26.02.2017

Sto jedenaście

Claire
– Claire?!
Słyszała głos Damiena, coraz bardziej podenerwowany i jakby zniekształcony, ale nie potrafiła się zmusić do odpowiedzi. Mogła co najwyżej tkwić w bezruchu, chociaż nawet nie zarejestrowała momentu, w którym poderwała się na równe nogi. Czuła, że serce tłucze jej się w piersi, zdradzając podenerwowanie, choć i to nie oddawało w pełni tego, co w tamtej chwili przerażona. Prawda była taka, że pozostawała świadoma tylko i wyłącznie strachu, poza tym…
A potem zrozumiała na co, czy też raczej na kogo patrzy i to wystarczyło, żeby z wrażenia omal nie osunęła się na kolana, ogarnęła ni mniej, ni więcej, ale po prostu ulgą.
– Jestem – rzuciła nerwowo, mocniej przyciskając telefon do ucha. – Daj mi chwilę, okej Damien? Albo… Czekaj, dam ci Cammy’ego – zaproponowała i nie czekając na jakąkolwiek reakcję ze strony któregokolwiek z kuzynów, zdecydowanym ruchem podała siedzącemu tuż obok niej wampirowi telefon.
Cameron zawahała się, ale przynajmniej nie próbował protestować. Pomyślała, że najpewniej szybciej od niej zorientował się, kto tak naprawdę obserwował ich spomiędzy drzew, to zresztą nie miało dla niej większego znaczenia. Wciąż spinała się na widok wilków, niezależnie od tego, czy miała do czynienia ze zmiennokształtnymi, czy kimkolwiek innym, ale to było niczym w porównaniu ze sposobem, w jaki reagowała jeszcze jakiś czas temu. Na drżących nogach z wolna podeszła bliżej, chociaż jakiś czas temu prędzej popłakałaby się ze zdenerwowania, aniżeli zdecydowała na podobny ruch. Już od jakiegoś czasu wszystko było inne, być może lepsze, ale w tamtej chwili zdecydowanie nie zamierzała się nad tym zastanawiać.
Basior był duży i czarny, ale już nie wzbudzał w niej aż tak silnego niepokoju. Potrzebowała kilku sekund, żeby przypomnieć sobie wszystkie rozmowy z Setem i zorientować, że ma przed sobą Sama – przywódcę stada, którego zresztą miała okazję poznać podczas ogniska, na które zabrał ją chłopak. Zawahała się, przystając kilka metrów od niego i po samym tylko spojrzeniu zmiennokształtnego próbując określić, czy on również ją rozpoznał. Sądząc po tym, że jak do tej pory nikt nie spróbował rzucić jej się do gardła, mogła założyć, że wszystko jak najbardziej było w porządku, chociaż z drugiej strony… Cóż, pozory bez wątpienia lubiły mylić. Co więcej kto jak kto, ale ona na pewno wiedziała o tym doskonale, niemalże na każdym kroku przekonując się, że świat wcale nie był taki prosty, jak mogłaby tego oczekiwać.
– Ktoś nas zaatakował – wyjaśniła spiętym tonem. Przemawianie do zwierzęcia wydawało się wręcz graniczyć z czystym szaleństwem, ale próbowała się tym nie przejmować. Och, wręcz przeciwnie; naprawdę chciała uwierzyć, że może swobodnie mówić, bo jej rozmówca jest w stanie zrozumieć to, co miała mu do powiedzenia. – W pobliżu są wampiry… A przynajmniej były. Przynajmniej jedno z nich jest uzdolnione i to w dość… niebezpieczny sposób – dodała po chwili wahania.
Sam spojrzał na nią w przenikliwy, jak najbardziej rozumny sposób. Nie znała się na zwierzętach, ale wiedziała, że zwłaszcza w przypadku tych stadnych – łowców, którymi przecież były wilki – czasami nawet najmniej istotny szczegół potrafił być istotny. Tak bywało chociażby w przypadku sposobu, w jaki zwierzęta jeżyły sierść albo przekrzywiały głowę. To był skomplikowany, wręcz niepojęty dla kogoś niewtajemniczonego język ciała, o którym zresztą kiedyś wspominała jej doskonale rozumiejąca naturę Allegra. Właśnie tego próbowała doszukać się w zachowaniu Sama, po cichu licząc na to, że przy odrobinie szczęścia będzie w stanie przynajmniej pojąć, czy faktycznie ona, Cammy i Beatrycze byli bezpieczni.
Kątem oka wychwyciła ruch, co uprzytomniło jej, że przywódca watahy nie był sam. Wyczuła, kiedy kilka innych wilków przemknęło gdzieś w pobliżu, być może ruszając na polowanie, chociaż szczerze wątpiła, żeby takie posunięcie okazało się rozsądne. Zawahała się, przez krótką chwilę mając ochotę zasugerować Samowi, żeby ich powstrzymał, ale ostatecznie zmieniła zdanie, dochodząc do wniosku, że pouczanie kogoś, kto od lat zajmował pozycję alfy, zdecydowanie nie było dobrym pomysłem. Co więcej, chciała wierzyć, że te istoty jak najbardziej będą w stanie sobie poradzić z ewentualnym zagrożeniem, nie wspominając o tym, że wręcz marzyła, żeby na kogokolwiek zrzucić odpowiedzialność. Już i tak się przejmowała, zaś pojawienie się kogoś, kto mógłby im pomóc, było niczym jakiś cholerny cud, którego tak bardzo pragnęła.
Jakby tego było mało, w pewnym momencie do Sama dołączyło kilku innych przedstawicieli watahy, a ona jak na zawołanie przeniosła wzrok na mniejszego od przywódcy, jak najbardziej znajomego jej wilka. Sam widok piaskowego basiora wystarczył, żeby poczuła wręcz niewysłowiona ulgę, nawet się nie wzdrygając, kiedy Seth tak po prostu podszedł bliżej. Natychmiast wyciągnęła rękę, wsuwając palce w miękką sierść i zastanawiając się, czy to byłby najodpowiedniejszy moment na to, żeby się do zwierzęcia przytulić. Powstrzymała się, mając wrażenie, że z chwilą, w której pozwoliłaby sobie na taką słabość, wszystko ostatecznie przybrałoby najmniej odpowiedni obrót, ale przecież całą sobą czuła, że coś jest nie tak. Najważniejsze jednak pozostawało to, że Seth zwiastował bezpieczeństwo, a tylko tego w tamtej chwili potrzebowała.
– Och, świetnie… Najciekawsze zadania jak zwykle dla mnie – usłyszała poirytowane sapnięcie.
Głos Lei ją zaskoczył, tak jak i to, że dziewczyna jako jedyna pojawiła się w ludzkiej postaci. Claire mimowolnie zadrżała, widząc siostrę Setha w samym tylko podkoszulku i pośpiesznie naciągniętych szortach, przez co wyglądała raczej jak plażowiczka, a nie ktoś, kto mógłby się znaleźć w środku lasu, na dodatek zimą. Sam widok wystarczył, żeby z miejsca zrobiło jej się zimno, co zresztą nie uszło uwadze stojącego wilka, bo ten jak na zawołanie zaczął się o nią ocierać. Pozwoliła mu na to, bezwiednie przeczesując futro stworzenia palcami, właściwie sama niepewna tego, co i z jakiego powodu robiła.
– O, cudownie… Więc moja orientacja w terenie nie jest taka zła – stwierdził po chwili wahania Cameron. Claire prawie zdążyła o nim zapomnieć, tak jak i o tym, że zrzuciła na chłopaka konieczność tłumaczenia się Damienowi. – Ktoś pewnie się do nas pofatyguje, ale na razie… Ehm, mamy mały problem – przyznał, wymownie spoglądając na wciąż ułożoną w jego ramionach Beatrycze.
– Dlaczego ciągle wpadam na ciebie? – skrzywiła się Leah, potrząsając z niedowierzaniem głową.
– Źle ci ze mną? – rzucił zaczepnym tonem chłopak, siląc się na blady uśmiech.
Gdyby wzrok zabijał, siostra Setha bez wątpienia miałaby kogoś na sumieniu.
– Nie zaczynaj – wycedziła przez zaciśnięte zęby. Chciała dodać coś jeszcze, ale powstrzymało ją ostrzegawcze warknięcie, które wydał z siebie Sam. – Och, dobra! Swoją drogą, strasznie się dzisiaj rządzisz – stwierdziła z rezerwą, rzucając alfie co najmniej poirytowane spojrzenie. – Przemieniłam się, udaję tłumacza i ogólnie zajmuję się wszystkim, czym ty teraz nie możesz, chociaż mogłabym teraz dorwać wampira albo dwa. Mogę być niemiła – rzuciła niemalże urażonym tonem.
Mówiła coś jeszcze, ale Claire już właściwie nie zwracała na nią uwagi. Ostatecznie zrozumiała tyle, że jak najbardziej mogli liczyć na pomoc wilków – i to nie tylko dlatego, że była wpojeniem Setha. Wcześniej nie zauważyła Jacoba, orientując się, że ten musiał być gdzieś w pobliżu dopiero z chwilą, w której Leah jakby od niechcenia stwierdziła, że ten sugerował zabranie Beatrycze do swojego domu. Nie chciała ani zastanawiać się nad tym, co tak naprawdę to oznaczało, a tym bardziej myśleć o tym, że po raz kolejny znajdowała się w otoczeniu stworzeń, które nie tak dawno temu wzbudzały w niej czyste przerażenie. Teraz ich bliskość wydawała się zwiastować tylko i wyłącznie bezpieczeństwo, a skoro tak…
Seth szturchnął ją w ramię, tym samym skutecznie ściągając na siebie uwagę dziewczyny. Spojrzała na niego z wahaniem, próbując zrozumieć, dlaczego jego oczy wydawały się lśnić, a on spoglądał na nią w co najmniej zachęcający sposób, wydając się czegoś oczekiwać. Kiedy na dodatek nagle położył się na brzuchu, układając w taki sposób, że gdyby tylko zechciała, mogłaby na niego wsiąść, jedynie uniosła brwi, coraz bardziej oszołomiona.
– Żartujesz sobie – stwierdziła, ale ten tylko wydał z siebie pomruk, który uznała niemalże za oznakę niezadowolenia.
O, cudownie. Właśnie tego oczekiwała na dobre zakończenie dnia – nie tylko dotykanie wilka, ale na dodatek ujeżdżanie go jak konia. Pomijając już to, że za każdym razem czuła się co najmniej dziwnie, kiedy mama zabierała ją do stajni i próbowała jeździć konno, zdecydowanie nie wyobrażała sobie podróżowania na zmiennokształtnym.
– O Boże… Dobra, zrób mu tę przyjemność, bo będzie skomlał do samego rezerwatu – zniecierpliwiła się Leah, potrząsając z niedowierzaniem głową. Zaraz po tym coś w jej spojrzeniu złagodniało, kiedy zmierzyła Claire wzrokiem, ostatecznie koncentrując spojrzenie na swoim przemienionym bracie. – Serio, nie zje cię. Może źle to zabrzmi, ale Renesmee nie raz ujeżdżała Jacoba i chyba raczej dobrze się bawiła – dodała z powątpiewaniem.
Wypuściła powietrze ze świstem, próbując zrozumieć, dlaczego gdzieś za jej plecami Cammy zaśmiał się w co najmniej nerwowy sposób. Obejrzała się na kuzyna, ale ten tylko wzruszył ramionami, w następnej sekundzie wysilając się na blady, niemalże zachęcający uśmiech. O, tak! Dzięki, akurat zachęty teraz potrzebowałam, pomyślała z przekąsem, coraz bardziej podenerwowana. Zamierzała zacząć protestować albo zapytać o coś, co pozwoliłoby jej odwlec w czasie konieczność podjęcia decyzji, jednak w ostatniej chwili zmieniła zdanie. Martwiła się o Beatrycze, a skoro tak…
Westchnęła, po czym z wolna przesunęła się bliżej Setha, wręcz nie dowierzając temu, co właśnie zamierzała zrobić. Gdyby to było takie proste…
Cóż, wszystko wskazywało na to, że ta noc miała być o wiele bardziej interesująca, niż do tej pory podejrzewała.
Beatrycze
Ciemność nie przypadła jej do gustu. Nie lubiła takiego stanu rzeczy – poczucia pustki i wrażenia, że mrok napiera na nią ze wszystkich stron jednocześnie. To skutecznie dezorientowało, sprawiając, że Beatrycze czuła się co najmniej zaniepokojona. W głowie miała pustkę, a jedynym, czego pozostawała tak naprawdę pewna, było to, że zdecydowanie nie chciała tkwić w tym miejscu. Pragnęła jak najszybciej uciec, niezależnie od konsekwencji, gotowa zrobić wszystko, byleby wydostać się z tego dziwnego miejsca. Chociaż wszystko wydawało się w porządku, a jej towarzyszył przede wszystkim spokój, coś w samej tylko świadomości napierających ze wszystkich stron ciemności sprawiało, że czuła się co najmniej przerażona.
Kiedyś tutaj była i to zdecydowanie nie skończyło się dobrze. Z dwojga złego wolała śnić o tamtym domu, raz po raz przewijającym się gdzieś w nocnych majakach, których doświadczała. W gruncie rzeczy wszystko wydawało się lepszą alternatywą, aniżeli tkwienie w nicości, nie mając pewności, co mogłoby kryć się choćby na wyciągnięcie ręki. Pragnęła uciec, ale nie miała pojęcia w jaki sposób, ogarnięta narastającym z każdą kolejną sekundą uczuciem bezradności. Zdecydowanie nie miała przejść do porządku dziennego z sytuacją, w której nie miała najmniejszego nawet wpływu na to, co działo się wokół niej, o możliwości podjęcia jakiejkolwiek sensownej decyzji nie wspominając. Och, gdyby przynajmniej wiedziała, co takiego powinna zrobić, żeby mieć cień szansy się stąd wydostać…
Naprawdę uważasz, że ucieczka przede mną będzie taka prosta?
Głos był łagodny i jakby znajomy, chociaż za żadne skarby nie potrafiła sobie przypomnieć, gdzie i w jakich okolicznościach mogłaby słyszeć go wcześniej. Serce jak na zawołanie zabiło jej szybciej, trzepocąc się tak gwałtownie, że nawet gdyby chciała, nie miałaby szans na pozostanie niezauważoną. Jeśli ktokolwiek krył się we wszechogarniającym mroku, bez wątpienia zdawał sobie sprawę z jej obecności, a skoro tak… No cóż, w takim wypadku mogło się wydarzyć dosłownie wszystko. Co więcej, Beatrycze wcale nie chciała poznać tożsamości osoby, która do niej przemawiała, nawet pomimo tego, iż całą sobą czuła, że powinna ją znać.
Oczywiście, że mnie znasz, moja droga, rozległo się ponownie i teraz już nie miała wątpliwości, że głos rozbrzmiewał w jej głowie. Mimowolnie zadrżała, coraz bardziej zaniepokojona takim stanem rzeczy, zresztą tak jak i tym, że już niczego tak naprawdę nie była pewna. Oczywiście, że tak…
„Kim jesteś?” – miała ochotę zapytać, ale ostatecznie zdecydowała się milczeć. Tak było prościej, przynajmniej na pierwszy rzut oka, poza tym takie rozwiązanie wydawało się o wiele bezpieczniejsze. Chciała trwać w ciszy tak długo, jak tylko miało być to możliwe, udając, że nie istnieje. Wiedziała, ze jeśli ten ktoś – choćby i najuprzejmiejszy na świecie, co wydawał się sugerować ton, którym się posługiwał – zechciałby ją dorwać, wtedy wydarzyłoby się coś niedobrego, a na to zdecydowanie nie mogła pozwolić. Wolała trzymać się na dystans, gotowa przysiąc, że nieznajomy jak najbardziej byłby w stanie ją skrzywdzić, a może w przeszłości nawet tego dokonał – nie pamiętała i tak naprawdę nie chciała wiedzieć.
Cisza, która nagle zapadła, miała w sobie coś przenikliwego. Wydało jej się, że słyszy śmiech, ale ten dochodził jakby z oddali, melodyjny i skutecznie przyprawiający o dreszcze. Tym razem serce w piersi Beatrycze trzepotało się tak gwałtownie, że ledwo była w stanie oddychać, o zapanowaniu nad dziwnie roztrzęsionym ciałem nie wspominając. Pragnęła jakkolwiek to przerwać, ale nie była w stanie, mogąc co najwyżej tkwić w bezruchu i modlić o to, żeby się obudzić albo…
Och, nie chciała tutaj być. Co więcej, w tamtej chwili wszystko wydawało się lepszą alternatywą – i to łącznie ze znalezieniem się tuż przed domem, który w snach widywała już od dłuższego czasu.
Zacisnęła powieki, chociaż zamknięcie oczu zdecydowanie nie zmieniało jej położenia – wciąż tkwiła w pustce, otoczona nieprzeniknioną ciemnością. Z drugiej strony, w jakiś pokrętny sposób czuła się bezpieczniejsza, choć zarazem to wydawało się pozbawione jakiegokolwiek sensu. Podejrzewała, że już nic z tego, co działo się wokół niej, nie było normalne, ale nie dbała o to, skoncentrowana przede wszystkim na panowaniu nad własnymi myślami. Cokolwiek się wydarzyło, również tym razem musiała śnić, to z kolei oznaczało, że powinna być w stanie się obudzić. Skoro istniała możliwość panowania nad snami, o czym wiedziała chociażby dzięki Jocelyne, tym bardziej mogła zdziałać cokolwiek, a skoro tak…
Musiała po prostu się obudzić i…
Coś się zmieniło, chociaż sama nie była pewna, skąd brało się to przeświadczenie. W pewnym momencie najzwyczajniej w świecie doszła do wniosku, że czuje się tak, jakby ktoś ściągnął jej z ramion olbrzymi ciężar. To wystarczyło, żeby jednak zdecydowała się otworzyć oczy, by w następnej sekundzie uświadomić sobie, że pewnie stała na ziemi, w dość konkretnym, znajomym już miejscu. Wypuściła powietrze ze świstem, przez kilka następnych sekund bezmyślnie wpatrując się w górujący nad nią dom i próbując stwierdzić, co tak naprawdę czuła. W porządku, więc teraz była tutaj, co z kolei oznaczało, że mogła poczuć się bezpieczniejsza – tylko do pewnego stopnia, skoro wciąż nie wiedziała, czym tak naprawdę było miejsce, o którym raz po raz śniła, ale czy to miało jakiekolwiek znaczenie? Liczyło się to, że już nie tkwiła w pustce, co z kolei znaczyło, że…
Nieważne. Była tutaj i tylko tego zamierzała się trzymać.
Zacisnęła dłonie w pięści, po krótkiej chwili rozluźniając uścisk. Sądziła, że kiedy znowu się tutaj znajdzie, na dodatek na własne życzenie, będzie w stanie nareszcie zdobyć się na jakąkolwiek sensowną reakcję, jednak szybko okazało się, że to wcale nie będzie takie proste… Nie, skoro wciąż tkwiła w miejscu, bezmyślnie wpatrując się w przestrzeń. Dotychczas nienaturalnie przyśpieszony puls zwolnić, z kolei Beatrycze poczuła się przynajmniej odrobinę lepiej, to jednak nie pomogło kobiecie w podjęciu jakiejkolwiek decyzji. Coś w tym miejscu ją przyciągało, a jednak za każdym razem, kiedy przychodziło co do czego, była w stanie co najwyżej biernie obserwować.
Dlaczego po prostu nie wejdziesz?, warknęła na siebie w duchu, a jednak nawet to pytanie nie było w stanie nakłonić jej do podjęcia decyzji. To było niczym siła wyższa – coś, czego nie rozumiała i być może w najbliższym czasie nie miała pojąć. To też sprawiało, że do głowy nie po raz pierwszy przyszło jej, że jedynym sposobem, by mieć chociaż cień szansy na zrozumienie tego, co działo się wokół niej, było odnalezienie tego miejsca. Sama myśl o tym wydawała się nieprawdopodobna, wręcz szalona, a jednak Beatrycze czuła się gotowa przysiąc, że ten dom jak najbardziej istniał – i że gdyby tylko spróbowała, mogłaby go odnaleźć.
Chodź do mnie…
Tym razem szept brzmiał inaczej, zdecydowanie nie należąc do mężczyzny, który przemawiał do niej wcześniej. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza, kiedy coś nieprzyjemnie ścisnęło ją w gardle – rodzaj tęsknoty, której nie zaznała nigdy wcześniej i która zaskoczyła ją bardziej niż cokolwiek innego. To równie dobrze mogło być wytworem wyobraźni, zwłaszcza, że przecież wciąż śniła, a jednak uczucie wydawało się zdecydowanie zbyt prawdziwe, by mogła je uznać za majak. Jak często zdarzało się, żeby coś, co teoretycznie nie było prawdziwe, wzbudzało aż tak skrajne emocje, na dodatek takie, które…?
Zadrżała, po czym instynktownie cofnęła się o krok. Jakaś jej cząstka nie chciała tego robić, wręcz wyrywając się do przodu, byleby znaleźć się bliżej pozornie bezpiecznego domu, ale nie potrafiła się do tego zmusić. Gdyby przynajmniej wiedziała, czego tak naprawdę powinna się spodziewać, być może wszystko stałoby się prostsze, ale w tej sytuacji…
Och, niczego już nie rozumiała.
Zamarła w bezruchu, nasłuchując i raz po raz rozglądając się dookoła. „Jesteś tutaj?” – miała ochotę rzucić w przestrzeń, ale i tym razem powstrzymała się, zbytnio oszołomiona, żeby zdobyć się na jakąkolwiek reakcję. Próbowała wypatrzeć kogokolwiek, kto znajdowałby się w pobliżu, a przynajmniej doszukać się oznak tego, że nie była sama, ale wszystko wskazywało na to, że w pobliżu domu nie ma żywej duszy. Pozostawała tylko ona – drżąca, zdezorientowana i niepewna tego, co powinna zrobić. Dlaczego wciąż lądowała w tym miejscu, pozbawiona wspomnień i jakichkolwiek wskazówek, które pozwoliłyby zrozumieć, co takiego powinna zrobić? Gdyby przynajmniej miała jakikolwiek punkt zaczepienia albo kogoś, kto wyjaśniłby jej najważniejsze kwestie… Przynajmniej powiedział, gdzie powinna szukać, żeby mieć szanse odnaleźć odpowiedzi na dręczące je pytania. Miała ich dziesiątki, a jednak za każdym razem napotykała się z oporem, zupełnie jakby wszystko i wszyscy wokół zmówili się, upierając, że zasłużyła co najwyżej na niepewność i trwanie w niewiedzy.
– Powiedz mi, jak powinnam cię znaleźć… – rzuciła w przestrzeń, tak cicho, że równie dobrze mogłaby tylko poruszyć ustami. Przecież i tak nie było tutaj nikogo, kto miałby szansę ją usłyszeć, więc jakie to tak naprawdę miało znaczenie? – Tylko tyle. Ja naprawdę…
Przecież wiesz.
Tym razem nie miała pojęcia, czy głos, który rozbrzmiał w jej głowie był prawdziwy, czy tylko może wyobraziła sobie odpowiedź. Zawahała się, przez dłuższą chwilę mając ochotę roześmiać się w co najmniej histeryczny sposób. To niby mogła uznać za odpowiedź? Dobre sobie, skoro wciąż niczego nie rozumiała! Wciąż tkwiła w punkcie wyjście i nic nie wskazywało na to, żeby w najbliższym czasie to miało ulec zmianie. Dlaczego miałoby, skoro najwyraźniej wszyscy uważali, że była co najwyżej głupiutką, naiwną Beatrycze, której nie należało wtajemniczać w nawet najbardziej istotne rzeczy – niezależnie od tego, czego by nie dotyczyły. Gdyby nie Cammy, nie rozumiałaby nic, zresztą…
Och, Cameron. Była z nim i Claire, a później… wydarzyło się coś złego. Ta myśl wytrąciła ją z równowagi, sprawiając, że miejsce ze snu i tajemniczy dom jak na zawołanie zeszły gdzieś na dalszy plan, pozbawione większego znaczenia.
A potem w końcu zdołała wyrwać się ze snu i wszyscy zniknęło.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa