18 lipca 2014

Sto sześćdziesiąt

Alessia
Grace wydała z siebie jakiś dziwny dźwięk, który niejasno kojarzył się ze zdławionym piskiem albo skomleniem. Zwłaszcza to drugie w obecnej sytuacji wydawało się co najmniej ironiczne.
– Ali – wymamrotała nerwowo, co prawda nie oglądając się za siebie, ale za pewne nic nie było w stanie zmusić jej do tego, żeby spuścić z oczu wciąż zaciskającego dłonie na jej ramionach Barta.
– Już wychodzimy – powiedziała, machinalnie podchodząc bliżej. Choć wydawało się to szaleństwem, odważyła się spojrzeć wprost w nie wyrażającą niczego ponad rozbawienie twarz wilkołaka… A przynajmniej próbowała wmówić sobie, że w tym momencie mężczyzna nie odczuwa niczego więcej. – Już wychodzimy – powtórzyła bardziej stanowczo – więc ją puść.
Bart zamrugał, po czym przeniósł spojrzenie z Grace na nią. Machinalnie zapragnęła się cofnąć, ale zmusiła się do tego, żeby postąpić wbrew instynktowi i stanąć bliżej dziewczyny, którą chcąc nie chcąc uznała za sojuszniczkę. Panujące milczenie zaczynało doprowadzać ją do szaleństwa i ledwo powstrzymywała się przed tym, by nie zacząć krzyczeć z frustracji.
Pomiędzy brwiami Barta pojawiła się pionowa kreska. Alessia niemal widziała, jak trybiki w jego głowie pracują, co prawda niezwykle wolno, ale jednak.
– Czy ty mi próbujesz rozkazywać, mała wampirko? – zapytał w końcu, zaskakująco łagodnie i z nutką niedowierzania.
Dobrze, teraz powinna była się wycofać. Co prawda wilk w jej wnętrzu rwał się do walki, ale – cholera – Yves’owi zależało na tym, żeby po prostu była. Nie wspomniał nawet słowem, że kiedy nadejdzie pełnia, musi być cała i zdrowa, żeby być w stanie się przemienić.
– Nie. Jedynie mówię – powiedziała w ten sam stanowczy, aczkolwiek nieco mniej ostry sposób. – Prosiłam byś puścił moją przyjaciółkę. – Co prawda takie określenie Grace było mocno na wyrost, ale jak to się mówi: „wróg mojego wroga…”
– Skoro prosisz… – Ledwo powstrzymała się od wypuszczenia powietrza ze świstem, kiedy Bart tak po prostu ustąpił. Puścił Grace, po czym wycofał się w głąb korytarza, pozostawiając im niewielkie przejście. Wychodząc z łazienki, musiały się o niego otrzeć. – A teraz idziemy. Ty pierwsza – dodał z naciskiem, kiwając głową w stronę Alessi.
Może i nie grzeszył inteligencją, podobnie zresztą jak i higieną (jeśli miała być szczera, chyba jedynie Yves i Riddley potrafili jakkolwiek rozróżniać priorytety, dzięki czemu w swoim zachowaniu aż tak obcesowo nie przypominali zwierząt), ale to jedynie przekonało ją, że nierozsądnym byłoby, gdyby próbowała mu się opierać. Krótko spojrzała na Grace, by jakoś ją uspokoić, po czym pośpiesznie prześlizgnęła się obok Barta, próbując skulić się na tyle, by nie ryzykować fizycznego kontaktu w stopniu większym niż byłoby to możliwe. Aż wzdrygnęła się, kiedy jej ramię otarło się o jego szeroką klatkę piersiową, zaraz też odskoczyła na bok, próbując uciec na tyle daleko, żeby nie czuć bijącego od jego rozgrzanego ciała ciepła.
Nie musiała patrzeć na Barta, by wiedzieć, że on nie odrywa od niej wzroku. Próbując nie okazywać strachu i sprawiać wrażenie jednocześnie uległej, co i zachowującej resztki animuszu, szybkim krokiem ruszyła w stronę z której przyszli. Mężczyzna nie zaprotestował, więc uznała, że robi dobrze. Jego obecności musiały znosić jeszcze tylko do momentu, w którym wrócą do fabrycznej hali, która nagle wydała się niezwykle przestronna i przyjazna. A co najważniejsze, w otoczeniu wszystkich swoich pobratymców – może nawet Riddley’a i Yves’a – Bartowi na pewno nie przyszłoby do głowy nic głupiego, chociażby…
– Alessia!
Zesztywniała cała, słysząc spanikowany głos Grace. Z opóźnieniem dotarło do niej, że ona i Bart wcale nie ruszyli za nią, a wilkołak już nawet nie interesował się tym, gdzie była. Odwróciła się gwałtownie, omal nie przewracając z wrażenia, kiedy od zdenerwowania zawirowało jej w głowie. Drzwi do łazienki były otwarte, ale Grace nie miała okazji wyjść na zewnątrz; ledwo spróbowała, Bart naparł na nią całym ciałem, zmuszając do ruszenia się w przeciwnym kierunku. Dziewczyna spróbowała zaprotestować, ale to było niczym próba walki ze skałą – absolutnie bezcelowe.
– Łapy przy sobie! – zaoponowała Grace, której strach powoli zaczynał przeistaczać się w gniew. Wzdrygnęła się, próbując strząsnąć silne dłonie, które wylądowały na jej biodrach, jednak w odpowiedzi Bart jedynie mocniej na nią naparł, zmuszając do cofnięcia się o kolejny krok. Dziewczyna prychnęła niczym rozjuszona kotka, po czym zamachnęła się i ostrymi paznokciami spróbowała przeorać policzek swojego przeciwnika, ale Bart okazał się szybszy i bez trudu ją unieruchomił. – Powiedziałam…
– Hej, miałeś ją zostawić! – zawołała gniewnie Alessia, natychmiast zawracając.
Instynkt podpowiadał jej, że to głupie i że w końcu miała okazję do tego, by spróbować uciec, ale stanowczo zdusiła go w sobie. Dopiero kiedy znalazła się na tyle blisko, by móc sięgnąć wilkołaka, ten w końcu się nią zainteresował, zwracając swoje ciemne oczy w jej stronę. Cały czas trzymał Grace, ale to nie przeszkadzało mu w wydaniu z siebie rozdrażnionego westchnienia i machnięciu ręką w stronę Alessi, zupełnie jakby odpędzał wyjątkowo natrętną muchę.
– Idź stąd – powiedział stanowczo. – Ja muszę pogadać sobie z twoją koleżanka – dodał, uśmiechając się drapieżnie.
Cóż, na pewno coś od Grace chciał i na pewno zaczynało się na „p”, jednak zdecydowanie nie miała być to rozmowa. Sama zainteresowana również musiała zdawać sobie z tego sprawę, bo wzdrygnęła się i w raz z kolejnym gniewnym piskiem, postarała się wbić obcas buta w stopę swojego napastnika. Wyjątkowo nie miała szpilek, ale kilkucentymetrowy obcas również się sprawdził, przynajmniej jako odwrócenie uwagi. Bart warknął, ale wciąż jej nie puścił, tym razem bardziej rozjuszony niż rozbawiony.
Alessia bez zastanowienia do niego doskoczyła, próbując go odepchnąć. Tym razem się udało, bo odrzucił od siebie i Grace i skupił się na niej, jednym silnym ciosem posyłając ją na przeciwległą ścianę korytarza. Jęknęła zaskoczona, czując jak zaczyna braknąć jej tchu; przed oczami na ułamek sekundy zatańczyły czarne plamy, ale nie straciła przytomności.
Bart poruszył się, ale w oszołomieniu prawie nie była tego świadoma. Jego postać – nie do przeoczenia w wąskim korytarzu – nagle po prostu zniknęła z zasięgu jej wzroku. Coś trzasnęło, a do Alessi z opóźnieniem dotarło, że to drzwi od łazienki zamknęły się z hukiem. Pęd rozwiał jej włosy, odrobinę otrzeźwiając, jednak wciąż miała kłopot z utrzymaniem równowagi.
Właśnie wtedy z głębi zamkniętego pokoju rozległ się rozdzierający wrzask, tak głośny, że ledwo zwalczyła pokusę zasłonięcia uszu dłońmi. Dźwięk podziałał na nią niczym kubeł lodowatej wody, brutalnie sprowadzając na ziemię. Grace krzyknęła podobnie, a zaraz potem jej głos zmienił się, przechodząc w dziwaczną mieszankę łkania, przekleństw i odgłosów, które zmuszały do zastanowienia się nad tym, czy dziewczyna właśnie nie zabrała się do rozbierania umywalek, byleby zyskać jakąś broń.
Coś huknęło, a potem z wnętrza dobiegł dziwny, piskliwy dźwięk, którego jednak nie wydała Grace. Alessia rzuciła się w stronę drzwi, uwieszając na klamce i spodziewając się, że będzie musiała wyłamać zamek, ale ten ustąpił przy lekkim naciśnięciu klamki. Zaraz po tym drzwi omal nie wyleciały z zawiasów, kiedy Grace – blada i roztrzęsiona – wypadła na korytarz, sprawiając wrażenie kogoś, kto gotowy jest wydrapać oczy pierwszej osobie, która stanie jej na drodze. Ali odsunęła się zapobiegawczo, woląc nie ryzykować, że ostatecznie wybór padnie na to – i to może nie tak znowu przypadkowo.
– Na co ty czekasz?! – wrzasnęła Grace. Jej głos był dziwnie piskliwy i przywodził na myśl tarcie paznokci o szkolną tablicę. – No chodźże!
To wydawało się jedną z najrozsądniejszych rzeczy, które zdarzyło jej się wypowiedzieć, a jednak Alessia nie mogła powstrzymać się przed zajrzeniem do środka. Bart praktycznie leżał na posadzce, zwijając się z bólu i dysząc tak ciężko, jakby właśnie przebiegł maraton. Wokół niego zebrało się dziwnie dużo wody, a Ali dopiero po chwili zorientowała się, że Grace oderwała od ściany kawałek podpiętej do umywalki rury, teraz porzuconej gdzieś kilka metrów dalej.
Wilkołak musiał wyczuć jej spojrzenie, bo raptownie poderwał głowę. Gdyby wzrok mógł zabijać, siła jego nienawiści wystarczyłaby, żeby uśmiercić całe Miasto Nocy – i to niezależnie od tego, że znamienita cześć jego mieszkańców była nieśmiertelna.
– Zapłacicie mi… za to – wysyczał. – Małe… dziwki! – Wykonał taki ruch, jakby zamierzał się podnieść.
Odruchowo cofnęła się o krok, omal nie wpadając na coraz bardziej zniecierpliwioną Grace.
– Spadamy stąd.
– No co ty nie powiesz?! – syknęła tamta. – Piękne dzięki za pomoc – dodała z przekąsem, nie kryjąc niechęci.
Alessia ledwo powstrzymała się od wywrócenia oczami. Przynajmniej konieczność odpowiedzi okazała się zbędna – Grace jej nie oczekiwała, w zamian bezceremonialnie rzucając się biegiem w głąb korytarza. Okazała się zaskakująco szybka, Ali jednak dogoniła ją bez trudu, nawet mimo osłabienia i tego, że wciąż wirowało jej w głowie, niekoniecznie z powodu uderzenia o ścianę.
– Daj spokój. Przecież doskonale sobie sama poradziłaś – zauważyła mimochodem. – A tak w ogóle, to coś ty mu zrobiła?
– Się zdziwiła – żachnęła się Grace. Kąciki jej ust uniosły się nieznacznie, kiedy uśmiechnęła się nerwowo. – Wiesz, że mam słabość do klejnotów…
Z wrażenia uniosła brwi ku górze.
– To okrutne – stwierdziła zaskoczona. Sama nie była pewna czy chce jej się śmiać z powodu Barta, czy może zaczynała dopadać ją histeria. – Powiem więcej: coś czuje, że dla niego to swoista tragedia.
– O tak… Ale jaka satysfakcja! – Grace machinalnie przeczesała palcami jasne włosy. – Mama zawsze powtarzała, że to ja mam wyznaczać granice. Jestem zbyt cenna, by zginąć w jakiejś obleśnej toalecie.
Świetnie. A więc zrobiła faceta impotenta tylko dlatego, że wybrał sobie złe miejsce. Na pewno miał się ucieszyć.
– Jesteś niemożliwa – wymamrotała, kręcąc z niedowierzaniem głową.
– Jeśli to synonim od „fantastyczna”, absolutnie się z tobą zgadzam – zapewniła z entuzjazmem, który zachwycał każdego posiadacza chromosomu Y. Korytarz przed nimi zaczął skręcać, a kiedy tylko w niego wpadły, raptownie spoważniała. – Nie patrz tak na mnie. Do tej pory cała się trzęsę.
Mówiła poważnie i Alessia była tego świadoma. Niejednokrotnie wcześniej słyszała, że są sytuacja, które przerastają, jeśli nie zachowa się wobec nich dystansu – nawet jeśli miałoby się to sprowadzać do narcyzmu, tak jak w przypadku Grace – ale dopiero teraz zaczynała to pojmować.
Przebiegły jeszcze kilka metrów nim zdecydowały się zatrzymać. W zasadzie to Alessia zadecydowała, po prostu przystając i z westchnieniem opierając się o ścianę żeby nie upaść. Wciąż kręciło jej się w głowie, poza tym nadal odczuwała ból niemal każdego mięśnia w ciele, co bynajmniej nie ułatwiało biegu.
– Do cholery, co ty robisz? – zaoponowała Grace. – Alessia…
– Chwila. Musimy… Chwila, okej? – powtórzyła, unosząc rękę.
Blondynka westchnęła, ale przestała protestować. Jej niebieskozielone oczy wydawały się nienaturalnie rozszerzone i bardzo, ale to bardzo poważne.
– Dobrze się czujesz? – zaryzykowała Grace, nerwowo podrygując.
– Nie. – Alessia ze świstem wypuściła powietrze. – Jest bliżej pełni… Zostało może z dziesięć godzin.
– Skąd wiesz?
Zawahała się, nagle zaniepokojona.
– Po prostu wiem – powiedziała w końcu, choć to właściwie nie była odpowiedź. – Wyczuwam. Niektóre wampiry wyczuwają, gdy zbliża się zachód słońca – dodała, myśląc o Isabeau.
– No jasne… Wiesz, to byłoby całkiem fajne, gdyby nie wiązało się z kłami i smażeniem na słońcu. – Grace energicznie potrząsnęła głową. – Albo z obrośnięciem futrem.
Alessia rzuciła jej krzywe spojrzenie.
– Pocieszyłaś mnie.
– Do usług – zapewniła, wspierając obie dłonie na Biodrach. – Czy teraz możemy w końcu się ruszyć? Gdzieś tutaj na pewno jest wyjście – dodała z przekonaniem.
– A później co? Poza tym… Pomyślałaś w ogóle o mojej babci? – zirytowała się, próbując zmusić swój ociężały umysł do myślenia.
– Jasne, że pomyślałam – potwierdziła natychmiast Grace. – Wyjdziemy stąd i sprowadzimy… Och, właściwie to ty sprowadzić kawalerię, ulubienico Dworu.
Jedynie pokręciła głowa, nie zamierzając marnować siły na wyjaśnianie, że jeśli ktoś tutaj jest ulubienicą Dworu (a konkretnie Dimitra), to niekoniecznie ona tylko Isabeau. Co prawda wiedziała, że właściwie sprowadzało się to do tego samego, skoro była dla Beau ważna, ale takie stwierdzenie i tak jej nie zachwycało. No i taki plan… To brzmiało wygodnie, zwłaszcza kiedy czuła się tak marnie, ale nawet nie chciała brać pod uwagę takiego rozwiązania. Cokolwiek myślała o tym Grace, nie mogły tak po prostu zostawić Esme, zwłaszcza, że ta nie była Yves’owi potrzebna. W najgorszym wypadku zabiliby ją, a nawet jeśli nie, wolała nie myśleć o tym, co by się stało, gdyby Amun dostał względem niej wolną rękę.
Grace wydęła usta.
– Więc co zamierzamy? – zapytała, całkiem pozytywnie zaskakując tym „my”. – To męczące, prawda? Znaczy… to, co dzieje się z tobą?
Alessia rzuciła jej zmęczone spojrzenie.
– Trochę jak wyjątkowo paskudna odmiana jakiejś ludzkiej choroby – przyznała. – Mam ochotę zwinąć się w kłębek i pójść spać, nawet gdybym miała to zrobić tutaj, na środku korytarza.
– No to dupa – zgodziła się niechętnie.
Sama miała ochotę ująć to w nieco bardziej zdecydowany sposób, ale ostatecznie postawiła na milczenie. Wciąż lekko się zataczając, spróbowała stanąć pewniej na nogach. Wszystko zawirowało, sprawiając, że przez moment była niemal całkowicie pewna, że za chwilę straci przytomność.
Grace zawahała się, po czym jak gdyby nigdy nic podeszła bliżej i ujęła ją pod ramię. Ali rzuciła jej zaskoczone spojrzenie, ale w żaden sposób nie skomentowała jej pomocy, podejrzewając, że żadna z nich nie byłaby zachwycona rozmową na ten temat – zwłaszcza, że jakby nie patrzeć, teraz były zdane tylko na siebie. Co więcej, pomoc była jej potrzebna, a uścisk Grace okazał się silny i wystarczająco pewny, by odzyskała pion.
Wiedziała, że powinny iść – to była kwestia czasu zanim Bart się pozbiera albo ktoś zorientuje się, co takiego się wydarzyło – ale nie była w stanie zmusić się do ruszenia z miejsca. Zbliżająca się przemiana sprawiał, że nie miała najmniejszej ochoty na krew, co jednak nie zmieniało faktu, że jej ciało jej potrzebowało. W zasadzie nie chodziło wyłącznie o krew, ale o moc, której potrzebowała zwłaszcza teraz, kiedy toczyła wewnętrzną walkę, a jej organizm przygotowywał się do tego, co miało nastąpić, kiedy tylko wzejdzie księżyc. Teraz zaczynała w pełni pojmować, co takiego miał na myśli Ariel, kiedy mówił jej o wewnętrznej walce, nawet jeśli w przypadku nie wiązało się to z tym, że wampira i wilcza natura stopniowo wyniszczały siebie nawzajem, gotowe roznieść go na drobne kawałeczki. Niemniej to bolało, podobnie jak i niemożność przyjęcia czegoś, co przecież tak bardzo było jej potrzebne.
Od Grace czuć było pot i strach, jednak nawet to nie było w stanie przyćmić oszałamiającej słodyczy nieśmiertelnej. Zwłaszcza będąc tak blisko, poczuła zapach krążącej w jej żyłach krwi. Serce dziewczyny tłukło się jak oszalałe, zmuszając osokę do szybszego krążenia, dzięki czemu Alessia była tym bardziej świadoma rytmu jej pulsu oraz bliskości ciała. Chociaż Grace nie była telepatka, jej aura lśniła bajecznie, zalewając Ali jasnym, niemal olśniewający blaskiem, który coraz trudniej było jej zignorować. Energia ją przyzywała, drażniąc się z nią i muskając jej skórę, jakby sama prosiła się o to, by zacząć ją spijać. Zanim się obejrzała, znów musiała ze sobą walczyć, ale tym razem z zupełnie innego powodu, niezwiązanego z tym, co cały czas działo się w jej wnętrzu.
Krew. Energia. Zapragnęła ich nagle, tak intensywnie, że konieczność zwlekania zdawała się być doświadczeniem niemal bolesnym. To i bliskość Grace przypominało trochę konieczność patrzenia na słońce – przyjemne ciepło promieni pomieszane z bólem. Już nie miało znaczenia to, czy chociaż trochę dziewczynę lubiła albo czy teraz były sobie potrzebne. W zasadzie nie była świadoma niczego, pomijając to, że jej największa pokusa znajdowała się tuż obok, dosłownie na wyciągnięcie ręki.
Już raz tego doświadczyłaś, odezwał się głosik rozsądku w jej głowie. powstrzymał, a potem postawił się L., który ci pomógł. Tym razem nikt nie przyjdzie…
Tak, tak – wiedziała o tym, ale w zasadzie jakie to miało znaczenie? Wtedy była po prostu głodna, poza tym była dzieckiem, które wciąż nie potrafiło zapanować nad tą dziwną cechą odziedziczoną po ojcu. Teraz była starsza i bardziej wprawiona, poza tym naprawdę potrzebowała czegoś, co mogłoby ją wzmocnić. Grace nic się nie miało stać, a gdyby była w pełni sił, być może zdołałaby wykorzystać moc. Czy nie o to chodziło? Weszłaby do hali zaprowadzić porządek, a potem wyciągnęłaby stąd nie tylko samą Grace, ale również Esme. Potrzebowała tylko czegoś, co dodałby jej sił…
I wtedy być może miałaby dość sił, aby być w stanie przeżyć przemianę. Ariel nie wracał, ale wierzył w nią, dlatego musiała spróbować wytrzymać ten jeden raz. Wtedy będą mieli czas.
Powoli uniosła głowę, by zerknąć na Grace. Dziewczyna nie patrzyła na nią, skoncentrowana na lustrowaniu wzrokiem korytarza, musiała jednak wyczuć jej spojrzenie, bo jej jasne tęczówki na chwilę przesunęły się w jej stronę.
– Grace? – wymamrotała cicho.
Nawet jeśli wyczuła, że cokolwiek jest nie tak, nie dała tego po sobie poznać.
– Taa…? – rzuciła niecierpliwie. – Co znowu? Wyglądasz jakbyś za moment miała wymiotować. Serio, tylko spróbuj porzygać się na mnie, a przysięgam, że naprawdę się wkurzę i…
– Pomożesz mi? – przerwała jej, świadoma tego, że jeśli teraz pozwoli jej pleść trzy po trzy, łatwo nie uda jej się dojść do głosu. – Potrzebuję twojej pomocy – dodała cichym, dziwnie zachrypniętym głosem.
Grace przystanęła, po czym – wciąż ją podtrzymując – odwróciła się w jej stronę. Alessia znów poczuła słodycz jej krwi, aura zaś wydała się jeszcze wyraźniejsza, nawet w ciemnym korytarzu wydając zlewać się z jasnymi włosami dziewczyny.
– Cały czas ci pomagam – zauważyła, marszcząc niecierpliwie brwi. – Co mam jeszcze zrobić?
Alessia nie odpowiedziała, po prostu patrząc się na nią pustym wzrokiem. Czuła suchość w gardle, więc przełknęła nerwowo, to jednak zaskutkowało tym, że pragnienie się wzmogło. To był jeden z tych okropnych momentów, kiedy to mogłaby wypić duszkiem nawet całe litry wody, a jednak nie poczułaby ukojenia, bo do zaspokojenia potrzebowała czegoś zgoła innego.
Czegoś, co Grace mogła jej dać.
– Mogę wiedzieć, dlaczego się na mnie tak dziwnie patrzysz? – zapytała. Prócz zniecierpliwienia, do głosu dziewczyny wdarła się swego rodzaju obawa. – Wiem, że okazyjnie coś ci odwala, ale bez przesady. Alessia, do diabła…
Chciała jej odpowiedzieć, ale w zasadzie nie była pewna, co takiego byłoby w tej sytuacji właściwie. Jak miała wytłumaczyć Grace coś, co sama nie do końca rozumiała? Pragnęła tak bardzo złożonych rzeczy, że nawet ją samą zaczynało to przerastać.
Niczym w transie przesunęło wzrokiem po twarzy stojącej przed nią dziewczyny, ostatecznie zatrzymując spojrzenie na obnażonej szyi. Tata zawsze powtarzał, że najprościej nawiązać połączenie, kiedy żywi się bezpośrednio z tętnicy szyjnej albo nadgarstków…
Nie była świadoma tego, że w ogóle zrobiła zdecydowany krok w stronę zastygłej w bezruchu Grace. Już zamierzała poddać się instynktowi, oddając swojemu spragnionemu ciału pełną kontrolę, kiedy sytuacja raptownie się zmieniła – a potem wszystko znów się skomplikowało.
Najpierw usłyszały kroki. Obie poderwały głowy, niespokojnie zwracając twarze w stronę załamania korytarza, które dopiero co minęły, a zza którego wyłoniła się olbrzymia, umięśniona postać.
Bart zatrzymał się, wciąż lekko się kuląc, to jednak nie przeszkadzało mu w ty, by przeszyć je wzrokiem. Wyraz jego twarzy nie wróżył niczego dobrego.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa