09.02.2017

Dziewięćdziesiąt cztery

Renesmee
Nie miałam pojęcia, w jaki sposób powinnam się zachować. Wiedziałam jedynie, że z chwilą, w której zobaczyłam bladą jak papier, wyraźnie przerażoną Claire, w najzupełniej naturalnym odruchu zapragnęłam przygarnąć ją do siebie, w nadziei, że w ten sposób uda mi się przekonać dziewczynę, że wszystko będzie w porządku. Jasne, zdawałam sobie sprawę z tego, że to nawet brzmiało jak wielkie, wierutne kłamstwo, ale co innego tak naprawdę mi pozostawało? Pewne rzeczy najzwyczajniej w świecie miały miejsce, nam zaś pozostało wyłącznie zaakceptowanie konsekwencji – z tym, że to wcale nie musiało być takie proste.
Nie byłam pewna, co i dlaczego chciałam albo miałabym zrobić, by mieć choćby cień szansy na zapanowanie nad sytuacją. W gruncie rzeczy wątpiłam, żeby jakiekolwiek działanie miało sens, zresztą najważniejsze pozostawało dla mnie to, że mimo wszystko nikomu nic się nie stało. Przemiana Issie, którą Aldero zabrał do naszego domu, bez słowa znikając gdzieś na piętrze, pozostawała sprawą drugorzędną, bo dziewczyna mimo wszystko nie umarła. Dziwnie czułam się z samą myślą o tym, że moglibyśmy mieć pod dachem przemieniającą się wampirzycę, wciąż do mnie nie docierała, ale to i tak wydawało się lepszą alternatywą, niż gdyby okazało się, że ktokolwiek został zabity. Co prawda żadne z nas nie wiedziało, co takiego działo się na balu, ale – byłam tego pewna – wszyscy chcieliśmy po prostu wierzyć w to, że skoro w liceum zostały wyłącznie zwykłe dzieciaki, wampirza grupka ostatecznie odpuści.
Byłam skłonna uznać za prawdopodobne naprawdę wiele scenariuszy, począwszy od ataku nowo narodzonych, bo to już kiedyś miało w Seattle miejsce. Problem polegał na tym, że młode wampiry nie atakowałyby ze świadomością konkretnego celu, a tym bez wątpienia… Cóż, nie była Elizabeth, ale Damien i jego kuzynostwo. Tak przynajmniej twierdzili, opierając się na tym, co powiedział Liz brat, w przerwie pomiędzy zapewnianiem ją, że nie pozwoli jej skrzywdzić. To nie miało dla mnie sensu, ale – jak na ironię – nie pierwszy raz nie miałam pewności, czego tak naprawdę powinniśmy się spodziewać. Po raz kolejny działo się kilka rzeczy na raz, a ja mimo usilnych starań nie byłam w stanie doszukać się powiązać pomiędzy nimi.
Wiedziałam jedynie, że to nie mógł być przypadek. Po ucieczce Isobel i informacji o tym, że Volturi mogliby kręcić się w okolicy, wszystko wydawało się możliwe. Jeśli do tej pory sądziłam, że to Miasto Nocy będzie w największym stopniu zagrożone, teraz widziałam, że się pomyliłam – i to w znaczącym stopniu, bo w każdej chwili mogło wydarzyć się coś o wiele gorszego.
Bez słowa przygarnęłam do siebie Joce, poniekąd po to, żeby zająć czymś ręce. Trudno byłoby, żeby ona i Alessia nie zauważyły zamieszania, które zapoczątkował powrót reszty, nie wspominając o tym, że Ali już na wstępie wyczuła gwałtowne emocje, które targały jej bliźniakiem. Nie musiałam patrzeć na Damiena, żeby wiedzieć, że dosłownie go nosiło, co zresztą wcale mnie nie dziwiło, tym bardziej, że pod wieloma względami wdał się w Gabriela. Może i na pierwszy rzut oka sprawiał wrażenie spokojnego i zdolnego nad sobą zapanować, ale rzeczywistość pozostawała o wiele bardziej skomplikowana, nie wspominając o tym, że w grę wchodziło bezpieczeństwo dziewczyny, którą kochał. Teraz nie miałam co do tej jednej kwestii najmniejszych nawet wątpliwości – tego, że Liz mogłaby być dla niego nad wyraz ważna, może nawet w stopniu równym relacji, która istniała pomiędzy mną a Gabrielem. Cieszyłam się z tego, bo wszystko wydawało się lepsze od zamartwianie o to, co działo się pomiędzy Damienem a Alessią, ale zaraz miałam wątpliwości za każdym razem, kiedy przypominałam sobie, co takiego zagrażało Elizabeth. Żadne z nich sobie na to nie zasłużyło, ale powoli zaczynałam przywykać do myśli o tym, że życie bywało niesprawiedliwe… Najdelikatniej rzecz ujmując.
Z wahaniem spojrzałam na siedzącą u boku mojego syna dziewczynę, nie pierwszy raz zwracając uwagę na to, że sprawiała wrażenie co najmniej przerażonej. To były szczegóły – drobiazgi, które na pierwszy rzut oka wcale nie musiały mieć znaczenia – ale coś w sposobie, w jaki zaciskała dłonie w pięści albo niemalże spazmatycznie chwytała powietrze, dało mi do myślenia. To mogło być wyłącznie moim wrażeniem, ale chwilami byłam gotowa przysiąc, że Liz czuła się w naszym towarzystwie źle. Co prawda w większości wypadków pewnie nie była tego świadoma, ale dzięki wyostrzonym zmysłom i instynktowni byłam w stanie wyczuć, że całe jej ciało dosłownie rwało się do ucieczki.
Kiedy gdzieś na piętrze do tego wszystkiego rozległ się wrzask Marissy, dziewczyna jęknęła, po czym gwałtownie poderwała się do pionu.
– Liz? – zmartwił się Damien, bez wahania materializując się u jej boku.
Nie zaprotestowała, kiedy położył dłonie na jej ramionach, ale wyraźnie wzdrygnęła się, przez krótką chwilę być może chętna, żeby je strząsnąć. Zauważyłam, że oczy Elizabeth błyszczały w podejrzany sposób, zdradzając gotowość do płaczu, chociaż wyraźnie próbowała się powstrzymywać. Nerwowo zaciskała usta, jednocześnie zaplatając ramiona na piersi w taki sposób, jakby nie chciała, żeby ktokolwiek jej dotykał – i to łącznie z Damienem, który bez wątpienia rwał się do tego, żeby jakkolwiek ją pocieszyć.
– Ona cierpi, prawda? – zapytała wprost. Chociaż mówiła cicho, niemalże szeptem, kolejne słowa okazały się aż nazbyt wyraźne i łatwe do zrozumienia. – Więc tak to wygląda? Mówiłeś mi, ale…
– Ja… Tak – przyznał niechętnie chłopak. – Ale to mija. Za jakiś czas – zaczął, ale dziewczyna tylko potrząsnęła głową.
– Kiedy? – zapytała wprost, nie kryjąc zniecierpliwienia. – Za kilka godzin? Będzie zwijała się tam kilka godzin, zanim… – zaczęła, ale Damien nie pozwolił jej dokończyć.
– Dni – poprawił niemalże łagodnym tonem, decydując się pozwolić sobie na szczerość. – To zwykle trwa trzy dni.
Liz gwałtownie pobladła, chociaż nie sądziłam, że w jej przypadku będzie to w ogóle możliwe. Zachwiała się nieznacznie, ale nie straciła równowagi, w zamian niemalże w popłochu odsuwając od chcącego ją podtrzymać Uzdrowiciela. W tamtej chwili nie potrzebowałam umiejętności, którymi dysponował Jasper, żeby zorientować się, co takiego czuła; była przerażona, chociaż nawet to określenie wydało mi się zaledwie pustym słowem, które w połowie nie oddawało choćby części emocji, które w tamtej chwili wydawały się targać Elizabeth. Być może to pozostawało wyłącznie moim wrażeniem, ale przez krótką chwilę byłam gotowa przysiąc, że w sposobie, w jaki odsunęła się od Damiena, dało się doszukać wręcz obrzydzenia, ale prawie natychmiast odrzuciłam od siebie tę myśl.
Nie, to zdecydowanie nie było tak, a przynajmniej ja próbowałam w to wierzyć. Chyba nawet mogłam zrozumieć, skąd brały się te uczucia – przenikliwy strach, który jak najbardziej miała prawo odczuwać, skoro przez cały ten czas brat podążał za nią, gotów uczynić ją nieśmiertelną. Wiedziałam, że tego nie chciała, więc konieczność przebywania pod jednym dachem z kimś, na kogo miejscu prędzej czy później mogła się znaleźć, musiało być udręką. Rozumiałam to, ale mimo wszystko…
Trzy dni… – Głos Liz zabrzmiał dziwnie, zdławiony i tak bardzo niepewny, że aż poczułam się dziwnie. W ten sam sposób mogłaby brzmieć wystraszona mała dziewczynka. – Ach, tak…
Nie dodała niczego więcej, zresztą to i tak wydawało się zbędne. Tym razem nie zaprotestowała, kiedy Damien zmaterializował się tuż za nią, w następnej sekundzie otaczając wystraszoną dziewczynę ramionami. Pozwoliła, żeby przyciągnął ją do siebie, po chwili wahania – bardzo delikatnie, w taki sposób, żeby w razie potrzeby mogła się wycofać – muskając wargami jej odsłonięty kark. Nie zarejestrowałam momentu, w którym ta dwójka aż tak bardzo zbliżyła się do siebie, pozwalając sobie na bardziej publiczne okazywanie uczuć, ale miałam wrażenie, że to wydarzyło się przede wszystkim pod nieobecność moją i Gabriela, kiedy z oczywistych względów zostaliśmy najpierw w Volterze, a później w Mieście Nocy.
– Zabiorę cię stąd – zaproponował po chwili wahania Damien. – Nie ma sensu przenosić Issie, więc to my możemy wynieść się do czasu, aż… pewne rzeczy wrócą do normy – zaproponował, siląc się na pewny ton głosu, ale mimo wszystko zabrzmiało to tak, jakby sam nie wierzył we własne słowa.
– Ma rację – wtrąciłam, chcąc się na coś przydać. – Moglibyście się przenieść do Cullenów albo… – zaczęłam, ale Liz nie pozwoliła mi dokończyć.
– Dziękuję wam, ale… chyba wolałabym jakieś spokojniejsze miejsce – przyznała, po czym – unikając spojrzenia zarówno mojego, jak i Damiena – zwróciła się bezpośrednio do Shannon. – Mogłabym…?
Nie dokończyła pytania, ale to wydawało się zbędne. Milcząca dotychczas, zapatrzona w przestrzeń dziewczyna pośpiesznie pokiwała głową. Mimo wszystko wydawała się być myślami gdzieś daleko, ale to najwyraźniej nie przeszkadzało jej w kontrolowaniu kierunku, który przybrała rozmowa.
– Pewnie tak. Rodzice zwykle nie mają nic przeciwko – zapewniła z przekonaniem. – Poza mną i Nigelem nikt nic nie wie, więc…
– Dziękuję.
Spojrzałam na Damiena, po wyrazie jego twarzy próbując ocenić, co takiego musiał sobie myśleć w tamtej chwili, ale to okazało się trudniejsze, niż początkowo zakładałam. Och, nawet gdybym wciąż miała wątpliwości, czy zdarzało mu się zachowywać w sposób podobny do Gabriela, wszelakie zniknęłyby z chwilą, w której zauważyłam ni mniej, ni więcej, ale znajomą mi maskę obojętności – coś, czego szczerze nienawidziłam, bo nie pozwalało mi ocenić, jakie emocje targały w danym momencie moim ewentualnym rozmówcom. W przypadku syna, to odkrycie sprawiło, że zapragnęłam dla pewności go objąć i zapewnić, że będzie w porządku, ale zmusiłam się do tego, żeby siedzieć spokojnie, w zamian koncentrując się na przytulaniu Jocelyne.
– Oj, braciszku… – usłyszałam przeciągłe westchnienie Alessi, ale również ona powstrzymała się przed dodaniem czegokolwiek więcej.
– W porządku – odezwał się cicho chłopka. Nie odrywał wzroku od Elizabeth, wydając się nie dostrzegać tego, że ta dla odmiany próbowała unikać jego spojrzenia. – Przynajmniej was odprowadzę, dobrze? Liz…
– Dziękuję ci – wyszeptała dziewczyna i choć jej głos wydawał się wyprany z jakichkolwiek emocji, mimo wszystko ulżyło mi, kiedy wyszli razem.
Wypuściłam powietrze ze świstem, sama niepewna tego, co powinnam zrobić. Pamiętałam, jak źle czułam się, kiedy znalazłam się pod jednym dachem z przemieniającą się Esme – co prawda zaledwie na krótką chwilę, bo wkrótce po tym Edward zabrał mnie z domu i następnych kilka dni spędziliśmy w hotelu, ale to wystarczyło, żeby pełne cierpienia krzyki zapadły mi w pamięć. Później sama miałam okazję doświadczyć działania jadu i to więcej niż raz, chociaż podejrzewałam, że dla człowieka takie doświadczenie musiało być o wiele gorsze. Tak czy inaczej, chyba nie chciałam wiedzieć, co takiego przeżywała tam na górze Marissa, wręcz błogosławiąc fakt, że mimo wszystko pozostawała zaskakująco wręcz spokojna. Nie byłam pewna, czy to w ogóle możliwe, żeby co jakiś czas traciła przytomność, ale mimo wszystko…
Westchnęłam, przenosząc wzrok kolejno na córki, a później na Claire. Sama ledwo byłam w stanie spokojnie wysiedzieć w miejscu, skoro zdawałam sobie sprawę z tego, co działo się na piętrze. Co więcej, to był zaledwie początek problemów, bo w następnym etapie mieliśmy stanąć przed koniecznością oswojenia nowo narodzonej, niebezpiecznej wampirzycy, której najważniejszym celem pozostawałaby chęć skosztowania krwi. To wystarczyło, żeby wzbudzić moje wątpliwości, nie wspominając o tym, że nie zdecydowanie nie zamierzałam doprowadzić do sytuacji, w której którekolwiek z moich dzieci albo ich kuzynów znalazłoby się na drodze nieświadomej swoich czynów, szalejącej z głodu, który wkrótce miała zacząć odczuwać, Marissy.
– My też powinniśmy się przenieść – stwierdziłam z powagą.
Moje spojrzenie spoczęło na Claire, bo to zasugerowanie jej właściwego wyjścia wydało mi się najważniejsze. Mimo wszystko nie mogłam powstrzymać się przed instynktowną próbą traktowania dziewczyny trochę jak dziecko, bo właśnie do tego przyzwyczaił nas wszystkich Rufus – do spoglądania na nią, jak na drobną, kruchą istotę, którą bardzo łatwo skrzywdzić. Cóż, biorąc pod uwagę to, że sama Claire na pierwszy rzut oka wyglądała tak, jakby mogła stracić przytomność przez nadmiar emocji, takie postępowanie wydało mi się w pełni uzasadnione.
Nie doczekałam się odpowiedzi, przynajmniej na początku, bo dziewczyna tylko spoglądała bezmyślnie w przestrzeń. Zawahałam się, co najmniej zmartwiona, mimowolnie zastanawiając się nad tym, czy nie powinnam po prostu wziąć jej za rękę i wyprowadzić na zewnątrz. Wszystko wydawało się lepszym rozwiązaniem, niż trwanie w nieprzeniknionej, przeciągającej się ciszy, która…
– Dlaczego?
Uniosłam brwi, co najmniej zaskoczona pytaniem, które ostatecznie zadała mi Claire. Nie potrzebowałam dodatkowych wyjaśnień, żeby zorientować się, że wcale nie miała na myśli wyłącznie powodów, dla których sugerowałam przenosiny. Mogłam zarzucić jej naprawdę wiele rzeczy, ale na pewno nie głupotę, bo jakoś nie miałam wątpliwości, że wiedziała dużo więcej ode mnie – i to również na tematy, przed którymi w praktyce wszyscy próbowali ją chronić. Co więcej, tym razem chodziło o kogo z kim się zaprzyjaźniła – pierwszy raz z człowiekiem, nie wspominając o tym, że w Mieście Nocy trudno było o jakiekolwiek relacje, skoro prawie całe życie spędziła w podziemiach – co dodatkowo komplikowało sytuację. Tak czy inaczej, absolutnie nie dziwiło mnie, że Claire mogłaby być rozbita i zadawać takie pytania, nie zmieniało to jednak faktu, że nie miała pojęcia, co takiego powinnam jej powiedzieć.
Zawahałam się, w głowie szukając słów, które zabrzmiałyby choć po części sensownie. Co niby miałabym zrobić? Przez krótką chwilę wpatrywałam się w przestrzeń, szukając jakiejś choćby po częściej właściwej odpowiedzi, ale ostatecznie nie odezwałam się choćby słowem. W zamian poderwałam się na nogi, wcześniej odsuwając od siebie Jocelyne, po czym podeszłam do Claire, kucając naprzeciwko niej.
– Ja… Mogę coś zrobić? – zapytałam z wahaniem. – Chcesz, żebym zadzwoniła do Layli albo…?
– A czy to cokolwiek zmieni? – przerwała mi niemalże łagodnym tonem.
Westchnęłam, nie pierwszy raz mając problem ze zinterpretowaniem emocji, które targały tymi, którzy mnie otaczali. Gdybym przynajmniej wiedziała, czego się spodziewać…
– Niekoniecznie – przyznałam zgodnie z prawdą.
– Więc na tę chwilę nie, ale dziękuję. – Claire nieco nerwowym ruchem odgarnęła ciemne włosy, zatykając niesforny kosmyk za ucho. – Chyba że… Ale to głupie, zwłaszcza o tej porze – mruknęła z rezygnacją.
– Co takiego? – nie dawałam za wygraną.
Chciałam się na coś przydać, nawet gdyby to okazało się na dłuższą metę niemożliwe. W głowie już i tak miałam pustkę, w duchu marząc wyłącznie o zabraniu córek i pojechaniu prosto do domu najbliższych, byleby chociaż na chwilę odciąć się od tego, co działo się wokół mnie. Nie byłam pewna, czy ucieczka prowadziła dokądkolwiek, ale z drugiej strony, co takiego którakolwiek z nas mogła zdziałać w tym miejscu? Siedzenie przy Issie i słuchanie jej krzyków i tak prowadziło donikąd, a skoro tak, równie dobrze mogliśmy znaleźć się gdzie indziej. Mimo wszystko mieliśmy problem, a skoro tak…
Och, nie chciałam zastanawiać się nad konsekwencjami tego, co właśnie miało miejsce, skoro Volturi prawie na pewno się nami interesowali. Jeśli dorzucić nie tylko przemieniającą się Marissę, ale również świadomych istnienia nieśmiertelnych Elizabeth, Shannon i Nigela, sytuacja naprawdę zaczynała się komplikować.
Usłyszałam ciche, lekkie kroki, a chwilę później w salonie pojawiła się Elena. W dłoni wciąż ściskała telefon komórkowy, a sądząc po jej wyrazie twarzy, była z przeprowadzonej dopiero co rozmowie o wiele spokojniejsza.
– Tata powiedział, żebyśmy wracali do domu. Wy też, jeśli chcecie – dodała, zwracając się bezpośrednio do mnie. – On i Jasper mają tutaj podjechać i wszystkim się zająć. To chyba dobrze, prawda?
– Chyba tak – przyznałam, mimo wszystko pełna wątpliwości. Z drugiej strony, sama również rozluźniłam się nieznacznie, słysząc, że dziadek i wujek zamierzali pomóc, tym bardziej, że obaj mieli już wprawę w radzeniu sobie z młodymi wampirami. – Claire… O czym chciałaś mówić? – dodałam, na powrót zwracając się do dziewczyny.
Zawahała się, ale ostatecznie zdecydowała się udzielić mi odpowiedzi.
– Wiem, że nikt nie będzie miał problemu z tym, żeby mnie ugościć – zaczęła z wahaniem, ostrożnie dobierając słowa – ale chyba wolałabym zobaczyć się z Setem. Mogę poczekać do rana i do niego zadzwonić albo… Nie wiem, ale pewnie byłabym w stanie dotrzeć do…
– Chyba sobie żartujesz – wyrwało mi się. – Mam na myśli… Rany, przepraszam – zreflektowałam się pośpiesznie. – Nie chcę po prostu, żebyś szła gdziekolwiek sama. Nie wiem, co tak naprawdę stało się na tym balu, ale to może nie być koniec – stwierdziłam, nie kryjąc podenerwowania. – Zadzwoń po Setha. Nie będzie miał nic przeciwko, zresztą… z nim będziesz bezpieczna.
Podejrzewałam, że przy pierwszej okazji Rufus miał mnie zabić, ale nie zamierzałam się tym przejmować. Co jak co, ale działanie wpojenia znałam aż nazbyt dobrze, jeśli zaś istniał najbardziej wprawiony i zaangażowany opiekun, bez wątpienia był nim zakochany w dziewczynie zmiennokształtnym. Quilaute’ci istnieli po to, by zabijać wampiry, więc Claire tym bardziej mogła być przy nim bezpieczna. Co więcej, jakoś nie miałam wątpliwości, że przy chłopaku miała przynajmniej odrobinę się rozluźnić. Potrzebowała tego, a przynajmniej chciałam wierzyć, że tak jest w istocie, tym bardziej, że również relacja tej dwójki już przeszła na poziom wyższy, niż próba unikania kogoś, kto okazyjnie przemieniał się w wilka.
– Ale…
– Ja mogę ją zawieźć – doszedł mnie znajomy głos od strony schodów. Cameron jako pierwszy pojawił się w zasięgu mojego wzroku, co prawda chorobliwie blady i wyraźnie zmęczony, ale jednak pewien własnych słow. – Serio, żaden problem. Nie ma sensu tutaj siedzieć.
Jeszcze kiedy mówił, spojrzał zachęcająco na kuzynkę. Dziewczyna nie odpowiedziała od razu, zamyślona i wyraźnie spięta, przez co zaczęłam się martwić, że będzie chciała odmówić. Tym większą ulgę poczułam, gdy z wolna skinęła głową, wyraźnie rozluźniając się na myśl o wyjściu z domu.
– Dziękuję, Cammy. – Miałam wrażenie, że gdyby nie sytuacja, może nawet zdołałaby się uśmiechnąć. – Chciałabym tylko wiedzieć… – Westchnęła, po czym energicznie pokręciła głową, być może chcąc odrzucić od siebie jakieś niechciane myśli. – Co z Issie?
Głos nieznacznie jej zadrżał, ledwo tylko wypowiedziała ostatnie pytanie, ale i tak byliśmy w stanie ją zrozumieć. Cameron otworzył usta, chcąc odpowiedzieć, ale nie miał po temu okazji.
– Jest w porządku… Chyba – usłyszałam i to wystarczyło, żebym przeniosła wzrok na Gabriela. On i Aldero pojawili się krótko po młodszym z synów Beau. Coś w wyrazie twarzy męża dało mi do myślenia, podsycając już i tak odczuwany przeze mnie niepokój, ale zmusiłam się do tego, by o tym nie myśleć. – Próbowaliśmy trochę jej pomóc, ale na dłuższą metę… Ech, wybacz, maleńka – rzucił niemalże przepraszającym tonem.
Claire z wolna skinęła głową, po czym uciekła wzrokiem gdzieś w bok, pochłonięta własnymi myślami. Wolałam nie zastanawiać się nad tym, co takiego w tamtej chwili myślała, to zresztą nie było dla mnie aż tak ważne, jak sugestia płynąca ze słów Gabriela. Podejrzewałam, jak mogła objawiać się wspomniana „pomoc”, bo wiedziałam, jakie możliwości dawała telepatia – począwszy chociażby od możliwości dzielenia cierpienia na więcej osób – ale…
Nie, zdecydowanie nie chciałam o tym myśleć.
Bez słowa podeszłam do Claire, machinalnie otaczając ją ramionami. Pozwoliła mi na to, bez słowa wtulając się we mnie, co przyjęłam z ulgą, chociaż przez chwilę mogąc poczuć się przydatna. Przeczesałam jej włosy palcami, mimowolnie zastanawiając się nad tym, dokąd to wszystko zmierzało – całe to szaleństwo, kwestia Isobel i Volturi, a także sytuacja ze szkoły.
Najgorsze w tym wszystkim jednak pozostawało to, że jakoś nie miałam wątpliwości, iż to zaledwie początek – i że powinniśmy się martwić.
Problem polegał na tym, że nie miałam pojęcia, czego jeszcze powinniśmy się spodziewać, a to… Cóż, mogło skończyć się naprawdę źle.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa