
Alessia
Grace
wydała z siebie jakiś dziwny dźwięk, który niejasno kojarzył się ze
zdławionym piskiem albo skomleniem. Zwłaszcza to drugie w obecnej sytuacji
wydawało się co najmniej ironiczne.
– Ali – wymamrotała nerwowo, co prawda nie oglądając się za
siebie, ale za pewne nic nie było w stanie zmusić jej do tego, żeby
spuścić z oczu wciąż zaciskającego dłonie na jej ramionach Barta.
– Już wychodzimy – powiedziała, machinalnie podchodząc
bliżej. Choć wydawało się to szaleństwem, odważyła się spojrzeć wprost
w nie wyrażającą niczego ponad rozbawienie twarz wilkołaka…
A przynajmniej próbowała wmówić sobie, że w tym momencie mężczyzna
nie odczuwa niczego więcej. – Już wychodzimy – powtórzyła bardziej stanowczo –
więc ją puść.
Bart zamrugał, po czym przeniósł spojrzenie z Grace na
nią. Machinalnie zapragnęła się cofnąć, ale zmusiła się do tego, żeby postąpić
wbrew instynktowi i stanąć bliżej dziewczyny, którą chcąc nie chcąc uznała
za sojuszniczkę. Panujące milczenie zaczynało doprowadzać ją do szaleństwa
i ledwo powstrzymywała się przed tym, by nie zacząć krzyczeć
z frustracji.
Pomiędzy brwiami Barta pojawiła się pionowa kreska. Alessia
niemal widziała, jak trybiki w jego głowie pracują, co prawda niezwykle
wolno, ale jednak.
– Czy ty mi próbujesz rozkazywać, mała wampirko? – zapytał
w końcu, zaskakująco łagodnie i z nutką niedowierzania.
Dobrze, teraz powinna była się wycofać. Co prawda wilk
w jej wnętrzu rwał się do walki, ale – cholera – Yves’owi zależało na tym,
żeby po prostu była. Nie wspomniał nawet słowem, że kiedy nadejdzie pełnia,
musi być cała i zdrowa, żeby być w stanie się przemienić.
– Nie. Jedynie mówię – powiedziała w ten sam
stanowczy, aczkolwiek nieco mniej ostry sposób. – Prosiłam byś puścił moją
przyjaciółkę. – Co prawda takie określenie Grace było mocno na wyrost, ale jak
to się mówi: „wróg mojego wroga…”
– Skoro prosisz… – Ledwo powstrzymała się od wypuszczenia
powietrza ze świstem, kiedy Bart tak po prostu ustąpił. Puścił Grace, po czym
wycofał się w głąb korytarza, pozostawiając im niewielkie przejście.
Wychodząc z łazienki, musiały się o niego otrzeć. – A teraz
idziemy. Ty pierwsza – dodał z naciskiem, kiwając głową w stronę
Alessi.
Może i nie grzeszył inteligencją, podobnie zresztą jak
i higieną (jeśli miała być szczera, chyba jedynie Yves i Riddley
potrafili jakkolwiek rozróżniać priorytety, dzięki czemu w swoim
zachowaniu aż tak obcesowo nie przypominali zwierząt), ale to jedynie
przekonało ją, że nierozsądnym byłoby, gdyby próbowała mu się opierać. Krótko
spojrzała na Grace, by jakoś ją uspokoić, po czym pośpiesznie prześlizgnęła się
obok Barta, próbując skulić się na tyle, by nie ryzykować fizycznego kontaktu
w stopniu większym niż byłoby to możliwe. Aż wzdrygnęła się, kiedy jej ramię
otarło się o jego szeroką klatkę piersiową, zaraz też odskoczyła na bok,
próbując uciec na tyle daleko, żeby nie czuć bijącego od jego rozgrzanego ciała
ciepła.
Nie musiała patrzeć na Barta, by wiedzieć, że on nie odrywa
od niej wzroku. Próbując nie okazywać strachu i sprawiać wrażenie
jednocześnie uległej, co i zachowującej resztki animuszu, szybkim krokiem
ruszyła w stronę z której przyszli. Mężczyzna nie zaprotestował, więc
uznała, że robi dobrze. Jego obecności musiały znosić jeszcze tylko do momentu,
w którym wrócą do fabrycznej hali, która nagle wydała się niezwykle
przestronna i przyjazna. A co najważniejsze, w otoczeniu
wszystkich swoich pobratymców – może nawet Riddley’a i Yves’a – Bartowi na
pewno nie przyszłoby do głowy nic głupiego, chociażby…
– Alessia!
Zesztywniała cała, słysząc spanikowany głos Grace.
Z opóźnieniem dotarło do niej, że ona i Bart wcale nie ruszyli za
nią, a wilkołak już nawet nie interesował się tym, gdzie była. Odwróciła
się gwałtownie, omal nie przewracając z wrażenia, kiedy od zdenerwowania
zawirowało jej w głowie. Drzwi do łazienki były otwarte, ale Grace nie
miała okazji wyjść na zewnątrz; ledwo spróbowała, Bart naparł na nią całym
ciałem, zmuszając do ruszenia się w przeciwnym kierunku. Dziewczyna
spróbowała zaprotestować, ale to było niczym próba walki ze skałą – absolutnie
bezcelowe.
– Łapy przy sobie! – zaoponowała Grace, której strach
powoli zaczynał przeistaczać się w gniew. Wzdrygnęła się, próbując
strząsnąć silne dłonie, które wylądowały na jej biodrach, jednak w odpowiedzi
Bart jedynie mocniej na nią naparł, zmuszając do cofnięcia się o kolejny
krok. Dziewczyna prychnęła niczym rozjuszona kotka, po czym zamachnęła się
i ostrymi paznokciami spróbowała przeorać policzek swojego przeciwnika,
ale Bart okazał się szybszy i bez trudu ją unieruchomił. – Powiedziałam…
– Hej, miałeś ją zostawić! – zawołała gniewnie Alessia,
natychmiast zawracając.
Instynkt podpowiadał jej, że to głupie i że
w końcu miała okazję do tego, by spróbować uciec, ale stanowczo zdusiła go
w sobie. Dopiero kiedy znalazła się na tyle blisko, by móc sięgnąć
wilkołaka, ten w końcu się nią zainteresował, zwracając swoje ciemne oczy
w jej stronę. Cały czas trzymał Grace, ale to nie przeszkadzało mu
w wydaniu z siebie rozdrażnionego westchnienia i machnięciu ręką
w stronę Alessi, zupełnie jakby odpędzał wyjątkowo natrętną muchę.
– Idź stąd – powiedział stanowczo. – Ja muszę pogadać sobie
z twoją koleżanka – dodał, uśmiechając się drapieżnie.
Cóż, na pewno coś od Grace chciał i na pewno zaczynało
się na „p”, jednak zdecydowanie nie miała być to rozmowa. Sama zainteresowana
również musiała zdawać sobie z tego sprawę, bo wzdrygnęła się
i w raz z kolejnym gniewnym piskiem, postarała się wbić obcas
buta w stopę swojego napastnika. Wyjątkowo nie miała szpilek, ale
kilkucentymetrowy obcas również się sprawdził, przynajmniej jako odwrócenie
uwagi. Bart warknął, ale wciąż jej nie puścił, tym razem bardziej rozjuszony
niż rozbawiony.
Alessia bez zastanowienia do niego doskoczyła, próbując go
odepchnąć. Tym razem się udało, bo odrzucił od siebie i Grace
i skupił się na niej, jednym silnym ciosem posyłając ją na przeciwległą
ścianę korytarza. Jęknęła zaskoczona, czując jak zaczyna braknąć jej tchu;
przed oczami na ułamek sekundy zatańczyły czarne plamy, ale nie straciła przytomności.
Bart poruszył się, ale w oszołomieniu prawie nie była
tego świadoma. Jego postać – nie do przeoczenia w wąskim korytarzu – nagle
po prostu zniknęła z zasięgu jej wzroku. Coś trzasnęło, a do Alessi
z opóźnieniem dotarło, że to drzwi od łazienki zamknęły się z hukiem.
Pęd rozwiał jej włosy, odrobinę otrzeźwiając, jednak wciąż miała kłopot
z utrzymaniem równowagi.
Właśnie wtedy z głębi zamkniętego pokoju rozległ się
rozdzierający wrzask, tak głośny, że ledwo zwalczyła pokusę zasłonięcia uszu
dłońmi. Dźwięk podziałał na nią niczym kubeł lodowatej wody, brutalnie
sprowadzając na ziemię. Grace krzyknęła podobnie, a zaraz potem jej głos
zmienił się, przechodząc w dziwaczną mieszankę łkania, przekleństw
i odgłosów, które zmuszały do zastanowienia się nad tym, czy dziewczyna
właśnie nie zabrała się do rozbierania umywalek, byleby zyskać jakąś broń.
Coś huknęło, a potem z wnętrza dobiegł dziwny,
piskliwy dźwięk, którego jednak nie wydała Grace. Alessia rzuciła się
w stronę drzwi, uwieszając na klamce i spodziewając się, że będzie
musiała wyłamać zamek, ale ten ustąpił przy lekkim naciśnięciu klamki. Zaraz po
tym drzwi omal nie wyleciały z zawiasów, kiedy Grace – blada
i roztrzęsiona – wypadła na korytarz, sprawiając wrażenie kogoś, kto
gotowy jest wydrapać oczy pierwszej osobie, która stanie jej na drodze. Ali
odsunęła się zapobiegawczo, woląc nie ryzykować, że ostatecznie wybór padnie na
to – i to może nie tak znowu przypadkowo.
– Na co ty czekasz?! – wrzasnęła Grace. Jej głos był
dziwnie piskliwy i przywodził na myśl tarcie paznokci o szkolną
tablicę. – No chodźże!
To wydawało się jedną z najrozsądniejszych rzeczy,
które zdarzyło jej się wypowiedzieć, a jednak Alessia nie mogła
powstrzymać się przed zajrzeniem do środka. Bart praktycznie leżał na posadzce,
zwijając się z bólu i dysząc tak ciężko, jakby właśnie przebiegł
maraton. Wokół niego zebrało się dziwnie dużo wody, a Ali dopiero po
chwili zorientowała się, że Grace oderwała od ściany kawałek podpiętej do
umywalki rury, teraz porzuconej gdzieś kilka metrów dalej.
Wilkołak musiał wyczuć jej spojrzenie, bo raptownie
poderwał głowę. Gdyby wzrok mógł zabijać, siła jego nienawiści wystarczyłaby,
żeby uśmiercić całe Miasto Nocy – i to niezależnie od tego, że znamienita
cześć jego mieszkańców była nieśmiertelna.
– Zapłacicie mi… za to – wysyczał. – Małe… dziwki! –
Wykonał taki ruch, jakby zamierzał się podnieść.
Odruchowo cofnęła się o krok, omal nie wpadając na
coraz bardziej zniecierpliwioną Grace.
– Spadamy stąd.
– No co ty nie powiesz?! – syknęła tamta. – Piękne dzięki
za pomoc – dodała z przekąsem, nie kryjąc niechęci.
Alessia ledwo powstrzymała się od wywrócenia oczami.
Przynajmniej konieczność odpowiedzi okazała się zbędna – Grace jej nie
oczekiwała, w zamian bezceremonialnie rzucając się biegiem w głąb korytarza.
Okazała się zaskakująco szybka, Ali jednak dogoniła ją bez trudu, nawet mimo
osłabienia i tego, że wciąż wirowało jej w głowie, niekoniecznie
z powodu uderzenia o ścianę.
– Daj spokój. Przecież doskonale sobie sama poradziłaś –
zauważyła mimochodem. – A tak w ogóle, to coś ty mu zrobiła?
– Się zdziwiła – żachnęła się Grace. Kąciki jej ust uniosły
się nieznacznie, kiedy uśmiechnęła się nerwowo. – Wiesz, że mam słabość do
klejnotów…
Z wrażenia uniosła brwi ku górze.
– To okrutne – stwierdziła zaskoczona. Sama nie była pewna
czy chce jej się śmiać z powodu Barta, czy może zaczynała dopadać ją
histeria. – Powiem więcej: coś czuje, że dla niego to swoista tragedia.
– O tak… Ale jaka satysfakcja! – Grace machinalnie
przeczesała palcami jasne włosy. – Mama zawsze powtarzała, że to ja mam wyznaczać granice. Jestem zbyt cenna, by zginąć
w jakiejś obleśnej toalecie.
Świetnie. A więc zrobiła faceta impotenta tylko
dlatego, że wybrał sobie złe miejsce. Na pewno miał się ucieszyć.
– Jesteś niemożliwa – wymamrotała, kręcąc
z niedowierzaniem głową.
– Jeśli to synonim od „fantastyczna”, absolutnie się
z tobą zgadzam – zapewniła z entuzjazmem, który zachwycał każdego
posiadacza chromosomu Y. Korytarz przed nimi zaczął skręcać, a kiedy tylko
w niego wpadły, raptownie spoważniała. – Nie patrz tak na mnie. Do tej
pory cała się trzęsę.
Mówiła poważnie i Alessia była tego świadoma.
Niejednokrotnie wcześniej słyszała, że są sytuacja, które przerastają, jeśli
nie zachowa się wobec nich dystansu – nawet jeśli miałoby się to sprowadzać do
narcyzmu, tak jak w przypadku Grace – ale dopiero teraz zaczynała to
pojmować.
Przebiegły jeszcze kilka metrów nim zdecydowały się
zatrzymać. W zasadzie to Alessia zadecydowała, po prostu przystając
i z westchnieniem opierając się o ścianę żeby nie upaść. Wciąż
kręciło jej się w głowie, poza tym nadal odczuwała ból niemal każdego
mięśnia w ciele, co bynajmniej nie ułatwiało biegu.
– Do cholery, co ty robisz? – zaoponowała Grace. – Alessia…
– Chwila. Musimy… Chwila, okej? – powtórzyła, unosząc rękę.
Blondynka westchnęła, ale przestała protestować. Jej
niebieskozielone oczy wydawały się nienaturalnie rozszerzone i bardzo, ale
to bardzo poważne.
– Dobrze się czujesz? – zaryzykowała Grace, nerwowo
podrygując.
– Nie. – Alessia ze świstem wypuściła powietrze. – Jest
bliżej pełni… Zostało może z dziesięć godzin.
– Skąd wiesz?
Zawahała się, nagle zaniepokojona.
– Po prostu wiem – powiedziała w końcu, choć to
właściwie nie była odpowiedź. – Wyczuwam. Niektóre wampiry wyczuwają, gdy
zbliża się zachód słońca – dodała, myśląc o Isabeau.
– No jasne… Wiesz, to byłoby całkiem fajne, gdyby nie
wiązało się z kłami i smażeniem na słońcu. – Grace energicznie
potrząsnęła głową. – Albo z obrośnięciem futrem.
Alessia rzuciła jej krzywe spojrzenie.
– Pocieszyłaś mnie.
– Do usług – zapewniła, wspierając obie dłonie na Biodrach.
– Czy teraz możemy w końcu się ruszyć? Gdzieś tutaj na pewno jest wyjście
– dodała z przekonaniem.
– A później co? Poza tym… Pomyślałaś w ogóle
o mojej babci? – zirytowała się, próbując zmusić swój ociężały umysł do
myślenia.
– Jasne, że pomyślałam – potwierdziła natychmiast Grace. –
Wyjdziemy stąd i sprowadzimy… Och, właściwie to ty sprowadzić kawalerię,
ulubienico Dworu.
Jedynie pokręciła głowa, nie zamierzając marnować siły na
wyjaśnianie, że jeśli ktoś tutaj jest ulubienicą Dworu (a konkretnie Dimitra),
to niekoniecznie ona tylko Isabeau. Co prawda wiedziała, że właściwie
sprowadzało się to do tego samego, skoro była dla Beau ważna, ale takie
stwierdzenie i tak jej nie zachwycało. No i taki plan… To brzmiało
wygodnie, zwłaszcza kiedy czuła się tak marnie, ale nawet nie chciała brać pod
uwagę takiego rozwiązania. Cokolwiek myślała o tym Grace, nie mogły tak po
prostu zostawić Esme, zwłaszcza, że ta nie była Yves’owi potrzebna.
W najgorszym wypadku zabiliby ją, a nawet jeśli nie, wolała nie
myśleć o tym, co by się stało, gdyby Amun dostał względem niej wolną rękę.
Grace wydęła usta.
– Więc co zamierzamy? – zapytała, całkiem pozytywnie
zaskakując tym „my”. – To męczące, prawda? Znaczy… to, co dzieje się
z tobą?
Alessia rzuciła jej zmęczone spojrzenie.
– Trochę jak wyjątkowo paskudna odmiana jakiejś ludzkiej
choroby – przyznała. – Mam ochotę zwinąć się w kłębek i pójść spać,
nawet gdybym miała to zrobić tutaj, na środku korytarza.
– No to dupa – zgodziła się niechętnie.
Sama miała ochotę ująć to w nieco bardziej zdecydowany
sposób, ale ostatecznie postawiła na milczenie. Wciąż lekko się zataczając,
spróbowała stanąć pewniej na nogach. Wszystko zawirowało, sprawiając, że przez
moment była niemal całkowicie pewna, że za chwilę straci przytomność.
Grace zawahała się, po czym jak gdyby nigdy nic podeszła
bliżej i ujęła ją pod ramię. Ali rzuciła jej zaskoczone spojrzenie, ale
w żaden sposób nie skomentowała jej pomocy, podejrzewając, że żadna
z nich nie byłaby zachwycona rozmową na ten temat – zwłaszcza, że jakby
nie patrzeć, teraz były zdane tylko na siebie. Co więcej, pomoc była jej
potrzebna, a uścisk Grace okazał się silny i wystarczająco pewny, by
odzyskała pion.
Wiedziała, że powinny iść – to była kwestia czasu zanim
Bart się pozbiera albo ktoś zorientuje się, co takiego się wydarzyło – ale nie
była w stanie zmusić się do ruszenia z miejsca. Zbliżająca się
przemiana sprawiał, że nie miała najmniejszej ochoty na krew, co jednak nie
zmieniało faktu, że jej ciało jej potrzebowało. W zasadzie nie chodziło
wyłącznie o krew, ale o moc, której potrzebowała zwłaszcza teraz,
kiedy toczyła wewnętrzną walkę, a jej organizm przygotowywał się do tego,
co miało nastąpić, kiedy tylko wzejdzie księżyc. Teraz zaczynała w pełni
pojmować, co takiego miał na myśli Ariel, kiedy mówił jej o wewnętrznej
walce, nawet jeśli w przypadku nie wiązało się to z tym, że wampira
i wilcza natura stopniowo wyniszczały siebie nawzajem, gotowe roznieść go
na drobne kawałeczki. Niemniej to bolało, podobnie jak i niemożność
przyjęcia czegoś, co przecież tak bardzo było jej potrzebne.
Od Grace czuć było pot i strach, jednak nawet to nie
było w stanie przyćmić oszałamiającej słodyczy nieśmiertelnej. Zwłaszcza
będąc tak blisko, poczuła zapach krążącej w jej żyłach krwi. Serce
dziewczyny tłukło się jak oszalałe, zmuszając osokę do szybszego krążenia,
dzięki czemu Alessia była tym bardziej świadoma rytmu jej pulsu oraz bliskości
ciała. Chociaż Grace nie była telepatka, jej aura lśniła bajecznie, zalewając
Ali jasnym, niemal olśniewający blaskiem, który coraz trudniej było jej
zignorować. Energia ją przyzywała, drażniąc się z nią i muskając jej
skórę, jakby sama prosiła się o to, by zacząć ją spijać. Zanim się
obejrzała, znów musiała ze sobą walczyć, ale tym razem z zupełnie innego
powodu, niezwiązanego z tym, co cały czas działo się w jej wnętrzu.
Krew. Energia. Zapragnęła ich nagle, tak intensywnie, że
konieczność zwlekania zdawała się być doświadczeniem niemal bolesnym. To
i bliskość Grace przypominało trochę konieczność patrzenia na słońce –
przyjemne ciepło promieni pomieszane z bólem. Już nie miało znaczenia to,
czy chociaż trochę dziewczynę lubiła albo czy teraz były sobie potrzebne.
W zasadzie nie była świadoma niczego, pomijając to, że jej największa
pokusa znajdowała się tuż obok, dosłownie na wyciągnięcie ręki.
Już raz tego doświadczyłaś, odezwał się głosik rozsądku w jej głowie.
powstrzymał, a potem postawił się L., który ci pomógł. Tym razem nikt nie
przyjdzie…
Tak, tak – wiedziała o tym, ale w zasadzie jakie
to miało znaczenie? Wtedy była po prostu głodna, poza tym była dzieckiem, które
wciąż nie potrafiło zapanować nad tą dziwną cechą odziedziczoną po ojcu. Teraz
była starsza i bardziej wprawiona, poza tym naprawdę potrzebowała czegoś,
co mogłoby ją wzmocnić. Grace nic się nie miało stać, a gdyby była
w pełni sił, być może zdołałaby wykorzystać moc. Czy nie o to
chodziło? Weszłaby do hali zaprowadzić porządek, a potem wyciągnęłaby stąd
nie tylko samą Grace, ale również Esme. Potrzebowała tylko czegoś, co dodałby
jej sił…
I wtedy być może miałaby dość sił, aby być w stanie
przeżyć przemianę. Ariel nie wracał, ale wierzył w nią, dlatego musiała
spróbować wytrzymać ten jeden raz. Wtedy będą mieli czas.
Powoli uniosła głowę, by zerknąć na Grace. Dziewczyna nie
patrzyła na nią, skoncentrowana na lustrowaniu wzrokiem korytarza, musiała
jednak wyczuć jej spojrzenie, bo jej jasne tęczówki na chwilę przesunęły się
w jej stronę.
– Grace? – wymamrotała cicho.
Nawet jeśli wyczuła, że cokolwiek jest nie tak, nie dała
tego po sobie poznać.
– Taa…? – rzuciła niecierpliwie. – Co znowu? Wyglądasz
jakbyś za moment miała wymiotować. Serio, tylko spróbuj porzygać się na mnie,
a przysięgam, że naprawdę się wkurzę i…
– Pomożesz mi? – przerwała jej, świadoma tego, że jeśli
teraz pozwoli jej pleść trzy po trzy, łatwo nie uda jej się dojść do głosu. –
Potrzebuję twojej pomocy – dodała cichym, dziwnie zachrypniętym głosem.
Grace przystanęła, po czym – wciąż ją podtrzymując –
odwróciła się w jej stronę. Alessia znów poczuła słodycz jej krwi, aura
zaś wydała się jeszcze wyraźniejsza, nawet w ciemnym korytarzu wydając
zlewać się z jasnymi włosami dziewczyny.
– Cały czas ci pomagam – zauważyła, marszcząc niecierpliwie
brwi. – Co mam jeszcze zrobić?
Alessia nie odpowiedziała, po prostu patrząc się na nią
pustym wzrokiem. Czuła suchość w gardle, więc przełknęła nerwowo, to
jednak zaskutkowało tym, że pragnienie się wzmogło. To był jeden z tych
okropnych momentów, kiedy to mogłaby wypić duszkiem nawet całe litry wody,
a jednak nie poczułaby ukojenia, bo do zaspokojenia potrzebowała czegoś
zgoła innego.
Czegoś, co Grace mogła jej dać.
– Mogę wiedzieć, dlaczego się na mnie tak dziwnie patrzysz?
– zapytała. Prócz zniecierpliwienia, do głosu dziewczyny wdarła się swego
rodzaju obawa. – Wiem, że okazyjnie coś ci odwala, ale bez przesady. Alessia,
do diabła…
Chciała jej odpowiedzieć, ale w zasadzie nie była
pewna, co takiego byłoby w tej sytuacji właściwie. Jak miała wytłumaczyć
Grace coś, co sama nie do końca rozumiała? Pragnęła tak bardzo złożonych
rzeczy, że nawet ją samą zaczynało to przerastać.
Niczym w transie przesunęło wzrokiem po twarzy
stojącej przed nią dziewczyny, ostatecznie zatrzymując spojrzenie na obnażonej
szyi. Tata zawsze powtarzał, że najprościej nawiązać połączenie, kiedy żywi się
bezpośrednio z tętnicy szyjnej albo nadgarstków…
Nie była świadoma tego, że w ogóle zrobiła zdecydowany
krok w stronę zastygłej w bezruchu Grace. Już zamierzała poddać się
instynktowi, oddając swojemu spragnionemu ciału pełną kontrolę, kiedy sytuacja
raptownie się zmieniła – a potem wszystko znów się skomplikowało.
Najpierw usłyszały kroki. Obie poderwały głowy,
niespokojnie zwracając twarze w stronę załamania korytarza, które dopiero
co minęły, a zza którego wyłoniła się olbrzymia, umięśniona postać.
Bart zatrzymał się, wciąż lekko się kuląc, to jednak nie
przeszkadzało mu w ty, by przeszyć je wzrokiem. Wyraz jego twarzy nie
wróżył niczego dobrego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz