01.02.2017

Osiemdziesiąt sześć

Elena
Wzięła kilka głębszych wdechów, żeby się uspokoić. W porządku, więc była tutaj – tak po prostu, świadoma obecności dziesiątek mniej lub bardziej znajomych jej ludzi. Pewnie trzymała się ramienia Aldero, próbując zachowywać się jak gdyby nigdy nic i przez większość czasu usiłując się uśmiechać. Kiedy się nad tym zastanowiła, ostatecznie doszła do wniosku, że to niczym gra, w której po prostu musiała wziąć udział – i to na dodatek taka, której zasady doskonale znała, bo kierowała się tymi regułami, odkąd tylko sięgała pamięcią. Różnica polegała na tym, że jeszcze kilka miesięcy temu, odnalezienie się w tym miejscu, przyszłoby jej naturalnie, a teraz musiała udawać. Z drugiej strony, może udawała od zawsze, ale do tej pory nie uznawała tego za nic złego.
Sala gimnastyczna wyglądała inaczej niż zazwyczaj, różniąc się nawet od tej z jej wspomnień z kilku innych imprez, które organizowano w tym miejscu. Zarówno ławki, jak i doczepione do ścian drabinki raz obręcze do gry w koszykówkę, starannie zasłonięto czarnym materiałem. Było coś efektywnego w ciemnych wstawach, przygaszonym świetle i – a jakże! – dziesiątkach baonów, tworzących chociażby nietypowy łuk przy wejściu. Wodziła wzrokiem dookoła, mimowolne zastanawiając się nad tym, ile osób dopracowywało sam tylko pomysł wyglądu tego miejsca, o doborze muzyki czy atrakcji nie wspominając.
Kiedy była młodsza, zawsze wyobrażała sobie, że jak najbardziej będzie brała udział w przygotowaniach do uroczystości. To wydawało się równie oczywiste, co i pozycja, którą miała w szkole. Zaraz po tym pojawiłaby się na tym balu, jak zwykle przyćmiewając wszystkich innych i tym samym zapewniając sobie tytuł królowej – coś, co teraz nie miało dla Eleny najmniejszego znaczenia, tym bardziej, że samo słowo „królowa” przyprawiało ją o dreszcze. Miała wrażenie, że jest wręcz oderwana od rzeczywistości, zupełnie jakby śniła, chociaż to jak najbardziej była rzeczywistość. Problem polegał tylko i wyłącznie na tym, że już nie czuła się częścią tej farsy, bardziej niż wcześniej świadoma, że istniały kwestie o wiele ważniejsze, aniżeli dobór odpowiedniej sukienki.
W porządku, ale to jeszcze nie znaczy, że masz przestać się bawić, prawda?, pomyślała mimochodem, próbując stanowczo doprowadzić się do porządku. Nie chciała przez resztę wieczoru zachowywać się jak ktoś pogrążony w wiecznej żałobie, tym bardziej, że nie miała po temu powodu. Aldero miał rację, próbując zachęcić ją do tego, żeby się zabawili – tak po prostu, zupełnie jakby nie zmieniło się nic. I chociaż na pierwszy rzut oka, to wyglądało jak kolejna próba ucieczki, wcale nie miała poczucia, żeby chwilowe rozluźnienie miało w sobie coś niewłaściwego. Wręcz przeciwnie – naprawdę chciała chociaż tego jednego wieczora zachowywać się tak, jakby do tej pory, nie przejmując się tym, co mogło się wydarzyć.
Tej jednej nocy chyba jednak mogła pozwolić sobie na to, żeby błyszczeć.
Mocniej uczepiła się ramienia kuzyna, mając wrażenie, że gdyby miała do czynienia z człowiekiem, już dawno połamałaby mu rękę. Wyprostowała się, po czym odrzuciła jasne włosy na plecy, usiłując sprawiać wrażenie kogoś jak najbardziej rozluźnionego i świadomego, co i dlaczego robi. Nie przekraczała progu liceum od przerwy świątecznej, co było dość proste, jeśli miało się za ojca lekarza, przez co powrót do tego miejsca wydawał jej się jeszcze dziwniejszy, ale usiłowała o tym nie myśleć. Przecież to było znajome, prawda? To, że ktokolwiek mógłby się na nią patrzeć – w mniej lub bardziej pożądliwy bądź zazdrosny sposób. Niezależnie od tego, od jak dawna nie doświadczyła podobnego wrażenia, nie była w stanie tak po prostu zapomnieć o tym, jak powinna się zachowywać.
Rozejrzała się dookoła, bez trudu wypatrując resztę towarzystwa. Liz pomachała do niej, ledwo tylko ruszyli w nieco luźniejszy rejon sali, lawirując pomiędzy zebranymi. Czuła słodki zapach krwi i to wystarczyło, żeby zacząć ją drażnić, tym samym uprzytomniając Elenie, że wciąż była w stanie odczuwać pragnienie, to jednak nie było aż tak intensywne, by miała powody do niepokoju. W zasadzie osoka, która krążyła w żyłach ludzi, nie wydawała się dziewczynie nawet po części atrakcyjna – a przynajmniej nie w takim stopniu jak ta, którą mogła dostać od Rafaela.
– W porządku? – upewnił się cicho Aldero, nie odrywając wzroku od jej twarzy.
W ogólnym zamieszaniu ledwo słyszała jego słowa, ale nie miała problemu ze zrozumieniem pytania. Krótko skinęła głową, po czym wysiliła się na blady uśmiech; przyszło jej to zaskakująco wręcz naturalnie, choć nie sądziła, że będzie do tego zdolna. Z drugiej strony, udawanie przychodziło Elenie z coraz większą łatwością, co w równym stopniu wydawało się praktyczne, jak i na swój sposób niepokojące.
Nie była pewna, ile czasu tak naprawdę potrzebowała, żeby zdołać oswoić się z sytuacją i zacząć rozluźniać. Początkowo próbowała udawać, że wszystko jest w porządku, ostatecznie zaczynając w to wierzyć, zwłaszcza kiedy Aldero zasugerował jej taniec. Obawiała się tego, że w którymś momencie ich relacje znów się skomplikują, zwłaszcza jeśli da mu zbyt wiele nadziei, ale nic nie wskazywało na to, żeby jakkolwiek niewłaściwie odebrał jej zachowanie albo słowa. Przez krótką chwilę było tak, jak zawsze, przynajmniej z jej perspektywy, on zaś zachowywał się jak ktoś, kogo faktycznie mogłaby określić mianem przyjaciela. Znów był, kolejny raz próbował poprawić jej humor i – cholera – jak najbardziej była mu za to wdzięczna.
Zdecydowanie nie w ten sposób wyobrażała sobie ten wieczór. Nie zakładała, że ostatecznie wyląduje w towarzystwie kuzynostwa i najlepszej przyjaciółki, ale to wydawało się o wiele lepsze od samotności albo zdania się na kogoś takiego jak Brian. Zdążyła zauważyć chłopaka w kącie sali gimnastycznej, w którym ulokowano stół z przekąskami i napojami. Wszystko wskazywało na to, że nie miał nikogo do towarzystwa, ale nie sprawiał wrażenia kogoś, kto jest niezadowolony z tego powodu. Wręcz przeciwnie – Elena była gotowa przysiąc, że udało mu się przemycić coś mocniejszego, czym zadowalał się, skoro w ponczu próżno było szukać alkoholu. Nie zwracał na nią uwagi i to jak najbardziej ją satysfakcjonowało, tym bardziej, że nie miała cierpliwości, żeby próbować tłumaczyć temu kretynowi, że ostatnie tygodnie nie zmieniły niczego w kwestii ich zerwania – i to zwłaszcza po tym, jak potraktował Claire. Podejrzewała, że spokój zawdzięczała przede wszystkim Lawrence’owi i jego zdolnościom, a nie temu, że chłopak nagle poszedł po rozum do głowy, ale to w gruncie rzeczy nie miało najmniejszego nawet znaczenia.
Westchnęła, próbując rozluźnić się w ramionach Aldero. Przyszło jej to zaskakująco łatwo, tym bardziej, że nie miała poczucia, że w sposobie, w jaki trzymał ją kuzyn, było cokolwiek niewłaściwego. Co więcej, potrafił tańczyć, co jak najbardziej przypadło Elenie do gustu, bo nigdy nie lubiła tkwić w miejscu. Przynajmniej zazwyczaj, bo tym razem jej spojrzenie raz po raz uciekało ku Damienowi i Liz, którzy skryli się gdzieś w kącie, kołysząc się delikatnie i właściwie nie odstępując siebie nawzajem choćby na krok. Gdyby nie wyostrzone zmysły, pomyślałaby, że skupiali się przede wszystkim na tańcu, ale była w stanie wychwycić, że jednocześnie rozmawiali o czymś cicho, chociaż nie próbowała rozróżnić poszczególnych słów. Zdążyła przywyknąć do myśli, że jej najlepsza przyjaciółka zdążyła związać się z najbardziej irytującym z jej kuzynów, choć zarazem wciąż miała w pamięci słowa Elizabeth – to, jak bardzo ta obawiała się, że z jej strony uczucia mogą sprowadzać się wyłącznie do wdzięczności, którą jak najbardziej miała prawo odczuwać.
– Hm… Święty Damien się chyba spisał – stwierdził mimochodem Aldero, bez trudu orientując się, kogo obserwowała. Elena nie zaprotestowała, kiedy z wprawą nakłonił ją do wykonania piruetu, po czym zdecydowanie przyciągnął do siebie. – Słodko razem wyglądają, nie? – dodał zaczepnym tonem, wyraźnie rozbawiony.
– Słodko? – powtórzyła sceptycznie. – Damien z Liz. Marzyłam o tym – zadrwiła, ale już od dawna nie miała nic przeciwko.
Mogła zarzucić temu z Licavolich wiele rzeczy, począwszy od tego, że regularnie doprowadzał ją do szału tym swoim poprawnym zachowaniem, ale to nie zmieniało faktu, że chciała dla Elizabeth jak najlepiej. Co więcej, jakoś nie miała wątpliwości co do tego, że Liz nie mogła trafić lepiej – i że niezależnie od wszystkiego, ten chłopak by jej nie skrzywdził. Zwłaszcza teraz, kiedy nie miała nikogo, zdana wyłącznie na ochronę z ich strony, Damien wydawał się najlepszym kandydatem, by móc zapewnić dziewczynie bezpieczeństwo, zwłaszcza, że bez wątpienia coś do niej czuł. Nic innego się nie liczyło, Elena zresztą miała wrażenie, że straciła jakiekolwiek prawo do ingerowania w życie przyjaciółki z chwilą, w której chcąc nie chcąc musiała okłamać ją po raz pierwszy.
Teraz to i tak nie miało znaczenia. Liz była silna, przynajmniej zazwyczaj, co jednak nie zmieniało faktu, że nie powinna być sama. Jeśli Damien w choć niewielkim stopniu mógł poprawić jej humor, Elena była w stanie znosić jego obecność.
– Wciąż lepsze niż wtedy, kiedy on i Alessia… – Aldero urwał, po czym wzruszył ramionami. – Nieważne. Liz wygląda na szczęśliwszą, a chyba o to chodzi… No i najważniejsze, żeby Damien tego nie popsuł, tym bardziej, że powoli zaczynałem wątpić w to, czy podobają mu się dziewczyny – stwierdził, a Elena prychnęła.
– W twoim przypadku też można było zwątpić – mruknęła, nie zastanawiając się nad doborem słów. – Niby jesteś taki wybredny, a jednak…
– Spodobałaś mi się ty. Trochę ironia, nie? – zauważył, uśmiechając się w nieco gorzki sposób.
Wypuściła powietrze ze świstem, w ostatniej chwili rezygnując z udzielenia mu odpowiedzi. Aldero również nie wydawał się wyczekiwać reakcji z jej strony, co przyjęła z ulgą, bo zdecydowanie nie chciała poruszać tego tematu. Nie miała ochoty na rozwodzenie się nad ich relacjami, tym, co zrobiła źle, a tym bardziej, co takiego Al myślał o tym, że związała się z Rafaelem. Skoro dał jej do zrozumienia, że ten wieczór miał być normalny, unikanie tematu demonów, ślubów i ewentualnej śmierci oraz zmartwychwstania, zdecydowanie wydawało się dobrym pomysłem.
– Może i tak – powiedziała w zamian – ale z drugiej strony… To takie złe? Jestem upartą egoistką – rzuciła niemalże pogodnym tonem.
– Zauważyłem przez te lata – stwierdził z rozbrajającą wręcz szczerością.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem, przez krótką chwilę sama niepewna tego czy powinna się śmiać, czy może płakać.
– Kiepsko ci idzie z pocieszaniem, prawda? – Wiedziała, że tak jest, ale nigdy nie zaszkodziło dowiedzieć się u źródła.
– Nie. – Wyszczerzył się w uśmiechu. Była w stanie dostrzec dwa ostro zakończone kły, chociaż przynajmniej nie próbował ich wysuwać. – Jak stwierdziła kiedyś Alessia: marny ze mnie pocieszacz – przyznał, wymownie wywracając oczami.
Potrząsnęła głową, coraz bardziej zdezorientowana. Zdążyła zapomnieć, jak potrafił zachowywać się Aldero, kiedy akurat nie próbowali się ze sobą kłócić. Co więcej, jak najbardziej była w stanie wyobrazić sobie, że podobne stwierdzenie mogłoby paść z ust Ali, bo ta z jej kuzynek od zawsze miała skłonność do wykorzystywania słów, których inni nie rozumieli.
Cóż, z dziewczyną też od dawna nie rozmawiała, wiedząc jedynie tyle, że ta tymczasowo wróciła do rodzinnego domu. Była prawie pewna, że coś musiało pójść w Lille nie tak – czy to w związku z Arielem, czy kimkolwiek innym. Jakkolwiek by nie było, Alessia przebywała w Seattle, ale zdecydowanie nie rwała się, żeby towarzyszyć im tego wieczoru. To poniekąd zaskoczyło Elenę, bo prędzej spodziewałaby się bliźniaczki Damiena, niż tego, że jakimś cudem Marissie uda się nakłonić do wyjścia Claire.
W ostatnim czasie nic nie szło zgodnie z tym, czego mogłaby się spodziewać, ale usiłowała o tym nie myśleć.
Przeniosła wzrok z Aldero, mimowolnie raz jeszcze spoglądając na skupionych na sobie Damiena i Liz. Obserwowała zwłaszcza swoją przyjaciółkę, raz po raz mierząc dziewczynę spojrzeniem i próbując stwierdzić, czy ta faktycznie była aż tak zadowolona ze wspólnego wyjścia. Problem polegał na tym, że Elizabeth zawsze była dobra w ukrywaniu emocji, również w tamtej chwili z łatwością nad sobą panując – a przynajmniej wszystko wydawało się na to wskazywać. Liz milczała, spokojna na pierwszy rzut oka rozluźniona, choć to równie dobrze mogło być wyłącznie wrażeniem. Zwłaszcza w objęciach Damiena wydawała się drobna i bezbronna, choć w jej przypadku pozory jak najbardziej mogły mylić. Co prawda Elena dobrze wiedziała, że jej przyjaciółka nie byłaby w stanie pokonać wampira, ale na pewno potrafiłaby przyłożyć komuś, kto tylko spróbowałby podnieść na nią rękę.
Elizabeth przesunęła się, pozwalając Damienowi się prowadzić, chociaż to wyglądało raczej tak, jakby oboje wciąż ze sobą walczyli o przejęcie kontroli. Elena uśmiechnęła się mimowolnie, dochodząc do wniosku, że to bardzo przypominało jej relację z Rafaelem, przynajmniej w kwestii dominacji. Różnica polegała na tym, że Rafael prędzej połamałby jej ręce, aniżeli zgodził się przyznać, że mogłaby być od niego silniejsza – i to zwłaszcza teraz, kiedy sam twierdził, że pod wieloma względami są do siebie podobni. Ktoś taki jak Damien zdecydowanie nie byłby w stanie skrzywdzić dziewczyny, szczególnie przy swoim charakterze pozostając zdecydowanie bardziej ugodowym i skłonnym do kompromisów.
Materiał ciemnozielonej sukienki, którą miała na sobie Liz, łagodnie owinął się wokół kostek dziewczyny. Elena z opóźnieniem uprzytomniła sobie, że tkwi w bezruchu, woląc biernie obserwować tańczącą parę i właściwie nie zwracając uwagi na nic innego. Wkrótce po tym jej uwagę przykuł pozorny drobiazg w postaci ukrytego pod ubraniem, srebrzącego się łagodnie medalionu – zawieszki, którą widziała zaledwie przez ułamek sekundy, a która z jakiegoś powodu dała jej do myślenia. Sama nie była pewna, dlaczego na sam widok tego dodatku poczuła się dziwnie, tym bardziej, że obie z Liz lubiły biżuterię, ale mimo wszystko…
– Elena?
Wzdrygnęła się, po czym w roztargnieniu przeniosła wzrok na Aldero. Wpatrywał się w nią w co najmniej troskliwy sposób, wyraźnie nad czymś zastanawiając. Natychmiast spróbowała wziąć się w garść, nie chcąc niepotrzebnie go martwić, ale to okazało się o wiele trudniejsze, niż mogłaby tego oczekiwać. Zamrugała nieco nieprzytomnie, za wszelką cenę próbując doprowadzić się do porządku, tym bardziej, że kiedy ten z jej kuzynów zaczynał okazywać troskę, coś zdecydowanie było na rzeczy.
– Zamyśliłam się – stwierdziła zgodnie z prawdą, jakby od niechcenia wzruszając ramionami. Zaraz po tym z trudem przełknęła ślinę, nagle zaniepokojona i… głodna, choć w żaden sposób nie potrafiła sobie wytłumaczyć, co takiego wywołało silne, nieustępliwe palenie w gardle. – Przejdziemy się? Tutaj wciąż jest spokojnie, a ja… chyba mam ochotę odetchnąć świeżym powietrzem – dodała, spoglądając na chłopaka znacząco.
– Jasne.
To jedno słowo i sposób, w jaki zaraz po tym ujął ją pod ramię, jednoznacznie dały Elenie do zrozumienia, że wcale nie wyglądała na aż tak rozluźnioną, jak próbowała udawać. Zauważyła, że Aldero nieznacznie uniósł brwi ku górze, wiedząc albo podejrzewając więcej, niż mogłaby sobie tego życzyć. Bardziej stanowczo uczepiła się jego ramienia, nie chcąc ryzykować, że przypadkiem zrobi coś głupiego, chociażby pozwalając sobie na chwilę nieuwagi w miejscu, gdzie niemalże z każdej strony znajdował się jakiś człowiek. Znała to uczucie, zresztą zdawała sobie sprawę z tego, jak łatwo było doprosić się o wypadek. Już raz tego dokonała, pod wpływem impulsu decydując się zaatakować Briana, choć w tamtej uliczce zdecydowanie nie planowała, że przy pierwszej okazji spróbuje rzucić się chłopakowi do gardła.
Aldero milczał, przynajmniej do momentu, w którym znaleźli się z powrotem na pogrążonym w półmroku parkingu. Wzięła kilka głębszych wdechów, po czym wypuściła powietrze ze świstem, wcześniej oswobadzając się z uścisku wciąż towarzyszącego jej kuzyna. Przeszła kilka kroków, próbując doprowadzić się do porządku i stwierdzić, co i dlaczego tak naprawdę czuła. Wiedziała, że Al przez cały ten czas jej się przypatrywał, ale ignorowała jego obecność, raz po raz powtarzając sobie, że wszystko jest w porządku. Teraz było, chociaż z drugiej strony…
– Elena? Co jest, do cholery? – ponaglił ją wampir, sprawiając, że mimowolnie wzdrygnęła się, z opóźnieniem decydując odwrócić w jego stronę.
Nerwowo zacisnęła dłonie w pięści, coraz bardziej podenerwowana. Niby co miała mu powiedzieć? Już i tak w głowie miała pustkę, zdolna co najwyżej spazmatycznie chwytać i wypuszczać powietrze. Czuła, że jak najbardziej zrobiła dobrze, decydując się opuścić salę gimnastyczną, chociaż zarazem wciąż nie wyobrażała sobie tego, że mogłaby kogokolwiek skrzywdzić. Dlaczego miałaby, skoro żadna z obecnych w budynku istot nie była w stanie zagwarantować jej tego, czego tak naprawdę potrzebowała?
Odrzuciła od siebie niechciane myśli, w zamian raz po raz przeczesując włosy palcami. Miała ochotę poprosić Aldero, żeby zostawił ją samą i dał chwilę na zebranie myśli, ale nie potrafiła się na to zdobyć. I tak wiedziała, że za żadne skarby by się na to nie zgodził, zwłaszcza jeśli wyglądała na aż tak roztrzęsioną, jak w tamtej chwili się czuła.
– Ja… – Potrząsnęła głową, gorączkowo szukając jakiejś sensownej odpowiedzi. – Sama nie wiem. Musiałam… po prostu wyjść – wyjaśniła, chociaż to brzmiało raczej jako niezrozumiały bełkot, aniżeli odpowiedź, która mogłaby kogokolwiek usatysfakcjonować.
– Co się dzieje? – zniecierpliwił się Aldero, nawet nie próbując udawać, że cokolwiek rozumie.
Rzuciła mu poirytowane spojrzenie, wciąż pełna wątpliwości. Niby co takiego miała mu powiedzieć? Jasne, że byłby w stanie zrozumieć pragnienie krwi, skoro sam go doświadczał, ale… Cóż, prawdziwy problem polegał na tym, że potrzebowała Rafaela – i była tego w pełni świadoma. Od samego początku wiedziała, że nie powinna pozwalać demonowi karmić ją za każdym razem, kiedy miał na to ochotę, ale co takiego mogła poradzić, że potrafił z łatwością ją omamić, kiedy nadchodziła taka potrzeba? Robił z nią dosłownie wszystko, co zechciał, a to wciąż pozostawało zaledwie początkiem ewentualnych problemów. Co prawda wszystko wydawało się lepsze od pragnienia ludzkiej krwi, na dodatek w takich okolicznościach, niemniej…
Ale dlaczego teraz? Co takiego się zmieniło, skoro…?
Nie miała pojęcia, to zresztą przestało mieć dla dziewczyny jakiekolwiek znaczenie. Krążyła nerwowo, próbując się uspokoić, ale to już dawno przestało być możliwe. Z opóźnieniem zrozumiała, że się trzęsie, chociaż doświadczenie to zdecydowanie nie miało związku z panującą na zewnątrz niską temperaturą. Chwilę błądziła wzrokiem na prawo i lewo, próbując znaleźć cokolwiek, czym mogłaby się rozproszyć, ale to było równie bezsensowne, co i wmawianie samej sobie, że nie ma powodów do niepokoju. Przecież wiedziała, jak niebezpieczne potrafiło być pragnienie – i to zwłaszcza w sytuacji, w której nie dysponowała niczym, czym mogłaby je zaspokoić.
Przynajmniej teoretycznie.
Sama nie była pewna, co takiego podkusiło ją, żeby przenieść wzrok na Aldero. Już raz pokusiła się o to, żeby posunąć się o krok za daleko względem kuzyna, ale w tamtej chwili właściwie się nad tym nie zastanawiała, skoncentrowana przede wszystkim na świadomości, że chłopak znajdował się dosłownie na wyciągnięcie ręki. Teraz wystarczyło, żeby się do niego zbliżyła, tym bardziej, że zdecydowanie nie miał jej odmówić, a potem…
– Nie wiem, jak to działa w twoim przypadku, ale… potrzebujesz mnie, prawda? – Głos Aldero wyrwał ją z zamyślenia. Spojrzała na niego w oszołomieniu, przez krótką chwilę czując się tak, jakby mówił do niej w jakimś obcym języku. – Mogę ci jakość pomóc, Eleno? – zapytał wprost, ale po samym jego tonie poznała, że jak najbardziej zdawał sobie sprawę z tego, w czym leżał problem. Nawet jeśli w pełni tego nie rozumiał, podejrzewał dość, by być skłonnym zaoferować jej o wiele więcej, niż miała prawo oczekiwać.
Elena zawahała się, przynajmniej w pierwszym odruchu. Zaraz po tym coś w niej pękło i z wolna ruszyła w jego stronę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa