08.02.2017

Dziewięćdziesiąt trzy

Claire
To było niczym koszmar, w którym nagle przyszło jej się znaleźć. Początkowo nie zareagowała na słowa przyjaciółki, bezmyślnie wpatrując się w bladą twarz Issie i próbując przekonać samą siebie, że ta mówiła do niej w jakimś innym, obcym języku. Ewentualnie musiała coś źle zrozumieć; to wydawało się dość prawdopodobne, biorąc pod uwagę fakt, że dookoła już od dłuższego czasu rozgrywała się szaleństwo, nad którym ledwo była w stanie zapanować.
Nic bardziej mylnego.
Aż wzdrygnęła się, kiedy panującą w samochodzie, porażającą wręcz ciszę, przerwał krzyk – inny niż ten, który była w stanie wydobyć z siebie Shannon, ale to nie uczyniło sytuacji jakkolwiek łatwiejszej do zniesienia. Claire zesztywniała, przez krótką chwilę czując się tak, jakby ktoś z całej siły przyłożył jej czymś ciężkim w głowę. To niemożliwe, przeszło dziewczynie przez myśl, ale przecież była tutaj i wyraźnie słyszała, że nic nie było takie, jak mogłaby oczekiwać. Wręcz przeciwnie – czuła, że sytuacja nie po raz pierwszy wymyka jej się spod kontroli, zapoczątkowując coś, w czym zdecydowanie nie chciała trwać.
Claire…
Dźwięk własnego imienia skutecznie sprowadził dziewczynę na ziemię. Jej spojrzenie chcąc nie chcąc na powrót powędrowało ku bladej twarzy Marissy, chociaż to nie na tym Claire ostatecznie zdecydowała się skoncentrować wzrok. Początkowo nie była pewna, co takiego wydarzyło się w zaledwie kilka sekund, kiedy Issie została pochwycona przez Marce, ale teraz już nie miała wątpliwości. Widok rany w kształcie półksiężyca – niewielkiej, ale aż nazbyt wyraźnej i wciąż delikatnie broczącej krwią – którą dostrzegła na gardle wyraźnie przerażonej dziewczyny. To tłumaczyło wszystko, ale…
Nie była w stanie odpowiedzieć, zresztą nawet gdyby zdołała wykrztusić z siebie chociaż słowo, nie byłaby w stanie powiedzieć niczego, co zabrzmiałoby sensownie. Co więcej… W ułamku sekundy zwątpiła w to, czy jakiekolwiek jej zapewnienia mogłoby usatysfakcjonować Issie, o ile ta w ogóle miałaby być w stanie ją usłyszeć, a co dopiero zrozumieć. Coś w zachowaniu, krzykach i tym, że dziewczyna mogłaby wypowiadać akurat jej imię – na dodatek w tak błagalny sposób, jakby wierzyła, że w ten sposób przyniesie sobie ukojenie – dodatkowo wytrąciło Claire z równowagi, sprawiając, że ta zapragnęła ni mniej, ni więcej, ale najzwyczajniej w świecie uciec. Zrobić… cokolwiek, byleby tylko móc to szaleństwo uchwycić i się od niego odciąć.
Cokolwiek.
Oddech nieznacznie jej przyśpieszył, kiedy bezwiednie odsunęła się, przesuwając bliżej drzwi pasażera. Właściwie nie zarejestrowała momentu, w którym samochód dołączył do ruchu ulicznego, wprawnie posuwając się naprzód. Jak przez mgłę była świadoma tego, co działo się wokół niej, łącznie z tym, że najpewniej udało im się uciec. Teraz, w samym środku ruchliwego Seattle, atak któregokolwiek z wampirów wydawał się graniczyć z cudem, a przynajmniej miała nadzieję, że tak właśnie prezentowała się ich faktyczna sytuacja. Chciała wierzyć w bardzo wiele rzeczy, łącznie z tym, że to zaledwie jakiś głupi, zły sen, z którego mogłaby się obudzić – prędzej czy później. Problem polegał na tym, że zarazem zdawała sobie sprawę z tego, że to niemożliwe, chociaż tę myśl dosłownie z uporem maniaka próbowała od siebie odsunąć.
– Claire… Hej, Claire, spójrz na mnie! – doszło ją jakby z oddali.
Potrzebowała dłuższej chwili, żeby zorientować się, że tym razem do Aldero próbował zwrócić na siebie jej uwagę. Z zaskoczeniem przekonała się, że zdążyła jakimś cudem zapomnieć o kuzynie, chociaż to wydawało się graniczyć z cudem, skoro chłopak siedział tuż obok niej, wciąż trzymając Marissę w ramionach. Poruszając się trochę jak w transie, w roztargnieniu spojrzała na kuzyna, próbując zrozumieć, dlaczego obraz raz po raz rozmazywał jej się przed oczami i dlaczego czuła wilgoć na policzkach – płynące łzy, co dotarło do niej po kilku następnych sekundach, na pierwszy rzut oka wydając się nie mieć sensu. Nic, co działo się wokół niej, nie miało go już od dłuższego czasu.
Kolejne sekundy wydawały się ciągnąć w nieskończoność, niosąc ze sobą wyłącznie strach i niekończącą się agonię. Przez krótką chwilę miała wrażenie, że wszelakie bodźce dochodzą do niej jakby z oddali – zza tłumiącej wszystko, zamglonej szyby – ale to była wyłącznie chwilowa reakcja organizmu. Problem polegał na tym, że uczucie to niemalże natychmiast zniknęło, zostawiając Claire roztrzęsiona i świadomą tylko i wyłącznie tego, że Marissa cierpiała – i że ona nie była w stanie zrobić niczego, żeby to szaleństwo zatrzymać.
Bezwiednie spojrzała przed siebie, w lusterku dostrzegając bladą, przesadnie wręcz skupioną twarz Nigela. Po chłopaku trudno było stwierdzić, co takiego myślał sobie w tamtej chwili, o przewidzeniu jakichkolwiek reakcji nie wspominała. W pewnym momencie musiał podchwycić jej spojrzenie, bo drgnął i chyba spróbował się uśmiechnąć, ale przyszło mu to w co najmniej problematyczny, zdradzający wysiłek sposób.
– Ehm… Shannon to i owo mi powiedziała – powiedział cicho. Jego głos wydawał się brzmieć obco, poza tym wyraźnie drżał, ale to nie miało dla Claire najmniejszego nawet znaczenia. W gruncie rzeczy wolała słuchać tego chłopaka, byleby odciąć się od… wszystkiego innego. – Właściwie nie zostawiłem jej wyboru, zwłaszcza jak wróciła z ośrodka i… Ale chyba nie ma tego złego, nie? – dodał z wahaniem Nigel, wyraźnie podenerwowany sytuacją.
– Trzymacie się w cieniu idzie nam coraz lepiej – stwierdził z rezerwą Aldero. Skrzywił się, po czym nieznacznie potrząsnął głową. – I tak spadasz nam z nieba.
Gdyby nie problemy, z którymi wszyscy musieli się mierzyć, być może chłopak zdołałby się uśmiechnąć.
– Świetnie… Co z nią jest? – zapytał po chwili wahania, a Claire zesztywniała. – Mam na myśli… czy ona się…?
Nie dokończył, ale dziewczynie wydało się aż nazbyt oczywiste to, jak miało brzmieć jego pytanie. Nie miała pojęcia, jak wiele dowiedziała się Shannon i co takiego przekazała bratu, to zresztą nie miało w tamtej chwili znaczenia – nie w obliczu tego, co działo się z Marissą. W efekcie ani ona, ani Aldero nie odpowiedzieli, tym bardziej, że przeciągająca się, przenikliwa cisza miała w sobie coś bardziej wymownego i ostatecznego, aniżeli jakiekolwiek dodatkowe tłumaczenia.
Czy ona się przemienia? To pytanie niemalże rozbrzmiewało w jej głowie, wydając zmuszać do tego, żeby udzielić odpowiedzi – a więc w końcu nazwać rzeczy po imieniu i wprost oznajmić, że to jak najbardziej się działo. Mogła protestować, podświadomie szukając usprawiedliwienia dla samej siebie, ale to prowadziło donikąd i Claire doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Pewne rzeczy już miały miejsce, a ona nie była w stanie ich powstrzymać, niezależnie od tego, jak uparcie by próbowała, ale…
Cisza… Czy biorąc pod uwagę to, co się działo, powinno być aż tak cicho? Nie zarejestrowała momentu, w którym krzyki Marissy ucichły i choć naturalnie była wdzięczna za chwilę spokoju, ten wydawał się wręcz nienaturalny. Dłuższą chwilę walczyła ze sobą, zanim ostatecznie odważyła się przenieść wzrok na przyjaciółkę, spodziewając się dosłownie wszystkiego – i to łącznie z tym, że z chwilą, w której sobie na to pozwoli, ta na powrót zacznie się wić w agonii. Nie miała pojęcia, ile prawdy było w działaniu jadu i co tak naprawdę powinna rozumieć przez stwierdzenie „niewidzialny ogień”, ale to wystarczyło, żeby wiedziała, że przemiana była niczym małe piekło – i to zarówno dla osoby, która przeistaczała się w istotę nieśmiertelną, jak i tych, którzy w mniej lub bardziej świadomy sposób stawali się świadkami całego przedsięwzięcia.
Jedynym, czego w tamtej chwili była pewna, pozostawało to, że nie chciała być w tym miejscu. Pragnęła uciec – jakkolwiek odciąć się od tego całego szaleństwa, żeby znaleźć ukojenie. Nie chciała nawet myśleć o tym, co działo się wokół niej, ale to miało okazać się co najmniej problematyczne, skoro znajdowała się w pędzącym samochodzie.
Zawahała się, bezmyślnie wpatrując w bladą twarz Marissy. Dziewczyna milczała, oddychając szybko i płytko, co jedynie utwierdziło Claire w przekonaniu, że musiała cierpieć. Co prawda to nie był ten rodzaj bólu, który sprawiłby, że aż wiłaby się w agonii, ale mimo wszystko…
– Al? – wyszeptała tak cicho, że ledwo była w stanie samą siebie zrozumieć. Mimo wszystko kuzyn nie miał problemu z tym, żeby ją usłyszeć, bez chwili wahania koncentrując na niej spojrzenie. – Dlaczego ona… jest taka nieruchoma? – zaryzykowała, bowiem ta jedna kwestia nie dawała jej spokoju.
Nie, zdecydowanie nie zamierzała narzekać, że Issie już nie krzyczała i nie próbowała walczyć z cierpieniem, które niosła ze sobą przemiana. Byłaby naiwna i głupia, gdyby jakkolwiek narzekała na taki stan rzeczy, ale z drugiej strony… Trudno było tak po prostu ignorować, że cokolwiek mogłoby ulec zmianie. Pomimo całego przerażenia, które odczuwała, wciąż się martwiła, a to bez wątpienia o czymś świadczyło.
– Nie przejmuj się – mruknął chłopak, bynajmniej nie przynosząc jej tymi słowami ukojenia. – Serio, Claire. Robię co mogę – wyjaśnił lakonicznie, tym samym skutecznie wytrącając dziewczynę z równowagi.
Spodziewała się wielu rzeczy, ale na pewno nie tego, że mógłby wykorzystać swoje zdolności. Wiedziała, że telepatia dawała wiele możliwości, ale wciąż uczyła się tego, jak daleko potrafiła sięgać siła umysłu. Nie zmieniało to faktu, że była przerażona, a po słowach wampira poczuła się jeszcze bardziej bezużyteczna, mogąc co najwyżej siedzieć obok i załamywać ręce. Nie w ten sposób wyobrażała sobie zakończenie tego wieczoru, ale z drugiej strony… Które z nich choćby podejrzewało, że świat stanie na głowie z chwilą, w której wybiorą się na szkolną imprezę?
Chwilę jeszcze wahała się nad tym, co powinna powiedzieć, w milczeniu wodząc wzrokiem po bladej twarzy Issie, zanim ostatecznie zdecydowała się uciec wzrokiem gdzieś w bok. Wbiła wzrok w szybę po swojej stronie, krótką chwilę obserwując to, co działo się na zewnątrz – przemykające samochody, rozświetlone ulice i niczego nieświadomych przechodniów. Podświadomie wypatrywała czegoś, co mogłoby świadczyć, że Marce, Peter albo brat Elizabeth podążając za nimi, ale nie była, a może po prostu nie chciała niczego zauważyć. W głowie jej wirowało i chociaż jakaś jej cząstka przejmowała się tym, gdzie podziewała się reszta, Claire ostatecznie nie zdecydowała się zadać jakiegokolwiek pytania.
W zamian zamknęła oczy, bezskutecznie próbując się rozluźnić. To oczywiście okazało się niemożliwe, ale panująca wewnątrz pojazdu cisza, mimo wszystko miała w sobie coś kojącego. Cóż, musiało wystarczyć, przynajmniej na początek, ale do tego czasu…
Najgorsze jednak pozostawało to, że nie miała pojęcia, co takiego powinna zrobić – i to nie tylko w związku z Marissą, ale przede wszystkim własnymi wątpliwościami. Jak miałaby po tym wszystkim spojrzeć tej dziewczynie w oczy albo przyznać, że mimo wszystko przez cały ten czas musiała ją okłamywać? Teraz było za późno na przeprosiny i jakiekolwiek ostrzeżenia, o zmianie przyszłości nie wspominając. Claire nie była w stanie wyobrazić sobie niczego gorszego, niż wyrwanie z życia, które się znało – a przecież właśnie coś takiego przemiana gwarantowała Marissie. Pomijając życie pod postacią istoty, która funkcjonowała przede wszystkim dzięki wypitej krwi, ludzkie życie dziewczyny dobiegło końca; wszystko to, co znała i rozumiała, przestawało mieć znaczenie.
Wszystko…
Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści. W gruncie rzeczy wiedziała o Marissie niewiele, nie mając nawet okazji poznać jej rodziny. Nie miała pojęcia, jak wiele ta dziewczyna miała teraz utracić i dokąd prowadziło to szaleństwo. I chociaż niewiedza w wielu przypadkach wydawała się prawdziwym wybawieniem, Claire wcale nie poczuła się lepiej. Wręcz przeciwnie – chciała mieć przynajmniej cień szansy na to, żeby zrozumieć, chociaż to absolutnie niczego by nie zmieniło. Po prostu pozostawała bezbronna i całkowicie bezużyteczna, a to…
Powinnam była wiedzieć, pomyślała mimochodem. Czuła, że okłamuje samą siebie, ale z drugiej strony, to w jaki sposób działał dar, którym dysponowała, skoro nawet nie była w stanie obronić kogoś, kto niejako jej ufał? Jasne, w wielu przypadkach nie była w stanie zrobić niczego, żeby pomóc samej sobie, więc branie odpowiedzialności za inną osobę, wydawało się co najmniej śmieszne, ale to nie zmieniało faktu, że wierzyła w swój dar na tyle, by mieć do siebie pretensje o całkowity brak możliwości.
Dlaczego tak wiele razy pisała te cholerne wiersze, mając szansę przewidzieć nieszczęścia, które mogłyby spotkać tych, którzy byli dla niej ważni, a kiedy przyszło co do czego…?
Znów poczuła wilgoć na policzkach, ale nie próbowała powstrzymywać cisnących jej się do oczu łez. Po prostu pozwalała, żeby płynęły, ostatecznie dochodząc do wniosku, że tak naprawdę jest jej wszystko jedno. To już i tak nie miało znaczenia, kiedy zaś zastanowiła się nad sytuacją jeszcze przez krótką chwilę, Claire ostatecznie doszła do wniosku, że rozumiała, dlaczego Isabeau tak wiele razy frustrowała się z powodu swoich wizji – a już zwłaszcza tego, że nawet mając przed oczami konkretne wskazówki, nie była w stanie zrobić niczego, żeby móc zmienić przyszłość.
Niektóre rzeczy po prostu się dzieją, usłyszała w głowie mentalny głos Aldero. Wydał jej się zmęczony, chociaż to równie dobrze mogło być wyłącznie wrażeniem. Uniosła brwi, co najmniej zaskoczona tym, że chłopak tak po prostu naruszył jej prywatność, ale nie próbowała naskakiwać na niego z tego powodu. W gruncie rzeczy czuła, że jest jej wszystko jedno. Wybacz, ale smutek od ciebie aż bije… I dość głośno myślisz.
Nie żałuj sobie, mruknęła w odpowiedzi. Zdążyła już przywyknąć do takiej formy komunikacji.
Hej, tylko bez takich… Zapominasz, kto jest moją matką, przypomniał niemalże usłużnym tonem. Miała wrażenie, że próbował żartować, chociaż przez wzgląd na sytuację szło mu to – najdelikatniej rzecz ujmując – marnie. Myśl sobie, co tylko chcesz, ale mogę powiedzieć ci jedno: niektóre rzeczy po prostu się dzieją, powtórzył ze stanowczością, która ją zaskoczyła. I tyle. Przewidywanie przyszłości nie znaczy, że nagle cokolwiek się zmieni, jasne? Może to przeznaczenie, zresztą…
Zamilkł, a może to ona przestała go słuchać – skutek tak czy inaczej był dokładnie taki sam. Claire milczała, wciąż uparcie wpatrując się w przestrzeń za oknem i próbując stwierdzić, co tak naprawdę czuła. Była świadoma przede wszystkim narastającej z każdą kolejną sekundą pustki, chociaż i ta na dłuższą metę wydawała się pozbawiona szczególnego znaczenia.
Może gdyby mogła uwierzyć, że Aldero miał rację, wszystko stałoby się prostsze, ale nic nie wskazywało na to, żeby zrozumienie w najbliższym czasie miało się pojawić. Bezwiednie objęła się ramionami, energicznie je pocierając, żeby się rozgrzać, chociaż i to nie przyniosło skutku – nie, skoro chłód, którego doświadczała, miał swoje źródło gdzieś w jej wnętrzu. Nic nie było takie, jak mogłaby oczekiwać, a jakby tego wszystkiego było mało…
Nie. Po prostu przestań o tym myśleć.
Mocniej zacisnęła powieki, próbując dostosować się do własnych słów. Tym razem przyszło jej to o wiele prościej, chociaż to równie dobrze mogło okazać się wyłącznie wrażeniem – iluzją, w której chciała trwać.
Cóż, to nie miało znaczenia.
W tamtej chwili nade wszystko znaleźć się gdzieś daleko, chociażby w Mieście Nocy, gdzie mogłaby poszukać ukojenia u mamy albo… Och, zdecydowanie bliżej – i również w ramionach, które były dla niej bardzo ważne.
Potrzebowała Setha.
Renesmee
Stałam przed domem, początkowo sama niepewna, co takiego działo się wokół mnie. Tkwiłam w miejscu, chociaż wszystko we mnie aż rwało się do ruchu – tego, żeby zacząć bezmyślnie krążyć tam i z powrotem, pomimo, że w ten sposób i tak nie byłabym w stanie niczego zdziałać. Nie zmieniało to jednak faktu, że aż mnie nosiło, w głowie zaś tłukła mi się tylko jedna myśl – a więc to, że ktokolwiek mógłby próbować znów skrzywdzić moją rodzinę, na dodatek w najmniej oczekiwanym momencie i bez jakiegokolwiek wyraźnego powodu.
– Ja… Chwileczkę, po kolei – rzucił co najmniej podenerwowanym tonem Gabriel, nawet nie próbując udawać spokojnego. – Wampiry w liceum… W liceum na balu? – powtórzył z naciskiem, tak jak i ja nie będąc w stanie doszukać się sensu w takiej możliwości.
– W zasadzie, to dorwali nas na parkingu, ale czy to cokolwiek zmienia? – poprawiła usłużnie Elena, potrząsając z niedowierzaniem głową. Z poplątanymi, jasnymi włosami i dziko błyszczącymi oczami, wyglądała… inaczej. – Jakby nie Shannon, pewnie byśmy mieli problem. Nie mam pojęcia, co właśnie się stało i, cholera, jakoś nieszczególnie mnie to interesuje, więc…
Wzruszyła ramionami, nie będąc w stanie, a może nie chcąc mówić więcej. W milczeniu powiodłam wzrokiem dookoła, jeszcze raz chcąc upewnić się, że wszyscy są cali, chociaż już zdążyłam przekonać się, że najpewniej nikt nie ucierpiał. Problemem pozostawali Aldero i Claire, ale Cameron twierdził, że byli w drodze. Co prawda coś w sposobie, w jaki przekazał informacje od brata, skutecznie mnie zmartwiło, ale ostatecznie zrzuciłam to na przewrażliwienie. Co jak co, ale w tamtej chwili miałam prawo odchodzić od zmysłów.
W milczeniu przyniosłam wzrok na milczącą, stojącą na uboczu Shannon. Zwłaszcza jej lśniące, intensywnie czerwone loki włosy wrzucały się w oczy, tym bardziej, że dziewczyna miała na sobie aksamitnie czarną sukienkę. Zauważyłam, że wciąż była nienaturalnie wręcz blada, a sądząc po stanie jej makijażu, zakładałam, że w którymś momencie musiała się popłakać – najpewniej podczas drogi powrotnej, bo teraz sprawiała wrażenie względnie spokojnej.
– W porządku? – zapytałam po chwili wahania. Miałam wobec niej dług już po tym, jak pomogła podczas ucieczki z ośrodka, w którym była wraz z Jocelyne.
– Och, tak… Jasne. – Po tonie Shannon trudno było stwierdzić, czy mówiła prawdę, czy może była cyniczna. Jeśli miałam być ze sobą szczera, wcale nie zdziwiłabym się, gdyby pozwoliła sobie na złośliwości i ironię. – Po prostu jak ich zauważyłam, naprawdę musiałam się wtrącić i… Ach, poza tym wtajemniczyłam brata. Przepraszam, ale musiałam – dodała, ostatnie słowa wyrzucając z siebie tak szybko, że nawet z wyostrzonymi zmysłami miałam problem z tym, żeby za nią nadążyć.
– Shannon… – rzucił niemalże troskliwym tonem Cameron.
Dziewczyna tylko potrząsnęła głową.
– Oszalałabym, gdybym się komuś nie zwierzyła, zresztą Nigel nie jest ślepy… Ale żadne z nas niczego nie powie. O to możecie być spokojni, naprawdę!
Wypuściłam powietrze ze świstem, nie widząc powodu, dla którego miałabym się wtrącać. Nie chciałam zastanawiać się nad tym, co mogłaby nieść ze sobą sytuacja, w której kolejna para dzieciaków dowiedziała się o nieśmiertelnych. To nie było teraz istotne, zresztą w przypadku Shannon sprawy miały się inaczej – i to nie tylko przez wzgląd na dar, którym już jako człowiek dysponowała. Nie byłam zaskoczona tym, że w panice mogłaby powiedzieć komukolwiek, ale mimo wszystko…
Moje spojrzenie machinalnie powędrowało w stronę wtulonej w Damiena Liz. Oboje przez większość czasu milczeli, ona dodatkowo przerażona, co najpewniej wiązało się z tym, że w całym tym szaleństwie brał udział jej brat. Mogłam tylko zgadywać, co takiego wydarzyło się tego wieczora, a jakby tego było mało, podświadomie czułam, że to wciąż nie był koniec. Nie chodziło wyłącznie o świadomość tego, że te wampiry wciąż gdzieś tam były, ale inną, równie istotną kwestię, która nie dawała mi spokoju, chociaż jak na złość nie byłam w stanie jej zinterpretować.
– Ehm… Jeszcze jedna sprawa – odezwał się cicho Cammy, skutecznie wyrywając mnie z zamyślenia. Już wcześniej wydał mi się spięty, ale kiedy spojrzałam na niego w tamtej chwili i zauważyłam to, jak bardzo był podenerwowany, coś ścisnęło mnie w gardle. – Aldero twierdzi, że są blisko, ale…
– Co? – ponaglił go spiętym tonem Gabriel.
Chłopak tylko westchnął.
– Z Claire i nim wszystko w porządku, ale… wychodzi na to, że Issie oberwała – oznajmił i zawahał się na moment. – Właśnie jadą do nas z przemieniającą się wampirzycą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa