby nie wiedziała o jego związku z Laylą, zorientowałaby się, że musiał mieć jakiekolwiek powiązanie z telepatami. Nie była pewna czy to po prostu więź, czy coś innego, to zresztą nie miało większego znaczenia, ale możliwości, które dawały jej zdolności, którymi dysponowała, mimo wszystko wydały się dziewczynie fascynujące.
Przestała o tym myśleć, całą sobą koncentrując się na tym, co najważniejsze. Layla… Miałaś szukać Layli, nakazała sobie stanowczo, jeszcze mocniej zaciskając powieki. Pomyślała, że być może powinna otworzyć oczy i rozejrzeć się dookoła, ale prawie natychmiast odrzuciła od siebie taką możliwość. Gabriel dość jasno dał jej do zrozumienia, że powinna zaufać telepatii, niepotrzebnie nie rozpraszając się bodźcami, które mogły wychwycić zmysły. Skoro tak, musiała skoncentrować się na mentalnych śladach, to z kolei znaczyło, że…
Jocelyne…
Zawahała się, na krótką chwilę zamierając, kiedy usłyszała swoje imię. Tym razem zdecydowanie nie miała do czynienia z tatą ani kimkolwiek bliskim, co skutecznie wytrąciło ją z równowagi. To nie był pierwszy raz, kiedy słyszała szept kogoś, kogo nawet nie potrafiła nazwać, ale wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej. Wręcz przeciwnie – do słyszenia głosów absolutnie nie dało się przyzwyczaić, niezależnie od tego, jak intensywnie próbowałaby tego dokonać. Co prawda to równie dobrze mogło być wytworem jej wyobraźni, ale czuła, że samym tylko myśleniem oszukuje samą siebie. Cokolwiek się działo było prawdziwe, choć taki stan rzeczy zdecydowanie nie był Jocelyne na rękę.
Nie, zdecydowanie nie teraz. Nie, skoro nade wszystko pragnęła się skoncentrować…
Nekromantko, proszę…
Tym razem nie miała już wątpliwości co do tego, że zwracał się do niej ktoś, kogo nie znała. Nikt z bliskich zdecydowanie nie nazywałby jej w ten sposób, nie tylko dlatego, że wciąż nie była w stanie oswoić się z darem, którym dysponowała. Miała wrażenie, że po raz kolejny wszystko wymykało jej się spod kontroli, a przecież zdecydowanie nie mogła sobie na to pozwolić. Gdyby przynajmniej rozumiała, co takiego się działo…
Jocelyne, ty musisz…, ciągnął dalej głos i coś w jego brzmieniu sprawiło, że zapragnęła mu odpowiedzieć albo przynajmniej posłuchać, jednak i po temu nie miała okazji. Zamarła w bezruchu, kiedy do dotychczas pojedynczego, ponaglającego szeptu dołączyły inne – coraz więcej i więcej, przez co w ułamku sekundy poczuła się tak, jakby znalazła się na samym środku gwarnego placu. Wyraźnie słyszała przybierające na sile, wręcz przekrzykujące się glosy, te zaś z wolna zaczęły dawać się dziewczynie we znaki, przez co nie była w stanie skoncentrować się na żadnym z nich.
Och, już kiedyś przez to przechodziła… Jeszcze w ośrodku, kiedy obecność kryształu sprawiła, że była w stanie ich usłyszeć, zupełnie jakby oddzielająca ją od świata umarłych zasłona po prostu zniknęła. Już i tak balansowała gdzieś na krawędzi, chcąc nie chcąc należąc do obu stron. Była pośredniczką, a przynajmniej do tego wydawał się sprowadzać jej dar, wymagając od niej rzeczy, których w innym wypadku by nie zrobiła. To wciąż ją przerażało, ale była w stanie oswoić się z tymi zdolnościami, przynajmniej przez większość czasu, tak długo, jak istniały pewne granice. Teraz te po prostu zniknęły, a ona nie pierwszy raz poczuła się wręcz przytłoczona nadmiarem bodźców – głosami, które ją wołały, żądając uwagi, przez co jak na ironię nie była w stanie skoncentrować się na żadnym z nich. Co więcej, z jakiegoś powodu zależało jej przede wszystkim na jednym, a konkretnie tym, który zawołał ją jako pierwszy. Być może chodziło o to, że znał jej imię, ale…
Przestańcie!, niemalże zażądała, coraz bardziej oszołomiona, ale z równym powodzeniem mogłaby krzyczeć w pustkę. Wciąż ich słyszała, z każdą kolejną sekundą głośniej, chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe. Jakby tego było mało, nie pierwszy raz była gotowa przysiąc, że ciśnienie za moment rozsadzi jej czaszkę. Dallas?! Rosa?! Każcie im odejść!, pomyślała w przypływie desperacji, bo już od dłuższego czasu miała wrażenie, że ta dwójka nad nią czuwa, trzymając inne dusze na dystans, dokładnie w ten sam sposób, co wcześniej Beatrycze.
Problem polegał na tym, że nikt nie przyszedł, a przynajmniej ona nie była w stanie wyczuć kogokolwiek, kto mógłby okazać się dla niej wybawieniem. Wciąż słyszała szepty, ale już nie rozumiała ich znaczenia, świadoma wyłącznie narastającego z każdą kolejną sekundą bólu głowy. Nie była nawet pewna, co takiego działo się wokół niej, a tym bardziej z nią, niepewna już nawet tego czy stoi, czy może w którymś momencie wylądowała na ziemi. Chciała zakryć uszy, w nadziei, że w ten sposób będzie miała choć cień szansy na zatrzymanie tego szaleństwa, ale to przecież nie miało sensu, tym bardziej, że głosy wyraźnie rozbrzmiewały w jej głowie. To było jak niekończąca się agonia, podczas gdy ona pozostawała całkowicie bezbronna i…
Musisz jej pomóc.
Nie miała pojęcia, jakim cudem zdołała wychwycić to jedno, jedyne zdanie. To znów był ten głos – ten sam, który usłyszała jako pierwszy i którego podświadomie przez cały ten czas szukała. Nie rozumiała, dlaczego w odpowiedzi na tych kilka słów serce zabiło jej szybciej, waląc tak mocno, że nie zdziwiłaby się, gdyby połamało jej żebra. Cokolwiek się działo, nie miało znaczenia, Jocelyne z kolei była gotowa zrobić wszystko, byleby zerwać połączenie, najlepiej tak szybko, jak tylko miało być to możliwe.
Z drugiej strony… te słowa… Chciała je zrozumieć, ale nie miała pojęcia, w jaki sposób miałaby tego dokonać, a tym bardziej co sądzić o wciąż pobrzmiewającym w jej umyśle głosie.
Pomóc… Komu mam pomóc, skoro…
Layla…?
A potem wszystko ostatecznie dobiegło końca i nie było już niczego.

– Księżniczko… Joce, na litość bogini!
Zatroskany głos wdarł się do jej świadomości, zmuszając ją do tego, żeby otworzyła oczy. Zatrzepotała powiekami, potrzebując dłuższej chwili, by skoncentrować wzrok na twarzy pochylonego nad nią Gabriela. Tacie wyraźnie ulżyło, kiedy na niego spojrzała, zaraz też przygarnął ją do siebie mocniej, tym samym uświadamiając dziewczynie, że w którymś momencie jednak wylądowała na ziemi. Nie była pewna, jak długo była nieprzytomna, ale sam fakt tego, że wciąż znajdowali się w tej wąskiej, opustoszałej uliczce, w zupełności wystarczył, żeby zorientowała się, że wszystko musiało być kwestią co najwyżej minut.
Skrzywiła się, po czym z wolna spróbowała podnieść, ale nie od raz jej na to pozwolił. Czuła, że tata dosłownie taksuje ją wzrokiem, przypatrując niemal równie intensywnie co i wtedy, gdy po powrocie z Londynu, kiedy martwił się, że mogłaby potrzebować energii.
– Nic… – Przełknęła z trudem, próbując oczyścić gardło i łatwiej doprowadzić się do porządku. – Nic mi nie jest – spróbowała raz jeszcze, po czym energicznie potrzasnęła głową. – Już mi lepiej, ale… Przepraszam.
– Za co? – Spojrzał na nią co najmniej tak, jakby widział ją po raz pierwszy. Mimowolnie zadrżała, kiedy pogładził ją po policzku. – Zaczęłaś krzyczeć i… Co się stało, amore? – zapytał wprost, ujmując jej twarz w obie dłonie.
Zajrzała mu w oczy, bo dzięki temu czuła się spokojniejsza. Czarne tęczówki były znajome, poza tym miały w sobie coś, co z miejsca pozwoliło się dziewczynie uspokoić, niosąc ze sobą przede wszystkim jakże upragnione ukojenie.
– Ja po prostu…
– Co takiego? – zachęcił, kiedy znowu się zawahała. – Chyba, że to moja wina. Nie wziąłem pod uwagę, że to mogłoby być dla ciebie za dużo, zresztą… – zaczął, ale tylko potrząsnęła głową.
– Nie było. Zrobiłam wszystko tak, jak mi kazałeś, a przynajmniej tak mi się wydaje. – Zamilkła, po czym wtuliła twarz w jego tors, żeby łatwiej się uspokoić. – Chyba nawet więcej niż chciałam – dodała cichym, zdławionym głosem. Z zaskoczeniem przekonała się, że jest bliska tego, żeby na domiar złego się popłakać, choć zdecydowanie nie zamierzała sobie na to pozwolić.
Spodziewała się kolejnego pytania, ale nic podobnego nie miało miejsca. W zamian poczuła, że ramiona Gabriela w bardziej stanowczy sposób zaciskają się wokół niej, po chwili zaś tata z lekkością poderwał ją z ziemi, biorąc na ręce. Chciała zaprotestować, ale ostatecznie się na to nie zdecydowała i po prostu zarzuciła mu ramiona na szyję, żeby móc mocniej się w niego wtulić. Wciąż była oszołomiona, w głowie zaś wciąż tłukł jej się tamten szept – tych kilka słów, które… mogły oznaczać dosłownie wszystko.
Co więcej, choć nie miała pewności skąd to wie, była gotowa przysiąc, że szukając Layli w tym miejscu tracili czas.
I to naprawdę ją przerażało.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa