14 lipca 2014

Sto pięćdziesiąt sześć

Layla
Layla czuła się coraz bardziej zniecierpliwiona. Dobrze, nigdy nie była specjalnie cierpliwa, ale tym razem chodziło o coś zupełnie innego, bardziej skomplikowanego. Od nadmiaru sprzecznych myśli i obaw, które coraz częściej dochodziły do głosu, zaczynała boleć ją głowa, jakby już samo nadejście świtu nie stanowiło wystarczającego obciążenia.
Szpital był opustoszały i zaskakująco cichy, a przynajmniej tak jej się wydawało. Kiedy minęła kolejna z kolei godzina i nic nie wskazywało na to, by Esme miała w najbliższym czasie się pojawić, Carlisle zaczął się niepokoić, a ostatecznie oboje zdecydowali się przejść z Niebiańskiej Rezydencji do centrum, byleby się czymś zająć. Być może powinna mieć do siebie o to pretensje, ale niepewność co do własnych podejrzeń dręczyła ją do tego stopnia, że nie potrafiła zmusić się do zamartwiania o cokolwiek albo kogokolwiek innego. Tak czy inaczej, wiedziała, że to z jej powodu ostatecznie wylądowali w szpitalu, jak na razie jednak nie potrafiła zmusić się do żałowania.
– Taa… A to podobno mnie okazyjnie odwala – usłyszała znajomy głos Kristin.
– Odwala mi? – Uniosła brwi i zerknęła w głąb korytarza, bynajmniej niezdziwiona widokiem dziewczyny ani tym, że wyszła z gabinetu, który najpewniej zajmował Theo.
Kristin wydęła usta i lekko przekrzywiła głowę, żeby przyjrzeć jej się pod innym kątem. Ciemne włosy opadły jej na twarz, kiedy z iście wystudiowaną miną udawała, że musi się zastanowić.
– Tak mi się wdaje – zawyrokowała w końcu. – Powinnam być ekspertką, ale co ja tam wiem? Tak czy inaczej, byłoby fajnie, gdyby William chociaż raz miał rację – oznajmiła i jej twarz rozjaśnił nieco złośliwy, aczkolwiek sympatyczny uśmiech.
– Świetnie. Teraz na dodatek okazuje się, że plotkujecie sobie na mój temat! – jęknęła, kręcąc z niedowierzaniem głową.
– Co ja ci na to poradzę, szefowo? – Kolejny rozbrajający uśmiech. – Kilka miesięcy sam na sam nawet teraz zobowiązuje.
Layla prychnęła, ale musiała przyznać jej rację. Niechętnie wracała pamięcią do tamtych miesięcy sprzed lat, kiedy to doszło do rozłamu grupy Lawrence’a, a zwłaszcza do tego, jak upokorzył ją Drake (niech bogini ma go w opiece, tak z czystej solidarności względem Isabeau), ale musiała przyznać, że czasami jej tego brakowało. Wtedy też bywało w porządku, nawet jeśli do tej pory przerażały ją niektóre zachowania, których się dopuszczała. No i to nie zmieniało faktu, że wtedy czuła się odpowiedzialna za te dzieciaki – Kristin, Williama i Dianę – a Dylan przez cały czas ją w tym dopingował.
Ledwo powstrzymała się od tego, by mimowolnie zadrżeć, zaraz też odrzuciła od siebie przykre myśli i niechciane wspomnienia. Od tamtego czasu zmieniło się wiele, by nie rzec, że wszystko. Diana nie żyła, a i William cudem wyszedł z walki z wilkołakami oraz telepatami podczas walki na klifie sprzed przeszło siedmiu lat. Teraz nie było również Dylana i to właśnie ona miała jego krew na rękach. Jeśli zastanowić się nad tym w ten sposób, mogły chyba z Kristin stwierdzić, że z całej piątki miały największe szczęście… Może jeszcze Will, bo przy ich ostatnim spotkaniu nie wyglądał na jakoś szczególnie udręczonego.
– Wiesz co, Kris? – zagaiła, jakimś cudem będąc w stanie wysilić się na szczery uśmiech. – Bardzo cieszę się, że cię nie usmażyłam.
Parsknęła, po czym roześmiała się naprawdę szczerze. Chociaż bez wątpienia pamiętała ten szał, a zwłaszcza moment, w którym właśnie kosztem Kristin, Layli udało się odkryć nowe zastosowanie daru. Nigdy o tym nie rozmawiały, ale podejrzewała, że tortury zadane przez płomienie musiały na długo pozostać w pamięci pół-wampirzycy, nawet jeśli teraz i ona była bardziej stabilna, a mniej szalona i nieprzewidywalna.
– To dlatego, że ja zawsze jestem taka gorąca – stwierdziła z przekonaniem sama zainteresowana, filuternie trzepocąc rzęsami i w prowokujący sposób potrząsając biodrami.
– Kto jest gorący? – wtrącił się Theo, bez ostrzeżenia materializując się tuż u boku Kristin.
Layla rzuciła jej znaczące spojrzenie spod lekko uniesionych brwi. Już dawno zastanawiała się, jak to pomiędzy nimi jest, Kristin jednak wolała zgrywać pewną siebie, pozbawioną słabych punktów, szybko jednak miękła, kiedy w pobliżu znajdował się Theo. Tym razem też tak było, zanim jednak zdecydowała odwrócić się w stronę wampira (celowo zamachując się włosami tak, by podrażnić się z nim zapachem swojej krwi, co w innym wypadku zdecydowanie nie byłoby mądrym posunięciem), rzuciła Layli pełne wyższości spojrzenie mówiące coś w stylu „Niedoczekanie twoje”.
– Jak to kto? Ja, oczywiście! – żachnęła się, wywracając oczami. – A tak na poważnie, właśnie próbowałam poprawić Layli humor – dodała.
– A, tak. Cześć – zreflektował się, w końcu zwracając uwagę na kogoś innego niż Kristin. – I jak jej idzie? – zapytał, a sądząc po minie dziewczyny, mógł równie dobrze zapytać o to, jak bardzo już nawaliła.
– Hm, to zależy – przyznała szczerze Layla. – Gorący temperament Kristin jest dobry na wszystko, ale ja i tak wolałabym cos bardziej konkretnego – wyjaśniła, nie kryjąc rozdrażnienia.
– Mam coś gorętszego od temperamentu – zaoponowała Kristin – a jeśli chodzi o konkrety…
Layla westchnęła i wzniosła oczy ku niebu. Dobrze, to była Kristin. A Theo był na dobrej drodze do zdobycia jakiejś nagrody specjalnej za to, że potrafił do niej wpłynąć.
Wampir mrugnął do niej porozumiewawczo i przez ułamek sekundy miała płonną nadzieję na to, że coś wie, ale nawet jeśli tak było, najwyraźniej nie zamierzał niczego jej powiedzieć, zwalając odpowiedzialność na Carlisle’a i zmuszając ją do tego, żeby nadal musiała czekać. Zirytowało ją to, tym bardziej, że takie zachowanie momentalnie skojarzyło jej się z Rufusem. Do diabła, wszyscy faceci byli tacy irytujący z tym swoim odwlekaniem ważnych spraw w czasie, czy może to ona non stop natrafiała na jakiś odrębny gatunek?
Dobrze, może przesadzała, bo Carlisle ostrzegał ją, że jeśli upiera się na badanie krwi, będzie musiała chwilę poczekać – a więc przynajmniej godzinę. Była tak zdesperowana, że doszła do wniosku, iż kilkadziesiąt minut jej nie zbawi, nie przypuszczała jednak, że wtedy czas zacznie się tak niesamowicie ciągnąć. Zwłaszcza, że już wiedziała, a przynajmniej chciała wiedzieć. Przecież przeczuwała to od dawna, poza tym istoty takie jak ona cieszyły się wyjątkowo wyostrzonym instynktem i to nie tylko samozachowawczym. Co z tego, że nie była jeszcze w pełni wampirem? Była na dobrej drodze, poza tym miała zostać matką, a ta powinna być w stanie przewidzieć, czy jej dziecko żyje. To, że straciła jedno dziecko, jeszcze o niczym nie świadczyło. Nie musiało…
Och, to było takie trudne! A jeśli jednak się okaże, że jej przeczucia są słuszne i jednak była w mnogiej ciąży, a drugie dzieci wciąż żyło? Minęło tyle czasu od tej pierwszej tragedii… Co jeśli temu maleństwu również coś było? Technika w tym wieku była słabo rozwinięta, nawet w Mieście Nocy. Skoro przegapili drugie dziecko, czego jeszcze mogli nie przewidzieć? Nawet jeśli dostanie potwierdzenie, skąd pewność, że wkrótce nie przeżyje tego samego koszmaru po raz drugi – dokładnie tak, jak od początku obawiał się tego Rufus?
O bogini, nie pozwól. Nie pozwól, żeby mojej kruszynce cokolwiek się stało, posłała w myślach cichą modlitwę, całą sobą próbując uwierzyć w to, że to ma jakikolwiek sens. Musiała mieć szansę. Bliźnięta Isabeau były dowodem na to, że jakakolwiek istniała, nawet jeśli przypadek jej siostry w istocie był czymś zgoła innym od tego, co przeżywała ona sama.
Być może tylko sobie to wyobraziła, ale w odpowiedzi na prośby posłane Selene, poczuła przyjemne ciepło, rozchodzące się po całym jej ciele. To było coś zupełnie innego od panującego na zewnątrz zaduchu albo pociągającej ją w ciemność gorączki, która tak zaniepokoiła Rufusa, a po której zostało już jedynie nieprzyjemne, zamazane wspomnienie. Tym razem przypominało to trochę to, czego doświadczała, kiedy przywoływała ogień – rozkoszne ciepło bijące od płonącego kominka albo to, co czuła, kiedy ciepła bryza bawiła się jej włosami i pieściła skórę. Nagle ogarną ją spokój i poczucie bezpieczeństwa, zupełnie jakby jej własny żywioł dawał jej do zrozumienia, że nic nie może pójść źle, że będzie już tylko dobrze. Cicha obietnica, przeczucie w odpowiedzi na modlitwę – coś o czym wiedziała, że musi być prawdziwe i zobowiązujące…
Nie była pewna czy szybciej zauważyła, czy wyczuła Carlisle’a. Tak czy inaczej, momentalnie poderwała głowę i obejrzała się w stronę z której nadszedł. Wciąż czuła ten nienaturalny spokój i ciepło, zupełnie jakby oba w jakiś dziwny sposób zmaterializowały się i teraz oblepiały jej ciało, zamykając ją w bańce, odpychającej negatywne myśli, wspomnienia i wszystko to, czego mogłaby się obawiać. Nie zirytowało ją nawet to, że doktor wyglądał po prostu na odprężonego (w miarę możliwości, bo była pewna, że wciąż niepokoił się nieobecnością Esme), a z wyrazu jego twarzy nie była w stanie niczego jednoznacznie odczytać.
Nawet jeśli zaskoczyła go obecność Kristin i Theo, nie dał tego po sobie poznać. Podszedł bliżej, spoglądając na nich z zainteresowaniem.
– O czym rozmawiacie? – zapytał jak gdyby nigdy nic, a Layla starała się nie robić sobie płonnej nadziei myślą o tym, że zachowywałby się inaczej, gdyby miał jej powiedzieć coś przykrego.
– O temperaturze – odpowiedziała machinalnie, machając lekceważąco ręką.
– O seksie – wtrącił w tym samym momencie Theo.
Kristin prychnęła, dostając jakiegoś dziwnego ataku czegoś na pograniczu śmiechu i kaszlu. Bezceremonialnie wyswobodziła się z objęć wampira, po czym – wcale nie tak delikatnie – uderzyła czołem o ścianę.
– Szlag!... Z kim ja się zadaję? – jęknęła, wciąż przyciskając twarz do ściany. – Ja wiedziałam, że branie sobie lekarza na partnera to marny pomysł! Kiedyś byłam cudownie normalna…
– „Kiedyś” to znaczy kiedy? – wtrąciła Layla. – Poza tym, musisz przyznać, że masz jakąś słabość do lekarzy – dodała prowokująco, ignorując zaciekawione spojrzenie Theo.
Kristin zerknęła na nią zza kurtyny ciemnych włosów. Na jej ustach zamajaczył blady półuśmiech, który jednak starannie ukryła przed Theo.
– No co? – zapytała, wydymając usta. – Sama uważałaś, że Sebastien jest… hm, był smaczniutki.
– Sebastien? – mruknął Theo tonem pozornie obojętnym, gdyby nie pociemniały mu oczy.
Layla ledwo powstrzymała się od uśmiechu. Po pierwsze, obie z Kristin wiedziały, że Sebastien był człowiekiem. A po drugie, lekarz, którego sprowadził dla Renesmee Lawrence, kiedy jeszcze miał na telepatów jakikolwiek wpływ, nie miał żadnego związku z Kristin, poza tym, że podobnie jak wszystkich innych telepatów, pociągała ich krążąca w jego żyłach krew.
No cóż, sądząc po minie, dziewczyna nie zamierzała się z Theo tymi szczegółami w najbliższym czasie dzielić.
– River Song? – odgryzła się Kristin, odsuwając od ściany i zaplatając ramiona na piersi.
Atmosfera momentalnie zgęstniała, przynajmniej pomiędzy tą dwójką. Layla wyczuła na sobie naglące spojrzenie Carlisle’a, więc nieznacznie skinęła głową i bez pośpiechu zaczęła przesuwać się w głąb korytarza. Razem odeszli prawie do zakrętu, zanim doktor zdecydował się na to, by się odezwać.
– Wybacz, że tyle musiałaś czekać – powiedział, po czym na ułamek sekundy obejrzał się za siebie. – W ostatnim czasie potrafią tak cały czas – dodał, zupełnie jakby którekolwiek z nich mogło mieć wpływ na wiszącą w powietrzu sprzeczkę.
– Och, jasne. Kilka miesięcy niańczenia Kristin – przypomniała, unosząc rękę do góry jak w szkole i wywracając oczami.
– Racja – zreflektował się z uśmiechem. Zaraz po tym spoważniał, co było tak wyraźną zmianą, że aż się wzdrygnęła. – Laylo…
Energicznie potrząsnęła głową.
– Po prostu mi powiedz – powiedziała stanowczo. Spróbowała odszukać w sobie wcześniej odczuwane ciepło oraz związany z nim spokój. Uczepiła się tych najlepszych emocji, próbując przemienić je w siłę, której w ostatnim czasie tak bardzo potrzebowała. – Nawet jeśli to miałoby być zaprzeczenie… – Nie dokończyła, by przypadkiem nie ryzykować słabości.
– Nie przywykłem do przynoszenia bliskim złych wieści – stwierdził z przekonaniem, spoglądając jej w oczy. Jego własne wydawały się nie tylko jaśniejsze niż zwykle, ale i wyjątkowo pogodne.
Wstrzymała oddech, mając wrażenie, że za moment ze zdenerwowania stanie jej również serce. Cholera, wtedy to dopiero Rufus popadnie w samo zachwyt – w końcu zaledwie kilka godzin wcześniej robił wszystko, bo wiedział, że jest bliska śmierci. Co prawda myśl o staniu się nieumarłym, tak jak on, była stosunkowo dziwna, a już na pewno niepokojąca, zwłaszcza, że śmierć miała swoje konsekwencje, ale…
Do diabła, o czym ona myślała? W głowie miała mętlik i nawet ten cudem uzyskany spokój zaczynał być coraz trudniejszy do utrzymania, tak jak i niemal niemożliwym nagle okazała się możliwość tego, żeby się rozluźnić. Czuła, że jest coraz bardziej spięta i niepewna, choć jednocześnie nie mogła oprzeć się wrażeniu, że swoimi słowami Carlisle już coś jej sugerował. A ona powinna doskonale zdawać sobie sprawę z tego co.
– Mój Boże, przestraszyłem cię – zorientował się, spoglądając na nią z zaskoczeniem, ale i swego rodzaju poczuciem winy. Zamrugała nieco nieprzytomnie, zastanawiając się nad tym, jaki wyraz twarzy musiała mieć. – Laylo, kochanie, wszystko jest w porządku. Nie mam pojęcia, dlaczego wcześniej się nie zorientowaliśmy, ale…
Mówił coś jeszcze, ale właściwie nie słuchała, nie tylko oszołomiona, ale wręcz bliska omdlenia. Nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, jak bardzo jest spięta, póki nie spróbowała rozluźnić mięśni. Dłuższa chwila minęła, zanim uporządkowała sobie wszystko w głowie i dopuściła do świadomości to, co przecież już wiedziała po rozmowie z Williamem, a co w końcu doczekało się potwierdzenia.
Zachwiała się, choć i tego nie byłaby świadoma, gdyby Carlisle nie zamilkł i w pośpiechu nie ujął jej za łokieć, by łatwiej mogła utrzymać równowagę. Zamrugała pośpiesznie i raz jeszcze spojrzała w jego złociste tęczówki, wyrażające jakże wielkie szczęście, ale i niepokój – z jej powodu albo nieobecności Esme.
– Dobrze się czujesz? – zapytał ją dla pewności, co wcale ją nie zdziwiło, bo sama czuła się tak, jakby była z porcelany i nawet najdelikatniejszy ruch mógł równać się tragedii.
– Jak ktoś, kto właśnie zaczyna wierzyć w cuda – wyszeptała, wciąż oszołomiona, potrząsając z niedowierzaniem głową. Szok powoli mijał, a do niej zaczynało docierać to, co działo się wokół niej. – Jak ktoś… – zaczęła raz jeszcze, ale urwała, nie będąc w stanie znaleźć najwłaściwszych słów.
Zapiekły ją oczy, ale z łatwością powstrzymała łzy. Co prawda tym razem płacz był dobry, ale nie chciała pozwolić sobie na okazywanie jakichkolwiek gwałtownych emocji, przynajmniej w tej chwili. Nie spodziewała się tego, ale radość, która w tej chwili powinna być czymś naturalnym, wcale nie nadeszła w takiej postaci, jakiej mogłaby oczekiwać. W zasadzie uczucie to wydawało się przytłumione, a ona sama już nie była pewna dlaczego chciało jej się płakać, tak jak i nie była pewna, co powinna teraz zrobić.
Nie umarło. Jedno z jej dzieci wcale nie umarło, ale…
Ale wciąż mogło.
Ta myśl ją poraziła, dlatego szybko odepchnęła ją od siebie. Do tej pory nic się nie działo, a skoro maleństwo przetrwało tak dużo czasu, powinna być dobrej myśli. Nie interesowało ją to, jakim cudem do tego doszło i dlaczego tyle czasu minęło, zanim zorientowała się, co takiego się dzieje. Sądziła, że wariuje, a jednak tak nie było. Sądziła…
Och, na pewno musiała powiedzieć Rufusowi. Musiała mu powiedzieć, nie tyle po to, żeby znalazł jakieś wyjaśnienie tego, że drugie dziecko przeżyło, bo to najmniej ją interesowało. Chciała wiedzieć, co robić dalej. Miała szansę, nie straciła przynajmniej ten jednej kruszynki i teraz była gotowa nawet dać się pokroić, byleby donosić ciążę. Od nadmiaru doznań nadal kręciło jej się w głowie i jednocześnie czuła się bardziej pobudzona niż kiedykolwiek wcześniej. Nie potrafiła tego opisać, tak jak wyrazić słowami wielu innych rzeczy, zwłaszcza doznań, ale to nie miało żadnego znaczenia. Liczyło się to, że w końcu wszechogarniający smutek, który wydawał się ciążyć jej niczym olbrzymi ciężar, w końcu zaczął znikać, pozostawiając po sobie jedynie żal, który już chyba zawsze miał jej towarzyszyć – bo jakby nie patrzeć, kogoś jednak straciła.
Ale ciebie nie stracę, pomyślała z przekonaniem. Ciebie już nie…
– Jasne, że nie stracisz – zapewnił ją nieoczekiwanie Carlisle, a ona z opóźnieniem uprzytomniła sobie, że wypowiedziała te słowa na głos. Zatrzepotała powiekami, zaskoczona. – Laylo, wszystko jest w porządku.
– Wiem o tym – mruknęła i z zaskoczeniem przekonała się, że chyba w to wierzy. – Jestem tylko… – Pokręciła głową, po czym wzruszyła ramionami. Carlisle wciąż obserwował ją uważnie, najwyraźniej nie będąc w stanie nadążyć za jej zmiennymi nastrojami. Nie zważając na to, bezceremonialnie zarzuciła mu obie ręce na szyję, w końcu dając upust radości, którą do tej pory w sobie tłumiła. – Dziękuje.
Odwzajemnił uścisk, bynajmniej nie mniej zaskoczony. Cullenowie już zdążyli się zorientować, że wciąż miała swego rodzaju opór, kiedy chodziło o jakikolwiek fizyczny kontakt z mężczyzną – może pomijając Rufusa, ale on był poza wszelakimi kategoriami, nie tylko w jej klasyfikacji.
Myśląc o tym, uprzytomniła sobie, że musi się z nim zobaczyć. Co prawda nie żałowała tego, że uciekła z laboratorium, poza tym wciąż miała w głowie mętlik, ale to teraz miało najmniejsze znaczenie. Potrzebowała go, nie tyle przez wzgląd na wiedzę, ale przez sam fakt tego, że był sobą. Dość ironiczne, jeśli wziąć pod uwagę to, że jeszcze kilka godzin wcześniej była gotowa zrobić wszystko, byleby uciec z dala od tego wszystkiego, co miało jakiekolwiek znaczenie. Teraz zamierzała tam wrócić, o ile oczywiście nie zirytował się do tego stopnia, by czymś w nią rzucić, kiedy tylko stanie w progu.
Hm, kiedy powie mu, że się pomylił (no dobrze, tylko nie przewidział takiej możliwości, ale w jego mniemaniu to było to samo) na pewno miał coś rozwalić. A tak swoją drogą…
– No tak, nie żebym był złośliwy – usłyszała i aż się wzdrygnęła, pośpiesznie odsuwając od Carlisle’a, żeby móc obejrzeć się za siebie – ani nic z tych rzeczy…
– Nie przesadzaj, Lucas – przerwał bratu Matt. – Obaj wiemy, że nie masz wyczucia. Ja też nie. – Zerknął na Laylę. – Gratulację, po raz drugi zresztą – powiedział i na ułamek sekundy udało mu się uśmiechnąć. – Tak czy inaczej, jemu – spoważniał i zerknął na swojego towarzysza – chodzi o to, że mamy problem – oznajmił.
Obaj Pavarotti stali przy załamaniu korytarza, chociaż Layla nie przypominała sobie, by wcześniej ich wyczuła albo chociaż usłyszała. A jednak pojawili się obaj, co w zasadzie nie było dziwne, bo Lucas i Matthew rzadko się rozdzielali. Cóż, przynajmniej ona zwykle widywała ich razem, choć była pewna, że każdy z nich prowadzi indywidualne życie towarzyskie – i to dość bogate, choć jakby na przekór tych dwóch plotkarzy nigdy nie mówiło niczego na swój temat.
Natychmiast uderzyła ją nie tylko napięta nuta w głowie Matthew, ale przede wszystkim to, że obaj bracia wyglądali na wyjątkowo zaniepokojonych. To nie było normalne, podobnie jak i intensywne błyski w rubinowych oczach dwójki wampirów.
– Taa… Lucas jest poważny – stwierdziła, mówiąc cokolwiek, byleby przerwać panującą ciszę.
– Co się stało? – zapytał Carlisle, decydując się na coś bardziej praktycznego.
Pavarotti wymienili krótkie spojrzenia, jakby podejrzewali, co takiego może go niepokoić.
– To jedna z tych sytuacji, kiedy zaczynam żałować bliskiej przyjaźni z Dimitrem: traktuje nas jak chłopców na posyłki. Tak czy inaczej, mamy dwie wiadomości – odezwał się w końcu Lucas. – Jedna zła…
– … a druga pewnie jeszcze gorsza – dokończył spokojnie Matt. – No to którą chcecie najpierw?

3 komentarze:

  1. Wróciłam! Boziu, nie sądziłam, że aż tak się stęsknię za możliwością pisania - a jednak. Niby tylko tydzień, ale mam nadzieję, że nie wypadłam z rytmu i rozdział się spodoba.
    Z dedykacją dla wszystkich czytających,
    Nessa.

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdział
    świetny :) Jejku, jak ja się cieszę, że jednak Layla nie straciła
    jednego z dzieci. A jak na to zareaguje Rufus?
    Potyczki Theo i Kristin to ja po prostu kocham <3 To jest to, nie ma
    co ;3 Już sobie wyobrażam minę Carlisle'a, kiedy Theo powiedział mu, o
    czym rozmawiają... To musiało być coś epickiego xD
    No i co za wieści mają dla nich Pavarotti? Jak coś złego się dzieje
    to nie wiem czemu, ale od razu myślę o wilkołakach...
    Czekam już na nn
    Pozdrawiam i do napisania ;*
    PS. Przepraszam, że ten komentarz i reszta tych, co ukażą się do końca
    tygodnia będą takie krótkie, ale obecnie jestem na wakacjach (też
    Kołobrzeg, ale okolice), a mój telefon i pakiet internetowy, jaki
    wykupiłam uniemożliwiają mi pisanie dłuższych. Niestety :/

    OdpowiedzUsuń
  3. Wróciłaś! Mam nadzieje, ze wypoczynek się udał i wróciłaś opalona =)
    czekałam dzień w dzień na nowy rozdział. Mimo, że wiedziałam, kiedy pojawi się rozdział i tak zaglądałam tu codziennie. Po pierwsze - nowy wygląd. Podoba mi się i przyjemnie się czyta.
    A po drugie (trochę odskoczę od temstu) Grace przypomina mi Monicę .-. Dobrały się takie dwie idiotki. Ale to teraz w tej chwili nie jest ważne :3
    Dopiero wróciłaś, a ja juz mam ochotę cie udusić za to jak skończyłaś rozdział ¤__¤ pewnie chodzi o porwanie Alessi przez wilkołaki i o to, że Ariela jeszcze nie ma. Lub coś jeszcze innego. :3
    Layla jest teraz taka szczęśliwa, że ma to dziecko *_* no i jak ją zapewniają nie straci go ^^ Kristin jak zwykle mnie powala. I ta jej słabość do lekarzy :3 br, przypomniał mi się rozdział, kiedy ten biedak został zamordowany. O ile się nie mylę to wpadł na coś ostrego i rozcięło go na kilka części, tak? Ewentualnie coś podobnego :3
    Rozdział był świetny, a ja juz się nie mogę doczekać następnego.
    Pozdrawiam i kolorowych snów

    Gabrysia.

    PS - komentarz niezbyt mi wyszedł, ale jestem chora (brawa dla mnie) i starałam się napisać jak najlepiej ♡

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa