
Alessia
Grace
siedziała zwrócona twarzą do ściany. Alessia nie była w stanie zobaczyć,
co takiego ta musiała wyrażać, ale sposób w jaki dziewczyna podrygiwała
i jak wszystkie powinny się czuć w obecnej sytuacji, wydawał się co
najmniej oczywisty. Tak czy inaczej, nawet jeśli to ciągłe kiwanie się
w przód i w tył było irytujące, nie powinna mieć pretensji, bo
sama ledwo mogła przymusić się do tego, żeby usiedzieć w miejscu.
Yves nie pojawił się więcej, ale była prawie pewna, że
wciąż jest w magazynie – nie był głupi, poza tym wątpiła, żeby aż do tego
stopnia ufał swoim podwładnym. Wciąż nie była pewna do czego dążył i czy
robił to z nienawiści do Ariela, czy może znów chcąc go upokorzyć, to zresztą
nie miało żadnego znaczenia. Czegokolwiek chciał, to było szalone, a ona
nie chciała brać w tym udziału. Nie chodziło już nawet o to, że
mogłaby umrzeć i że Ariela wtedy przy niej nie będzie – tak może było
lepiej, bo nie chciała pozwolić na to, by on albo ktokolwiek inny obserwował
to, co wkrótce miało się z nią stać. Raz po raz spoglądała w stronę
okien, ale do środka wciąż wlewało się światło słoneczne i sama nie była
pewna, kiedy powinna spodziewać się wzejścia księżyca. Od jakiegoś czasu dni
były nieprawdopodobnie długie i bardzo upalne, a więc wszystko
wydawało się równie prawdopodobne. Dziwne, ale to również nie sprawiało, żeby
poczuła się jakkolwiek spokojniej, nawet jeśli teoretycznie odciągało pewne
sprawy, dając jej przynajmniej kilka dodatkowych godzin.
To, co usłyszała, nie dawało jej spokoju. Zadzierał
z Dworem, celowo bądź nie. A jeśli dobrze zrozumiała, zamierzał
wykorzystać ją do czegoś więcej niż tylko uprzykrzenie życia swojemu synowi.
Chciał, by udało jej się przemienić… A już na pewno chciał, żeby nie była
wtedy sama. Pomyślała o tym, co takiego zrobił wprawiony już przecież
Ariel i aż się wzdrygnęła, uprzytomniając sobie, co to znaczy. Skoro on ją
zaatakował, zmuszając do ucieczki, co takiego mogła zrobić po swojej pierwszej
przemianie, gdyby w pobliżu znaleźli się jej bliscy? Ona nie miałaby
skrupułów, podatna na podszepty instynktu, w przeciwieństwie do rodziców
albo nawet Damiena. Czy Yves chciał w końcu jej śmierci, czy może czegoś
gorszego – jak chociażby zorganizowanie małej masakry jej kosztem, gdyby
wypuścił ją na ulicę?
Przestała o tym myśleć, nie tylko dlatego, że to
wydawało się zbyt przygnębiające, ale ze względów czysto praktycznych. Jeśli
tak było, musiały uciekać, ale to też nie było proste. Bart i reszta cały
czas tam byli, zajęci sobą, ale niejednokrotnie czuła na sobie czyjeś
spojrzenie. Jak na razie słuchali Riddley’a i zostawili je w spokoju,
ale gdyby doszło co do czego, wątpiła, by ktokolwiek miał jakiekolwiek
skrupuły. Sam Riddley pojawiał się regularnie, zwykle zresztą nawet nie patrzył
w ich stronę… No, może ewentualnie na Grace, ale do tego po latach
spędzonych z dziewczyną w Akademii Nocy zdążyła się już przyzwyczaić.
Wszyscy patrzyli na Grace, jakby przeczuwając, że wykorzystanie dziewczyny jest
kwestią wyłącznie odpowiednio dobranych słów i komunikatów. Przynajmniej
wcześniej tak sądziła, ale patrząc na nią teraz, wcale nie była taka pewna
tego, czy jest ona aż tak pozbawiona wstydu. Wilkołaki co najmniej ją
obrzydzały, poza tym to, co zasugerował Bart… Och, tego zdecydowanie jej nie
życzyła. Nie tylko dlatego, że wiedziała jak do tej pory podobne wspomnienia
męczyły Laylę, ale też sama ich doświadczyła.
– Wszystko w porządku? – usłyszała i wzdrygnęła
się, nieco nieprzytomnie spoglądając na Esme.
– To zależy – przyznała wymijająco. Nic nie było
w porządku, a ona czuła się dziwnie ze świadomością tego, że każdy
może ją usłyszeć.
Wampirzyca westchnęła, po czym przysiadła przy niej,
dyskretnie oglądając się za siebie. Najłatwiej był znaleźć Amuna, bo ten po
prostu zaszył się w kącie i bezskutecznie próbował udawać, że nie
istnieje. Cóż, to była jakaś taktyka, nawet jeśli w jego przypadku
stanowiło to doskonałe potwierdzenie tego, iż był tchórzem. Jak w ogóle
mógł bredzić na temat honoru i zemsty, skoro jednocześnie trząsł się na widok
któregokolwiek z tych z którymi się bratał?
– Mam na myśli… Dobrze się czujesz? – sprostowała
w końcu Esme, niepewnie przypatrując się jej twarzy.
Alessia wzruszyła ramionami. Do tej pory napędzała ją
adrenalina, ale to jedynie maskowało to, co czuła faktycznie. Wciąż było jej
słabo, a ból głowy i mięśni zaczynał być prawdziwą udręką, usiłowała
jednak to ignorować. Ariel powiedział jej, że tak będzie, wiedziała zresztą, że
to nie ma znaczenia. Co prawda wspomnienie grypy sprzed lat – nawet tak bardzo
zamazane, widziane oczami dziecka – przyprawiało ją o dreszcze. To były
złe wspomnienia, tym razem jednak była świadoma tego, że nic złego nie może się
jej z tego powodu stać… Przynajmniej do momentu, w którym miał wzejść
księżyc.
Nie zaprotestowała, kiedy Esme po prostu ją objęła. Nie
poczuła się z tego powodu specjalnie pewniej, ale na pewno trochę lepiej,
co samo w sobie było powodem do tego, by choć odrobinę się rozluźnić.
Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo jest spięta. Ból mięśni
był jednym, ale co innego sposób w jaki nieświadomie je napinała, tak
mocno, że nawet nie zdziwiłaby się, gdyby jakimś cudem połamała sobie kości. Co
prawda obecność wampira drażniła wilka w jej wnętrzu, ale stanowczo kazała
mu się uciszyć, nie zamierzając sprawiać babci przykrości albo dawać jeszcze
większej ilości powodów do zmartwień.
Musiała zebrać myśli i coś postanowić, ale nie była
pewna, co takiego powinna w pierwszej kolejności zrobić. Gdyby sytuacja
była normalna, a ona czuła się dobrze, już dawno załatwiłaby wszystko
w sposób, który niejednokrotnie ćwiczyła z tatą. Co prawda to Damien
zawsze robił większe postępy, a korzystanie z mocy przychodziło mu
z oszałamiającą wręcz łatwością, ale to wcale nie znaczyło, że była od
niego jakoś szczególnie gorsza. Gdyby mogła się skoncentrować, miała więcej
energii, bez trudu oszołomiłaby wszystkich w stopniu wystarczającym, by
ona, Esme i Grace mogły zyskać okazję do ucieczki. Wystarczyło tylko
dotrzeć do centrum miasta, a wtedy na pewno znalazłby się ktoś, kto mógłby
im pomóc – jak chociażby znamienita część wampirów, które nawet w środku
dnia przesiadywały w kawiarni, a może i sam Michael…
– Przepraszam bardzo, czy mogłabym mieć prośbę? – zapytała
nieoczekiwanie Grace, wyrywając ją z zamyślenia.
Alessia gwałtownie poderwała głowę, całkiem wytrącona
z równowagi. Nie zauważyła, by dziewczyna w ogóle się ruszała,
a jednak stała teraz pewne na nogach, wspierając obie ręce na biodrach.
Jedno z nich wysunęła do przodu, co nawet w sytuacji, w której
była brudna i potargana, musiało robić wrażenie, bo w hali
natychmiast zapanowała cisza, a zainteresowanie wilkołaków momentalnie
spoczęło na Grace.
Dziewczyna zawahała się, odrobinę zresztą pobladła, prawie
natychmiast jednak wzięła się w garść. Idiotko, co ty robisz?,
pomyślała z niedowierzaniem Alessia, ale nie odważyła się powiedzieć tego
na głos, zwłaszcza, że jeden z synów księżyca szybkim krokiem ruszył
w ich stronę.
– Czego chcesz? – zapytał Grace w sposób, który byłby
oschły, gdyby akurat nie wpatrywał się w wycięcie jej bluzki.
– Ojej… Ja… – Grace zatrzepotała powiekami. Nie musiała
wysilać się, by sprawiać wrażenie zagubionej i wystraszonej.
W zasadzie Alessia była skłonna powiedzieć, że próbuje owinąć sobie
wilkołaka wokół palca, gdyby to nie brzmiało tak idiotycznie. Flirtować
w takiej sytuacji? Z drugiej jednak strony, to wciąż była Grace… –
Chciałam tylko zapytać o… – Urwała, wzdrygając się, kiedy mężczyzna nachylił
się bliżej.
– O…? – drążył niecierpliwie. – Mów albo nie zawracaj mi
głowy – zniecierpliwił się.
Grace pobladła jeszcze bardziej.
– O łazienkę – wyrzuciła z siebie w końcu. –
Tylko o łazienkę – dodała w dziwnie piskliwy sposób.
Zapadła cisza, podczas której wilkołak patrzył się na nią
tępo, zupełnie jakby powiedziała coś nieprawdopodobnego albo zwracała się do
niego w obcym języku. Zamrugał pośpiesznie, chyba zupełnie nie
dostrzegając tego, że Grace wstrzymuje oddech i dyskretnie zaciska dłonie
w pięści, zdradzając coś na pograniczu niepokoju i oczekiwania.
Facet – barczysty, o przyciętych niemal przy skórze brązowych
włosach – potrząsnął głową i raz jeszcze jej się przyjrzał.
– O… łazienkę? – powtórzył, a jego dezorientacja
dodała Grace nieco pewności siebie.
– Tak, kretynie, łazienkę – powiedziała tonem
rozpieszczonej księżniczki, którą przez tyle lat była. Zmarszczyła brwi, żeby
lepiej okazać zniecierpliwienie. – Toaleta. Łazienka. Miejsce z umywalką
i lustrem, gdzie wypada od czasu do czasu zajrzeć nie tylko ludziom.
O ile mi wiadomo, to wciąż nazywa się łazienką – parsknęła, a potem
(o bogini…!) tupnęła niecierpliwie nogą.
Mężczyzna nie miał okazji, by odpowiedzieć, kiedy za jego
plecami rozległ się rechot. Obejrzał się gniewnie, spoglądając na swoich
pobratymców, a zwłaszcza na powoli zmierzającego w jego stronę Barta.
– No, kretynie – powtórzył, parodiując Grace. – Wypada
pomóc, kiedy dama prosi – parsknął, po czym z nieskrywanym
zainteresowaniem spojrzał na blondynkę. – Chodź, laleczko. Ja pokażę ci
łazienkę – zapowiedział.
Ali była przekonana, że Grace się rozmyśli, ale ta jedynie
wzruszyła ramionami. Wyzywająco spojrzała na Barta, po czym – wciąż bacznie
przez wszystkich obserwowana – bezceremonialnie podeszła do Alessi i ujęła
ją pod ramię. Zaskoczona, nie zaprotestowała od razu, pozwalając na to, by
Grace postawiła ją na nogi.
– Znakomicie – stwierdziła z entuzjazmem. – Koleżanka
idzie ze mną.
– Koleżanka… – zaczął ostrzegawczym tonem ten, który
podszedł pierwszy, ale Bart postanowił się wtrącić:
– Och, daj spokój. Przecież panienki cały czas szlajają się
razem – żachnął się. Jego twarz rozjaśnił niezbyt przyjemny uśmiech. – Panie
pozwolą.
Odwrócił się i ruszył przed siebie, nawet nie
sprawdzając, czy zamierzają za nim podążyć. Grace wzmocniła uścisk (ze swoją
filigranową figurą potrafiła zamydlić oczy, przez co łatwo można było
zapomnieć, że jest równie silna, co każda pół-wampirzyca), po czym pociągnęła
Alessię za sobą. W pierwszym odruchu Ali pozwoliła jej na to, jednak zaraz
spróbowała się zaprzeć i jakoś wyswobodzić z jej objęć.
– Och, daj spokój, Ali – syknęła niecierpliwie. – Świat się
nie zawali, jeśli chwilę mi potowarzyszysz – dodała słodko, ale spojrzenie,
które jej rzuciła, było równie delikatne, co i papier ścierny.
Bart wyprowadził je z hali na długi, wąski korytarz.
Alessię poraziła liczba zamkniętych drzwi po obu stronach, zaraz też poczuła się
klaustrofobicznie, tak niewielka odległość dzieliła poszczególne ściany.
Zarówno ona, jak i Grace, były szczupłe, a jednak ledwo mieściły się
na tyle, by móc swobodnie poruszać się obok siebie. Obecność Barta również
niewiele ułatwiała, zwłaszcza, że od momentu jego wymiany zdań
z Riddleyem, Alessia była niemal całkowicie pewna, że mężczyzna
w którymś momencie zdecyduje się na coś, co żadnej z nich się nie
spodoba.
Nawet jeśli miał jakiekolwiek złe zamiary, jak na razie nie
zamierzał im tego okazywać. Przeprowadził je przez korytarz, skręcając
w prawo przy pierwszej okazji i zatrzymując się przed jednymi
z licznych, nieoznaczonych drzwi po prawej stronie. Kiedy nonszalancko
oparł się o ścianę i postukał w nie dłonią, wrażenie bycia
w pułapce jedynie się spotęgowało, tak ogromny nagle jej się wydał.
– Pięć minut – zapowiedział. – I to z zegarkiem
w ręku… Mniej więcej tyle nie będzie mnie interesowało, co tam
w środku razem robicie – dodał z nieco złośliwym uśmieszkiem,
zerkając na ścianę i udając, że już teraz zaczyna sprawdzać czas.
Grace prychnęła, ale nie protestowała, tylko pchnęła drzwi
i wciągnąwszy Alessię do środka. Natychmiast starannie zamknęła drzwi, na
samym końcu decydując się rozejrzeć po ciasnym, nieprzyjemnym pomieszczeniu.
Pełen obrzydzenia jęk, który wyrwał się z jej ust, jedynie Ali zirytował,
nawet jeśli po części rozumiała taką reakcję.
Łazienka – jeśli to w ogóle miało prawo nazywać się
łazienką – wyglądała jak po przejściu huraganu albo równie nieprzyjemnej
katastrofie, może niekoniecznie nuklearnej. W zasadzie było to niewielkie,
ciasne pomieszczenie z betonową podłogą i ścianami z których
całymi płatami odłaziła farba. Pod jedną z nich znajdowały się dwie
wysłużone umywalki, powyżej zaś wciąż wisiał dość duży odłamek lustra
w którym z powodzeniem można było się przejrzeć. Przetrwała również
długa rynienka na której można byłoby poukładać rzeczy, gdyby którakolwiek
z nich akurat coś przy sobie miała. Nie było okien, co wcale nie było
takie dziwne; Alessia już wcześniej zorientowała się, że Bart musi prowadzić je
w głąb budynku. Trudno było stwierdzić, czy kanalizacja działa, nie
wspominając o ubikacji, która jedynie napawała ją entuzjazmem względem
tego, że jako w połowie wampirzyca nie musiała z niej korzystać.
Grace podeszła prosto do lustra, wbijając w nie wzrok
i marszcząc brwi.
– Wyglądam jak czupiradło – stwierdziła, ujmując kosmyk
włosów w palce.
– Poważnie? – Alessia spojrzała na nią
z niedowierzaniem. Żartowała sobie? – W tej sytuacji właśnie to cię
martwi?
– Dobry wygląd to podstawa dobrego samopoczucia – żachnęła
się, wzruszając ramionami. Przeczesała włosy palcami, próbując doprowadzić je
do porządku.
Alessia zacisnęła obie dłonie w pięści, próbując
powstrzymać się przed tym, by na nią nie warknąć albo nie zacząć przeklinać.
– Pomijając to, że nawet w takim wydaniu prezentujesz
się irytująco fantastycznie… Sama zresztą niejednokrotnie nam wszystkim
powtarzałaś, że nawet w dziurawym worku wyglądałabyś lepiej od nas
wszystkich. – oznajmiła z niechęcią. – Tak czy inaczej, naprawdę nie
wierzę w to, że narobiłaś tyle zamieszania, by znaleźć kawałek lustra!
– Och, dziękuję, że mi przypomniałaś! Właśnie to
potrzebowałam usłyszeć: że nadal prezentuję się fantastycznie – mruknęła
w zamyśleniu, nadal uważnie lustrując wzrokiem swoje odbicie. – Masz mnie
za idiotkę, co? A ja wciąż czekam, byśmy zaczęły nadawać na tych samych falach,
szajbusko.
– Co do…?
Spojrzała na Grace z niedowierzaniem, coraz bardzie
rozeźlona. Przyłapała się nawet na tym, że ma ochotę wyjątkowo podporządkować
się swoje nowej naturze i zaatakować dziewczynę, chociażby rozszarpując
jej gardło. Wtedy już na pewno nie wyglądałaby w żaden sposób pięknie,
poza tym może w końcu przestałaby pleść trzy po trzy, zachowując się jak
pusta laleczka akurat wtedy, kiedy wszystkim groziło niebezpieczeństwo. Tym
bardziej nie mogła uwierzyć w to, że Damien mógł zainteresować się kimś
takim, a tym bardziej – wbrew temu, co jej mówił – utworzyć więź za sprawą
picia jej krwi.
A potem zwróciła uwagę na sposób, w jaki Grace
naciskała na kolejne słowa i coś przyszło jej do głowy.
Nadawać na tych samych falach?, pomyślała. Na nawiązanie telepatycznej więzi z kimś
pozbawionym mocy jeszcze było ją stać.
O bogini, ty naprawdę jesteś jakaś opóźniona!, żachnęła się Grace. Miałam ci to powiedzieć przy tych wilkach czy jak? Naprawdę
nie wierzę, że masz brata mózgowca…
Alessia ją zignorowała. Damien był ostatnim tematem, który
zamierzała poruszać, zwłaszcza z Grace. To było co najmniej niezręczne,
poza tym wciąż ogarniał ją gniew na samo wspomnienie tego, że ta dwójka mogła
mieć ze sobą cokolwiek wspólnego.
Świetnie. Czy teraz w końcu wyjaśnisz mi, co ty
wyprawiasz?, przerwała stanowczo wywód
dziewczyny, nie zamierzając pozwolić na to, by Grace nadal robiła z niej
idiotkę.
Brwi dziewczyny powędrowały ku górze.
A jak ci się wydaje?,
mruknęła retorycznie. Myślę, w przeciwieństwie do was. Nie wiem w co ty
i twoja babcia się wpakowałyście, ale ja się na to nie piszę, jasne?
„Nie piszesz…”? Jaja sobie robisz?
Nie łap mnie za słówka,
jęknęła Grace. Musimy
pogadać. A potem stąd spadać. Mam jakieś złe przeczucia i bynajmniej
nie chodzi mi tylko o to, że niedługo sama staniesz się niewiele
przyjemniejsza od nich…
Alessia ledwo powstrzymała się od tego, by się histerycznie
nie roześmiać. Nadchodząca przemiana była ostatnią rzeczą o którą
zamierzała się troszczyć.
No co ty nie powiesz? A ja zamierzałam zostać do
wieczora!, warknęła. Doprawdy, dlaczego na
wszystkie możliwe osoby musiała trafić akurat na Grace?!
Przestań ironizować, tylko lepiej powiedz mi, co zamierzamy
zrobić, przerwała chłodno,
w zaskakująco poważny sposób. Mogę dalej grać słodką idiotkę, ale nawet oni nie są na
tyle durni, by to pomogło.
Cóż, to przynajmniej wyjaśniało, dlaczego zachowywała się
tak, jakby nie dostrzegała, że połowa dzieci księżyca (jeśli nie wszystkich)
najchętniej zaciągnęłoby ją w jakiś ustronny kąt, by móc się zabawić. Mimo
wszystko prowokowanie ich i prowadzenie flirtu nie stanowiło zbyt
rozsądnego planu, ale przynajmniej rozpraszało uwagę.
I może właśnie tego potrzebowali.
Nie wiem, przyznała
niechętnie. Właściwie nie kłamała, bo nic sensownego nie przychodziło jej do
głowy. Ale chyba
rozumiem, co takiego robisz… Bo chyba nie zamierzasz się z nimi przespać,
prawda?
Osz ty! To zabrzmiało prawie jak pochwała.
Grace wsparła dłonie na biodrach. Jakże to miło, że doszłaś jednak do wniosku, że nie jestem
dziwką, panno cnotliwa.
Właśnie zaczynam tego żałować…
Grace prychnęła, ale na jej ustach zamajaczyło coś, co
można byłoby uznać za szczery, choć powściągliwy uśmiech. Co prawda prawie natychmiast
jej twarz znów stała się nieprzenikniona i co najwyżej kpiarska, ale mimo
wszystko…
– Wiesz, jak się uśmiechasz, wyglądasz sympatycznie –
powiedziała pod wpływem impulsu, nim zdążyła ugryźć się w język. – Nie
żebym dała się nabrać, ale…
– Jasne, jasne. – Grace machnęła niecierpliwie ręką. –
Tylko żebyś się zbytnio nie przyzwyczajała… Ej, mówię serio! – zaoponowała,
widząc wyraz twarzy Alessi. – Lubię twojego brata, a nie ciebie. To się
nie zmieniło, więc przestań się szczerzyć jak jakaś idiotka.
– Grace? – Zdecydowała się zignorować jej złośliwości.
Uniosła brwi. Zdążyła już ruszyć w stronę drzwi, ale
słysząc swoje imię zatrzymała się.
– No? – zapytała pozornie lekko, ale do jej głosu wkradło
się zaciekawienie.
Alessia zawahała się. Co prawda to nie był temat, który
chciała poruszyć, ale skoro miały już okazję, jakoś ciężko było z niej nie
skorzystać. Poza tym była jakoś dziwnie pewna, że Grace odpowie jej szczerze –
cokolwiek mogłaby o tym sądzić.
– Nic takiego – zaczęła, ostrożnie dobierając słowa. –
Chodzi mi… Co z tobą i moim bratem?
Spodziewała się złośliwości, wybuchu złości albo
czegokolwiek innego… A jednak nic podobnego się nie wydarzyło. Grace
milczała, spoglądając przed siebie, nagle dziwnie odległa i poważna.
Kiedy w końcu się odezwała, głos miała tak cichy, że
ledwo mogła rozróżnić poszczególne słowa.
– Alessia, myślisz, że ja nie wiem jaka jestem? – zapytała.
– Nie wiem, co o mnie myślicie i jak zdarza mi się traktować moich
facetów? Otóż oświecę cię: wiem doskonale. – Pokręciła głową, po czym znów
zwróciła się w stronę drzwi. – Damien jest lepszy ode mnie pod każdym
względem, więc o nic go nie obwiniaj. A jeśli już musisz wiedzieć, ty
w jego oczach zawsze byłaś pierwsza, ponad wszystko i wszystkich –
nawet mnie.
Bez jakichkolwiek dodatkowych wyjaśnień szarpnęła za
klamkę. Dopiero po chwili przypomniała sobie o zamku i szybko
odsunąwszy zasuwę, zamierzała wyślizgnąć się na zewnątrz. Alessia wciąż stała
oszołomiona, niepewna czy czuje się bardziej zaskoczona, czy coś jeszcze innego,
dlatego nie od razu zorientowała się, że cokolwiek jest nie tak.
Grace chciała wyjść na korytarz, okazało się jednak, że nie
jest w stanie. Z jej ust wyrwał się zduszony ni to okrzyk, ni to
pisk, kiedy z impetem władowała się w olbrzymie cielsko czekającego
przed drzwiami Barta. Zaskoczona zatoczyła się do tyłu i byłaby wpadła do
łazienki, gdyby wilkołak nie zacisnął obu dłoni na jej drobnych ramionach.
Nie puścił jej. W momencie, w którym na jego
ustach zamajaczył nieprzyjemny uśmiech, jasnym stało się, że nie ma takiego
zamiaru.
– Przysługa za przysługę.
Czyżby Grace chciała dogadać
OdpowiedzUsuńsię z Alessią? Tak zabrzmiało mi to wspólne nadawanie na tych samych
falach, jednak sądzę, że one są w stanie złapać wspólne język...
Naprawdę Grace mnie wkurzyła... No może wygląd wypływa na samopoczucie,
ale no nie przesadzajmy... Ja na jej miejscu myślałabym o onnych
sprawach niż wygląd.
Po końcówce mam baaardzo złe przeczucia, co do zamiarów Barta względem
Grace, a może nawet Ali... To zdanie "Przysługa za przysługę" mówi
praktycznie wszystko... Jestem pełna najgorszych obaw. Pomimo, że nie
lubię Grace, to po prosty szkoda mi jej...
Czekam na ciąg dalszy :)
Pozdrawiam i do napisania,
lilka24 ;*