17 lipca 2014

Sto pięćdziesiąt dziewięć

Alessia
Grace siedziała zwrócona twarzą do ściany. Alessia nie była w stanie zobaczyć, co takiego ta musiała wyrażać, ale sposób w jaki dziewczyna podrygiwała i jak wszystkie powinny się czuć w obecnej sytuacji, wydawał się co najmniej oczywisty. Tak czy inaczej, nawet jeśli to ciągłe kiwanie się w przód i w tył było irytujące, nie powinna mieć pretensji, bo sama ledwo mogła przymusić się do tego, żeby usiedzieć w miejscu.
Yves nie pojawił się więcej, ale była prawie pewna, że wciąż jest w magazynie – nie był głupi, poza tym wątpiła, żeby aż do tego stopnia ufał swoim podwładnym. Wciąż nie była pewna do czego dążył i czy robił to z nienawiści do Ariela, czy może znów chcąc go upokorzyć, to zresztą nie miało żadnego znaczenia. Czegokolwiek chciał, to było szalone, a ona nie chciała brać w tym udziału. Nie chodziło już nawet o to, że mogłaby umrzeć i że Ariela wtedy przy niej nie będzie – tak może było lepiej, bo nie chciała pozwolić na to, by on albo ktokolwiek inny obserwował to, co wkrótce miało się z nią stać. Raz po raz spoglądała w stronę okien, ale do środka wciąż wlewało się światło słoneczne i sama nie była pewna, kiedy powinna spodziewać się wzejścia księżyca. Od jakiegoś czasu dni były nieprawdopodobnie długie i bardzo upalne, a więc wszystko wydawało się równie prawdopodobne. Dziwne, ale to również nie sprawiało, żeby poczuła się jakkolwiek spokojniej, nawet jeśli teoretycznie odciągało pewne sprawy, dając jej przynajmniej kilka dodatkowych godzin.
To, co usłyszała, nie dawało jej spokoju. Zadzierał z Dworem, celowo bądź nie. A jeśli dobrze zrozumiała, zamierzał wykorzystać ją do czegoś więcej niż tylko uprzykrzenie życia swojemu synowi. Chciał, by udało jej się przemienić… A już na pewno chciał, żeby nie była wtedy sama. Pomyślała o tym, co takiego zrobił wprawiony już przecież Ariel i aż się wzdrygnęła, uprzytomniając sobie, co to znaczy. Skoro on ją zaatakował, zmuszając do ucieczki, co takiego mogła zrobić po swojej pierwszej przemianie, gdyby w pobliżu znaleźli się jej bliscy? Ona nie miałaby skrupułów, podatna na podszepty instynktu, w przeciwieństwie do rodziców albo nawet Damiena. Czy Yves chciał w końcu jej śmierci, czy może czegoś gorszego – jak chociażby zorganizowanie małej masakry jej kosztem, gdyby wypuścił ją na ulicę?
Przestała o tym myśleć, nie tylko dlatego, że to wydawało się zbyt przygnębiające, ale ze względów czysto praktycznych. Jeśli tak było, musiały uciekać, ale to też nie było proste. Bart i reszta cały czas tam byli, zajęci sobą, ale niejednokrotnie czuła na sobie czyjeś spojrzenie. Jak na razie słuchali Riddley’a i zostawili je w spokoju, ale gdyby doszło co do czego, wątpiła, by ktokolwiek miał jakiekolwiek skrupuły. Sam Riddley pojawiał się regularnie, zwykle zresztą nawet nie patrzył w ich stronę… No, może ewentualnie na Grace, ale do tego po latach spędzonych z dziewczyną w Akademii Nocy zdążyła się już przyzwyczaić. Wszyscy patrzyli na Grace, jakby przeczuwając, że wykorzystanie dziewczyny jest kwestią wyłącznie odpowiednio dobranych słów i komunikatów. Przynajmniej wcześniej tak sądziła, ale patrząc na nią teraz, wcale nie była taka pewna tego, czy jest ona aż tak pozbawiona wstydu. Wilkołaki co najmniej ją obrzydzały, poza tym to, co zasugerował Bart… Och, tego zdecydowanie jej nie życzyła. Nie tylko dlatego, że wiedziała jak do tej pory podobne wspomnienia męczyły Laylę, ale też sama ich doświadczyła.
– Wszystko w porządku? – usłyszała i wzdrygnęła się, nieco nieprzytomnie spoglądając na Esme.
– To zależy – przyznała wymijająco. Nic nie było w porządku, a ona czuła się dziwnie ze świadomością tego, że każdy może ją usłyszeć.
Wampirzyca westchnęła, po czym przysiadła przy niej, dyskretnie oglądając się za siebie. Najłatwiej był znaleźć Amuna, bo ten po prostu zaszył się w kącie i bezskutecznie próbował udawać, że nie istnieje. Cóż, to była jakaś taktyka, nawet jeśli w jego przypadku stanowiło to doskonałe potwierdzenie tego, iż był tchórzem. Jak w ogóle mógł bredzić na temat honoru i zemsty, skoro jednocześnie trząsł się na widok któregokolwiek z tych z którymi się bratał?
– Mam na myśli… Dobrze się czujesz? – sprostowała w końcu Esme, niepewnie przypatrując się jej twarzy.
Alessia wzruszyła ramionami. Do tej pory napędzała ją adrenalina, ale to jedynie maskowało to, co czuła faktycznie. Wciąż było jej słabo, a ból głowy i mięśni zaczynał być prawdziwą udręką, usiłowała jednak to ignorować. Ariel powiedział jej, że tak będzie, wiedziała zresztą, że to nie ma znaczenia. Co prawda wspomnienie grypy sprzed lat – nawet tak bardzo zamazane, widziane oczami dziecka – przyprawiało ją o dreszcze. To były złe wspomnienia, tym razem jednak była świadoma tego, że nic złego nie może się jej z tego powodu stać… Przynajmniej do momentu, w którym miał wzejść księżyc.
Nie zaprotestowała, kiedy Esme po prostu ją objęła. Nie poczuła się z tego powodu specjalnie pewniej, ale na pewno trochę lepiej, co samo w sobie było powodem do tego, by choć odrobinę się rozluźnić. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo jest spięta. Ból mięśni był jednym, ale co innego sposób w jaki nieświadomie je napinała, tak mocno, że nawet nie zdziwiłaby się, gdyby jakimś cudem połamała sobie kości. Co prawda obecność wampira drażniła wilka w jej wnętrzu, ale stanowczo kazała mu się uciszyć, nie zamierzając sprawiać babci przykrości albo dawać jeszcze większej ilości powodów do zmartwień.
Musiała zebrać myśli i coś postanowić, ale nie była pewna, co takiego powinna w pierwszej kolejności zrobić. Gdyby sytuacja była normalna, a ona czuła się dobrze, już dawno załatwiłaby wszystko w sposób, który niejednokrotnie ćwiczyła z tatą. Co prawda to Damien zawsze robił większe postępy, a korzystanie z mocy przychodziło mu z oszałamiającą wręcz łatwością, ale to wcale nie znaczyło, że była od niego jakoś szczególnie gorsza. Gdyby mogła się skoncentrować, miała więcej energii, bez trudu oszołomiłaby wszystkich w stopniu wystarczającym, by ona, Esme i Grace mogły zyskać okazję do ucieczki. Wystarczyło tylko dotrzeć do centrum miasta, a wtedy na pewno znalazłby się ktoś, kto mógłby im pomóc – jak chociażby znamienita część wampirów, które nawet w środku dnia przesiadywały w kawiarni, a może i sam Michael…
– Przepraszam bardzo, czy mogłabym mieć prośbę? – zapytała nieoczekiwanie Grace, wyrywając ją z zamyślenia.
Alessia gwałtownie poderwała głowę, całkiem wytrącona z równowagi. Nie zauważyła, by dziewczyna w ogóle się ruszała, a jednak stała teraz pewne na nogach, wspierając obie ręce na biodrach. Jedno z nich wysunęła do przodu, co nawet w sytuacji, w której była brudna i potargana, musiało robić wrażenie, bo w hali natychmiast zapanowała cisza, a zainteresowanie wilkołaków momentalnie spoczęło na Grace.
Dziewczyna zawahała się, odrobinę zresztą pobladła, prawie natychmiast jednak wzięła się w garść. Idiotko, co ty robisz?, pomyślała z niedowierzaniem Alessia, ale nie odważyła się powiedzieć tego na głos, zwłaszcza, że jeden z synów księżyca szybkim krokiem ruszył w ich stronę.
– Czego chcesz? – zapytał Grace w sposób, który byłby oschły, gdyby akurat nie wpatrywał się w wycięcie jej bluzki.
– Ojej… Ja… – Grace zatrzepotała powiekami. Nie musiała wysilać się, by sprawiać wrażenie zagubionej i wystraszonej. W zasadzie Alessia była skłonna powiedzieć, że próbuje owinąć sobie wilkołaka wokół palca, gdyby to nie brzmiało tak idiotycznie. Flirtować w takiej sytuacji? Z drugiej jednak strony, to wciąż była Grace… – Chciałam tylko zapytać o… – Urwała, wzdrygając się, kiedy mężczyzna nachylił się bliżej.
– O…? – drążył niecierpliwie. – Mów albo nie zawracaj mi głowy – zniecierpliwił się.
Grace pobladła jeszcze bardziej.
– O łazienkę – wyrzuciła z siebie w końcu. – Tylko o łazienkę – dodała w dziwnie piskliwy sposób.
Zapadła cisza, podczas której wilkołak patrzył się na nią tępo, zupełnie jakby powiedziała coś nieprawdopodobnego albo zwracała się do niego w obcym języku. Zamrugał pośpiesznie, chyba zupełnie nie dostrzegając tego, że Grace wstrzymuje oddech i dyskretnie zaciska dłonie w pięści, zdradzając coś na pograniczu niepokoju i oczekiwania.
Facet – barczysty, o przyciętych niemal przy skórze brązowych włosach – potrząsnął głową i raz jeszcze jej się przyjrzał.
– O… łazienkę? – powtórzył, a jego dezorientacja dodała Grace nieco pewności siebie.
– Tak, kretynie, łazienkę – powiedziała tonem rozpieszczonej księżniczki, którą przez tyle lat była. Zmarszczyła brwi, żeby lepiej okazać zniecierpliwienie. – Toaleta. Łazienka. Miejsce z umywalką i lustrem, gdzie wypada od czasu do czasu zajrzeć nie tylko ludziom. O ile mi wiadomo, to wciąż nazywa się łazienką – parsknęła, a potem (o bogini…!) tupnęła niecierpliwie nogą.
Mężczyzna nie miał okazji, by odpowiedzieć, kiedy za jego plecami rozległ się rechot. Obejrzał się gniewnie, spoglądając na swoich pobratymców, a zwłaszcza na powoli zmierzającego w jego stronę Barta.
– No, kretynie – powtórzył, parodiując Grace. – Wypada pomóc, kiedy dama prosi – parsknął, po czym z nieskrywanym zainteresowaniem spojrzał na blondynkę. – Chodź, laleczko. Ja pokażę ci łazienkę – zapowiedział.
Ali była przekonana, że Grace się rozmyśli, ale ta jedynie wzruszyła ramionami. Wyzywająco spojrzała na Barta, po czym – wciąż bacznie przez wszystkich obserwowana – bezceremonialnie podeszła do Alessi i ujęła ją pod ramię. Zaskoczona, nie zaprotestowała od razu, pozwalając na to, by Grace postawiła ją na nogi.
– Znakomicie – stwierdziła z entuzjazmem. – Koleżanka idzie ze mną.
– Koleżanka… – zaczął ostrzegawczym tonem ten, który podszedł pierwszy, ale Bart postanowił się wtrącić:
– Och, daj spokój. Przecież panienki cały czas szlajają się razem – żachnął się. Jego twarz rozjaśnił niezbyt przyjemny uśmiech. – Panie pozwolą.
Odwrócił się i ruszył przed siebie, nawet nie sprawdzając, czy zamierzają za nim podążyć. Grace wzmocniła uścisk (ze swoją filigranową figurą potrafiła zamydlić oczy, przez co łatwo można było zapomnieć, że jest równie silna, co każda pół-wampirzyca), po czym pociągnęła Alessię za sobą. W pierwszym odruchu Ali pozwoliła jej na to, jednak zaraz spróbowała się zaprzeć i jakoś wyswobodzić z jej objęć.
– Och, daj spokój, Ali – syknęła niecierpliwie. – Świat się nie zawali, jeśli chwilę mi potowarzyszysz – dodała słodko, ale spojrzenie, które jej rzuciła, było równie delikatne, co i papier ścierny.
Bart wyprowadził je z hali na długi, wąski korytarz. Alessię poraziła liczba zamkniętych drzwi po obu stronach, zaraz też poczuła się klaustrofobicznie, tak niewielka odległość dzieliła poszczególne ściany. Zarówno ona, jak i Grace, były szczupłe, a jednak ledwo mieściły się na tyle, by móc swobodnie poruszać się obok siebie. Obecność Barta również niewiele ułatwiała, zwłaszcza, że od momentu jego wymiany zdań z Riddleyem, Alessia była niemal całkowicie pewna, że mężczyzna w którymś momencie zdecyduje się na coś, co żadnej z nich się nie spodoba.
Nawet jeśli miał jakiekolwiek złe zamiary, jak na razie nie zamierzał im tego okazywać. Przeprowadził je przez korytarz, skręcając w prawo przy pierwszej okazji i zatrzymując się przed jednymi z licznych, nieoznaczonych drzwi po prawej stronie. Kiedy nonszalancko oparł się o ścianę i postukał w nie dłonią, wrażenie bycia w pułapce jedynie się spotęgowało, tak ogromny nagle jej się wydał.
– Pięć minut – zapowiedział. – I to z zegarkiem w ręku… Mniej więcej tyle nie będzie mnie interesowało, co tam w środku razem robicie – dodał z nieco złośliwym uśmieszkiem, zerkając na ścianę i udając, że już teraz zaczyna sprawdzać czas.
Grace prychnęła, ale nie protestowała, tylko pchnęła drzwi i wciągnąwszy Alessię do środka. Natychmiast starannie zamknęła drzwi, na samym końcu decydując się rozejrzeć po ciasnym, nieprzyjemnym pomieszczeniu. Pełen obrzydzenia jęk, który wyrwał się z jej ust, jedynie Ali zirytował, nawet jeśli po części rozumiała taką reakcję.
Łazienka – jeśli to w ogóle miało prawo nazywać się łazienką – wyglądała jak po przejściu huraganu albo równie nieprzyjemnej katastrofie, może niekoniecznie nuklearnej. W zasadzie było to niewielkie, ciasne pomieszczenie z betonową podłogą i ścianami z których całymi płatami odłaziła farba. Pod jedną z nich znajdowały się dwie wysłużone umywalki, powyżej zaś wciąż wisiał dość duży odłamek lustra w którym z powodzeniem można było się przejrzeć. Przetrwała również długa rynienka na której można byłoby poukładać rzeczy, gdyby którakolwiek z nich akurat coś przy sobie miała. Nie było okien, co wcale nie było takie dziwne; Alessia już wcześniej zorientowała się, że Bart musi prowadzić je w głąb budynku. Trudno było stwierdzić, czy kanalizacja działa, nie wspominając o ubikacji, która jedynie napawała ją entuzjazmem względem tego, że jako w połowie wampirzyca nie musiała z niej korzystać.
Grace podeszła prosto do lustra, wbijając w nie wzrok i marszcząc brwi.
– Wyglądam jak czupiradło – stwierdziła, ujmując kosmyk włosów w palce.
– Poważnie? – Alessia spojrzała na nią z niedowierzaniem. Żartowała sobie? – W tej sytuacji właśnie to cię martwi?
– Dobry wygląd to podstawa dobrego samopoczucia – żachnęła się, wzruszając ramionami. Przeczesała włosy palcami, próbując doprowadzić je do porządku.
Alessia zacisnęła obie dłonie w pięści, próbując powstrzymać się przed tym, by na nią nie warknąć albo nie zacząć przeklinać.
– Pomijając to, że nawet w takim wydaniu prezentujesz się irytująco fantastycznie… Sama zresztą niejednokrotnie nam wszystkim powtarzałaś, że nawet w dziurawym worku wyglądałabyś lepiej od nas wszystkich. – oznajmiła z niechęcią. – Tak czy inaczej, naprawdę nie wierzę w to, że narobiłaś tyle zamieszania, by znaleźć kawałek lustra!
– Och, dziękuję, że mi przypomniałaś! Właśnie to potrzebowałam usłyszeć: że nadal prezentuję się fantastycznie – mruknęła w zamyśleniu, nadal uważnie lustrując wzrokiem swoje odbicie. – Masz mnie za idiotkę, co? A ja wciąż czekam, byśmy zaczęły nadawać na tych samych falach, szajbusko.
– Co do…?
Spojrzała na Grace z niedowierzaniem, coraz bardzie rozeźlona. Przyłapała się nawet na tym, że ma ochotę wyjątkowo podporządkować się swoje nowej naturze i zaatakować dziewczynę, chociażby rozszarpując jej gardło. Wtedy już na pewno nie wyglądałaby w żaden sposób pięknie, poza tym może w końcu przestałaby pleść trzy po trzy, zachowując się jak pusta laleczka akurat wtedy, kiedy wszystkim groziło niebezpieczeństwo. Tym bardziej nie mogła uwierzyć w to, że Damien mógł zainteresować się kimś takim, a tym bardziej – wbrew temu, co jej mówił – utworzyć więź za sprawą picia jej krwi.
A potem zwróciła uwagę na sposób, w jaki Grace naciskała na kolejne słowa i coś przyszło jej do głowy.
Nadawać na tych samych falach?, pomyślała. Na nawiązanie telepatycznej więzi z kimś pozbawionym mocy jeszcze było ją stać.
O bogini, ty naprawdę jesteś jakaś opóźniona!, żachnęła się Grace. Miałam ci to powiedzieć przy tych wilkach czy jak? Naprawdę nie wierzę, że masz brata mózgowca…
Alessia ją zignorowała. Damien był ostatnim tematem, który zamierzała poruszać, zwłaszcza z Grace. To było co najmniej niezręczne, poza tym wciąż ogarniał ją gniew na samo wspomnienie tego, że ta dwójka mogła mieć ze sobą cokolwiek wspólnego.
Świetnie. Czy teraz w końcu wyjaśnisz mi, co ty wyprawiasz?, przerwała stanowczo wywód dziewczyny, nie zamierzając pozwolić na to, by Grace nadal robiła z niej idiotkę.
Brwi dziewczyny powędrowały ku górze.
A jak ci się wydaje?, mruknęła retorycznie. Myślę, w przeciwieństwie do was. Nie wiem w co ty i twoja babcia się wpakowałyście, ale ja się na to nie piszę, jasne?
„Nie piszesz…”? Jaja sobie robisz?
Nie łap mnie za słówka, jęknęła Grace. Musimy pogadać. A potem stąd spadać. Mam jakieś złe przeczucia i bynajmniej nie chodzi mi tylko o to, że niedługo sama staniesz się niewiele przyjemniejsza od nich…
Alessia ledwo powstrzymała się od tego, by się histerycznie nie roześmiać. Nadchodząca przemiana była ostatnią rzeczą o którą zamierzała się troszczyć.
No co ty nie powiesz? A ja zamierzałam zostać do wieczora!, warknęła. Doprawdy, dlaczego na wszystkie możliwe osoby musiała trafić akurat na Grace?!
Przestań ironizować, tylko lepiej powiedz mi, co zamierzamy zrobić, przerwała chłodno, w zaskakująco poważny sposób. Mogę dalej grać słodką idiotkę, ale nawet oni nie są na tyle durni, by to pomogło.
Cóż, to przynajmniej wyjaśniało, dlaczego zachowywała się tak, jakby nie dostrzegała, że połowa dzieci księżyca (jeśli nie wszystkich) najchętniej zaciągnęłoby ją w jakiś ustronny kąt, by móc się zabawić. Mimo wszystko prowokowanie ich i prowadzenie flirtu nie stanowiło zbyt rozsądnego planu, ale przynajmniej rozpraszało uwagę.
I może właśnie tego potrzebowali.
Nie wiem, przyznała niechętnie. Właściwie nie kłamała, bo nic sensownego nie przychodziło jej do głowy. Ale chyba rozumiem, co takiego robisz… Bo chyba nie zamierzasz się z nimi przespać, prawda?
Osz ty! To zabrzmiało prawie jak pochwała.
Grace wsparła dłonie na biodrach. Jakże to miło, że doszłaś jednak do wniosku, że nie jestem dziwką, panno cnotliwa.
Właśnie zaczynam tego żałować…
Grace prychnęła, ale na jej ustach zamajaczyło coś, co można byłoby uznać za szczery, choć powściągliwy uśmiech. Co prawda prawie natychmiast jej twarz znów stała się nieprzenikniona i co najwyżej kpiarska, ale mimo wszystko…
– Wiesz, jak się uśmiechasz, wyglądasz sympatycznie – powiedziała pod wpływem impulsu, nim zdążyła ugryźć się w język. – Nie żebym dała się nabrać, ale…
– Jasne, jasne. – Grace machnęła niecierpliwie ręką. – Tylko żebyś się zbytnio nie przyzwyczajała… Ej, mówię serio! – zaoponowała, widząc wyraz twarzy Alessi. – Lubię twojego brata, a nie ciebie. To się nie zmieniło, więc przestań się szczerzyć jak jakaś idiotka.
– Grace? – Zdecydowała się zignorować jej złośliwości.
Uniosła brwi. Zdążyła już ruszyć w stronę drzwi, ale słysząc swoje imię zatrzymała się.
– No? – zapytała pozornie lekko, ale do jej głosu wkradło się zaciekawienie.
Alessia zawahała się. Co prawda to nie był temat, który chciała poruszyć, ale skoro miały już okazję, jakoś ciężko było z niej nie skorzystać. Poza tym była jakoś dziwnie pewna, że Grace odpowie jej szczerze – cokolwiek mogłaby o tym sądzić.
– Nic takiego – zaczęła, ostrożnie dobierając słowa. – Chodzi mi… Co z tobą i moim bratem?
Spodziewała się złośliwości, wybuchu złości albo czegokolwiek innego… A jednak nic podobnego się nie wydarzyło. Grace milczała, spoglądając przed siebie, nagle dziwnie odległa i poważna.
Kiedy w końcu się odezwała, głos miała tak cichy, że ledwo mogła rozróżnić poszczególne słowa.
– Alessia, myślisz, że ja nie wiem jaka jestem? – zapytała. – Nie wiem, co o mnie myślicie i jak zdarza mi się traktować moich facetów? Otóż oświecę cię: wiem doskonale. – Pokręciła głową, po czym znów zwróciła się w stronę drzwi. – Damien jest lepszy ode mnie pod każdym względem, więc o nic go nie obwiniaj. A jeśli już musisz wiedzieć, ty w jego oczach zawsze byłaś pierwsza, ponad wszystko i wszystkich – nawet mnie.
Bez jakichkolwiek dodatkowych wyjaśnień szarpnęła za klamkę. Dopiero po chwili przypomniała sobie o zamku i szybko odsunąwszy zasuwę, zamierzała wyślizgnąć się na zewnątrz. Alessia wciąż stała oszołomiona, niepewna czy czuje się bardziej zaskoczona, czy coś jeszcze innego, dlatego nie od razu zorientowała się, że cokolwiek jest nie tak.
Grace chciała wyjść na korytarz, okazało się jednak, że nie jest w stanie. Z jej ust wyrwał się zduszony ni to okrzyk, ni to pisk, kiedy z impetem władowała się w olbrzymie cielsko czekającego przed drzwiami Barta. Zaskoczona zatoczyła się do tyłu i byłaby wpadła do łazienki, gdyby wilkołak nie zacisnął obu dłoni na jej drobnych ramionach.
Nie puścił jej. W momencie, w którym na jego ustach zamajaczył nieprzyjemny uśmiech, jasnym stało się, że nie ma takiego zamiaru.
– Przysługa za przysługę.

1 komentarz:

  1. Czyżby Grace chciała dogadać
    się z Alessią? Tak zabrzmiało mi to wspólne nadawanie na tych samych
    falach, jednak sądzę, że one są w stanie złapać wspólne język...
    Naprawdę Grace mnie wkurzyła... No może wygląd wypływa na samopoczucie,
    ale no nie przesadzajmy... Ja na jej miejscu myślałabym o onnych
    sprawach niż wygląd.
    Po końcówce mam baaardzo złe przeczucia, co do zamiarów Barta względem
    Grace, a może nawet Ali... To zdanie "Przysługa za przysługę" mówi
    praktycznie wszystko... Jestem pełna najgorszych obaw. Pomimo, że nie
    lubię Grace, to po prosty szkoda mi jej...
    Czekam na ciąg dalszy :)
    Pozdrawiam i do napisania,
    lilka24 ;*

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa