12.03.2017

Sto dwadzieścia pięć

Elena
– Nie powinnaś wychodzić sama.
Błyskawicznie obejrzała się przez ramię, początkowo sama niepewna, jak powinna zareagować na słowa mamy. Esme wpatrywała się w nią w niemalże troskliwy sposób, sprawiając wrażenie zaniepokojonej. Co więcej, kiedy przyjrzała się wampirzycy uważniej, momentalnie zorientowała się, że to coś więcej, aniżeli zwykłe przewrażliwienie, którego mogłaby spodziewać się po tym, jak już raz pozwoliła się zabić. Nie miała pewności, czy wszystko wiązało się wyłącznie z ostatnimi wydarzeniami, zwłaszcza atakiem na balu i później, czy może w grę wchodziła przede wszystkim nieobecność Layli, ale to w gruncie rzeczy nie miało znaczenia.
– Jechałam do apartamentowca… I pewnie poproszę o to Aldero, bo jak zwykle nikt nie dopuszcza mnie do samochodu. – Elena uśmiechnęła się, jednocześnie podkreślając swoje słowa wymownym wywróceniem oczami. Czy naprawdę próba nauczenia jej czegokolwiek była aż taka trudna? – Rafel na mnie czeka, więc…
– Mogę ci potowarzyszyć? – zapytała natychmiast mama, podchodząc bliżej. – Możemy pojechać razem, kiedy Carlisle wróci z pracy. Ja… Już od jakiegoś czasu jestem ciekawa tego miejsca – przyznała, a Elena spojrzała na wampirzycę z powątpiewaniem.
Właściwie nie wiedziała niczego złego w tym, że rodzice mogliby rwać się do chronienia jej, zwłaszcza teraz, kiedy działo się tak wiele. Co więcej, Lawrence dość jasno dał wszystkim do zrozumienia, że zamierzał odstąpić to miejsce jej i Rafie tak szybko, jak tylko miało okazać się to możliwe. Chwilami do Eleny wciąż to nie docierało, ale jednocześnie cieszyła się jak dziecko na samą myśl o tym, że mogliby zamieszkać samodzielnie. Wiedziała, że zwłaszcza Rafaelowi takie rozwiązanie było na rękę, tym bardziej, że wyraźnie irytowała go konieczność przebywania w towarzystwie całej grupy nieśmiertelnych – i to na dodatek takich, którzy w większości przypadków wciąż traktowali go wrogo.
Wzruszyła ramionami, po czym wycofała się w głąb domu, nie chcąc dodatkowo Esme martwić. Myślami wciąż była daleko, sama niepewna, czego tak naprawdę chciała. Równie często wspominała to, co wydarzyło się ostatnio między nią a demonem, a co wciąż nie dawało jej spokoju. Wielokrotnie zastanawiała się nad tym, jak mogłoby wyglądać ich zbliżenie, z kolei teraz… Zdecydowanie nie spodziewała się, że do wszystkiego dojdzie akurat w takich warunkach, ale nie potrafiła zmusić się, żeby zacząć żałować czegokolwiek. W gruncie rzeczy to, jak rozwijała się relacja jej i Rafy, a już zwłaszcza to, że wszystko mogliby robić na opak, wydawało się dziewczynie najzupełniej naturalne. Cóż, w ich przypadku tak było od samego początku; ciągły chaos, którego żadne z nich nie było w stanie opanować. I to było dobre, a przy tym niemalże równie naturalne, jak i konieczność oddychania albo to, że mieliby sobie jednocześnie działać na nerwy i nade wszystko chcieć przebywać razem.
– Nie zapytałam cię o to wcześniej. Ja… – Głos Esme skutecznie wyrwał ją z zamyślenia, sprawiając, że chcąc nie chcąc na powrót skoncentrowała się na mamie. – Porozumiałaś się z Lawrence’m, prawda? Już jakiś czas temu – dodała, a Elena zapragnęła parsknąć pozbawionym wesołości śmiechem.
– Chwilami chce mnie zabić, ale jednocześnie daje mi mieszkanie, więc… Taa, to raczej jest rodzaj porozumienia – stwierdziła z bladym uśmiechem.
– To chyba dobrze… Tak mi się wydaje, chociaż to dość… trudna sytuacja – przyznała Esme po chwili zastanowienia. – O ile wiesz, co takiego mam na myśli.
Elena jedynie potrząsnęła głową.
– Lawrence jest trudny – zauważyła przytomnie. – Ale zgaduję, że chodzi przede wszystkim o Beatrycze… I to dopiero wydaje się problematyczne.
Kilka razy mimowolnie zastanawiała się, jak tata odnajdywał się w całej zaistniałej sytuacji. Pomijając obecność ojca, który wyraźnie go drażnił, co w przypadku tego wampira było czymś nowym, w grę wchodziła jeszcze matka, której do tej pory nie miał okazji poznać, a która niczego nie pamiętała. Jakby tego było mało, ona i Beatrycze wyglądały dokładnie tak samo, co chwilami wciąż do niej nie docierało. Och, poza tym sama również zdążyła umrzeć, a teraz prawie na pewno była rodzajem istoty, której nie potrafiła, a przynajmniej nie chciała nazwać. To zdecydowanie wystarczyło, żeby namieszać nie tylko w jej życiu, ale również wszystkich tych, którzy mieli z nią związek. Tak czy inaczej, w zupełności wystarczyło, żeby do pewnego stopnia lgnęła do bliskich, pragnąc jakkolwiek ułatwić im sytuację, jednocześnie – jak na ironię – wciąż mając wrażenie, że już tak naprawdę tutaj nie przynależała.
– Tak… Ale moim zdaniem powinni przynajmniej spróbować się porozumieć. Może jestem naiwna, ale… – Mama urwała, po czym z niedowierzaniem potrząsnęła głową. – Martwię się o ciebie, wiesz? – wyznała nagle, a Elena wymownie uniosła brwi.
– O mnie? Niby dlaczego?
Założyła ramiona na piersiach, po czym wysiliła się na blady, uspokajający uśmiech, to jednak przyszło jej z trudem. Chwilami miała dość ciągłego napięcia, sama niepewna, co tak naprawdę działo się wokół niej. Cóż, jeśli ktoś miał powody, żeby się przejmować, to zdecydowanie ona – i to nie o siebie, ale o tych, którzy pozostawali dla niej ważni. Jak miałaby czuć się inaczej w sytuacji, w której ktoś wyraźnie na nich polował, nie zamierzając wyjaśnić w czym rzecz?
Esme nie odpowiedziała, obserwując córkę w milczeniu i wydając się nad czymś intensywnie myśleć. Elena zawahała się, przez krótką chwilę mając ochotę o coś zapytać, ale ostatecznie się na to nie zdobyła. W zamian z wolna wyprostowała się, po czym podeszła bliżej, pod wpływem impulsu dosłowne materializując się przy mamie. Właściwie sama nie była pewna, co takiego ją tknęło, żeby wampirzycę przytulić, jak gdyby nigdy nic tuląc się do jej boku, zupełnie jakby była małą dziewczynką. Mimo wszystko poczuła się dzięki temu lepiej, nie wspominając o tym, że nade wszystko pragnęła choć trochę mamę uspokoić.
– Więc? – rzuciła zachęcającym, nieco zaczepnym tonem. – O co chodzi? Tak, prowadzam się z takim jednym demonem, ale…
– Wiesz, że nie mam na myśli Rafaela – przerwała natychmiast Esme. Zabrzmiało to szczerze, tym bardziej, że powtarzała to nie raz. – Oddał mi cię. Niczego więcej nie potrzebuję – stwierdziła, a Elena cicho westchnęła.
– W porządku, nie demon jest problemem… Więc co? – zapytała wprost, chociaż podejrzewała jaka będzie odpowiedź.
Wampirzyca dłuższą chwilę milczała, wyraźnie się nad czymś zastanawiając. Wciąż tuliła ją do siebie, raz po raz przeczesując długie włosy dziewczyny palcami. W normalnym wypadku Elena natychmiast by się odsunęła, zwłaszcza gdyby ktoś nie wiedział, jak powinien obchodzić się z jej lokami, ale tym razem wszystko było inne.
– Martwię się – powtórzyła z naciskiem Esme, starannie dobierając słowa. – Tym wszystkim… A teraz jeszcze Layla nie wróciła. – Zamilkła, po czym z niedowierzaniem pokręciła głową. – To jest po prostu…
Cokolwiek miała na myśli, ostatecznie zdecydowała się nie kończyć, to zresztą nie wydawało się potrzebne, żeby zrozumieć, w czym leżał największy problem. Elena wyprostowała się, odsuwając na tyle, żeby moc spojrzeć wampirzycy w oczy i upewnić się, czy w grę nie wchodziło coś jeszcze. Mogła tylko zgadywać, jakie emocje w największym stopniu nią kierowały, te zresztą wydawały się najmniej istotne. Ważniejsze pozostawało to, że zdecydowanie miała powody, by czuć się przygnębioną, a jakby tego było mało…
– Na razie wiemy tylko, że Layli nie ma tam, gdzie powinna być, tak? No i Rufus poszedł w cholerę, bo pewnie jak zwykle działa na własną rękę, więc…
– Elena.
Ledwo powstrzymała się przed wywróceniem oczami.
– Przepraszam – zreflektowała się pośpiesznie. – Ale on zwykle wie lepiej, co robi. Skoro jest taki mądry, pewnie sam ją znajdzie przed zachodem słońca i okaże się, że żaden problem tak naprawdę nie istnieje.
Podejrzewała, że w tym momencie wręcz przesadzała z nadmiernym optymizmem, ale nie była w stanie się powstrzymać. Może tak naprawdę to właśnie ona była naiwna, ale zdecydowanie nie wyobrażała sobie, że cokolwiek złego mogłoby spotkać kogoś takiego jak Layla. Inną kwestią pozostawało to, że wciąż nie docierały do niej problemy, które mieli. Polująca grupka wampirów w najmniejszym nawet stopniu nie zamierzała poinformować ich, dlaczego w ogóle planowali ich dorwać, a to zdecydowanie nie wróżyło dobrze. Jakby tego było mało, wszystko po raz kolejny kręciło się zarówno wokół nich, jak również Liz, a to nie powinno mieć miejsca. Biorąc pod uwagę ucieczkę Isobel oraz to, że teraz prawie na pewno podpadli Volturi…
Nie, tego było za dużo, przynajmniej z jej perspektywy. Nawet gdyby chciała, nie byłaby w stanie sytuacji zrozumieć, w efekcie nie próbując choćby szukać powiązań pomiędzy tym, co się działo, a co wciąż mogło się wydarzyć. Miała wrażenie, że wszyscy już i tak byli przewrażliwieni, niemalże we wszystkim doszukując się ewentualnego zagrożenia. Była wręcz skłonna założyć się, że gdyby to w Mieście Nocy Layla zniknęła na dłużej, nikt nie robiłby z tego powodu problemów. Takie przynajmniej miała wrażenie, niejednokrotnie gotowa przysiąc, że wampirzyca pozostawała jedną z tych, którzy chodzili własnymi drogami.
– Może. – Była gotowa przysiąc, że minęła dosłownie cała wieczność, zanim Esme zdecydowała się odezwać. – Ale to mi się nie podoba. Coś jest nie tak – stwierdziła, a Elena prychnęła.
– Nawet jeśli, to lepiej niech Rufus trzyma się z daleka od Liz – rzuciła, nie kryjąc frustracji. – Jeśli przesadzi, będę o tym wiedziała… I mam nadzieję, że wtedy Shannon zrobi użytek z tego swojego cudownego głosu – dodała mimochodem, tym razem ignorując ostrzegawcze spojrzenie matki.
– Och, o ile mi wiadomo, to Elizabeth potrafi się doskonale bronić – usłyszała w odpowiedzi. Wymownie uniosła brwi, kiedy do rozmowy tak po prostu wtrącił się Edward, tym bardziej, że wcześniej nie zwróciła na pojawienie się brata najmniejszej nawet uwagi.
– A co to właściwie…? – zaczęła, po czym podejrzliwie zmrużyła oczy. – Podsłuchujesz nas?
Jedynie się uśmiechnął, po czym z niedowierzaniem potrząsnął głową.
– Przestałem słyszeć twoje myśli, nie głos – przypomniał usłużnie. – Wiesz, jak to bywa z prywatnością.
Westchnęła, jak najbardziej zdając sobie sprawę z tego, o czym mówił. Zwłaszcza mieszkając pod jednym dachem, trudno było o rozmowy, które nie zwróciłyby uwagi innych domowników. Tak czy inaczej, przynajmniej ten jeden raz nie była w stanie o nic go obwinić, co zresztą wcale nie było takie złe. Miała wrażenie, że oboje odetchnęli, kiedy okazało się, że jej umysł stał się całkowicie odporny na jakże irytujący ją dar wampira. Kto wie, może teraz mieli w końcu się porozumieć, chociaż zdecydowanie nie zamierzała o tym Edwardowi mówić.
– Nieważne – stwierdziła na głos. – Co miałeś na myśli, kiedy wspominałeś o Liz? – zapytała wprost, a wampir jedynie się uśmiechnął.
– Nic takiego… Po prostu zapytaj ją kiedyś, jak wyglądało jej pierwsze spotkanie z Rufusem – zasugerował, rzucając Elenie znaczące spojrzenie. Miała ochotę na niego warknąć, co najmniej rozdrażniona tym, że mógłby akurat teraz próbować się z nią droczyć. – I to koniecznie Liz. Mam wrażenie, że gdybyś zadała to samo pytanie drugiej stronie, twój demon musiałby znowu szukać sposobu na wskrzeszenie cię.
– Edwardzie – westchnęła Esme, ale wydała się niemniej zdezorientowana, co i Elena.
– Tak czy inaczej – podjął, raptownie poważniejąc – mnie też nie podoba się to, co ostatnio się dzieje. Wysłałem za Nessie Emmett’a, kiedy jechała na uczelnię – przyznał po chwili wahania.
To było do przewidzenia, tym bardziej że od zawsze bywał przewrażliwiony, zwłaszcza kiedy chodziło o bezpieczeństwo córki czy żony. Biorąc pod uwagę fakt, że ostatnio wszyscy zachowywali się w przesadnie wręcz ostrożny sposób, chyba byłaby o wiele bardziej zaskoczona, gdyby okazało się, że Edward pozostał względem zaistniałej sytuacji bierny. Cóż, to mimo wszystko wydawało się lepszym i niezwykle łagodnym rozwiązaniem, skoro nie próbował powstrzymywać dziewczyny przed wyjściem z domu, ale Elena obawiała się, że to w każdej chwili mogło się zmienić.
Wypuściła powietrze ze świstem, powoli zaczynając mieć dość słuchania co najwyżej podsycających obawy rozmów. Raz jeszcze spojrzała na mamę, mimowolnie zastanawiając się nad tym, czy ta uspokoiłaby się choć trochę, gdyby powiedziała jej, że przynajmmniej ona jedna pozostawała bezpieczna. Cóż, w teorii, ale nie wyobrażała sobie, że Rafael miałby tak po prostu zostawić ją samą siebie, a tym bardziej pozwolić skrzywdzić. W zasadzie na miejscu ewentualnego oprawcy bałaby się zrobić cokolwiek, co mogłoby rozgniewać demona, który w przypływie szalu pewnie byłby w stanie wymordować cała metropolię, gdyby zaszła taka potrzeba.
Inną kwestią pozostawało to, że ona również się zmieniła. Już nie była bezbronna, nie wspominając o tym, że teraz daleko jej było od człowieka – i to choćby w części. Skrzydła, które miała i których używania dopiero zaczynała się uczyć, jednoznacznie o tym świadczyły, jeśli zaś wierzyć słowom Rafaela…
Wszystko wskazywało na to, że już nie była bezbronna. Co więcej, chwilami miała wrażenie, że gdyby zaszła taka potrzeba, zdziałałaby równie wiele, co i Rafa, choć zarazem nie potrafiła sobie tego wyobrazić. Z drugiej strony, kiedy myślała o stanie, w którym trwała, kiedy jeszcze była skłonna usługiwać Isobel, a ta tak po prostu kazała jej zabić, stopniowo utwierdzała się w przekonaniu, że mogłaby zdziałać dosłownie wszystko.
I, cholera, jakaś cząstka Eleny naprawdę była z takiej perspektywy zadowolona.

Sage’a nie było, ale zdążyła przywyknąć do myśli o tym, że ten pojawiał się i znikał według uznania. Również Lawrence’a i Beatrycze nie wyczuwała nigdzie w pobliżu, chociaż ich ślady były wystarczająco intensywne, by zorientowała się, że musieli wyjść całkiem niedawno. Może i lepiej, pomyślała mimochodem, bo chwilami naprawdę wątpiła, żeby spotkanie Carlisle’a z rodzicami sprawiało, że ten czuł się lepiej. W głowie wciąż miała to, co powiedziała jej mama, mimowolnie zaczynając martwić się przede wszystkim o to, czego powinna spodziewać się po tacie. Był spokojny, zresztą tak jak i zwykle, ale obawiała się, że każdy miał swoje granice, a w ostatnim czasie działo się wystarczająco wiele, by nawet święty zaczął mieć dość.
Stanowczo pchnęła drzwi do mieszkania, bynajmniej niezaskoczona tym, że te mogłyby być otwarte. Wiedziała, że choć na pierwszy rzut oka apartament wyglądał na opustoszały, to zaledwie pozory. Rafael obiecał, że będzie na nią czekał, zresztą już kiedy była w drodze zaczął niecierpliwić się na tyle, by dręczyć ją SMS-ami, więc dobrze wiedziała, kogo powinna się spodziewać.
– Podoba ci się tutaj – stwierdził niemalże pogodnym tonem Carlisle, wymownie rozglądając się dookoła. Nawet jeśli był spięty świadomością, czyje tak naprawdę było to miejsce, nie dał niczego po sobie poznać.
– Tak sądzisz? – Elena jedynie wywróciła oczami. Czy to naprawdę było aż takie oczywiste? W końcu nigdy nie ukrywała, że miała dość wysokie standardy. Cóż, jakby nie patrzeć, częściowo sami ją tego nauczyli. – Jest cudne. No i Rafa je lubi, a to już coś.
Poczuła na sobie przenikliwe spojrzenie wampira, ale zdecydowała się je zignorować, bez pośpiechu ruszając przed siebie. Chociaż tata nigdy nie powiedział jej tego wprost, była pewna, że – w przeciwieństwie do Esme – wciąż nie ufał demonowi. Podejrzewała, że wszystko tak czy inaczej sprowadzało się do wdzięczności, co jednak nie zamazywało wcześniejszych uprzedzeń. Jak najbardziej mogła to zrozumieć, ale wcale nie czuła się z tą świadomością lepiej, chwilami mając wręcz ochotę prosić ich o to, żeby w końcu się porozumieli. Podejrzewała, że to było niemożliwe do spełnienia marzenie, bo Rafael zdecydowanie nie był osobą, która kojarzyła jej się z dużą, szczęśliwą rodziną, ale z drugiej strony…
– Jest tutaj? – zapytała mama, tym samym skutecznie wyrywając dziewczynę z zamyślenia.
Jedynie się uśmiechnęła, ignorując fakt, że jej towarzysze mimo wszystko wydawali się spięci. Podejrzewała, że to jak najbardziej sprawka Rafaela, tym bardziej, że demony w dość jednoznaczny sposób wpływały na swoje otoczenie. Początkowo sama czuła się w pobliżu nieśmiertelnego co najmniej dziwnie, być może dlatego, że regularnie w rozmowach przypominał jej, jak niewiele brakowało, by mógł zrobić jej krzywdę. Jakkolwiek by jednak nie było, to uczucie zniknęło już dawno temu, a może po prostu to ona zdążyła się do niego przyzwyczaić, zresztą tak jak i do dotyku albo bliskości pozornie nieprzystępnej istoty.
– Och, na pewno – stwierdziła z przekonaniem. Odrzuciła jasne włosy na plecy, po czym bez pośpiechu ruszyła przed siebie. – Nawet wiem gdzie.
To był instynkt, zresztą Rafa nie próbował ukrywać przed nią swojej obecności. Nie sprawdzała, czy rodzice w ogóle zwracali na nią uwagę, a tym bardziej próbowali za nią podążać. W zamian bez pośpiechu i choćby cienia wahania skierowała się ku wyjściu na taras, ostatecznie wychodząc wprost na przyjemnie chłodne, wieczorne powietrze. Na białych kafelkach zebrała się pokaźna warstwa śniegu, zresztą Elena czuła, że powierzchnia była oblodzona, ale nie miała najmniejszego problemu z utrzymaniem równowagi. Natychmiast podeszła bliżej, stając przy barierce i zaciskając palce na lodowatej, metalowej powierzchni. Gdyby wciąż pozostawała istotą w połowie śmiertelną, temperatura z pewnością dawałaby jej się we znaki, ale teraz nie musiała obawiać się jakichkolwiek niedogodności.
W milczeniu spojrzała na pogrążone w półmroku miasto. Widok na panoramę wciąż ją zadziwiał, choć miała okazję oglądać go tak wiele razy, że już dawno zdążyła nauczyć się go na pamięć. Wodziła wzrokiem po różnorodnych kształtach budynków, częściowo już rozświetlonych przez neony, lampy i bijące z okien światła. Wyraźnie widziała przemykających ulicami pieszych oraz sunące ulicą samochody, w pełni przyzwyczajona do odgłosów miasta. To było znajome, zresztą tak jak i to miejsce – mieszkanie na samym szczycie apartamentowca, w którym czuła się jak najbardziej bezpiecznie. Choć podejrzewała, że to z jej strony dość naiwne założenie, naprawdę nie potrafiła sobie wyobrazić, że akurat tutaj, w samym środku Seattle, którekolwiek z nich mogłoby spotkać cokolwiek złego.
Usłyszała cichy, łagodny szelest, a chwilę później na jej biodrach wylądowały dwie ciepłe dłonie. Elena zesztywniała, ale nie odwróciła się, w zamian odchylając głowę, kiedy poczuła muśnięcie warg na szyi. Natychmiast zrobiło jej się gorąco, serce zaś jak na zawołanie zaczęło bić szybciej, ale również wtedy zmusiła się do zachowania spokoju.
– Wiedziałam, że tutaj będziesz – stwierdziła jakby od niechcenia, a Rafael parsknął śmiechem. Czuła jego oddech na szyi, co przyprawiało ją o dreszcze w równie skuteczny sposób, co i kolejne pocałunki. W zasadzie zaczynała dochodzić do wniosku, że robił to specjalnie, najpewniej wciąż czerpiąc przyjemność z tego, jak niewiele potrzebował, żeby móc ją rozproszyć. – No co?
– Absolutnie nic – zapewnił, a po jego tonie poznała, że wciąż się uśmiechał. – Cóż… W zasadzie powiedziałbym, że nie dokonałaś żadnego szczególnego odkrycia, lilan. To miejsce jest na swój sposób idealne i nigdy tego nie ukrywałem – przyznał, kolejny raz muskając wargami jej kark.
Zacisnęła usta, musząc wręcz zmuszać się do zachowania spokoju. Gdyby nie to, że nie byli sami, bez chwili wahania odwróciłaby się w jego stronę, by móc pocałować go jak należy – i nie tylko, o ile dopisałoby jej szczęście. Wciąż nie była pewna, co tak naprawdę zaszło między nimi w lesie, ciesząc się jak dziecko na samo wspomnienie. Co więcej, wcale nie poczuła się mniej spragniona jego bliskości i ciała, skoro w końcu oddali się w sobie w ten szczególny, ważny dla niej sposób, a skoro tak…
Demon przesunął się bliżej, by móc swobodnie szeptać jej do ucha.
– Czuję twoje pożądanie… Rozpraszasz mnie, wiesz? – zapytał, a w Elenie aż się zagotowało. Zdecydowanie robił jej to specjalnie!
– Przestań! – wycedziła przez zaciśnięte zęby. Zaraz po tym napięła mięśnie, po czym jednak odwróciła się, dosłownie wpadając mu w ramiona. – Rafael…
Z chwilą, w której przekonała się, że jego twarz znajduje się porażająco blisko jej własnej, zamarła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa