24.02.2017

Sto dziewięć

Beatrycze
Claire okazała się drobną, ciemnowłosą i – przede wszystkim – miłą dziewczyną. Przynajmniej takie wrażenie odniosła Beatrycze, kiedy już na wstępie pół-wampirzyca powitała ją nieco niepewnym, ale bez wątpienia szczerym uśmiechem.
– To nie Elena – rzucił na wstępie Cammy, a dziewczyna tylko z niedowierzaniem potrząsnęła głową.
– Czuję – zapewniła kuzyna Claire. – Hm… Cześć – dodała, spoglądając z zaciekawieniem na stojącą przed nią kobietę.
Beatrycze wysiliła się na uśmiech, nagle niepewna, czy postąpiła słusznie, tak po prostu decydując się wprosić. Chciała porozmawiać z Cameronem, ale z drugiej strony, teraz sama mogła przekonać się, że chłopak nie kłamał, twierdząc, że ma coś do załatwienia.
– Beatrycze chciałaby nam potowarzyszyć, jeśli nie masz nic przeciwko – wyjaśnił pośpiesznie chłopak, bez pośpiechu obchodząc jeden z zaparkowanych w garażu samochodów. Z zaciekawieniem rozejrzała się dookoła, mimowolnie zauważając, że przylegająca do domu przybudówka z powodzeniem mogłaby zostać przerobiona na dość okazałe, przytulne mieszkanie, nie wspominając już o tym, że zaparkowanych w pobliżu aut było dość sporo. – Swoją drogą, na pewno chcesz jechać? – dodał, rzucając Claire trochę niepewne spojrzenie. – To nie tobie stanie się krzywda, jeśli coś pójdzie nie tak.
– Mama wie, że jadę zobaczyć się z Setem– stwierdziła ze spokojem dziewczyna.
Cammy wywrócił oczami.
– A Rufus?
– Powiem mu, kiedy wrócimy – zapewniła, ale sądząc po wyrazie twarzy wampira, taki pomysł niekoniecznie go uspokajał.
– Super – mruknął z przekąsem.
Beatrycze zawahała się, zwłaszcza słysząc imię, które mimo wszystko było jej znajome. Może aż za bardzo, bo nie mogłaby ot tak zapomnieć o tym, co wydarzyło się w Mieście Nocy, kiedy nieświadomie sprowokowała jednego z wilkołaków. Och, nie wspominając o tym, co miało miejsce później.
– Rufus? – powtórzyła z powątpiewaniem, nie mogąc się powstrzymać.
Zarówno Cameron, jak i Clare, jak na zawołanie przenieśli na nią wzrok. Ten pierwszy uśmiechnął się w nieco wymuszony sposób, być może rozbawiony, chociaż nie miała całkowitej pewności. Stopniowo zaczynała dochodzić do wniosku, że w przypadku wampirów wszystko było równie prawdopodobne.
– Dlaczego mam wrażenie, że już go poznałaś? – zapytał Cameron, a ona wydała z siebie przeciągłe westchnienie.
– Nakrzyczał na mnie – przyznała zgodnie z prawdą, mimowolnie się krzywiąc. – Myślał, że jestem Eleną, ale i tak…
– Aha. To by do taty pasowało – stwierdziła z wahaniem Claire. Beatrycze uniosła brwi, bo dziewczyna była jedną z ostatnich osób, którą uznałaby za jakkolwiek związaną z tym wampirem. – Nie przejmuj się nim. Zazwyczaj łatwo się denerwuje – dodała niemalże pogodnym tonem.
Cammy jedynie wywrócił oczami w odpowiedzi na słowa kuzynku.
– Mówisz tak, bo ciebie jako jedynej by nie tknął, niezależnie co byś zrobiła – mruknął, a Claire zaśmiała się nieco nerwowo.
– Poradzisz sobie, zresztą tak jak zwykle. W końcu potrafisz znikać, prawda?
Beatrycze spojrzała na nich z powątpiewaniem, sama niepewna, jak powinna rozumieć rozmowę, której chcąc nie chcąc była świadkiem. Wciąż nie do końca rozumiała zarówno relacje, które łączyły poszczególnych członków rodziny, o darach, którymi ci dysponowali nie wspominając. Zdecydowanie nie byłaby zaskoczona, gdyby również Cameron okazał się uzdolniony, tym bardziej, że już wiedziała o nim, że był telepatą, ale z drugiej strony…
– Może po prostu jedźmy – zaproponował chłopak, szczególnie wyrywając ją z zamyślenia. – A my sobie porozmawiamy, skoro chciałaś. O ile nie przeszkadza ci obecność Claire.
Skinęła głową, zdecydowanie nie mając nic przeciwko dziewczyny. Nie znała jej, ale nie miała poczucia, żeby ta spoglądała na nią tak, jak Cullenowie, przynajmniej na razie. Mimo wszystko serce zabiło jej szybciej na samą wzmiankę o rozmowie, będąc niczym obietnica tego, czego tak bardzo potrzebowała. Chciała zrozumienia, a jeśli oni zamierzali jej je dać…
Nie odezwała się ani słowem, w zamian korzystając z zachęty Camerona, żeby zająć miejsce u boku kierowcy. Claire wślizgnęła się na tyle siedzenie, na pierwszy rzut oka pogrążona we własnych myślach i przygnębiona. Zwłaszcza odkrycie tego drugiego sprawiło, że Beatrycze zapragnęła jakkolwiek ją pocieszyć, chociaż nie miała pojęcia w jaki sposób. Nie miała pojęcia, skąd brało się dziwne wrażenie, że ta dziewczyna mimo wszystko powinna być jej znajoma, zresztą nie chciała się nad tym zastanawiać. Wiedziała jedynie, że coś w Claire wzbudzało w niej odruch opiekuńczy, sprawiając, że tym bardziej chciała przynajmniej spróbować z pół-wampirzycą porozmawiać i zapytać, czy wszystko było w porządku.
– Dobra. – Cammy nie śpieszył się z przerwaniem panującej ciszy. Uwagę skupiał przede wszystkim na pasie drogi przed sobą, zwłaszcza kiedy wyjechali na główną drogę. – Więc o co chodzi? To znaczy… Wiesz, wspominałaś, że chcesz porozmawiać – przypomniał, a Beatrycze westchnęła.
– To zależy, czy tym razem też będziesz ze mną szczery. Mam kilka pytań, a ostatnim razem… – Zacisnęła usta, po czym z niedowierzaniem potrząsnęła głowa. – L. nic mi nie mówi, zresztą tak jak i reszta. Nikt nic mi nie mówi, dlatego pomyślałam, że… No, wiesz – mruknęła, po czym urwała, spoglądając na niego w znaczący, niemalże błagalny sposób.
Bez trudu doszukała się wahania w oczach chłopaka, zresztą tak jak i zrozumienia, które pojawiło się zaraz po tym. Otworzył i zaraz zamknął usta, ostatecznie wysilając się na blady, nieco gorzki uśmiech.
– Mam wrażenie, że obie zamierzacie doprowadzić do tego, żeby ktoś kiedyś mnie zabił – stwierdził po chwili zastanowienia.
– Ja wcale nie…
Cameron tylko potrząsnął głową.
– Nie wnikam w to, co robią dziadek i reszta… Chociaż to dla mnie głupie – przyznał, po czym wzruszył ramionami. – Mówiłem ci, że mama uczyła mnie czegoś innego. Unikanie rozmawiania o niebezpieczeństwie to żadne rozwiązanie.
– Szkoda, że nikt nie powiedział tego mojemu ojcu jakiś wiek temu – wtrąciła Claire, a Cammy tylko parsknął śmiechem.
– Mama próbowała – zapewnił pośpiesznie. – I na próbach się skończyło, ale to chyba sama zaobserwowałaś.
Dziewczyna westchnęła, po czym skinęła głową. Mimo wszystko nie wyglądała na rozżaloną, ale przede wszystkim przygnębioną, myślami wciąż wydając się być gdzieś daleko. Beatrycze zawahała się, niepewna, co takiego powinna rozumieć po wypowiedzianych przez tę dwójkę słowach, o dalszym drążeniu tematu nie wspominając.
– Jeśli chodzi o ukrywanie pewnych rzeczy… – zaczęła, nie odrywając wzroku od Camerona.
Wampir nie patrzył na nią, wciąż skupiony na drodze, to jednak nie powstrzymało go przed tym, żeby się uśmiechnąć.
– Pytaj do woli. Nikt oficjalnie nie powiedział mi, że mam siedzieć cicho – stwierdził, a ona poczuła, że kamień spada jej z serca. Właśnie tego od samego początku oczekiwała.
– Dziękuję!
Być może za to było za wcześniej, tym bardziej, że wciąż nie doczekała się choćby jednej odpowiedzi, którą mogłaby uznać za satysfakcjonującą, ale to nie miało dla Beatrycze znaczenia. Wręcz przeciwnie – z chwilą, w której uświadomiła sobie, że Cammy jak najbardziej zamierzał być z nią szczery, odkryła, że w głowie ma całkowitą pustkę i tak naprawdę nie wie od czego powinna zacząć. Wszystko wydawało się równie dobrym, ważnym pytaniem, a jakby tego było mało…
Och, uspokój się!, warknęła na siebie w duchu. Najlepiej będzie zacząć od początku… Od tego, o czym mówiła ci Alice.
– Ja… Co tak naprawdę się dzieje? – wypaliła i zawahała się, uświadamiając sobie, że pytanie brzmiało co najmniej zbyt ogólnikowo. – Mam na myśli… Coś jest nie tak, prawda? Alice wspominała o jakieś młodej wampirzycy…
O dziwo, wraz z tymi słowami jak na zawołanie zapanowała nieprzenikniona wręcz cisza. To było coś więcej, aniżeli milczenie, którego mogłaby się spodziewać, gdyby ktokolwiek zastanawiał się nad odpowiedzią. Miała wręcz wrażenie, że w ułamku sekundy atmosfera zgęstniała, a ona nieświadomie poruszyła temat, który zdecydowanie bezpieczniej byłoby omijać z daleka.
Spuściła wzrok, nagle zażenowana. Nie miała wiedzieć, jeśli przypadkiem zrobiła coś nie tak, ale z drugiej strony…
– Chodzi o moją przyjaciółkę. – Miała wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim Claire zdecydowała się odpowiedzieć. Jej głos zabrzmiał dziwnie, w nienaturalny sposób zdławiony i jakby pozbawiony energii. – Ja… W ostatnim czasie ktoś na nas poluje, a przynajmniej tak mi się wydaje. Issie została ugryziona i od kilku dni… – Dziewczyna urwała, po czym wbiła wzrok w okno. – Nie widziałam się z nią, oczywiście. Wiem, że jest w domu Renesmee i Gabriela… Zresztą daleko Nessie i reszta są u Cullenów. Ja zresztą też, bo do tej pory mieszkałam z nimi – wyjaśniła lakonicznym tonem. – Jasper i Gabriel zapewniają mnie, że wszystko jest w porządku, ale mam wrażenie, że to trochę naciągana teoria. Zresztą jak dobrze pójdzie, to wkrótce i tak nie będzie jej w Seattle.
– Claire… – rzucił niemalże troskliwym tonem Cameron. – Plan nie jest zły, a u Rosalee na pewno będzie jej dobrze. Mam na myśli… Raz byliśmy tam z mamą i wydawała się naprawdę w porządku – stwierdził niemalże pogodnym tonem.
Dziewczyna wysiliła się na uśmiech, ale prawie natychmiast spoważniała.
– To dobrze, ale… gdzie w tym miejsce dla Marissy?
Beatrycze potrzebowała dłuższej chwili, żeby pojąć w czym tkwił największy problem. Sama nie pamiętała dawnego życia, ucząc się wszystkiego na nowo, przez co sytuacja wydawała się mimo wszystko łatwiejsza – zaakceptowanie kolejnych zmian i wszystkiego, co działo się wokół niej. Jeśli jednak w grę wchodził ktoś, kto dotychczas nie miał pojęcia o wampirach, prowadził normalne życie, a ostatecznie został z niego wyrwany…
Odrzuciła od siebie niechciane myśli, zbytnio zaniepokojona samą tylko perspektywą. To brzmiało co najmniej źle, przynajmniej z perspektywy Beatrycze, wprawiając ją w jeszcze silniejsze przygnębienie. Co więcej, w tamtej chwili tym bardziej zapragnęła pocieszyć Claire, ale nie była w stanie się odezwać, ostatecznie dochodząc do wniosku, że bezpieczniej będzie nie drążyć tematu. Już i tak popełniła błąd, chociaż przynajmniej rozumiała teraz więcej – przynajmniej teoretycznie, skoro kwestia ewentualnych polowań na tych, którzy byli dla niej ważni, brzmiała co najmniej… niepokojąco.
– Ktoś wam zagraża? Ja nie… – Potrząsnęła głową, coraz bardziej zaniepokojona i sfrustrowana zarazem. – Nie rozumiem, dlaczego nikt mi nic nie powiedział. L. trzyma mnie pod kluczem i teraz chyba rozumiem dlaczego, ale…
– Lawrence wie tyle ile my, czyli praktycznie nic – stwierdził z wahaniem Cameron. – To wygląda źle. Najpierw Volturi, teraz coś takiego… Nie mamy pojęcia, co tak naprawdę robić, więc po prostu trzymamy się razem. – Chłopak westchnął, po czym wzruszył ramionami. – Nie tego się spodziewałaś, kiedy chciałaś ze mną pomówić, nie? – zauważył, a ona potrząsnęła głową.
– I tak powiedziałeś mi dużo więcej niż wszyscy inni – oznajmiła z wdzięcznością.
Bezwiednie napięła mięśnie, co najmniej zaniepokojona tym, co działo się wokół niej. Od samego początku czuła, że coś jest nie tak – i to najdelikatniej rzecz ujmując – ale dopiero teraz zaczynała dostrzegać w czym rzecz. Polowanie samo w sobie wydawało się czymś przerażającym, nawet jeśli wampiry wydawały się wystarczająco silne, żeby poradzić sobie z sytuacją. Nie zmieniało to jednak faktu, że poczuła się co najmniej przerażona na myśl o tym, że komukolwiek miałaby stać się krzywda. To zdecydowanie nie było czymś, czego chciała, a jakby tego było mało…
Och, musiała porozmawiać z Lawrence’m. Nie wierzyła, że mógłby nie mówić jej tak ważnych rzeczy, tym bardziej, że to niejako dotyczyło również jej. Tak przynajmniej sądziła, skoro wciąż miała sugerowane, że należy do tej rodziny. W takim wypadku wręcz musiała się martwić, nie wyobrażając sobie, że mogłaby postąpić inaczej.
Wciąż o tym myślała, w milczeniu obserwując przemykające za oknem ulice. Nie pytała, dokąd jadą, przynajmniej do momentu, w którym zostawili za sobą Seattle. Zmiana okolicy sprawiła, że zaczęła się wahać, czy zdoła wrócić na czas, ale po chwili zastanowienia, doszła do wniosku, że tak naprawdę jest jej wszystko jedno. Co tak naprawdę była winna Lawrence’owi, skoro ją okłamywał? Co więcej, przecież sama poprosiła Camerona, żeby móc towarzyszyć jemu i Claire, więc zmuszenie ich do zmiany planów zdecydowanie nie wchodziło w tym wypadku w grę.
– Gdzie właściwie jesteśmy? – zapytała jakby od niechcenia, nie mogąc się powstrzymać.
– Och… Tu w pobliżu jest rezerwat – wyjaśnił niemalże pogodnym tonem Cammy. – Claire ma tam chłopaka – dodał, a dziewczyna prychnęła.
– Nie nazwałabym Setha moim „chłopakiem” – stwierdziła, krzywiąc się demonstracyjnie. – To… dziwnie brzmi.
– Serio? Więc jak mam mówić? – zapytał, uśmiechając się blado. – Luby? Narzeczony? Wujka Rufusa tutaj nie ma, więc jeśli jest coś o czym jeszcze nie wiemy… – zaczął, a dziewczyna z jękiem nachyliła się do przodu.
– Czasami zachowujesz się gorzej niż Aldero – zarzuciła mu, ale – co nie uszło uwadze Beatrycze – chyba pierwszy raz, odkąd wsiedli do samochodu, udało jej się szczerze uśmiechnąć.
– Podobno jesteśmy braćmi, więc… – Cammy urwał, po czym westchnął przeciągle. – Zresztą nie zaprzeczysz, że Al potrafi poprawić humor. Co prawda nie zawsze, ale jednak.
– Więc uznałeś, że tego potrzebuję? Dziękuję, Cammy… Zawsze wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć.
Po jej tonie trudno było stwierdzić, czy mówiła poważnie, czy może sobie żartowała, ale to nie wydało się Beatrycze istotne. Z czasem udało jej się rozluźnić, tym bardziej, ze również Claire zaczęła sprawiać wrażenie kogoś w lepszym humorze. Co prawda wciąż wydawała się zaskakująco wręcz poważna i zamyślona, ale po chwili wahania kobieta doszła do wniosku, że to jak najbardziej do tej dziewczyny pasowało. To również sprawiło, że mimowolnie zaczęła zastanawiać się nad tym, czy to możliwe, że już kiedyś poznała Claire. Dziewczyna zdecydowanie miała w sobie coś, co wzbudzało sympatię, chociaż zarazem Trycze nie była w stanie tego sprecyzować.
Większość drogi trwali w milczeniu, ale to jej nie przeszkadzało. Czuła się wręcz podekscytowana myślą o tym, że właśnie wybyli poza Seattle, tym bardziej, że w ostatnim czasie miała dość ciągłego siedzenia w apartamentowcu i czekania, żeby Lawrence gdzieś ją zabrał. Co prawda podejrzewała, że wampir nie miał być zachwycony z tego wyjazdu, zwłaszcza biorąc pod uwagę to, co działo się w ostatnim czasie, ale z drugiej strony… jakie to właściwie miało znaczenie?
Minęli miasteczko, o którym Cameron lakonicznie stwierdził, że było istotne, przynajmniej dla rodziny Renesmee. Forks, jak zdążyła zapamiętać, faktycznie kilkukrotnie przewijało się przez rozmowy, które słyszała, ale do tej pory nie rozwodziła się nad znaczeniem tego miejsca. Sama okolica nie wyróżniała się niczym, senna i… zadziwiająco wręcz zielona, co z miejsca wprawiło Beatrycze w lekkie oszołomienie. Ten kolor zdecydowanie dominował, nawet pomimo wciąż zalegającego na ziemi śniegu. Na zewnątrz powoli robiło się ciemno, chociaż była gotowa przysiąc, że wcale nie było aż tak późno. Zima zdecydowanie nie miała należeć do jej ulubionych pór roku, przygnębiając szybko nadciągającym mrokiem i atmosferą, która miała w sobie coś przygnębiającego. W efekcie Beatrycze brakowało słońca, które – mogłaby przysiąc – miało w sobie coś przygnębiającego.
– Seth powiedział, że będzie czekał przy granicy, tak? – upewnił się Cameron, zerkając w lusterko, żeby przyjrzeć się twarzy Claire.
– Uważa, że rezerwat będzie teraz bezpieczniejszym wyjściem – zgodziła się dziewczyna. – Mówiłam mu, że to bez sensu i że w jego domu będzie równie dobrze, ale… No, uparł się. Powtarza, że ma mnie chronić – dodała, uśmiechając się blado.
– Niech zacznie mówić o tym przy Rufusie – zaproponował pogodnym tonem chłopak. – Złapią wspólny temat i może się nie pozabijają. Wiesz, integracja z ewentualnym teściem to zawsze dobry pomysł.
– Cammy!
W głosie Claire dało się wyczuć niedowierzanie, a przynajmniej takie wrażenie odniosła Beatrycze. Z zaciekawieniem spoglądała to na przekomarzającą się dwójkę, to znów na pogrążoną w półmroku, łagodnie lśniąca w blasku reflektorów ulice. W którymś momencie zachmurzone niebo nad ich głowami otworzyło się, więc w snopie światła widziała wirujące łagodnie płatki śniegu. Chociaż widok sam w sobie mógłby okazać się przyjemny, coś w takich warunkach sprawiło, że zaczęła mieć wątpliwości, których za żadne skarby nie potrafiła zrozumieć. Jakby tego było mało, naprawdę czuła nasilający się z każdą kolejną sekundą niepokój, a to… zdecydowanie nie wróżyło dobrze.
Spojrzała na gęstwinę, w milczeniu wodząc wzrokiem po przestrzeni między drzewami. Chociaż nie była pewna, co takiego powinna o takim stanie rzeczy myśleć, nagle ogarnęło ją co najmniej nierealne wrażenie, że coś kryło się za drzewami, być może ich obserwując. Myśl sama w sobie wydala się kobiecie głupia, zaraz też zrzuciła ją na wyobraźnie, tym bardziej, że w pamięci wciąż miała to, czego dopiero co się dowiedziała, jednak z drugiej strony…
– Jesteśmy daleko od rezerwatu? – zapytała z wahaniem, bezskutecznie próbując sprawiać wrażenie kogoś, kto niczym się nie przejmuje.
– Jeszcze kawałek – zapewnił Cammy, po czym zerknął na nią z powątpiewaniem. – A co?
Jedynie potrząsnęła głową, powstrzymując się przed udzieleniem jakiejkolwiek odpowiedzi. Wszystko jest w porządku, pomyślała, ale to brzmiało jak wierutne kłamstwo, które nie byłoby w stanie przejść jej przez gardło.
Odrzuciła od siebie niechciane myśli, za wszelką cenę próbując się uspokoić. W końcu sama chciała się tutaj znaleźć, nie wspominając o tym, że przy Cameronie i Claire czuła się jak najbardziej bezpieczna. Przynajmniej teoretycznie, bo nade wszystko pragnęła w to uwierzyć, w duchu raz po raz powtarzając sobie, że przejmowała się tylko i wyłącznie przez wzgląd na Lawrence’a. Teraz, kiedy zdawała sobie sprawę z tego, w czym leżał problem z sytuacją, której wszyscy się obawiali, pomimo gniewu martwiła się ewentualną reakcją wampira. Wiedziała, że się o nią troszczył i chociaż to nie usprawiedliwiało kłamstw, mimo wszystko nie chciała doprowadzić do sytuacji, w której zacząłby się przejmować jeszcze bardziej. Zdecydowanie na to nie zasłużył, ale…
– Cammy… – Głos Claire wyrwał ją z zamyślenia. Mimowolnie wzdrygnęła się, kiedy dziewczyna nagle wsunęła dłoń między fotele, żeby w nerwowym geście zacisnąć palce na ramieniu kuzyna. Kiedy Beatrycze na nią spojrzała, przekonała się, że oczy pół-wampirzycy lśniły w co najmniej niepokojący sposób, bardziej niebieskie niż do tej pory. – Ja… Mam wrażenie, że coś jest nie tak – oznajmiła spiętym tonem.
Serce Beatrycze zabiło szybciej, tym bardziej, że od dłuższego czasu dręczyło ją to samo przeczucie. Kiedy na dodatek wampir nerwowy obejrzał się na kuzynkę, najwyraźniej jak najbardziej wierząc jej słowom, odczuwalny niepokój przybrał na sile, przez co nawet gdyby chciała, nie byłaby w stanie go ignorować.
– Masz dla mnie… rymowankę? – zapytał z wahaniem. To pytanie wydawało się pozbawione sensu, ale Claire najwyraźniej doskonale je rozumiała.
– Na razie nie – stwierdziła i zaraz zamilkła, nerwowo spoglądając w przestrzeń. Chwilę obserwowała to, co działo się na drodze, zanim na powrót zwróciła się do kuzyna. – Ale czuję się, jakbym w każdej chwili mogła coś napisać… Chyba – dodała, nie kryjąc podenerwowania.
Beatrycze w oszołomiony sposób spojrzała to na jednego, to znów na drugie ze swoich towarzyszy, próbując nadążyć za tym, o czym rozmawiali. Niepokój, który odczuwała przez cały ten czas, w ułamku sekundy zaczął jeszcze bardziej dawać jej się we znaki, stopniowo doprowadzając ją do szału. Już nie była w stanie go ignorować, nie wspominając o tym, że zdecydowanie nie była przewrażliwiona. Skoro Claire również mówiła co najmniej dziwne rzeczy…
– Co właściwie…? – zaczęła, mając nadzieję, że przynajmniej pokrótce wytłumaczą jej w czym rzecz, nim jednak zdążyła zadać jakiekolwiek pytanie, wszystko potoczyło się błyskawicznie.
Zauważyła, że oczy Claire rozszerzają się do granic możliwości, zdradzając co najmniej przerażenie. W następnej sekundzie dziewczyna wyprostowała się niczym struna, dosłownie wpijając palce w ramię kuzyna.
– Cameron! – wyrzuciła z siebie na wydechu.
Beatrycze zdążyła jeszcze zauważyć ciemny kształt, który dosłownie zmaterializował się na ulicy – ludzką sylwetkę, chociaż to wydawało się wręcz nieprawdopodobne, by jakikolwiek człowiek poruszał się tak szybko. Co więcej, chociaż wszystko wskazywało na zderzenie, ostatecznie do niego nie doszło, chociaż Beatrycze nie miała pojęcia dlaczego.
Wiedziała za to, że stojąca na ulicy postać błyskawicznie wyrzuciła ręce ku górze i…
A potem były już tylko zamieszanie i chaos, kiedy ziemia niekontrolowanie zadrżała, a samochód słownie wypadł z drogi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa