13.02.2017

Dziewięćdziesiąt osiem

Claire
Nie była pewna, w którym momencie i jakim cudem zdołała zasnąć. Wiedziała jedynie, że po powrocie do domu nie marzyła o niczym innym, tym bardziej, że noc nie należała do najspokojniejszych w jej życiu. Co więcej, zmęczenie sprawiało, że już nie obawiała się ewentualnych koszmarów, a tym bardziej nie przejmowała się tym, co działo się w ostatnim czasie. Była za ten stan Sethowi wdzięczna, zresztą tak jak i to, że chłopak po raz kolejny zdecydował się z nią zostać, pozwalając, żeby ułożyła się u jego boku, mogąc cieszyć się ciepłymi ramionami i płynącym ze wzajemnej bliskości spokojem. O niczym więcej nie śmiała marzyć, przynajmniej na początek, skupiona przede wszystkim na możliwości bycia razem.
Sen przyszedł wkrótce po tym, ale nie miała nic przeciwko. Co więcej, pierwszy raz doświadczyła czegoś takiego – po prostu leżenia przy chłopaku, który byłby skłonny zrobić dla niej dosłownie wszystko. Czuła się bezpieczna, czego również potrzebowała, chociaż wcześniej nawet nie była tego świadoma. To wystarczyło, poza tym w znaczącym stopniu różniło się od przesiadywania z Deanem – wspomnieniu, które również pragnęła wyrzucić z pamięci, choć zarazem nie była w stanie powstrzymać się przed porównaniem tych dwóch sytuacji. Wtedy też było miło, kiedy jeszcze ufała wampirowi, pozwalając, żeby ją obejmował, ale… teraz wszystko wydawało się zupełnie inne, a ona nie obawiała się, że ktokolwiek próbował mieszać jej w głowie.
Tak czy inaczej, w którymś momencie oboje zasnęli, ale to wydawało się dobre. Kiedy otworzyła oczy, wciąż czuła przenikliwe, bijące od ciała leżącego przy niej chłopaka ciepło. Zamrugała nieco nieprzytomnie, próbując przynajmniej po części doprowadzić się do porządku. Chciała się przesunąć, ale to okazało się problematyczne, tym bardziej, że Seth w niemalże kurczowy sposób tulił ją do siebie. To było przyjemne, oczywiście, ale szybko przekonała się, że taki stan rzeczy może okazać się również problematyczny… Chociażby w sytuacji, w której chciałaby wstać, nie budząc go przy tym. Co więcej, naprawdę zaczynało być jej gorąco, czego zresztą mogła się spodziewać, skoro położyła się u boku kogoś, kto mógłby konkurować z rozgrzanym kaloryferem.
– Ehm… Seth? – mruknęła z wahaniem, raz jeszcze próbując oswobodzić się spod ramienia obejmującego ją chłopaka.
Efekt był średni, tym bardziej, że nie chciała się z nim szarpać – przynajmniej na razie. Wydała z siebie cichy, zdławiony jęk, coraz bardziej zrezygnowane. Jasne, że przy odrobinie szczęścia mogła spróbować go zrzucić, ale nie była pewna, czy to taki dobry pomysł. Łatwiej było zaczekać aż sam się obudzi, ale obawiała się, że to wcale nie musiało nastąpić szybko, tym bardziej, że wcześniej siedział przy niej przez noc. Nie chciała go budzić, ale z drugiej strony, trwanie w jednej pozycji przez kilka następnych godzin, nie było najbardziej satysfakcjonującym sposobem na spędzenie czasu.
Och, we wszystkich filmach czy książkach, z którymi miała styczność, takie sceny prezentowały się o wiele lepiej. W zasadzie przebudzenie w towarzystwie ukochanej osoby zawsze kojarzyło jej się z czymś wyjątkowo przyjemnym i uroczym, ale najwyraźniej to nie było aż takie proste i urocze, jak mogłaby tego oczekiwać. Nikt nie wspominał o pewnych niedogodnościach, ale z drugiej strony…
Cóż, trudno. Już miała za sobą etap, w którym przed nim uciekała i odpychała go na wszystkie możliwe sposoby. Skoro tak, równie dobrze mogła wyjść na niewdzięcznego potwora, który nie pozwala się swojemu facetowi wyspać.
Też mi strażnik…, pomyślała mimochodem, raz jeszcze mierząc chłopaka wzrokiem. Ledwo powstrzymała się przed wywróceniem oczami, aż nazbyt pewna, że gdyby ktoś spróbował zaatakować ich akurat w tej chwili, Seth nie miałby pojęcia, co takiego zrobić, o ile w ogóle pokusiłby się o otworzenie oczu. To było urocze, a już na pewno nie miałaby o to do niego pretensji, niemniej… taki stan rzeczy wydał jej się co najmniej zabawny.
– Seth… – spróbowała raz jeszcze, nachylając się na tyle blisko, by w ogóle miał szansę ją usłyszeć. – Hej, wściekła Leah na horyzoncie – poinformowała go i chciała dodać coś jeszcze, ale w tym samym momencie przesunął się, bezceremonialnie przygarniając ją jeszcze bliżej siebie. Wypuściła powietrze ze świstem, przez krótką chwilę mając problem ze złapaniem oddechu, tym razem już wcale nie będąc w stanie się ruszyć. – Seth, do cholery, złaź ze mnie, bo ci przyłożę! – wyrzuciła z siebie pod wpływem impulsu, ostatecznie tracąc cierpliwość.
Odpowiedział jej śmiech – melodyjny i znajomy, chociaż zdecydowanie nie należał do obejmującego ją chłopaka. Zaskoczona, spróbowała poderwać się do pionu, co najmniej wytrącona z równowagi tym, co wydawał się sugerować głos, ale nie miała po temu okazji. Jakby tego było mało, z chwilą, w której w ogóle zdecydowała się poruszyć, Seth ostatecznie musiał dość do wniosku, że coś jest nie tak, bo ostatecznie się przemieścił – gwałtownie i bez jakiegokolwiek ostrzeżenia, wystarczająco pewnie, by pociągnąć ją za sobą. To byłoby miłe, gdyby zamierzał ją objąć albo bronić, ale na pewno nie w sytuacji, w której jak gdyby nigdy nic zsunął się na podłogę, ciągnąc zaskoczoną Claire za sobą. Jedynym pozytywem wydawało się to, że wylądowała na nim, ale i tak zapragnęła porządnie nim potrząsnąć, wciąż niedowierzając temu, co się wydarzyło.
– Co…? – Zamrugał nieco nieprzytomnie, po czym w końcu na nią spojrzał. – O… Cześć, Claire. Co robisz? – rzucił niemalże pogodnym tonem, tym samym skutecznie wytrącając ją z równowagi.
– Żartujesz sobie? Ja…
Gdzieś za plecami znowu usłyszała melodyjny śmiech.
– Jacy wy jesteście razem uroczy – wtrącił nowy głos, w końcu utwierdzając dziewczynę w przekonaniu, że nie byli sami. – Ehm… Nie powinnam tak po prostu wchodzić, prawda? Ale pukałam, a że nikt mi nie otwiera….
Layla nie dokończyła, to zresztą okazało się zbędne. Claire natychmiast poderwała się na równe nogi, w pośpiechu oswobadzając się z uścisku obejmującego ją Setha. Tym razem jej na to pozwolił, przytomny w stopniu wystarczając, żeby zorientować się, co takiego działo się dookoła. Dziewczyna nawet nie zwróciła na to uwagi, skupiona przede wszystkim na możliwości znalezienia się przy stojącej w progu, roześmianej Layli. Natychmiast wpadła mamie w ramiona, woląc nie zastanawiać się, co takiego wampirzyca tutaj robiła i co miałoby to oznaczać. Wystarczyło kilka sekund, żeby zdołała rozluźnić się za sprawą znajomych, ciepłych ramion, których od wydarzeń na balu potrzebowała w równym stopniu, co i bliskości Setha. Cóż, jeśli to była sprawka Renesmee, tym bardziej była za to ciotce wdzięczna.
Pozwoliła, żeby Layla przygarnęła ją do siebie. Poczuła, że ciepłe palce wampirzycy musnęły jej włosy, łagodnie je przeczesując, co na dłuższą metę było przyjemne. Na początek wystarczyło, chociaż kiedy pomyślała o koniczności wyjaśnienia czegokolwiek, z miejsca zrobiło jej się niedobrze.
– Issie… – zaczęła, a Layla westchnęła cicho i odsunęła ją od siebie na tyle, by mogły na siebie spojrzeć.
– Wiem – przerwała niemalże łagodnym tonem. – I mi przykro, ale… Nic jej nie będzie, prawda? To najważniejsze.
Och, bez wątpienia tak było, ale nie była w stanie ot tak zapomnieć o konsekwencjach, które niosła za sobą przemiana. Miała mętlik w głowie, a chwilowy spokój, który zagwarantował jej Seth, zniknął równie nagle, co wcześniej się pojawił.
– Co tutaj robisz, mamo? – zapytała pośpiesznie, chcąc zająć czymkolwiek myśli. Przełknęła z trudem, bezskutecznie próbując się uspokoić. – Mam na myśli…
– Jasne, że przyjechaliśmy, ledwo Nessie powiedziała, co się stało – przerwała Layla, po czym na powrót przygarnęła ją do siebie. – Nic ci nie jest? Nie mam pojęcia, co o tym myśleć, ale i tak się wystraszyłam – przyznała, a Claire cicho westchnęła.
– Jestem cała – zapewniła zgodnie z prawdą. Przynajmniej teoretycznie, ale zakładała, że wampirzycy chodziło przede wszystkim o stan fizyczny. – Nikomu nic się nie stało, poza… No cóż, Issie – dodała, krzywiąc się mimowolnie. Coś ścisnęło ją w gardle, więc spróbowała odchrząknąć, chcąc jak najszybciej doprowadzić się do porządku. – Wiem, że nie powinnam tutaj przyjeżdżać, ale nie mogłam inaczej. Oszalałabym z nimi wszystkimi i…
– Przecież nic się nie stało – oznajmiła z naciskiem Layla. – Już jest w porządku, tak? Ważne, że trafiłaś w bezpieczne miejsce i nie byłaś sama.
Jeszcze kiedy mówiła, z zaciekawieniem spojrzała na Setha, mimowolnie się uśmiechając. Claire zawahała się, wciąż niepewna, jak powinna się zachować, zwłaszcza po scenie, której mama chcąc nie chcąc była świadkiem. Nie wyglądała na złą, ale to było do przewidzenia, tym bardziej, że od samego początku cieszyła się z pojawienia Setha i tego, ze chłopak mógłby dostać szansę. To wsparcie było dla Claire aż nazbyt istotne, ale z drugiej strony…
– Mówiłaś, że przyjechaliście? – zapytała z powątpiewaniem, decydując się ustalić najistotniejszą kwestię.
Layla wzruszyła ramionami.
– Nessie i Rufus są na dole – wyjaśniła usłużnie, po czym ponownie się uśmiechnęła. – Jak wspomniałam, wszystko jest w porządku. Naprawdę – dodała z naciskiem.
Innymi słowy, powinni się cieszyć, że to ona weszła do pokoju. Mogła tylko zgadywać, co miałoby miejsce, gdyby to nie Layla wybrała się na górę, ale przynajmniej tymczasowo nie chciała tego robić. Wiedziała jedynie, że gdyby na jej miejscu był tata, raczej nie bawiłby się ich kosztem, z zaciekawieniem obserwując sytuację z progu.
Wyczuła ruch za plecami, co uświadomiło jej, że Seth w końcu pozbierał się z podłogi. Kiedy na niego spojrzała, przekonała się, że wyglądał na zmieszanego, chociaż usiłował udawać, że jest inaczej. W chwili, w której Layla na niego spojrzała, w nieco nerwowy sposób do niej pomachał, być może próbując stwierdzić, czego powinien się spodziewać.
– Hm… Dzień dobry? – wyrzucił siebie w końcu, tym samym sprawiając, że wampirzyca uśmiechnęła się w jeszcze bardziej promienny sposób.
– Raczej wieczór – poprawiła machinalnie. – Rzadko wychodzę, kiedy na zewnątrz jest jasno – dodała jakby od niechcenia.
– Och… – Po minie Setha trudno było stwierdzić, co tak naprawdę o całej sytuacji myślał. – No tak – zreflektował się pośpiesznie.
Cisza, która zaraz po tym zapadła, miała w sobie coś niezręcznego. Claire zawahała się, spoglądając to na zmieszanego chłopaka, to znów na wyraźnie rozbawioną Laylę, która – mogłaby przysiąc – bez wątpienia pałała do Setha sympatią. Tak było od samego początku, co zresztą dziewczynę wcale nie dziwiło, bo naprawdę trudno było doprowadzić do sytuacji, w której jej mama okazałaby komukolwiek niechęć. Na dłuższą metę to, że akurat ten chłopak mógłby się jej obawiać, wydawało się zabawne, chociaż w tamtej chwili Claire zdecydowanie nie było do śmiechu.
– Ehm… Idziemy na dół? – zasugerowała z wahaniem. – Mówiłaś, że tata i Nessie czekają, więc…
– Idźcie, a ja pójdę poszukać Star – zasugerował Seth. – Jak znam Leę, to pewnie zostawiła ją samą sobie i… Sama wiesz – dodał, uśmiechając się blado.
O, dziękuję. Nie ma jak wycofać się w pośpiechu!, pomyślała mimochodem, tym razem nie powstrzymując się przed wywróceniem oczami. Nie musiała pytać, żeby wiedzieć, że Seth niekoniecznie miał ochotę pokazywać się na parterze, najpewniej przez wzgląd na Rufusa. I chociaż jak najbardziej to rozumiała, jednocześnie miała ochotę parsknąć śmiechem na samą myśl o tym, że mógłby bać poruszać się po swoim własnym domu.
– Jak uważasz – powiedziała w końcu, nie chcąc na niego naciskać. Zaraz po tym zwróciła się bezpośrednio do mamy, wciąż zamyślona. – Pójdę do łazienki, w porządku? Za chwilę do was zejdę.
Layla rzuciła jej bliżej nieokreślone spojrzenie, po czym skinęła głową. Claire była gotowa przysiąc, że wampirzyca jak zwykle wyczuwała o wiele więcej, niż można by podejrzewać – również w kwestii tego, że jej własna córka wciąż nie mówiła wszystkiego. Pomyślała, że jak najbardziej powinna, mając ochotę porozmawiać o śnie z lustrem i haiku, które wydawało się być czymś więcej, aniżeli wytworem wyobraźni, ale to musiało poczekać, przynajmniej na początek. To nie było odpowiednie miejsce na tę rozmowę, zresztą nie miała wątpliwości, że Layla nie miała nic przeciwko temu, żeby trochę poczekać.
Nieco uspokojona, w pośpiechu wyślizgnęła się na korytarz. Pamiętała, gdzie znajdowała się łazienka, tym bardziej, że zaraz po przyjeździe do Forks, spędziła w tamtym pomieszczeniu blisko godzinę, próbując doprowadzić się do stanu używalności. Żałowała, że przed wyjazdem z Seattle nie wzięła ze sobą żadnych rzeczy, ale w nerwach i przy świadomości tego, co działo się z Marissą, nie myślała o niczym innym, prócz natychmiastowej ucieczce z domu. Tak czy inaczej, prysznic musiał poczekać, tym bardziej, że jakoś nie miała wątpliwości co do tego, że pojawienie się Layli i Rufusa świadczyło mniej więcej tyle, że nie mogła liczyć na pozostanie w Forks.
Bez pośpiechu podeszła do umywali, po raz kolejny postępując w metodyczny, przesadnie wręcz dokładny sposób. Poczuła się trochę lepiej, kiedy przemyła twarz chłodną wodą – a przynajmniej tak było do momentu, w którym uniosła głowę, żeby móc spojrzeć w wiszące na ścianie lustro.
Z wrażenia aż zatoczyła się do tyłu, chyba jedynie cudem powstrzymując się przed wydaniem z siebie zdławionego, histerycznego krzyku.
Na gładkiej tafli – prawie jak we śnie – widniał krwawy napis, tym raczej ograniczony do jednego, jedynego słowa.
Pamiętaj
Renesmee
Leah była w podłym nastroju, a przynajmniej tyle zdążyłam zaobserwować. W jej przypadku taki stan rzeczy nie wydał mi się niczym dziwnym, ale coś w słowach, które zdążyła z siebie wyrzucić, jak najbardziej wzbudziło moje wątpliwości. Mogłam tylko zgadywać, co tak naprawdę się działo, próbując doszukać się w tym wszystkim choćby cienia logiki. Co więcej, martwiłam się, skoro we wszystko wydawał się być zamieszany Charlie, choć być może przejmowałam się bez potrzeby – w końcu jego praca miała prawo wiązać się z komplikacjami, które wcale nie musiały sprowadzać się z wampirami.
– Co jest? – zapytałam wprost, nie kryjąc zniecierpliwienia. Trudno było mi zachować spokój w sytuacji, w której za jedyne źródło informacji mogłam potraktować Leę, a więc osobę, która nigdy szczególnie za mną nie przepadała. – Co takiego masz na myśli? Coś jest nie tak, czy…?
– Fajnie, że wciąż przejmuje się tym, co się tutaj dzieje – stwierdziła w zamyśleniu wilczyca, a ja westchnęłam.
– O co ci chodzi? – niemalże warknęłam. Miałam to uznać za rodzaj przytyku, czy może zaczynałam być przewrażliwiona.
Leah jedynie wzruszyła ramionami. Po spojrzeniu, które mi posłała, nie byłam w stanie jednoznacznie stwierdzić, co takiego chodziło jej po głowie. Cóż, może tak było lepiej, bo czasami lepiej było nie wiedzieć – tak dla własnego spokoju.
– Sama nie wiem. Może po prostu jestem wkurzona? – mruknęła, wywracając oczami. – Wciąż jestem przeciwna integracji międzygatunkowej, a tak się składa, że po domu kręcą mi się wampiry, wiec…
– Mam większe prawo, żeby tutaj przebywać, niż ty, więc sobie daruj – przerwałam jej, nie zamierzając ciągnąc dyskusji w taki sposób.
Przez jej twarz przemknął cień, ale nie odpowiedziała. Przynajmniej zamilkła, co przyjęłam z ulgą, chociaż zaraz zaczęłam zastanawiać się nad tym, czy przypadkiem nie przesadziłam. Wiedziałam, że rozmowy z Leą zawsze były ciężkie, poza tym bez wątpienia była poirytowana nadchodzącym ślubem, nawet jeśli zarazem nie próbowała matki powstrzymywać. W tym wszystkim tak czy inaczej chodziło o Sue i Charliego, więc byłam wdzięczna, że dziewczyna nie chciała robić im problemów, ale to jeszcze nie znaczyło, że musiała z tego powodu wyżywać się na mnie.
Poczułam na sobie przenikliwe, zaciekawione spojrzenie Rufusa, który w odpowiedzi na moje słowa jedynie wymownie uniósł brwi ku górze, ale nie zamierzałam się nim przejmować. Cammy również milczał, chociaż jego uwaga koncentrowała się przede wszystkim na Lei, ja zaś odniosłam wrażenie, że najchętniej przywołałby ją do porządku. To wydało mi się zastanawiające, tym bardziej, że nie przypuszczałam, że siostra Setha pozwoli sobie na podobne zachowanie, zwłaszcza ze strony jakiegokolwiek wampira.
– Okej, jak wolisz. – Leah wzruszyła ramionami. Jej głos zabrzmiał łagodniej, ale nie łudziłam się, że to rodzaj zgody czy próba pojednania z jej strony. – Nie gadajmy o tym, skoro nie chcesz… Ale prawda jest taka, że coś znowu się dzieje, najpewniej z waszej winy – stwierdziła, dosłownie taksując mnie wzrokiem. – Chociaż może powinnam rozmawiać o tym z twoją matką albo resztą rodziny. Obawiam się, że jesteś za młoda, żeby wiedzieć, co w tej chwili mogę mieć na myśli, więc… – zaczęła, ale i tym razem nie pozwoliłam jej dokończyć.
– Odpowiesz mi, czy mam przejechać się na posterunek i porozmawiać z Charliem? – zniecierpliwiłam się. – Leah, do cholery. Zaczęłaś, więc naprawdę…
– Ludzie znikają. W Seattle, okolicy… Tutaj – oznajmiła z naciskiem, a ja zesztywniałam. – To chciałaś usłyszeć? Chciałaś, to masz, ale wątpię, żeby to cokolwiek ci zasugerowało. Jak wspomniałam, jesteś za młoda, żeby pamiętać, bo nie było cię na świecie, kiedy doświadczyliśmy czegoś podobnego.
Otworzyłam i zaraz zamknęłam usta, co najmniej zaskoczona. Tym razem zdołałam puścić mimo uszu zarówno jej złośliwości, jak i zignorować spojrzenie, które mi posłała. W zamian skupiłam uwagę przede wszystkim na tym, co właśnie próbowała mi sugerować, ale…
Niemożliwe, pomyślałam w oszołomieniu, chociaż przecież czułam, że rozwiązanie może być tylko jedno.
– Zdziwiłabyś się – mruknęłam, prawie nieświadoma tego, że odezwałam się na głos. W tamtej chwili sama nie byłam pewna, co takiego działo się wokół mnie, a tym bardziej co powinnam w związku z tym zrobić.
– Czyżby? – zapytała z powątpiewaniem dziewczyna. Jej spojrzenie zasugerowało mi, że wciąż uważała mnie co najwyżej za dziecko. – Zresztą nieważne. Może to nic, ale mamy prawo przypuszczać, że…
– Słyszałam o Victorii, Leah – przerwałam jej, nie kryjąc podenerwowania. – A ty mówisz o armii, tak? To brzmi… źle – dodałam po chwili zastanowienia, wciąż niedowierzając.
– To tylko nasze przypuszczenia… Ale, cholera, tak! Wygląda źle! – przyznała, po czym z niedowierzaniem potrząsnęła głową. – Co bym bez ciebie zrobiła…
Nie słuchałam dalej, nie mając do tego ani cierpliwości, ani tym bardziej nie zamierzając znosić złośliwości ze strony dziewczyny. Wystarczyło, że w głowie miałam pustkę, sama niepewna, czy to faktycznie mogłoby być wyjaśnieniem – armia, podobna do tej, z którą już raz mierzyliśmy się w Mieście Nocy. To nie tłumaczyło ani ataku na balu, ani wielu innych kwestii, które nie dawały nam w ostatnim czasie spokoju. Miałam wrażenie, że tym razem w grę wchodziło coś innego, ale mimo usilnych starań nie byłam w stanie zrozumieć w czym rzecz. Czułam, że umyka mi najistotniejsza kwestia, ale… zarazem miałam wrażenie, że to nie ma sensu.
– Leah dramatyzuje – stwierdził ze swojego miejsca Cameron, odzywając się pierwszy raz od dłuższego czasu. – Mówię poważnie – dodał, bo dziewczyna spojrzała na niego w taki sposób, że gdyby wzrok mógł zabijał, wampir byłby martwy.
– Zabierzcie go ode mnie, bo w którymś momencie naprawdę nie wytrzymam – oznajmiła gniewnym tonem, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Jeśli zamierza na każdym kroku negować to, co mówię, to naprawdę…
– Niczego nie neguję – obruszył się Cammy. – Po prostu wydaje mi się, że armia brzmi zbyt… ostatecznie. Poza tym to byłoby bardziej spektakularne niż kilka zniknięć, tak? W Seattle są obce wampiry, więc to naturalne, że polują – zauważył, starannie dobierając słowa. – Inna sprawa, czy robią to ostrożnie, ale… Cóż, ci, który nas zaatakowali, zdecydowanie nie wyglądali na przypadkowych młodziaków.
– Ci, którzy was zaatakowali – wtrącił jakby od niechcenia Rufus, jak gdyby nigdy nic decydując włączyć się do dyskusji – to najpewniej odpowiedź. Wystarczy ich poszukać i wtedy problem sam się rozwiąże.
Otworzyłam i zaraz zamknęłam usta, co najmniej zaskoczona takim rozwiązaniem. Najbardziej niepokojące w całej tej sytuacji wydało mi się to, że słowa wampira brzmiały sensownie – i że najpewniej miał rację.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa