23.02.2017

Sto osiem

Jocelyne
Strych był zakurzony, ale mogła się tego spodziewać. Z zaciekawieniem rozglądała się po zaciemnionym pomieszczeniu, czekając na okazję, żeby się do czegoś przydać, chociaż szczerze wątpiła, że jej pomoc okazała się Esme niezbędna. Biorąc pod uwagę fakt, że była najbardziej niezdarną osobą w rodzinie, Joce wręcz zakładała, że dodatkowo skomplikuje wampirzycy zadanie, ale babcia wydawała się nie mieć niczego przeciwko jej towarzystwu. Wręcz przeciwnie – sama zasugerowała, żeby dziewczyna z nią poszła, Jocelyne zaś nawet nie próbowała się zastanawiać, nie mają nic przeciwko wspólnemu spędzaniu czasu. W zasadzie doświadczenie samo w sobie było czymś, co w przyjemny sposób kojarzyło się jej z przeszłością, kiedy często próbowała „pomagać” czy to w ogrodzie, czy gdziekolwiek indziej.
Wiedziała, że Esme często gromadziła różne rzeczy – najczęściej ubrania, które tak często zmieniały Alice i Rosalie – później swobodnie mogąc się ich pozbywać, chociażby poprzez przekazanie fundacjom charytatywnym. Kiedy jeszcze wszyscy przebywali w Mieście Nocy, podobne akcje nie wchodziły w grę, ale Seattle dawało o wiele swobodniejszy dostęp do miejsc, których mogliby potrzebować do współegzystowania z ludźmi. Jocelyne niekoniecznie ciągnęło z powrotem do szkoły czy gdziekolwiek, gdzie musiałaby przebywać pośród śmiertelników, zwłaszcza po doświadczeniach z ośrodka woląc trzymać się tylko i wyłącznie najbliższych. Zdawała sobie sprawę z tego, że to nie najszczęśliwszy pomysł, ale nie chciała się tym przejmować. Co więcej, pomaganie Esme w przeglądaniu rzeczy zdecydowanie nie wymagało myślenia poza tym – jak przynajmniej miała nadzieję – nie mogło być niebezpieczne… Teoretycznie, tym bardziej, że w najgorszym wypadku mogła co najwyżej wpaść do pudełka.
– W porządku? – Esme spojrzała na nią w niemalże troskliwy sposób, jednocześnie wzbudzając w dziewczynie wątpliwości. – Dawno nie miałam okazji się tobą nacieszyć – wyjaśniła, podchwyciwszy zdezorientowany wzrok Jocelyne.
– Przecież cały czas tutaj byłam – zauważyła, ale Esme tylko potrząsnęła głową.
– Tak – przyznała z wahaniem. – Zamknięta w swoim pokoju… Cieszy mnie, że już tego nie robisz – dodała, a Joce wysiliła się na blady uśmiech.
Och, gdyby to było takie proste, bez wahania obiecałaby, że teraz wszystko będzie w porządku. Poniekąd już czuła się pewniej, zwłaszcza odkąd wiedziała, co takiego było z nią nie tak – przynajmniej do pewnego stopnia, bo zarazem wciąż czuła się okropnie ze świadomością tego, co potrafiła. To zdecydowanie nie było normalne, więc i powrót do „normalności” wydawał się w tym wypadku mocno naciąganą, niemożliwą do zrealizowania perspektywą. Przynajmniej z jej perspektywy tak było, a Joce nie była w stanie choćby wyobrazić sobie, że kiedykolwiek widzenie duchów albo – co przerażało ją jeszcze bardziej – wskrzeszanie umarłych, miało przejść do porządku dziennego. To po prostu nie miało racji bytu, jednak nie zamierzała się nad tym rozwodzić.
Poczuła ulgę, kiedy Esme nie zdecydowała się pociągnąć tematu w taki sposób, by nawiązać do jej daru albo ostatnich wydarzeń. Nie miała na to ochoty, poniekąd właśnie dlatego chcąc spędzić czas z wampirzycą. Wtedy czuła się bezpieczna, poza tym nie musiała zastanawiać się nad tym, czy ktoś przypadkiem nie zacznie patrzeć na nią tak, jak na wariatkę. Pozostawała jeszcze kwestia Beatrycze, która przez większość czasu nie dawała Joce spokoju, zwłaszcza kiedy przypominała sobie reakcję Rafaela czy Isabeau – a więc słowa, które jednoznacznie dawały jej do zrozumienia, że to, co zrobiła, nie było najszczęśliwszym posunięciem, na jakie mogłaby się zdobyć. W zasadzie całą sobą czuła, że pokusiła się o coś, co nigdy nie powinno mieć miejsca. Popełniła błąd, ale z drugiej strony… co innego mogłaby zrobić, skoro wcześniej wszystko w niej krzyczało, że Beatrycze potrzebowała pomocy?
W ostatnim czasie mimo wszystko udawało jej się nie myśleć o tym, jakie konsekwencje mogłoby nieść za sobą to, co zrobiła. Czuła się lepiej, poniekąd dzięki energii, którą oddał jej tata, chociaż do tej pory miała do siebie o to pretensje. Jedynym pocieszeniem wydawało się to, że potrzeba chłonięcia jakiejkolwiek mocy już więcej się nie odezwała, co najpewniej znaczyło, że nie miała być uzależniona od zewnętrznych dawców. Myśl o tym przynosiła dziewczynie ulgę, tym bardziej, że doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jak wiele wysiłku kosztowało Gabriela i Alessię szukanie kogoś, z kogo mniej lub bardziej świadomej pomocy mieliby skorzystać. Dobrze wiedziała, że rodzice najbardziej martwili się właśnie o to, że wciąż mogłaby przejąć ten nieprzyjemny rodzaj głodu, wszystko jednak wskazywało na to, że nie musiała się niczego obawiać.
– Co tam?
Omal nie wyszła z siebie, kiedy tuż przy uchu usłyszała znajomy głos. Wzdrygnęła się, po czym z wrażenia aż zatoczyła, wpadając na stojącą w kącie szafkę. Miała ochotę zakląć, ale powstrzymała się, bo stojąca nieopodal Esme natychmiast znalazła się przy niej, spoglądając na prawnuczkę w co najmniej zaniepokojony sposób.
– Dallas!!! – wyrzuciła z siebie na wydechu Jocelyne, prostując się niczym struna. Była na siebie zła, to jednak wydawało się niczym w porównaniu z pragnieniem, żeby zrobić komuś krzywdę.
Bezwiednie zacisnęła dłonie w pieści, żałując, że w ten sposób i tak miała być w stanie skrzywdzić kogoś, kto nawet nie posiadał materialnego ciała. Nie rozumiała, dlaczego ten chłopak musiał za każdym razem robić jej dokładnie ten sam numer, to zresztą i tak na dłuższą metę nie miało znaczenia. W zasadzie kiedy o tym myślała, zaczynała dochodzić do wniosku, że za którymś razem czekało ją ni mniej, ni więcej, ale natychmiastowe zejście na zawał, nawet jeśli w przypadku nieśmiertelnej to wydawało się niemożliwe. W końcu czemu nie, skoro od zawsze dużo bliżej było jej do człowieka, a pozornie nieimające się istotom takim jak ona choroby łapała właściwie ot tak.
Myślała, że wyjdzie z siebie, kiedy odpowiedział jej nieco nerwowy śmiech. Zdołała dostrzec chłopaka dosłownie na wyciągnięcie ręki, uśmiechającego się w przepraszający sposób i – była gotowa to przysiąc – rozważającego ewentualną ucieczkę. Ostatecznie musiał dość do wniosku, że ktoś w pełni żywy nie będzie w stanie go skrzywdzić, bo nie ruszył się z miejsca, to jednak wystarczyło, żeby przywieść Jocelyne na skraj wytrzymałości nerwowej.
– Przepraszam – usłyszała i to wystarczyło, by jeszcze bardziej ją rozdrażnić. Prychnęła, wręcz niedowierzając temu, co działo się wokół niej. – Ehm… Joce – dodał Dallas, znacząco kiwając głową na Esme.
– Ja naprawdę cię kiedyś… – Urwała, po czym ze świstem wypuściła powietrze, uświadamiając sobie, że grożenie śmiercią duchowi nie jest najlepszym pomysłem. Zaraz po tym przeniosła wzrok na wyraźnie zaniepokojoną, zdezorientowaną wampirzycę, decydując się skupić na tym, co najważniejsze. – Ach, babciu… Tutaj ktoś jest – wyjaśniła usłużnie. Cóż, to było tyle, jeśli chodziło o jakąkolwiek normalność i unikanie tematu daru. – Ktoś… Mam na myśli… – zaczęła raz jeszcze, jednak jakiekolwiek tłumaczenie okazało się zbędne.
– Ja… chyba rozumiem – stwierdziła z wahaniem Esme. Niespokojnie wpatrywała się w miejsce, które Jocelyne dosłownie taksowała wzrokiem. – Tak sądzę, ale… Dzień dobry? – zaryzykowała, a dziewczyna tylko westchnęła.
– To ktoś, kto podąża za mną od dłuższego czasu – wyjaśniła, ostrożnie dobierając słowa. – Nie jest związany z tym domem ani nic z tych rzeczy… Po prostu przyjaźni się ze mną – dodała po chwili zastanowienia.
Podejrzewała, że to brzmiało źle. Sama wzmianka o tym, że mogłaby rozmawiać ze zmarłymi, a tym bardziej przyjaźnić się z nimi, brzmiała w ten sposób. Jakby tego było mało, w swoim tonie z niejakim oszołomieniu doszukała się niemalże całkowitego rozluźnienia – rodzaju obojętności, który jeszcze jakiś czas temu zdecydowanie nie miałby miejsca. To skutecznie wytrąciło dziewczynę z równowagi, może bardziej niż Dallas, nim jednak zdążyła zastanowić się nad znaczeniem własnego zachowania, chłopak ponownie postanowił się odezwać:
– Kiedy w końcu zaczniesz nazywać rzeczy po imieniu, co? – Wywrócił oczami. Wciąż szokował ją samym tylko spojrzeniem tych lśniących, intensywnie zielonych tęczówek. – Przyjaźnimy? – mruknął z powątpiewaniem, ale zmusiła się do tego, żeby go zignorować.
Cholera, musiała w końcu przynajmniej spróbować z nim o tym porozmawiać. Wiedziała, że tak jest, a jednak mimo usilnych starań nie była w stanie wprost zakomunikować, że troszeczkę się zapędzał – i że jego śmierć jednak to i owo zmieniała.
– Dallas jest… Ehm, wita się – powiedziała w zamian, próbując wysilić się na blady uśmiech.
Ani po wyrazie twarzy chłopaka, ani tym bardziej Esme nie była w stanie stwierdzić, czy była przekonywująca. Czuła, że w rzeczywistości prezentuje obraz nędzy i rozpaczy, aż całą sobą krzycząc, że nic nie było w porządku. Co więcej, nie pierwszy raz mimowolnie spięła się w towarzystwie Dallasa, czując nieprzyjemny uścisk w gardle na samo wspomnienie tego, że mogłaby mieć przed sobą kogoś, kto nie tak dawno temu trzymał ją w ramionach, a teraz…
Och, to nigdy więcej nie miało się wydarzyć. Odszedł, niejako na własne życzenie, chociaż zdecydowanie bardziej trafnym stwierdzeniem wydawała się głupota. Mogli rozmawiać i udawać, że nic się nie zmieniło, ale prawda była zgoła inna. Co więcej, oboje powinni zdawać sobie z tego sprawę, a jednak przez większość czasu była w stanie przysiąc, że Dallas naprawdę uważał, że jej dar rozwiązywał wszystkie problemy. Jakby tego było mało, czasami również miała takiego wrażenie, po dłuższym czasie przebywania z chłopakiem naprawdę będąc na dobrej drodze, żeby uwierzyć, że nie ma powodów do niepokoju. To było niczym błędne koło, w którym niejako chciała tkwić, raz po raz zgadzając się wierzyć w coś, o czym jednocześnie wiedziała, że nie miało sensu.
– Dallas… – Coś w głosie Esme dało Joce do zrozumienia, że być może rozumiała więcej, niż mogłaby przyznać. Jocelyne nie miała pojęcia, jak wiele reszcie przekazali rodzice czy chociażby Aldero i Cammy, to zresztą nie miało dla niej znaczenia. – Nieważne. Nic ci się nie stało? – upewniła się, wymownie spoglądając na wciąż nieco spiętą dziewczynę.
Joce westchnęła, po czym przeniosła wzrok na szafkę, na która wpadła. Pomijając cały stos bliżej nieokreślonych papierów, które zrzuciła, a także całą chmurę drażniącego gardło kurzu, mogła co najwyżej spodziewać się kilku dodatkowych siniaków. Cóż, w jej przypadku to jak najbardziej prezentowało się co najmniej szczęśliwie, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że potrafiła wywrócić się nawet na prostej drodze.
– Jestem cała – stwierdziła, po czym – starając się ignorować się przy tym Dallasa – ostrożnie przykucnęła przy papierach. – Posprzątam tutaj.
– Wiesz, że nie musisz. Sama się tym zajmę, ale… – zaczęła Esme, ale Jocelyne tylko potrząsnęła głową.
– Poradzę sobie.
Coś w jej tonie musiało ostatecznie wampirzycę przekonać, bo ta skinęła głową, dając za wygraną. Równie dobrze mogło mieć to związek z wciąż obecnym, chociaż dla kobiety niewidocznym Dallasem, ale to na dłuższą metę nie miało znaczenia. Wiedziała jedynie, że Esme ewakuowała się pod byle pretekstem, jak gdyby nigdy nic się wycofując, co pewnie miało być okazją, żeby zapewnić jej i duchowi chociaż trochę przestrzeni. Mimo wszystko była za to posunięcie babci wdzięczna, chociaż jeśli miała być ze sobą szczera… Cóż, zdecydowanie nie miałaby nic przeciwko temu, żeby wampirzyca została. Cokolwiek wydawało się lepsze, od konieczności przebywania z Dallasem w takiej atmosferze.
Samej sobie nie potrafiła wytłumaczyć napięcia, które odczuwała. Próbowała koncentrować się na metodycznym składani stosu z papierów na zakurzonej podłodze, ale to nie było takie proste, skoro wciąż czuła na sobie przenikliwe spojrzenie tkwiącego przy niej chłopaka. Była wręcz gotowa przysiąc, że ten dosłownie taksował ją wzrokiem, znajdując się gdzieś na wyciągnięcie ręki – tak blisko, że była wręcz w stanie wyczuć bijący od niego chłód. To nie musiało o niczym świadczyć, równie dobrze mogąc być wyłącznie wytworem jej wyobraźni, ale z drugiej strony…
– Jesteś na mnie zła, Joce? – usłyszała i to wystarczyło, żeby przyśpieszyć bicie serca. Zacisnęła usta, coraz bardziej poirytowana i zdezorientowana zarazem. Niby co miała mu na to odpowiedzieć.
– A jak sądzisz?
Dallas jęknął, nie kryjąc frustracji.
– Przecież przeprosiłem. Następnym razem… Serio postaram się bardziej nad sobą panować – rzucił niemalże pojednawczym tonem. – Ciągle zapominam, że poruszam się bezszelestnie i…
– W porządku.
Zamilkł, bynajmniej nieuspokojony słowami, które padły z jej ust. Sama nie była zachwycona tonem, którym się posługiwała, tak pełnym napięcia i niechcianych wątpliwości. Próbowała nad sobą zapanować, raz po raz powtarzając sobie, że nie ma powodów do niepokoju, ale to było niczym wierutne kłamstwo, nad którym nie potrafiła zapanować. Mogła udawać, ale okłamywanie samej siebie na dłuższa metę nie miało racji bytu, poza tym…
Och, przecież to oczywiste, że nie o ciągłe straszenie była na niego zła. Zdążyła już przywyknąć zarówno do jego poczucia humoru, tak jak i tego, że uwielbiał robić rzeczy, które jej samej niekoniecznie miały przypaść do gustu. Co więcej, jakby tego było mało, chwilami naprawdę za tym tęskniła, samą siebie dobijając myśleniem o kimś, o kim zdecydowanie rozsądniej byłoby zapomnieć.
– Joce, co jest? – Dallas nie dawał za wygraną, co zresztą wcale jej nie zdziwiło. – Bo o coś chodzi, prawda? Mam na myśli…
– Po prostu mnie wystraszyłeś – skłamała, po czym westchnęła cicho. – Zresztą nieważne. Nie spodziewałam się ciebie i to wszystko… – Zamilkła, w następnej sekundzie na powrót przenosząc wzrok na papiery. – Nie rób mi tego więcej, a naprawdę będzie w porządku.
Cóż, to wcale nie miało być aż takie proste, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. W milczeniu wygładziła kartki, strząsając z nich kurz, po czym bez słowa położyła je na wcześniejsze miejsce. Zamierzała się podnieść, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie, ostatecznie koncentrując wzrok a uchylonej szafce, która znajdowała się na wysokości jej wzroku. Poniekąd dla zajęcia myśli i rąk, ale przede wszystkim z ciekawości zajrzała do środka, ostatecznie przekonując się, że ma do czynienia z licznymi, starannie ułożonymi obok siebie książkami – na dodatek sprawiających wrażenie wystarczająco starych, by mogły nadawać się na coś, co miałaby szansę znaleźć w gabinecie dziadka albo laboratorium Rufusa.
Kątem oka zauważyła, że Dallas przesunął się, wyraźnie zniecierpliwiony. Nie odezwała się nawet słowem, bez pośpiechu sięgając po pierwszą z brzegu pozycję, by móc przerzucić kilka pożółkłych stron. Nie skupiała się na tekście, ale kilka ilustracji – być może wykonanych ręcznie, a przynajmniej takie sprawiały wrażenie – z miejsca skojarzyło jej się z podręcznikami do medycyny, najpewniej od dawna przestarzałymi. Wywróciła oczami, bynajmniej niezaskoczona takim odkryciem, tym bardziej, że miała w rodzinie lekarza – i to teoretycznie niejednego, skoro nie tylko Carlisle zdecydował się na studia. Z tego, co się orientowała, znamienita większość rodziny mamy miała za sobą po kilka kierunków, w większości przypadków robionych „z nudów”.
Odłożyła książkę na miejsce, po czym bez pośpiechu powiodła wzrokiem po grzbietach pozostałych pozycji. Wszystkie wyglądały podobnie do siebie, więc najpewniej nie miały jej zainteresować, ale z drugiej strony…
A potem wzrok dziewczyny spoczął na niepozornie wyglądającej, starannie oprawionej w skórę książeczce. Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co robi, sięgnęła po nią, starannie układając sobie na kolanach. Wyglądała inaczej niż pozostałe, kiedy zaś Joce zajrzała do środka, przekonała się, że ma do czynienia z zapisanym drobniutkim pismem notesem – na dodatek takim, którego nie była w stanie odczytać, bo język, którym się w nim posługiwano, w niczym nie przypominał angielskiego, francuskiego czy włoskiego, które znała. Zawahała się, dziwnie podekscytowana myślą o tym, co ściskała w rękach, po czym przerzuciła kilka stron, by przekonać się, że większość wyniszczonego papieru jest całkowicie pusta. Wrażenie było takie, jakby ktoś po kilku pierwszych wpisach zrezygnował z prowadzenia czegoś, co na pierwszy rzut oka skojarzyło się z Jocelyne z dziennikiem albo pamiętnikiem.
Usłyszała ciche kroki, więc poderwała głowę, by móc spojrzeć na Esme. Kobieta bez pośpiechu podeszła bliżej, rozglądając się nieco niespokojnie, najpewniej czując się nieswojo z tym, że nie była w stanie zauważyć Dallasa i nie miała pewności, czy ten wciąż znajdował się w pobliżu. W pierwszym odruchu Jocelyne miała ochotę ją uświadomić, spokojnie mówiąc, że chłopak wciąż stał obok, ale nie zrobiła tego, w zamian nieznacznie unosząc częściowo zapisany notes.
– Mogę to wziąć? – zapytała cicho, podnosząc się z kolan. Uśmiechnęła się blado, widząc nieco zaskoczone spojrzenie Esme. – Przeglądałam te rzeczy i zauważyłam ten notes… Nie jest do końca zapisany, więc… – Urwała, po czym wzruszyła ramionami.
– To stare rzeczy Carlisle’a… Tak mi się wydaje – wyjaśniła, po czym obrzuciła wymownym spojrzeniem trzymaną przez dziewczynę książeczkę. – Na pewno nie miałby nic przeciwko, kochanie. Nie rozumiem tylko…
– Och, po prostu mi się podoba – wyjaśniła, wzruszając ramionami. – Kiedy byłam w ośrodku, zaczęłam pisać pamiętnik i chyba trochę mi tego brakuje… Teraz nie mam tamtego zeszytu, zresztą nie był aż taki ładny – dodała, co zresztą wcale nie było aż tak wielkim kłamstwem, jak mogłaby się tego spodziewać.
Nie była pewna, dlaczego aż tak bardzo zależało jej akurat na tym notesie, ale to nie było ważne. Esme nie zamierzała robić problemów, za co Jocelyne była tym bardziej wdzięczna. Uspokojona, jak gdyby nigdy nic podeszła bliżej, by móc bez słowa uściskać stojącą przed nią kobietę. Poczuła się pewniej, kiedy ta odwzajemniła uścisk, nie zadając przy tym jakichkolwiek zbędnych pytań. Tak było zdecydowanie lepiej, zwłaszcza, że na większość z nich Joce samej sobie nie potrafiła odpowiedzieć. To zdecydowanie nie było normalne, ale z drugiej strony… jaki procent rzeczy, które zdarzało jej się w ostatnim czasie robić, pozostawał choćby zbliżony do tego, co wszyscy wokół uznawali za właściwe?
Wykorzystała pierwszą możliwą okazję, żeby wrócić do swojego tymczasowego pokoju, tym bardziej, że Dallas wciąż nie ustępował, kręcąc się za nią krok w krok. Niemalże z ulgą zamknęła za sobą drzwi, wcześniej wpuszczając chłopaka do środka, bo czuła się co najmniej nieswojo za każdym razem, kiedy ot tak przenikał przez napotkane na drodze przedmioty. Oczywiście z jego perspektywy było to czym nader zabawnym, co zresztą mogła przewidzieć, ale Joce zdecydowanie nie było do śmiechu. Nie, zdecydowanie nie bawiło jej nic, co w jakimkolwiek stopniu przypominało, że ktoś, kto był dla niej ważny, teraz pozostawał martwy. Dar wszystko komplikował, nie pozwalając tak po prostu odciąć się od przeszłości – nie, skoro tak długo, jak go widziała, nie była w stanie jednoznacznie pogodzić się z końcem, a tym bardziej kazać Dallasowi odejść.
– Zamierzasz znowu pisać pamiętnik? – zapytał z powątpiewaniem chłopak, ledwo tylko ułożyła się na łóżku, rzucając na materac zapisaną tymi dziwnymi słowami książeczkę.
– Może – stwierdziła lakonicznie, jakby od niechcenia wzruszając ramionami. – Teraz jestem w domu, więc nie muszę martwić się, że coś pójdzie nie tak. No, chyba, że ktoś postanowi to przeczytać – dodała po chwili zastanowienia. – Moi kuzyni potrafią zachowywać się bardzo dziecinnie.
Dallas rzucił bliżej nieokreślone spojrzenie, ale przynajmniej nie drążył tematu. Nie zaprotestowała, kiedy nagle znalazł się przy niej, ostrożnie siadając na krawędzi łóżka… A przynajmniej bardzo dobrze imitując to, że mógłby być w stanie tego dokonać. To sprawiało, że czuła się lepiej, chociaż zarazem jeszcze bardziej mieszało Jocelyne w głowie. Chwilami naprawdę nie była pewna, czego tak naprawdę chciała, zwłaszcza kiedy w grę wchodził Dallas i jego nie do końca ludzkie zachowania. To dawało jej nadzieję, którą już dawno temu powinna utracić, a przecież tak być nie powinno – przynajmniej nie ten jeden raz i nie w jego przypadku. Zwłaszcza po tym, jak przywróciła Beatrycze, nie rozumiała bardzo wielu rzeczy, a to…
Och, nie chciała o tym myśleć.
Z dwojga złego o wiele łatwiej było trwać w iluzji normalności, chociaż i tak prędzej czy później miała się załamać.
Jocelyne obawiała się, że zdecydowanie nie będzie na to gotowa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa