20 lipca 2014

Sto sześćdziesiąt dwa

Renesmee
– Gdzie jest Layla? – zapytał bezceremonialnie Rufus, nawet nie fatygując się wejściem do środka. Wciąż tkwił w progu, nerwowo lustrując wzrokiem całe pomieszczenie.
– Tobie też dzień dobry, szalony naukowcze – wymamrotała nerwowo Isabeau, unosząc brwi ku górze. – Tak, nam też świetnie mija dzień: mnóstwo słońca, szalone wilkołaki i odliczanie do momentu, kiedy moja bratanica najprawdopodobniej zginie śmiercią tragiczną. A tak swoją drogą, mojej siostry tutaj nie ma, co pewnie zdążyłeś już zauważyć.
Nie mogłam powiedzieć, by jej sarkazm był jakkolwiek dla mnie dziwny, nawet jeśli w ten sposób nie mieliśmy osiągnąć niczego choć w najmniejszym stopniu praktycznego. Sama byłam na granicy wytrzymałości, choć w moim przypadku sprowadzało się to raczej do bliskiej obecności załamania nerwowego niż zdesperowana do tego stopnia, by pogrywać sobie z kimś takim jak Rufus. Z drugiej strony, tutaj chodziło o Isabeau, a ta z sióstr Gabriela momentami zachowywała się niewiele rozsądniej od wampira ze swoistym problemem ze współegzystencją z sobie podobnymi istotami, podejrzewałam zresztą, że Beau w tym momencie jest w niewiele lepszym stanie ode mnie.
Rufus spojrzał na nią z zaciekawieniem, bardziej chyba rozbawiony niż rozgniewany. Wciąż miałam problemy z rozróżnieniem targających nim w danej chwili emocji, ale znałam go już na tyle dobrze, by wiedzieć, że to jedynie maska – i najpewniej sposób na zamaskowanie tego, że mógłby się o cokolwiek albo o kogokolwiek troszczyć.
– Nie chcę, żeby to zabrzmiało nieuprzejmie – zaczął w końcu, choć jego ton sugerował coś zgoła innego – aczkolwiek popraw mnie, jeśli się mylę… Czy kapłanka nie powinna potrafić panować nad emocjami? – Zignorował fakt, że spojrzała na niego w taki sposób, jakby co najmniej ją spoliczkował. – A tak swoją drogą, nie sądzę, by słowo „naukowcze” stanowiło poprawną formę…
– Ma ktoś może słownik? – wymamrotała nerwowo, zaciskając obie dłonie w pięści. Tym razem powiedzenie, że jej oczy przybrały barwę zamarzniętej wody było czymś więcej niż tylko poetyckim porównaniem. – Najlepiej na tyle duży, by miał problemy z wyjęciem go, kiedy już wpakuję mu go do gardła!
Być może tylko to sobie wyobraziłam, ale w jej zwykle błękitnych tęczówkach – pomijając gniew –pojawiły się znajome czerwone błyski. Rufus momentalnie odpowiedział jej czymś podobnym, przybierając pozycję, którą można było określić wyłącznie jako „obronną” i odsłaniając kły. Przynajmniej nie warknął, ale to i tak wystarczyło, by atmosfera między nimi zgęstniała. Niemal widziałam wypełniające je iskry, co nieprzyjemnie skojarzyło mi się z czasem, który spędziłam wraz z nimi w tunelach, pilnując, by przypadkiem nie rzucili się sobie do gardeł.
Tym razem (i całe szczęście!) nie musiałam robić niczego. To Allegra przesunęła się, bezceremonialnie stając pomiędzy córką a rozdrażnionym wampirem, niczym jakaś boginka zniszczenia i zemsty. Twarz miała niezwykle poważną, jasne włosy zaś wydawały się wręcz naelektryzowane od wypełniającej jej ciało mocy.
Taka sama niezwykła energia pobrzmiewała w jej głosie, kiedy odezwała się w ostry, nieznoszący sprzeciwu sposób:
– Isabeau! Rufusie! Dość! – zakomunikowała i była to nie tyle prośba, co pełnowartościowy rozkaz kogoś, kto przez całe stulecia pełnił funkcję kapłanki bogini. – Nie ma teraz na to czasu!
– Dziękuję, Allegro – dodał cicho Dimitr, kiwając z wdzięcznością. Już kiedy po raz pierwszy miałam okazję zaobserwować jego relacje z Rufusem, zorientowałam się, że dosłownie szlag go trafiał, kiedy musiał jakkolwiek interweniować, by spróbować poskromić jego temperament. – Isabeau, moja śliczna… – Jego ton diametralnie się zmienił, jak zwykle, gdy zwracał się do istoty, która mogłaby zostać określona mianem jego małżonki.
– Tak, tak. Przepraszam, mamo. – Isabeau wypuściła powietrze ze świstem. Krótko spojrzała na Dimitra, rzuciła pełne wyższości spojrzenie Rufusowi, po czym jak gdyby nigdy nic zaczęła znów nerwowo krążyć. Byłam pewna, że wampirowi się to nie spodobało, zwłaszcza, że w jego oczach musiała być zaledwie dzieckiem (do tej pory nie miałam pojęcia ile miał lat – wiedziałam jedynie, że był stary), ale najwyraźniej darzył Allegrę szacunkiem dość silnym, by ostatecznie odpuścić. – A co do Layli, to ty powinieneś potrafić ją znaleźć. Nie wiem, co by musiało się między wami stać, by zatrzeć więź – dodała w sposób, który od biedy można było uznać za uprzejmy.
Przez twarz naukowca przemknął cień. Chyba nie tylko ja to zauważyłam, bo poczułam, że Gabriel sztywnieje i wzmacnia uścisk wokół mnie, najpewniej zupełnie machinalnie, choć wiedziałam, że nadal nie do końca ufał Rufusowi. Cóż, nie był w tym odosobniony, bo i ja nie byłam pewna, co powinnam o nim myśleć, zwłaszcza kiedy zachowywał się w tak nieprzewidywalny sposób.
– Och, ależ ja nie mam wątpliwości co do tego, czy nasza więź istnieje – powiedział z przekonaniem wampir, w końcu chowając kły. Choć przed momentem wyglądał na chętnego rzucić się komuś (Isabeau) do gardła, teraz brzmiał równie lekko, jakby kontynuował wyjątkowo nudny temat, na przykład dotyczący pogody na zewnątrz. – W tym właśnie leży problem: odbieram tak silne emocje, że zaraz coś mnie trafi, ale za żadne skarby nie potrafię stwierdzić, gdzie ona jest – wyjaśnił niecierpliwie.
– W takim razie Layla nie chce, by ktokolwiek ją znalazł – wyjaśnił mu zaskakująco łagodnie Gabriel, jednak decydując się wtrącić.
Zmarszczyłam brwi, po czym zadarłam głowę, by móc spojrzeć mu w twarz.
– Ty też to czułeś? – zapytała, zaskoczona tym, że wcześniej się nie zorientowałam. Przecież on i Layla byli bliźniętami!
– Coś tam czułem – przyznał po chwili wahania – ale bardziej koncentrowałem się na tym, że to ty jesteś jednym wielkim kłębkiem nerwów – dokończył z bladym uśmiechem, który jednak nie objął jego ciemnych oczu. – Już dawno nadwyrężyliśmy moją więź z Laylą. – Jego ton sugerował, że bynajmniej nie ma z tego powodu żalu.
Pokiwałam głową, nieco skonsternowana tym, że mi to tłumaczył. Znałam te zawiłe więzi, które łączyły bliźniacze rodzeństwo albo tych nieśmiertelnych, którzy postanowili się ze sobą związać. Wiedziałam, że to opiera się na miłości, pożądaniu i wymianie krwi, choć nadal nie potrafiłam w pełni opisać tego, co się wtedy działo. Zdawałam sobie również sprawę z tego, że połączenie bardzo trudno zerwać, poza tym więź rodzeństwa zawsze była słabsza od tej, którą tworzyło się z partnerem. Tak czy inaczej, Gabriel wciąż odbierał najbardziej skrajne przeżycia Layli, zresztą ze wzajemnością, nawet jeśli ja (no i Rufus, choć mój mąż o tym nie wspomniał) w znacznym stopniu wyparłam ich więź tą, która łączyła go ze mną.
– Ech, czy teraz możemy w końcu dojść do głosu – zapytał po chwili wahania Cameron, odzywając się ze swojego kąta. Uniósł rękę niczym uczeń w szkole, by zwrócić na siebie uwagę. – Nie żebym się nie martwił o ciocię Laylę, ale ona znikała już tyle razy, że naprawdę zaczynam się do tego przyzwyczajać – dodał z przepraszającym uśmiechem.
– Tak, zresztą gdyby wpadła w kłopoty, mielibyśmy tutaj spanikowanego wampira i pół-wampira – dodał z przekonaniem Aldero, zerkając wymownie na Rufusa i Gabriela – dlatego chyba można założyć, że kwestia Alessi i wilkołaków jak na razie stanowi priorytet.
Sądząc po minie Rufusa, miał własną opinię na ten temat, jednak zanim zdążył wdać się w kolejną dyskusję – tym razem z synami Isabeau – Dimitr postanowił odzyskać kontrolę nad sytuacją:
– Sądzę, że tak, chociaż może powinniśmy chwilę zaczekać. Wysłałem Pavarottich po Carlisle’a, Esme i…
– Wszystko im wyjaśnię – obiecał Edward, wchodząc mu w słowo. – Teraz naprawdę nie ma czasu na czekanie.
Musiałam przyznać, że byłam mu co najmniej wdzięczna. Może to było samolubne, ale tutaj naprawdę chodziło o moją córkę.
– Dobrze, ale jeszcze jedna sprawa… – zaczął pośpiesznie Gabriel, po czym ponownie zwrócił się do Rufusa: – Odbierałem jej konsternację, ale nic ponad to. Jakiego rodzaju było to przeczucie? – zapytał wprost, bynajmniej nie wyglądając na zadowolonego z tego, że czegoś tak istotnego na temat siostry musi dowiadywać się od osób trzecich.
– Wiem tylko, że było silne i nie należało do tego, co ja przywykłem odbierać – przyznał niechętnie. – Do diabła, nie wiem. Jestem jedynie pewien, że teraz mam być przy niej, nawet jeśli ona tak nie uważa – dodał z naciskiem, po czym – równie bezceremonialnie co na samym początku – odwrócił się na pięcie i wypadł z pokoju.
Gabriel mruknął coś z niedowierzaniem, Dimitr zaś wzniósł oczy ku niebu w niemej prośbie o cierpliwość.
– Powiedzcie mi, co ja sobie myślałem, kiedy uwierzyłem w teorię na temat tego, że umierając, on faktycznie stanie się normalny? – zapytał z ciężkim westchnieniem król, kiwając głową w stronę drzwi, byśmy nie mieli wątpliwości o kim mówi.
– Błądzić rzeczą ludzką – stwierdził usłużnie Marco, odzywając się po raz pierwszy odkąd Gabriel i ja weszliśmy do pokoju.
– Czyżby prócz zdecydowanie spóźnionej chęci ojcowania, włączyło ci się również jakiś dawno zapomniany pociąg do filozofii? – skomentował oschle mój ukochany, uparcie nie spoglądając w stronę ojca.
Marco rzucił mu ponure spojrzenie, jednak nie zamierzałam czekać aż tym razem ta dwójka po raz kolejny da popis tego, co było między nimi. Z założenia wiedziałam, że jeśli chodziło o tego wampira, Gabriel przestawał być sobą.
– Wilkołaki – powiedziałam pośpiesznie. – Aldero, mówiliście coś o wilkołakach – dodałam bardziej stanowczo, spoglądając na chłopaka.
Odetchnęłam, kiedy zarówno on, jak i Cameron przeszli do rzeczy.
– Fakt – zgodził się Al. – Poszliśmy się rozejrzeć. W zasadzie wilkołaki trudno przegapić, ale tym razem było podejrzanie cicho. Musieliśmy się trochę nagimnastykować zanim udało nam się na któregoś trafić – przyznał, po czym uśmiechnął się z ponurą satysfakcją.
– Rozmawiali o czymś… Albo raczej o kimś – wtrącił Cammy, przechodząc do części, która bardziej nas interesowała. – Nie słyszeliśmy wszystkiego, ale chyba spierali się o to, czy warto zadzierać z Dworem z powodu – tutaj cytuję – „jakiejś durnej wampirki”. Jak nic musieli mieć na myśli Alessię – przyznał niechętnie.
Nie byłam pewna czy myśl o tym bardziej mnie zdenerwowała czy może przeraziła. Wzdrygnęłam się i niemal bezwiednie uniosłam dłoń do policzka, próbując odepchnąć od siebie wspomnienie sprzed lat, kiedy to…
– Nic jej się nie stanie – szepnął mi spiętym głosem Gabriel. Kiedy na niego spojrzałam, dostrzegłam niepokojące błyski w jego czarnych, nieprzeniknionych oczach. – Yves też jest już martwy – dodał z determinacją od której przeszły mnie ciarki albo…
Nie, to nie był po prostu strach. Uświadomiłam to sobie i ta myśl mnie oszołomiła, kiedy w końcu zinterpretowałam własne emocje. To nie był po prostu niepokój ani nawet coś bardziej intensywnego, choć naturalnie na myśl o tym, co mogło przytrafić się Alessi, robiło mi się słabo. Nie. Ja odczuwałam gniew – i podobnie jak Gabriel pragnęłam rozerwać gardło pierwszej osobie, która stanie na mojej drodze i okaże się wrogiem. Jeśli na dodatek ktoś skrzywdził moje dziecko, jakby to, co zrobił Yves nie było wystarczające…
Żądza mordu. Nie była mi obca i może właśnie dlatego tak bardzo mnie przerażała.
– Ale? – usłyszałam głos Isabeau i zmusiłam się do koncentracji na tym, co działo wokół mnie. – Mam złe przeczucia – wyznała.
– Twoje przeczucia niestety zwykle są słuszne – stwierdziła z westchnieniem Allegra. – To i twoje wizje…
– No tak…. – Cammy zawahał się, spoglądając niepewnie na matkę i szukając w niej wsparcia, jakby to, co zamierzał powiedzieć, zaczynało wymykać mu się spod kontroli.
– Po pierwsze, obawiamy się, że ktoś im pomaga… I nie mam tutaj na myśli wilkołaka – powiedział wprost Aldero. Brak taktu i bezpośredniość po raz pierwszy okazał się czymś wskazanym obecnej sytuacji. – A po drugie, obawiam się, że konfrontacja z Yves’em wcale nie będzie taka prosta, wujku –dodał, zerkając na Gabriela.
Wiedziałam, co miał na myśli, nawet jeśli nie powiedział tego wprost. Od razu przypomniałam sobie, co wydarzyło się przeszło siedem lat temu, kiedy wilkołaki stanęły przeciwko nam – wtedy zaledwie część, podczas gdy teraz wszystko sprowadzało się do ich dowódcy.
Istoty w mroku… ulice spływające krwią… zapach śmierci w powietrzu i na moim karku…
A w tym wszystkim moja córka, mogąca umrzeć albo stać się jednym z nich.
– A niech to diabli – wymamrotała Isabeau i – jak na ironię – tym jednym zdaniem podsumowała wszystko to, co wszyscy myśleliśmy.
Layla
Pavarotti byli najbardziej irytującymi posłańcami jakich można było sobie wyobrazić. Layla wzdychała i miała już dość ciągnięcia ich za język, byleby zmusić ich do jakiegoś sensownego wyjaśnienia tego, co już przecież wiedzieli. Co więcej czuła się niczym hipokrytka, bo sama udzielała równie zdawkowych odpowiedzi Carlisle’owi, klucząc wokół tego, co telepatycznie przekazał jej i Kristin William, ale unikając wypowiedzenia wprost tego, co to musiało oznaczać.
Jakby tego było mało, jej zapewnienia i lakoniczne pomruki wyjątkowo nie były czymś, co doktorowi by wystarczyło. A Kristin? Oczywiście udawała, że jej nie ma, zajęta rozmową z Theo, czy też raczej zajmowaniem jego uwagi, przy czym była tak prostolinijna i pruderyjna, że miało się ochotę zakryć uszy dłońmi i uciec z wrzaskiem…
A przynajmniej ona miała ochotę to zrobić, bo Theo patrzył na nią jak urzeczony. Cóż, dobrze, że przynajmniej ktoś tutaj był zadowolony z życia.
Lucas i Matthew wysunęli się na przód jeszcze zanim dotarli do centrum miasta. Właśnie wtedy Carlisle dał jej do zrozumienia, by nieco zwolniła i zrównawszy się z nią, znów przeszedł do rzeczy:
– Laylo, proszę cię… – Nie była pewna czy bardziej był rozeźlony, czy może po prostu rozczarowany i zmartwiony.
– Powiedziałam już, że William nikogo nie zastał – przypomniała po raz wtóry, wzdychając cicho.
– To wiem. A teraz powiedz mi resztę – powiedział stanowczo, spoglądając na nią stanowczo.
Przygryzła dolną wargę, zastanawiając się, czy nie powinna obrócić przeciwko niemu jego własnych rad i przypomnieć, że ciężarnej nie należy denerwować. Nie chciała go zmartwić, poza tym odkrycie Willa o niczym nie znaczyło, a gdyby Carlisle (nie żeby to sobie wyobrażała…) zdecydował się zrobić coś głupiego…
A potem spojrzała mu w oczy i jej postanowienia szlag trafił.
– O rany! – jęknęła, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Dobra. Will mówił, że kuchnia była w lekkim nieporządku – przyznała, co właściwie nie było kłamstwem skoro sama nie była w stanie ocenić stanu pomieszczenia.
Wampir rzucił jej przenikliwe spojrzenie.
– Co jeszcze? – drążył, a ona zaczęła przeklinać w duchu tę jego wrodzoną intuicję. Już zdążyła się zorientować, że Renesmee nigdy nie potrafiła mu nakłamać.
– Will coś tam wspominał… – Carlisle uniósł brwi, a ona wydała z siebie przeciągłe westchnienie. – Obawiam się w domu były wilkołaki, przynajmniej jeden, ale to przecież niczego nie znaczy i… Hej! – zaoponowała, bo zatrzymał się tak gwałtownie, że w pośpiechu omal nie potknęła się o własne nogi, również próbując wyhamować.
Włosy opadły jej na policzki, więc odgarnęła je gniewnym ruchem. Wciąż czuła na sobie spojrzenie Carlisle’a, ale to raczej nie miało związku z tym, że mogłaby cokolwiek jeszcze przemilczeć. Pośpiesznie zawróciła, zatrzymując się u jego boku i niecierpliwie zerkając na Kristin i Theo, którzy po chwili również znaleźli się tuż obok. Zaczynało już świtać, więc ta pierwsza podrygiwała nerwowo, raz po raz spoglądając na jaśniejące niebo.
– Co jest? – zapytała, wydymając usta. – Carlisle, ja wiem, że masz ten komfort, że światło słoneczne jest ci zupełnie obojętne, ale niektórzy…
– Kris, zamknij się – zaproponowała nerwowo Layla. – Jak umrzesz i zaczniesz się palić, chętnie pogadam z tobą na ten temat, ale jak na razie sądzę, że pięć minut wytrzymasz – stwierdziła, choć sama również nie czuła się najlepiej blisko świtu. – Co oczywiście nie zmienia faktu, że mieliśmy iść do Niebiańskiej Rezydencji – dodała, zerkając w stronę uliczki w której zniknęli już Pavarotti.
– Nie mogę teraz zobaczyć się z Dimitrem – powiedział spokojnie Carlisle, ale wyczuła w jego głosie napięcie, swoistą obawę, której nie słyszała od bardzo dawna. Kiedy chodziło o jego rodzinę, a zwłaszcza Esme… No cóż, nie powinna być zaskoczona, ale mimo wszystko nie podobało jej się to, że w ogóle się zatrzymali. – Trzeba znaleźć Esme.
Pokręciła głową, choć miała wrażenie, że jedynie traci czas. Był poważny, a ona mimo wszystko sądziła podobnie.
– William jedynie wyczuł jakiś zapach – zaczęła, próbując brzmieć rozsądnie. – Alessia zniknęła. Może to jej szukali.
Jasne tęczówki momentalnie skoncentrowały się na niej.
– Laylo, nie próbuję żadnego z was zatrzymywać. Poza tym ja też martwię się o Ali – zapewnił ją, chociaż nawet do głowy jej nie przyszło, by spróbować ten stan rzeczy zanegować. Zawahał się na dłuższą chwilę, by lepiej dobrać kolejne słowa: – Muszę się przynajmniej upewnić. Nie ma jej już kilka godzin i… jestem przekonany, że coś tam się stało – dodał, spoglądając na nią w sposób, który mogła określić tylko jako błagalny.
Coś przewróciło jej się w żołądku, zwłaszcza, że będąc w jego sytuacji zachowywałaby się podobnie. Co więcej, raz to zrobiła. Kiedy zniknął Rufus, a wszyscy tak gorączkowo zapewniali ją, że po prostu znów mu coś odbiło i ją zostawił…
Cholera, dlaczego coś takiego zawsze spadało właśnie na nią?
– No dobra – westchnęła, wypuszczając powietrze ze świstem.
– Co: dobra? – wtrąciła Kristin. Wsparła się o tors Theo, a ten otoczył ją ramionami, zupełnie jakby w ten sposób chciał jej ułatwić przebywanie na słońcu. Nawet jeśli nie skutkowało, przynajmniej z perspektywy dziewczyny musiało być to całkiem przyjemną próbą.
Znów westchnęła.
– Dobra, coś jest nie tak – uściśliła, zerkając na dziewczynę. – Nie proszę o nic, oczywiście, aczkolwiek…
– I tak nie miałam nic lepszego do roboty – mruknęła, przeczesując ciemne włosy palcami. – W takim razie powiedzcie mi, co teraz robimy? Swoją drogą, pan Głupi i pan Głupszy chyba nie zauważyli, że nas nie ma – dodała, wymownie zerkając w ślad za Lucasem i Matt’em.
Layla zignorowała ją, zwracając się bezpośrednio do Carlisle’a. Wyglądał na chętnego zaprotestować, ale coś w jej spojrzeniu musiało przekonać go, by nawet protestować.
– Moglibyśmy pójść prosto do domu, ale to wydaje mi się bez sensu. William twierdził, że nikogo tam nie ma. W okolicy też nie, bo pewnie dałby mi o tym znać – wyjaśniła, próbując zebrać myśli. Poczuła się jak siedem lat temu, kiedy była kimś nie do końca normalnym; cieniem siebie, prowadzącym Dylana, Kristin, Dianę i Williama. – I jeśli mam być szczera, coś czuję, że możemy mieć problem…
– W takim razie od razu zacznijmy szukać wilkołaków – wtrąciła Kristin. – Wystarczy jeden, a jak nie będzie zbyt rozmowny, Layla zawsze może urządzić małe ognisko.
– Nie powiem, by ta perspektywa mnie zachwycała – stwierdził niechętnie Carlisle, ale – co uderzyło Laylę – otwarcie nie zaprotestował, najwyraźniej podobnie jak i ona mając w pamięci to, co wyczyniały wilkołaki pod wodzą Drake’a.
– Mnie też nie – zapewniła, po czym uśmiechnęła się niepewnie. – Już dawno przestałam czerpać przyjemność z tego, że jestem w stanie kogokolwiek usmażyć.
Rzucił jej znaczące, pełne wdzięczności spojrzenie, które jednocześnie podniosło ją na duchu. Cóż, jej gorszą stronę również musiał pamiętać.
– Świetnie, ale mogę mieć jedno pytanie? – przygasił ich Theo, włączając się do rozmowy. – Czy tylko ja zauważyłem, że na ulicach nie ma nikogo, a już na pewno żadnych wilkołaków?
Cała trójka spojrzała na niego zaskoczona, a Layla z niedowierzaniem i pewną obawą uprzytomniła sobie, że miał rację – ulice były puściusieńkie, co nawet o tej porze zdarzało się bardzo rzadko. Dopiero teraz uderzyła ją nienaturalna, panująca wokół cisza, tak nieprzenikniona, że aż dzwoniło w uszach. To było niczym oczekiwanie; coś jak cisza przed burzą, napierające ze wszystkich stron napięcie, które byli w stanie wyczuć zawczasu.
A potem z najbliższej uliczki dobiegł cichy, niewiele głośniejszy od szumu wiatru głos:
– Theodorze…

2 komentarze:

  1. Uwielbiam potyczki Isabeau i Rufusa <3 Wiem, że sytuacja w rozdziale a to, co pisze nie za bardzo ma się do siebie, ale według mnie ich konfrontacje zawsze są niezwykle emocjonujące.Nigdy nie wiadomo, co z nich wyjdzie. Gdyby nie Allegra, to sprawy mogłyby się różnie potoczyć... Choć troszkę dziwne, że Dimitr nie zareagował i jakoś ich nie uspokoił. No wiem, że jest z Rufusem w dość skomplikowanych relacjach i trudno im się dogadać, ale mógłby zareagować choćby ze względu na Beau. Choć z drugiej strony może to i nawet dobrze, że nic nie zrobił. Sama nie wiem, przyznaję -.-. Niekiedy relacje między nim a Isabeau czy Rufusem są bardzo złożone i skomplikowane...
    No i ta sprawa z więzią między Rufusem a Laylą... Skoro on czuje, że jest jej potrzebny, to niech jej szuka, a nie pyta się innych, czy jej nie widzieli... No ok, szuka Lay, ale jakoś tak trochę nieporadnie. jak już jej szuka, to niech nie wdaje się z spory z Isabeau tylko naprawdę jej szuka! Ach, ten jego charakterek... Jedyny w swoim rodzaju <3
    No może Rufus znajdzie w końcu Lay i ta powie mu, że jednak jest w ciąży... Chciałabym zobaczyć, jaka będzie jego reakcja ^^
    Bardzo podejrzane wydaje mi się to, że ulice Miasta Nocy są takie puste... Coś na pewno jest na rzeczy, nie ma co... No i jeszcze ten głos, który wołał Theo... Robi się coraz bardziej nieciekawie.
    Czekam już niecierpliwie na nn :)
    Pozdrawiam i do napisania,
    lilka24

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa