06.02.2017

Dziewięćdziesiąt jeden

Claire
Nie była pewna, co tak naprawdę się dzieje. Wiedziała jedynie, że w grę wchodziło coś naprawdę niepokojącego, biorąc pod uwagę zachowanie Damiena oraz stan, w którym znajdowała się Liz. To pozwoliło Claire zrozumieć, że wszystko najpewniej sprowadzało się do brata dziewczyny; po tym, jak raz zobaczyła ją bliską histerii i wymachującą bronią, tylko to przychodziło jej do głowy. Jakkolwiek by jednak nie było, wiedziała, że powinni się ewakuować, a nie kłócić i wzajemnie obwiniać, tym bardziej, że liceum pozostawało ostatnim miejscem, w którym powinno dojść do jakichkolwiek niepokojących wydarzeń.
Nie w ten sposób wyobrażała sobie ten wieczór, nawet pomimo wątpliwości co do kolejnego wspólnego wyjścia, które ofiarowała jej Marissa. Z drugiej strony, po wizycie na lodowisku, naprawdę wierzyła, że wszystko będzie w porządku. Ba! Przez długi czas był, a ona zaczynała się rozluźniać, w towarzystwie kuzynostwa i przyjaciółki czując się po prostu dobrze. Tańczyła z Cammy’m, zresztą tak jak i podczas każdej uroczystości, co każdemu z nich odpowiadało, a przynajmniej takie miała wrażenie. Chłopaka nie ciągnęło do obecnych na balu koleżanek, z kolei ona mogła z czystym sumieniem pozwolić sobie na rozrywkę, nie obawiając się przy tym, że zrobi coś niewłaściwego względem Setha. To jak najbardziej wydawało się dobre, zresztą tak jak i przebieg wieczoru – przynajmniej do momentu, w którym wszystko ot tak zaczęło się sypać.
Och, nie tak miał zakończyć się plan Issie, skupiający się przede wszystkim na Liz i Damienie. Claire początkowo była sceptycznie nastawiona do próby zapewnienia tej dwójce zwycięstwa w konkursie, ale widząc entuzjazm Marissy, postanowiła ulec. Kiedy do tego wszystkiego wtajemniczyli Aldero i Camerona, wszystko okazało się dziecinnie proste, chociaż dziewczyna wolała się nie zastanawiać, czy wampiry nie pokusiły się o skorzystanie ze swoich zdolności manipulowania cudzymi umysłami. Tak czy inaczej, nieobecność Eleny okazała się zbawienna, tym bardziej, że kolejne zwycięstwo Cullenównie zdecydowanie nie było potrzebne do szczęścia, a na pewno mogło poprawić nastrój Elizabeth – przynajmniej trochę, bo Claire szczerze wątpiła, żeby coś takiego wystarczyło, by podnieść Liz na duchu po śmierci najbliższych. To był zaledwie krok ku lepszemu – drobiazg, który mógł jedynie umocnić to, co było między nią i Damienem, ale…
Cóż, wszystko poszło nie tak.
A przecież mogło być jeszcze gorszej.
– Okej, co się dzieje? – zapytała z wahaniem Marissa, przerywając panującą ciszę. Jej obecność nagle zaczęła być problematyczna, tym bardziej, że nie mogli wtajemniczyć dziewczyny w sytuację. To z kolei sprowadzało się do tego, że była tym bardziej zagrożona, nie zdając sobie sprawy z zagrożenia, które mogło czekać… Cóż, dosłownie gdziekolwiek. – Nie mówcie, że chodzi o złe samopoczucie Liz, bo naprawdę…
– Możesz wrócić na imprezę, Issie – odezwała się pośpiesznie, próbując brzmieć na jak najbardziej rozluźnioną i pewną swoich słów.
Jedno spojrzenie przyjaciółki wystarczyło, że Claire zorientowała się, iż najpewniej popełniła błąd. Marissa wpatrywała się w nią w niemalże podejrzliwy, przenikliwy sposób, najpewniej doskonale zdając sobie sprawę z tego, że cokolwiek mogłoby być na rzeczy.
– Nie, nie… Jest w porządku – powiedziała w końcu.
Nie dodała niczego więcej, co zaniepokoiło Claire bardziej, niż gdyby zaczęła naciskać. Milcząca, uległa Issie zdecydowanie nie była normalnym stanem rzeczy, a przynajmniej takiego przekonania zdążyła nabrać przez krótką znajomość z tą śmiertelniczką. Tak czy inaczej, Claire czuła, że coś jest nie tak – i że Marissa nie zamierzała tak po prostu odpuścić. Cóż, to nawet nie wydawało się zaskakujące, tym bardziej, że w ich zachowaniu wszystko aż krzyczało, że cokolwiek mogłoby być na rzeczy. Problem polegał na tym, że nie było czasu, żeby udawać i zastanawiać się nad jakąkolwiek sensowną wymówką. To musiało poczekać, przynajmniej tymczasowo, bo teraz najważniejszą kwestią pozostawało wydostanie się z potencjalnie niebezpiecznego miejsca.
Za którymś razem coś pójdzie nie tak… Tak jak z Liz, bo przyjaźń z Eleną od samego początku była dla niej zagrożeniem, pomyślała w oszołomieniu i to wystarczyło, żeby poczuła nieprzyjemny ucisk w gardle. Z wahaniem spojrzała na milczącą kuzynkę, po czym uciekła wzrokiem gdzieś w bok, nagle zaniepokojona i dziwnie zmieszana. Nigdy nie chciała doprowadzić do sytuacji, w której ktokolwiek znalazłby się z jej powodu w niebezpieczeństwie, ale właśnie na to narażała Marissę od chwili, w której pozwoliła dziewczynie się do siebie zbliżyć. Wiedziała o tym, a jednak z uporem odrzucała od siebie niechciane myśli, raz po raz powtarzając sobie, że to wcale nie musiało o niczym niewłaściwym świadczyć. Co więcej, teraz w grę mogło wchodzić przewrażliwienie Liz, prawda? Nic ponad to, ale…
Nic ponad to.
Cóż, chociaż powtarzała to sobie z uporem i na wszystkie możliwe sposoby, wciąż nie była w stanie uwierzyć, że tak mogłoby być w istocie. Wątpliwości narastały, zresztą tak jak i niepokój, co z czasem zaczęło jawić się Claire jako coś co najmniej nienaturalnego. Już kilka razy czegoś podobnego doświadczyła i w żadnym wypadku nie skończyło się to dobrze, przez co chcąc nie chcąc musiała zacząć nazywać rzeczy po imieniu. W grę wchodził instynkt, tym bardziej wyostrzony, że – co mówiły kolejne osoby w jej otoczeniu – bądź co bądź pozostawała wieszczką.
Z powątpiewaniem spojrzała na idącego przodem Damiena, żałując, że nie była w stanie skontaktować się nim telepatycznie. Wątpiła, żeby sam zorientował się, że mogłaby chcieć z nim porozmawiać – choćby tylko go ostrzec, tym bardziej, że nie miała do powiedzenia niczego konkretnego. Przez krótką chwilę podążała w milczeniu, nasłuchując i niemalże wypatrując jakichkolwiek oznak możliwego do nadejścia haiku, jednak mimo upływu czasu nic nie wskazywało, żeby jakikolwiek wiersz miał się pojawić. Teoretycznie powinno ją to uspokoić, a jednak nic podobnego nie miało miejsca. Wręcz przeciwnie – niepewność stopniowo doprowadzała zaczynała ją wykańczać, doprowadzając do szału bardziej, niż perspektywa poznania nawet najgorszej prawdy.
Świeże powietrze miało w sobie coś kojącego, a przynajmniej tak odebrała je w pierwszym momencie. W milczeniu powiodła wzrokiem po opustoszałym parkingu, próbując ocenić, żeby w mroku mogło czaić się coś co najmniej niebezpiecznego. Wiedziała, że to jak najbardziej prawdopodobne – zdążyła się o tym przekonać nie raz, więc byłaby głupia, ignorując taką ewentualność – ale mimo wszystko nic nie wskazywało na to, żeby mieli towarzystwo. Być może wrażenie to brało się stąd, że mogła cieszyć się bliskością kuzynostwa i Liz, co jak najbardziej dawało jej poczucie bezpieczeństwa, ale…
– Chodźmy do samochodu – zaproponował spiętym tonem Damien. – Pojedziemy do nas, a potem was porozwożę, okej? Wszystko będzie w porządku, ale…
– Dlaczego ciągle brzmicie tak, jakbyśmy grali w jakimś horrorze? – obruszyła się Issie, potrząsając z niedowierzaniem głową.
Wyglądała na wystraszoną, chociaż początkowo Claire nie zwróciła na to uwagi. Pomyślała, że skoro nawet Marissa zaczynała się bać, najpewniej nie zdając sobie sprawy, co mogłoby być tego przyczyną, sprawy faktycznie nie miały się zbyt ciekawie, ale…
Chyba, że wszystko sprowadzało się do nich i tego, jak się zachowywali. Sama zaczęłaby się przejmować, gdyby widziała, że wszyscy wokół siedzą dosłownie jak na szpilkach, a ona jako jedyna nie ma pojęcia o tym, jak bardzo poważna mogłaby być sytuacja. Claire czuła, że powinna coś z tym zrobić i dać towarzystwu do zrozumienia, żeby spróbowali nad sobą zapanować, ale nie miała po temu okazji. To wydawało się co najmniej ironiczne – konieczność milczenia w sytuacji, w której nade wszystko musiała coś powiedzieć, ale nie miała innego wyboru.
– Po prostu źle się tutaj czuję – oznajmiła wypranym z jakichkolwiek emocji głosem Liz. – Rany, Issie, proszę cię…
– To moja wina? – zmartwiła się dziewczyna. – Tego, że musiałaś wyjść na środek? Mam na myśli… Jesteś cheerleaderką, nie? Występowałaś przed publicznością, więc nie rozumiem…
– Nie o to w tym wszystkim chodzi! – ucięła dziewczyna, znów wyraźnie zaczynając się denerwować.
Claire westchnęła, nie po raz pierwszy wahając się nad tym, czy powinna się wtrącić, czy może udawać, że nie istnieje. Już i tak podejrzewała, że to ją Marissa będzie dręczyć pytaniami o ten wieczór, w swoim stylu chcąc dowiedzieć się wszystkiego, co tylko wzbudzało jej wątpliwości. Oczywiście dziewczyna nie była zaskoczona takim stanem rzeczy, bo taka potrzeba wydawała się jak najbardziej naturalna, ale z ich perspektywy… Cóż, zdecydowanie wszystko komplikowała – i to najdelikatniej rzecz ujmując.
Świetnie. Właśnie tego potrzebowała, żeby zaaklimatyzować się w tym miejscu – konieczności przypominania sobie na niemalże każdym kroku o tym, że w ciemnościach mogłoby kryć się niebezpieczeństwo. Podejrzewała, że Rufus nie brał pod uwagę takiej możliwości, kiedy ustalili, że miałaby jednak wrócić do Seattle, ale…
– Czujecie to, co ja?
Głos Eleny wyrwał ją z zamyślenia, sprawiając, że w ułamku sekundy przeniosła wzrok na kuzynkę. Dziewczyna zastygła w bezruchu, w milczeniu wpatrując się w jakiś bliżej nieokreślony punkt w przestrzeni. Z jasnymi włosami i bladą cerą, wydała się Claire nagle wręcz jarzyć w ciemnościach, co brzmiało dość ironicznie w sytuacji, w której została określona mianem Światła. Od samego początku wiedziała, że Elena zmieniła się w znaczący sposób od chwili swojej śmierci i zmartwychwstania, ale do tej pory nie zastanawiała się, w jaki sposób mogłoby się to objawiać. W zasadzie miała wrażenie, że nawet sama zainteresowana nie zdawała sobie sprawy z tego, kim była i co w związku z tym mogłaby poprawić – faktycznie albo w przenośni, bo to na dłuższą metę nie miało znaczenia.
– Co właściwie…? – zaczął Aldero, po czym prawie natychmiast zamilkł, również dostrzegając coś, co go zaniepokoiło.
Claire drgnęła, kiedy ciepłe palce Marissy nagle owinęły się wokół jej dłoni. Chwyciła dziewczynę za rękę, właściwe sama niepewna tego, kiedy przyjaciółka znalazła się przy niej, uczepiając się jej ramienia w co najmniej gwałtowny, zdradzający panikę sposób.
– Cokolwiek robicie, przestańcie – poprosiła drżącym głosem, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Serio, jeśli to ma być żart i chcecie mnie przestraszyć, to naprawdę…
– Marissa… – wtrącił z wahaniem milczący do tej pory Cameron. – Może to źle zabrzmi, ale… po prostu się zamknij – doradził i to wystarczyło, żeby wymóc na dziewczynie konieczność trwania w ciszy.
Claire znalazła tego ze swoich kuzynów wystarczająco dobrze, żeby wiedzieć, że takie zachowanie względem kobiety, nie było w jego przypadku normą. Wręcz przeciwnie – bez wątpienia musiał mieć powód, żeby pokusić się o taki dobór słów, to z kolei nie wróżyło dobrze. Raz jeszcze spojrzała na Elenę, próbując ocenić, gdzie ona i Aldero tak naprawdę spoglądali, a tym bardziej co takiego ta dwójka mogłaby sobie myśleć, ale nie była w stanie wyciągnąć żadnych, choćby po części zadowalających wniosków. Z zaskoczeniem przekonała się, że w głowie miała pustkę, niepewna już niczego, co działo się wokół niej, może pomijając to, że jak najbardziej powinni uciekać.
O, tak – strach pojawił się nagle i miał w sobie coś przenikliwego. Co prawda uczucie to nie było aż tak porażające, jak podczas wizyty w ośrodku, w którym znajdowały się Jocelyne i Shannon, gdzie w grę wchodziły demony, ale to mimo wszystko nie miało znaczenia. Podstawowym problemem pozostawało to, że mogliby być zagrożeni – i że niebezpieczeństwo znajdowało się gdzieś na wyciągnięcie ręki.
Ciche kroki, które rozległy się gdzieś za ich plecami, skutecznie przyprawiły Claire o palpitacje serca. Zdołała odwrócić się jako pierwsza, dosłownie na ułamek sekundy przed tym, jak ze szkoły wyszła kobieta – blond włosa, śmiertelnie blada i o dziwnych oczach w nienaturalnym kolorze błota. Soczewki, przyszło jej do głowy w najzupełniej naturalny sposób, ale nie odezwała się ani słowem, bardziej przejęta tym, że mogliby mieć przed sobą ni mniej, ni więcej, ale zupełnie obcą wampirzycę. Podejrzewała, że to właśnie widok tej nieśmiertelnej musiał przerazić Liz, tym bardziej, że wyraźnie usłyszała zdławiony jęk wystraszonej śmiertelniczki.
– Och, nie… Nie, nie jestem tutaj z twojego powodu – odezwała się kobieta. Jej spojrzenie jak na zawołanie skoncentrowało się na Elizabeth, co jedynie utwierdziło Claire w przekonaniu, że te dwie mogłyby się znać. – Wręcz przeciwnie. Mam dopilnować, żeby nie stała ci się krzywda.
Liz nie odpowiedziała, ale to było do przewidzenia. Claire poczuła, że Marissa dosłownie wbijaj jej paznokcie w skórę, uczepiając się ramienia dziewczyny w tak zdecydowany sposób, że ta aż straciła czucie w ręce. Skrzywiła się, ale nie próbowała przyjaciółki odsuwać, całą uwagę poświęcając znajdującej się zdecydowanie zbyt blisko, powoli zmierzającej w ich stronę wampirzycy.
– Samochód – wycedził przez zaciśnięte zęby Aldero.
To było niczym sygnał, który wszyscy jak na zawołanie zdecydowali się zinterpretować. Claire po prostu się odwróciła, po czym ruszyła przed siebie, stanowczo ciągnąć za sobą Marissę i chyba jedynie cudem będąc w stanie powstrzymać się przed rozwinięciem tempa, które dla śmiertelnika byłoby nieosiągalne. Chciała wierzyć w to, że jedna wampirzyca nie czyniła różnicy, tym bardziej, że poruszali się większą grupą i bez wątpienia potrafili bronić, ale podświadomie czuła, że to wcale nie miało być takie proste. Chyba tylko szaleniec w pojedynkę porwałby się do walki z kimś, kto mógłby przewyższać go liczebnością i siłą, a ta kobieta zdecydowanie nie wyglądała na kogoś zdolnego do popełnienia takiego głupstwa. W zasadzie wszystko wskazywało na to, że była posłanką.
Dla pewności obejrzała się przez ramię, jednocześnie za wszelką cenę usiłując dotrzymać kroku kuzynostwu i przypadkiem nie zgubić po drodze Issie. Przekonała się, że wampirzyca wciąż za nimi podążała, nawet nie wysilając się rzucaniem do biegu – w zamian po prostu szła spokojnym, niemalże ludzkim krokiem, najwyraźniej nie obawiając się tego, że mogliby próbować jej uciec.
Claire skrzywiła się, kiedy spojrzenia jej i nieśmiertelnej się spotkały. Zaledwie dwa mrugnięcia wystarczyły, żeby soczewki, które nosiła nieznajoma, ostatecznie się rozpuściły, ukazując parę lśniących, rubinowych tęczówek. Kobieta westchnęła, po czym zniecierpliwionym ruchem przeczesała jasne włosy palcami. Wyglądała na zmęczoną, chociaż w przypadku istoty nieśmiertelnej wydawało się to niemożliwe.
– Rany… Zawsze coś musi pójść nie tak – mruknęła, po czym z niedowierzaniem potrząsnęła głową. – Ale to teraz nieważne i…
Cokolwiek miała do powiedzenia, jej słowa zagłuszył głośny huk. Issie wyrwał się dziwny, nieco zdławiony pisk, zaraz też mocniej przywarła do Claire, chyba już nawet nie zdając sobie sprawy z tego, co i dlaczego robiła. Dziewczyna musiała zatrzymać się gwałtownie, w ostatniej chwili wytracając prędkość i wyłącznie cudem nie wpadając na stojącego przed nią Cameronem. Potrzebowała kilku następnych sekund, żeby zorientować się, w czym mógłby leżeć problem i skoncentrować wzrok na kolejnej istocie – również kobiecie; tym razem ciemnowłosej, roześmianej i jak gdyby nigdy nic stojącej na wygniecionym pod dziwnym kątem dachu samochodu, ku któremu przez cały ten czas zmierzali.
– Wybieracie się dokądś? – zapytała wampirzyca niemalże pogodnym tonem. Było coś przenikliwego w jej spojrzeniu, chociaż to wydawało się niczym, w porównaniu z drapieżnym uśmiechem, który wykrzywił usta kobiety w chwili, w której spojrzała kolejno to na Marissę, to znowu na Elizabeth. – O, proszę! Mają przekąski – stwierdziła i najzwyczajniej w świecie się roześmiała.
Claire nie musiała patrzeć na twarz przyjaciółki, żeby zorientować się, że ta była zdezorientowana i co najmniej przerażona. Instynktownie przesunęła się bliżej, chociaż zdecydowanie nie wyobrażała sobie tego, że mogłaby być w stanie Issie osłonić. Wciąż nie potrafiła walczyć, tym bardziej, że kilka lekcji, które odbyła z Gabrielem, jasno dało jej do zrozumienia, że w takiej sytuacji rozwiązanie było tylko jedno: uciekać, niezależnie od tego, jak poniżające mogłoby się to wydawać.
Nerwowo spojrzała na resztę towarzystwa, próbując ocenić, czego tak naprawdę powinna się spodziewać. W powietrzu wyraźnie wyczuła powiew mocy – pozornie nic nieznaczący, przypominający świeżość, którą mogłaby zapewnić obecność ozonu zaraz po burzy, ale to musiało wystarczyć. W przypadku telepatów sytuacja zawsze się komplikowała, tym razem najpewniej na ich korzyść, bo nic nie wskazywało na to, żeby wampirze kobiety chociaż podejrzewały, kogo mają przed sobą. Cóż, przynajmniej taką nadzieję miała Claire, już nie zastanawiając się nad koniecznością wytłumaczenia czegokolwiek Marissie, ale przede wszystkim na znalezieniu okazji, żeby mogli przynajmniej spróbować uciec.
W porządku… Nic się nie dzieje, usłyszała w głowie spięty głos Aldero. Nie zgub Issie. Nad wyjaśnieniami pomyślimy później, stwierdził, więc machinalnie skinęła głową.
No dobrze, ale co z…, zaczęła, jednak nie było jej dane dokończyć.
– Z tą drugą róbcie sobie, co tylko wam podpasuje, ale szatynka jest moja – wtrącił nowy, męski głos i to wystarczyło, żeby wytrącić Claire z równowagi.
Mogła przewidzieć, że kobiety nie były same, ale i tak poczuła się co najmniej oszołomiona widokiem pary zmierzających ku nim wampirów. Jeden z nich – młodszy i pewniejszy siebie – bez chwili wahania podszedł bliżej, dosłownie taksując wzrokiem Elizabeth. Claire miała zaledwie ułamek sekundy na to, żeby mu się przyjrzeć, tym bardziej, że w zdenerwowaniu ledwo była w stanie skoncentrować się na tym, co działo się wokół niej, ale to wystarczyło, żeby dostrzegła podobieństwo wystarczająco wyraźne, żeby zrozumiała, że miała przed sobą Jasona – brata Liz i mordercę we własnej rodziny we własnej osobie.
Wampir przystanął zaledwie kilka metrów od nich, czujnie obserwując Aldero i Camerona, którzy wysunęli się naprzód. Claire poczuła się równie niepewna i bezużyteczna, co i podczas akcji w ośrodku, kiedy musiała niejako zdać się na kuzynostwo, żeby mieć pewność, że jest bezpieczna, ale nawet nie próbowała się nad tym zastanawiać. Kątem oka uważnie obserwowała stojącą na dachu auta kobietę, woląc nie przegapić momentu, w którym ta mogłaby się przemieścić. Dzięki temu jej uwadze nie uszedł pozornie nic nieznaczący, niemniej złośliwy uśmieszek, który posłała Jasonowi.
– Powiadasz? Nie było mowy o jakichś specjalnych względach dla ludzi, więc…
Brat Liz wydał z siebie przeciągłe, ostrzegawcze warknięcie.
– Podnieść na nią rękę, a szybko pożałujesz, Marce – oznajmił nieznoszącym sprzeciwu tonem.
Kobieta posłusznie zamilkła, chociaż po jej zachowaniu trudno było stwierdzić, czy słowa Jasona faktycznie robiły na niej wrażenie. Sam zainteresowany najwyraźniej nie widział powodu, żeby się nad tym zastanawiać, bo bez słowa ruszył ku Elizabeth, obojętny na to, że ktokolwiek mógłby chcieć go zatrzymać. Wciąż trzymał się na dystans, wydając się krążyć po obwodzie okręgu, który utworzyli, tym samym na swój sposób prowokując Aldero i Camerona, być może w nadziei na to, że ci zrobią coś, czego później mogliby pożałować.
– Lizzy… Hej, siostrzyczko – rzucił pogodnym tonem, spoglądając na dziewczynę w niemalże troskliwy sposób. – Dawno się nie widzieliśmy i…
– Odejdź! – wyrzuciła z siebie na wydechu Liz.
Claire wyraźnie słyszała, że jej serce waliło oszalałe, pobijając nawet puls wytrąconej z równowagi Marissy. Ta druga bez wątpienia była przerażona, tym bardziej, że nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, co działo się wokół niej. Mogła co najwyżej zgadywać, choć i to nie dawało gwarancji sukcesu – nie w takim stopniu, w jakim Issie mogłaby tego oczekiwać. Cóż, tym razem przynajmniej milczała, ale mimo wszystko…
– To zabolało – stwierdził niemalże rozczarowanym tonem Jason, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Melanie chyba powiedziała ci, że nie masz się czego obawiać… Tym razem nie przyszedłem dla ciebie, chociaż jeśli dobrze pójdzie, uda się załatwić dwie sprawy za jednym razem – podjął ze spokojem, starannie dobierając słowa. – Tak czy inaczej…
Nie było dane mu dokończyć. Ani Claire, ani nikt inny nie spodziewał się pojawienia kogokolwiek więcej, ale to nie miało znaczenia. Bardziej istotne było to, że panującą dookoła ciszę, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia przerwał przenikliwy, przeszywający wręcz dźwięk, tym wyraźniejszy dla tych, którzy mogli poszczycić się wyostrzonymi zmysłami.
Głośny, niebezpieczny krzyk.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa