19 lipca 2014

Sto sześćdziesiąt jeden

Alessia
Bart stanął na rozszerzonych, lekko ugiętych nogach. Jego twarz wykrzywił spazm bólu, co w normalnym wypadku byłoby powodem do zadowolenia, gdyby nie świadomość tego, że mężczyzna ma złe zamiary. Wszelaka satysfakcja ulotniła się, pozostawiając strach i zaskoczenie, które przebiły się nawet do zmroczonego umysłu do tej pory skoncentrowanej na Grace Alessi.
Cisza, która zapadła, miała w sobie coś ostatecznego, a już na pewno niepokojącego. Bart rozłożył ramiona, każdą rękę wspierając na ścianie, co jedynie utwierdziło je w przekonaniu, że nawet gdyby chciały, nie miałyby okazji prześlizgnąć się obok niego, by móc zawrócić w głąb korytarza. Alessia dostrzegła, że nienaturalnie blada skóra nieśmiertelnego pokryta jego kropelkami potu, a mięśnie napinają się do tego stopnia, że zmuszona była zastanowić się nad tym, czy Bart przypadkiem nie próbuje w jakiś sposób doprowadzić do tego, żeby ściany się zawaliły. Co prawda nie miało to sensu, ale i tak…
Och, powinna była się bać albo rzucić do ucieczki, ale chociaż jakaś jej część – ta rozsądniejsza, odpowiedzialna za instynkt przetrwania – w istocie przejmowała się sytuacją, do głosu zostało dopuszczone coś zgoła innego, jakiś pierwotny impuls, którego nigdy więcej wolałaby nie doświadczyć. To była ta sama mieszanka sprzecznych emocji, która dosięgła ją chwilę wcześniej, kiedy próbowała usprawiedliwić się przed samą sobą i znaleźć powody dla których powinna wykorzystać Grace, nawet jeśli ta zdecydowanie nie miała mieć na to ochoty. Teraz już nie zwracała uwagi na blondynkę, całą sobą skupiona na stojącym w przejściu mężczyźnie, co prawda nie tak pociągającym jak jej wcześniejsza potencjalna ofiara, ale równie odpowiednim, zwłaszcza, że targające nim emocje sprawiały, że bijąca od niego aura oraz krążąca w jego żyłach krew wydawały się być tym wyraźniejsze.
Potencjalna ofiara? Sama nie mogła uwierzyć w to, że mogła pomyśleć tak o kimkolwiek, zwłaszcza o jakimkolwiek wilkołaku, ale szybko odepchnęła od siebie podobne myśli. Lekko zmrużyła oczy, po czym zacisnęła dłonie w pięści, psychicznie przygotowując się na coś o czym wiedziała, że musi nastąpić, choć nadal nie potrafiła określić kiedy i co właściwie miała na myśli. Tymczasowy impas, który nastąpił, był niczym krucha równowaga, a opierał się wyłącznie na trwaniu w bezruchu i wzajemnym mierzeniu się groźnymi spojrzeniami, co mogło się zakończyć w najróżniejszy sposób. Czuła to zaskakująco wyraźnie, zupełnie jakby przytępiające jej zmysły zmęczenie i głód w jakiś pokrętny sposób uruchomiły jeszcze jeden instynkt, którego wcześniej nie była świadoma, a który pozwalał odbierać jej wszystko to, co działo się dookoła.
Słyszała przyśpieszony, paniczny oddech Grace. Ta również zastygła w bezruchu, jakby wrośnięta w ziemię. Całe szczęście nie próbowała uciekać, być może również przeczuwając, że w ten sposób jedynie Barta sprowokują. Kuśtykający czy nie, był szybki a na dodatek rozgniewany, co stanowiło niebezpieczną mieszankę, stawiającą je na z góry przegranej pozycji.
Wilkołak ze świstem wypuścił powietrze. Alessia instynktownie spojrzała mu w oczy, co w pierwszym momencie poskutkowało niczym kubeł lodowatej wody, tak pełne były negatywnych, przyprawiających o dreszcze emocji. Natychmiast uciekła wzrokiem gdzieś w bok, dyskretnie wodząc wzrokiem po pulsujących, wyrazistych żyłach na jego gardle. Krew, która wcześniej pewnie wydałaby jej się obrzydliwa, teraz stanowiła równie wielką pokusę, co i ta krążąca w krwiobiegu Grace. Machinalnie nawet nabrała wielki haust powietrza, pośród smrodu spoconych ciał i strachu próbując wychwycić to, co stanowiło największą pokusę; słodycz, której nie potrafiła zignorować, choć ta przesycona była piżmem, które niezmiernie kojarzyło jej się z Arielem, ciepłem jego ciała i bezpieczeństwem.
A Ariel?, pomyślała, próbując jakoś nad sobą zapanować i zacząć logicznie myśleć. Zrobiłabyś to przy nim. Zrobiłabyś to, a on by zaakceptował cię w takiej wersji?
Zdusiła te myśli innymi, choć największy wpływ miała na nią tylko jedna z nich.
Ariela tutaj nie ma, a ja muszę się wzmocnić, powiedziała sobie stanowczo.
Ariel mnie kocha. Ariel mnie…
Wszystko potoczyło się błyskawicznie, nie pozostawiając jej nawet ułamka sekundy na to, by podjąć decyzję. Bart ryknął – o tak, ryknął: tak po zwierzęcemu, niczym zraniony drapieżnik – a potem… zaczął się zmieniać.
Wiedziała, że to możliwe, a jednak nie była przygotowana na podobny widok. Być może bliskość pełni miała jakikolwiek związek z tym, jak łatwo przyszło mu wywołanie przeobrażenia, doświadczenie jednak wciąż pozostawało okropne, nawet gorsze od obserwowania przemiany powiązanej z wzejściem księżyca. Podobnie jak wtedy, tak i teraz jej umęczony umysł odmówił interpretacji tego, co działo się na jej oczach, ochronna otoczka jednak nie wystarczyła na tyle, by tak po prostu znosić coś podobnego. Widziała falowanie mięśni pod jego skórą, słyszała trzask przemieszczających się kości, a jednak wszystko to wydawało się jakby dziać poza nią, tak nieprawdopodobnym wydawało się być to, co przecież miała tuż przed sobą.
Taki jak Yves. Kiedy to ludzko podobna kreatura, będąca w rzeczywistością ojciec Ariela, zaatakowała ją przy kamiennym stole, ledwo była w stanie przyjąć to do wiadomości, a wtedy przecież nie widziała przemiany!
– Na litość bogini! – wykrztusiła dziwnie zdławionym głosem Grace, przypominając tym samym Alessi, że wciąż jest w tym korytarzu. – O jasna… – Chciała dodać coś jeszcze, ale zabrakło jej tchu, a jej głos zabrzmiał w dziwnie zdławiony sposób, zupełnie jakby coś zaległo jej w gardle.
Alessia jakimś cudem zmusiła się do tego, by oderwać wzrok od Barta i przenieść spojrzenie na dziewczynę. Grace podtrzymywała się ściany, a skórę miała bladą, niemal przeźroczystą, zupełnie jakby to ona za chwilę zamierzała doświadczyć jakiejś groteskowej transformacji i – chociażby – wywrócić swój żołądek na drugą stronę. Oczy miała okrągłe, a tęczówki tak wielkie, że czarne plamki niemal całkiem przysłoniły niebieskozieloną barwę jej niezwykłych tęczówek.
Choć to nie powinno być możliwe, jej tęczówki rozszerzyły się jeszcze bardziej, a z gardła wyrwał się przeszywający, wzmocniony przez panujące w korytarzu echo wrzask. Dźwięk urwał się gwałtownie, kiedy dziewczyna zatoczyła się nieznacznie, nie zapanowała jednak cisza – krzyk Grace został zagłuszony dzikim wyciem i całą kakofonią dźwięków, których zdecydowanie nie miał być w stanie wydać z siebie żaden człowiek, a nawet wampir czy hybryda.
Bart poruszył się, a potem ta na wpół ludzka istota o człowieczych oczach, wilczej twarzy i umięśnionym, pokrytym ciemnym futrem ciele, rzuciła się prosto w ich stronę.
Mniej więcej wtedy świat stanął na głowie, a przynajmniej przestał mieć jakiekolwiek znaczenie. Grace znów wydała z siebie jakiś bliżej nieartykułowanych dźwięk, który zaginął gdzieś w serii warknięć i pojękiwań, które wydawał z siebie Bart. Alessia prawie nie była tego świadoma – jedyne, czego była pewna, składało się ze złożonych pragnień jej wampirzej natury oraz tego, co mogło być wyłącznie oczekiwaniami uwięzionego w niej wilka. Człowieczeństwo zniknęło, jakby wyparowało, a ona poczuła to tak wyraźnie, jakby ktoś wyrwał jej część duszy, pozostawiając wyłącznie te dwie sprzeczne natury, które od samego początku traktowała jako przyczynę swej zguby.
Skoczyła do przodu z prędkością, która jej umęczonemu ciału wydawała się czymś niemożliwym. Aż zaparło jej dech w piersiach, kiedy zderzyła się z umięśnionym cielskiem istoty, która też w żadnym stopniu nie przypominała człowieka. Siła uderzenia oszołomiła ją, podobnie zresztą jak i Barta, bo poczuła, że oboje upadają, lądując na betonowej posadzce. Poczuła silny ból z tyłu głowy, jednak nie straciła przytomności i jedynie resztkami świadomości była świadoma tego, że wilkołak zwalił się na nią, całkowicie odbierając jej dech. Zatrzepotała powiekami i gwałtownie poderwała głowę, natrafiając spojrzeniem wprost na tę nieludzką twarz, której widok dosłownie przyprawił ją o mdłości. Zwierzę (no, może nie do końca…) wydało z siebie kolejne przeszywające warknięcie; wilcze szczęki się rozwarły, a jej coś przekręciło się w żołądku na widok całego rzędu ostro zakończonych, spragnionych krwi zębów. Jęknęła i napięła się pod ciałem napastnika, próbując zrzucić go z siebie, byleby nie pozwolić na to, żeby żelazne szczeki zacisnęły się na jej gardle.
Szarpnęła się ponownie, ale to przypominało napieranie na górę – nawet w pełni sił nie byłaby w stanie wyjść z takiego pojedynku zwycięsko. Do tej pory oszołomiony, wilkołak odzyskał nad sobą kontrolę na tyle, by wykorzystać swoją masę i naprzeć na nią jeszcze mocniej, aż jej żebra i płuca zaczęły protestować. Czuła, że się dusi, ból i strach z kolei przedostały się do jej zmroczonego umysłu, przywracając jej to, co zostało przyćmione, kiedy to mistyczna część natury przejęła nad nią kontrolę.
Słabość… Słabość była ludzka, a ona nie mogła sobie na nią pozwolić.
Zamknęła oczy, próbując oczyścić umysł, co nie było takie łatwe, skoro wciąż czuła zagrożenie ze strony Barta. Działając niczym automat, w pełni skoncentrowała się na swoim ciele. Poczuła szarpnięcie, a potem ciepła energia wypełniła jej ciało, krążąc coraz bliżej i kumulując się, choć wykorzystanie mocy jedynie wzmogło już i tak odczuwaną słabość jej ciała. Próbowała utrzymać ją w ryzach, jakoś ukierunkować, ale ta była niczym napięta gumka, którą zbyt mocno próbowała rozciągnąć i cały czas przygasała albo kierowała się w nieodpowiednią stronę, próbując wrócić do jej wnętrza. Alessia jęknęła, choć sama nie była pewna czy to z frustracji, czy z powodu tego, że coraz trudniej było jej oddychać i sama już nie była pewna, co powinna zrobić, bo zaczerpnąć tchu.
A potem poczuła, że napięta gumka pęka, a moc wymyka jej się spod kontroli. To przypominało nadejście tornada, rozchodząc się na wszystkie strony, aż ziemia zadrżała w posadach, a przynajmniej takie miała wrażenie. Olbrzymi ciężar, który zalegał na jej piersi, momentalnie zniknął, kiedy siła uderzenia poderwała Barta w górę, odrzucając go do tyłu, aż zaległ kilkanaście metrów dalej w głąb korytarza. Alessia zastygła w bezruchu, nagle ociężała i oszołomiona, walcząc z ciemnością i osłabieniem, które przez cały czas wyciągały w jej kierunku ręce.
– Alessia! – zawołała Grace, ale jej głos dochodził jakby z oddali. – Alessia, do diabła, Alessia… – Krzyczała coś jeszcze, jednak kolejne słowa wydawały się ze sobą mieszać.
Była zmęczona – bardzo zmęczona – ale spokoju nie dawała jej świadomość tego, że to wciąż nie był koniec. Nie była pewna, w jaki sposób udało jej się znaleźć w sobie chociaż odrobinę energii, potrzebnej do otwarcia oczu, nie wspominając o dźwignięciu się na nogi, ale to nie miało znaczenia. Poruszając się jak lunatyczka i raz po raz wspierając o ścianę, powolnym krokiem ruszyła w stronę oszołomionego, wciąż rozłożonego na posadzce Barta. Czuła jego krew, choć nie widziała, czy jakkolwiek go zraniła; wiedziała jedynie, że ta krąży w jego żyłach i że nawet skażona klątwą wilkołactwa okaże się czymś niezwykłym, kiedy w końcu wypełni jej gardło, a później całe jej ciało. Powietrze wciąż przesycone był tym zapachem, a teraz również świeżym ozonem, zupełnie jak chwilę po burzy, kiedy na zewnątrz wyczuwa się swego rodzaju czystość i spokój. Tak było zawsze, kiedy ktoś wykorzystał telepatyczną moc, tym razem jednak niepoczuta związanego z tym zjawiskiem ukojenia, a wręcz przeciwnie – tym bardziej zapragnęła wyssać siły życiowe z tego, który doprowadził ją do takiego stanu.
Krążąca w jej żyłach adrenalina popychała ją do przodu, choć to powinno wydawać się niemożliwe. Zdołała zrobić jeszcze kilka chwiejnych kroków zanim nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Ciężko zwaliła się na kolana, roziskrzonymi oczami wciąż wpatrując się w leżące przy niej ciało, gotowa nawet się czołgać, byleby w końcu dostać się do tego, czego pragnęła… musiała… chciała…
– Co ty robisz, idiotko?! – Grace nagle zmaterializowała się na nią, roztrzęsiona i bliska histerii. Instynktownie spięła się, a potem z jej gardła wyrwało się ostrzegawcze warknięcie, kiedy stanęła w obronie tego, co przecież należało do niej. Jasne brwi dziewczyny powędrowały ku górze w geście niedowierzenia. – Alessia, na wrota piekielne, nie ma czasu na takie sceny! Musimy się stąd zmywać! – nalegała, bezceremonialnie chwytając ją za ramię i próbując odciągnąć do tyłu.
– Nie… Grace, czekaj, ty nie rozumiesz… – wymamrotała nerwowo, ale głos miała słaby, więc dziewczyna nawet nie zwróciła uwagi na jej protesty. To ją zirytowało. – Powiedziałam: nie! – warknęła i szarpnęła się na tyle mocno, że Grace wylądowała tuż obok niej.
– Co ty, do…? – zaczęła.
A potem urwała raptownie, a jej oczy rozszerzyły się ze strachu i geście zrozumienia.
Zrozumienia? Alessia nie była pewna, czy w tym przypadku w ogóle mogła być o tym mowa. Sama nie miała pojęcia, czego chce, nie wspominając o własnych odczuciach. W głowie miała mętlik, nie wspominając o narastającym z każdą kolejną sekundą głodzie, który coraz częściej i bardziej intensywnie dawał o sobie znać. Świadomość przychodziła i odchodziła, muskając jej umysł niczym ocean piasek na plaży, a ona nie wiedziała już niczego – pomijając to, że musiała coś zrobić, jeśli tylko chciała zachować zdrowe zmysły.
Bez zastanowienia szarpnęła Grace za ramie, przygarniając ją do siebie. Dziewczyna pisnęła krótko, próbując się oswobodzić, jednak jej opór został złamany równie ławo, co i cienka, sucha gałązka. Umysł ugiął się pod naporem pragnień i determinacji Alessi. Grace krzyknęła – ze strachu albo bólu – kiedy Ali niemal siłą wdarła się do jej głowy, próbując zwalczyć napływ myśli, emocji, słów i obrazów, które naparły na nią ze wszystkich stron, mieszając się z jej własnymi. Głód i instynkt zrobiły swoje, a jej zaskakująco łatwo udało się odgrodzić od tego, co stanowiło przeszkodę, dokładnie tak, jak wielokrotnie uczyła się tego od Gabriela, kiedy jeszcze była małą dziewczynką.
Nie dbając o pozory ani nawet nie próbując uspokajać swojej ofiary, usypiając ją albo wprowadzając w trans, bardziej stanowczo przyciągnęła Grace do siebie. Aż zadrżała, czując obecność drugiego ciała, przesyconego krwią i energią, której tak bardzo potrzebowała. Nie zastanawiając się dłużej – podsycana przyjemnością spijania przynajmniej odrobiny energii, którą zawdzięczała telepatycznej więzi z Grace – wystrzeliła do przodu, bez chwili zastanowienia wbijając zęby w odsłoniętą szyję dziewczyny. Jej gardło natychmiast zalała gęsta, aromatyczna krew, kiedy zaś wysiliła się bardziej, zdołała odnaleźć punkt transferowy, który wzmocnił osokę tym, czego również pragnęła.
Energia wypełniła ją całą: złocista, życiodajna i nie przypominająca niczego, co można spotkać w rzeczywistym świecie. Była niczym jarzący się blask, płynne złoto, po stokroć lepsze od krwi, choć to wydawało się niemożliwe. Czuła, że wypełnia ją całą, krążąc po ciele i niosąc ze sobą siłę, której nigdy nie potrafiła przyswoić podczas swoich zwykłych polowań. W jednej chwili była wszędzie, odebrana gwałtem, co w pewnym stopniu psuło intensywność doznań przerażeniem Grace, ale Alessia o to nie dbała.
Musisz to kontrolować, przypomniała sobie słowa ojca. Och, dlaczego wszystkie wspomnienia wydawały się takie odległe…? To nie jest Damien, a i jego możesz zabić, jeśli weźmiesz za dużo. To, że ktoś nie jest człowiekiem…
Jednak to była Grace, prawda? Poza tym utrata odrobiny krwi i energii na pewno jej nie zaszkodzi…
Właśnie wtedy ocknął się Bart.
Bardziej to wyczuła niż zauważyła, wprawiona w nadnaturalny stan i przesycona świeżą krwią oraz energią. Zareagowała instynktownie, wypuszczając z objęć Grace i wraz z nią odsuwając się do tyłu, by uciec z zasięgu rąk (łap? szponów?) rozjuszonego wilkołaka. Zerwanie więzi oszołomiło ją do tego stopnia, że zdążyła zaledwie odskoczyć do tyłu, w ostatniej chwili unikając losu Quinna, kiedy nieśmiertelny spróbował rozorać ją ciało od ramienia po sam brzuch. Kątem oka zauważyła, że Grace osuwa się na ziemię; nie straciła przytomności, tylko zaległa na niej drżąca i dysząca ciężko, najwyraźniej bliska histerii. Alessia zastygłą i dopiero wtedy w pełni dotarło do niej to, co przed chwilą zrobiła, a szok i wyrzuty sumienia omal nie ścięły jej z nóg, jednak odepchnęła je na bok, zbyt skoncentrowana na tym, by przeżyć kolejnych kilka minut.
Bart spróbował ponowić atak, tym razem zdecydowanie szybki i zabójczo precyzyjny. Nie zdążyła nawet mrugnąć, kiedy skoczył w jej stronę, by w następnej sekundzie… zostać odepchniętym na bok?
– Co tutaj się dzieje, do kurwy nędzy?! – zawołał znajomy głos, który dopiero po chwili zdołała zidentyfikować.
Riddley pojawił się w całym tym zamieszaniu, nie tyle zły, co wręcz wściekły. Chociaż wciąż w ludzkiej postaci, obnażył zęby, wydał z siebie gniewne warknięcie, po czym skoczył w stronę swojego (przemienionego!) pobratymca, zanim ten po raz kolejny spróbowałby zaatakować kogokolwiek obecnego w tunelu. Alessia zastygła w bezruchu, tępo wpatrując się w dwa olbrzymie ciała – jedno ludzie a drugie zdeformowane, w połowie zwierzęce – kotłujące się na posadzce i to z taką prędkością, że nie była w stanie nadążyć za tym, co przecież działo się na jej oczach.
Zamieszanie na moment ustało, kiedy Riddley – czerwony na twarzy z gniewu albo wysiłku – spróbował uderzyć Barta zwinięta pięścią w twarz. Wilkołak odskoczył, przesunął się i z nadludzką prędkością doskoczył do przeciwnika, zaciskając palce na jego gardle. Bezceremonialnie uderzył Riddleyem o ścianę, wciąż skoncentrowany na odcinaniu mu dopływu powietrza. Obojętny na to, że mężczyzna jest równie postawny, co i on, uniósł go kilka centymetrów nad ziemię i to z taką łatwością, jakby ciężar nie miał dla niego jakiegokolwiek znaczenia.
– On go zabije! – syknęła Grace, chwiejnie stając na nogi. Wciąż była blada, poza tym Alessia zauważyła, że trzymała się na dystans, ale do jej głosu wkradła się determinacja, może nawet strach. Musiała się zorientować, co takiego mówi, po z niedowierzaniem pokręciła głową. – Nieważne. Chodź, do diabła! – korzystając z zamieszania i przesuwając się w głąb korytarza.
Ali jedynie krótko na nią spojrzała, ogarnięta pokusą, by pobiec za nią. Teraz miały szanse, mogły zrobić cokolwiek, a jednak…
– Sprowadź pomoc, Grace – powiedziała jedynie, unikając spoglądania jej w oczy.
– Jaja sobie ze mnie robisz? – Ale po tonie słychać było, że jej ulżyło. – Na litość Selene, wiedziałam, że wszyscy jesteście… – wymruczała drżącym głosem, potrząsając głową w przód i w tył.
Zignorowała ją, bez zastanowienia rzucając się w kierunku walczących. Grace zaklęła, ale przynajmniej usłuchała i już ułamek sekundy później rzuciła się do ucieczki i znikając w głębi korytarza. Alessia nawet się na nią nie obejrzała, choć jakaś część jej podświadomości była rozdrażniona z tym, że tak niewiele trzeba było, by Grace tak po prostu ją zostawiła.
Wszelakie myśli zniknęły, kiedy – wciąż naładowana energią i krwią – zwróciła się w stronę Riddleya i Barta. Nie sądziła, że to w ogóle możliwe, ale twarz pierwszego z nich zdążyła już przybrać całą gamę kolejno następujących po sobie kolorów: od potwornej bladości, poprzez czerwień, na sinym kończąc. Cały czas się szarpali, a powietrze wciąż przesycone było zapachem krwi, nie miała jednak wątpliwości co do tego, jak zakończy się ta walka – a przynajmniej tak podejrzewała, widząc jak przeistoczony półczłowiek góruje nad w pełni ludzkim Riddleyem, nie dając mu nawet szans na wyrównanie szansy.
Do diabła, powinnam uciekać. To nie moja sprawa, a ja powinnam uciekać… Wparować do sali, zabrać Esme, znaleźć wyjście…
Och, kto by pomyślał, że kiedyś miała pożałować sposoby wychowania swoich bliskich, a zwłaszcza Cullenów! Isabeau miała rację – nawet ludzkie emocje potrafiły być zgubne!
Pod wpływem impuls wyplątała z włosów srebrny grzebyk, który podarował jej Ariel, przy okazji wyrywając sobie kosmyk. Nie myśląc od tym, odszukała wypustkę i – nie sprawdzając nawet, czy ozdoba zamieniła się w ostrze – z całej siły zapachnęła się, a potem wbiła broń w odsłonięte udo Barta.

2 komentarze:

  1. Przepraszam za brak odzewu przez kilka dni, ale jakoś samo tak wyszło. Nawet nie mam powodu czemu.
    Jak mnie ta Grace wkurza .-. Serio dziewczyna jest irytująca i chyba sobie z tego nie zdaje sprawy. No na litość boską - szukać lustra w takiej sytuacji?! Dziewczyna mnie wkurza i tyle. Chociaż trochę jej współczułam jak Bart zaczął się do niej dobierać. Ale tylko wtedy. Potem już mi była obojętna.
    Alessia wkroczyła do akcji i jestem ciekawa co z tego wynikie. Dobrze mieć pod ręką prezenty od chłopaka - a przynajmniej w Mieście Nocy wypada je mieć. Nigdy nie wiadomo co się może zdarzyć :D
    jeszcze wracając do rozdziału o Arielu i Katherine... Tego się nie spodziewałam - Aaron zakochany w wampirzycy, a później oślepiony przez swoją "prawą rękę"? Wiedziałam od początku, że ta dziewczyna to zło .-.
    Rozdziały były cudowne i juz się nie mogę doczekać następnego,
    pozdrawiam.

    Gabi ♡

    OdpowiedzUsuń
  2. Kurczę, jak Alessia rzuciła się do gardła Grace, powinnam nieźle się wystraszyć, ale jakoś nie mogłam... Może po prostu wiedziałam, że ona nie zrobi jej jakieś wielkiej krzywdy? Sama nie wiem, ale najprawdopodobniej tak.
    A Ali powinna wraz z Grace uciekać, a nie jeszcze oglądać walkę Barta z Riddley`em. No wiem, że ten drugi nie miał szans, ale przecież rozwścieczony Bart mógł jeszcze jej coś zrobić...Ale z drugiej strony, to dobrze, że w pewien sposób pomogła Ridley`owi, raniąc Barta grzebykiem w to udo. W końcu Riddley stanął w jej obronie, tak?
    Ciekawe, jak na to wszystko zareaguje Yves, jak się o wszystkim dowie...Najprawdopodobniej nie będzie z tego zadowolony, ale kto go tam wie...
    Przepraszam, że komentarz taki troszkę krótki, ale całą noc wracałam do domu z urlopu i jestem obecnie po dwóch godzinach snu, a chciałam koniecznie zostawić komentarz pod rozdziałem... Następny będzie dłuższy.
    No nic, czekam na nn :)
    Pozdrawiam i do napisania ;*
    lilka24

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa