
Alessia
Alessia
zauważyła, że Esme sztywnieje. Nie miała pojęcia, co takiego zaszło pomiędzy
nią a Amunem, ale to nie miało teraz znaczenia. Wiedziała jedynie, że ona,
synowie Beau oraz jeszcze kilka innych osób z Miasta Nocy było
w Egipcie, ale nie dopytywała się o szczegóły. Przecież Benjamin był
taki sympatyczny, Tia też…
Przestała o tym myśleć, zbyt skupiona na sytuacji
i na tym, jakie groziło im niebezpieczeństwo. Machinalnie rozejrzała się
i w istocie dostrzegła Amuna, przyczajonego w cieniu najbardziej
zacienionej części magazynu. Nawet z tej odległości widziała, że jest
niezwykle spięty i sprawia wrażenie chętnego odwrócić się na pięcie albo
zrobić cokolwiek, byleby nie znajdować się w tej hali. W zasadzie
wyglądało to tak, jakby znalazł się w złym miejscu i w złym
czasie, i może nawet uwierzyłaby w taki stan rzeczy, gdyby nie to, że
znalazła się tutaj z jego powodu.
– No, nie chowaj się, tylko tutaj chodź – żachnął się Yves,
podążając za jej spojrzeniem. Jego głos był niemal przyjazny, ale wiedziała, że
to jedynie pozory. Najwyraźniej świetnie bawił się kosztem przerażonego
wampira. – Mieliśmy układ, tak? Załatwiajcie swoje sprawy według uznania,
oczywiście po nadejściu pełni… Wtedy możesz odejść, wampirzyca też. Zrobisz
sobie z nią, co tylko zechcesz – zapewniła, wzruszając od niechcenia
ramionami.
Esme wydawała się pobladnąć jeszcze bardziej, choć
fizycznie nie powinno być to możliwe. Napięła mięśnie i skoncentrowała
wzrok na Amunie, chociaż to Yves znajdował się bliżej i to on stanowił
potencjalne zagrożenie. Egipcjanin skrzywił się, ale najwyraźniej zdecydował
nie drażnić dzieci księżyca, bo chociaż nie zbliżył się nawet o krok,
ostatecznie skinął głową.
– T-tak… Mieliśmy układ – mruknął, bezskutecznie próbując
zapanować nad drżeniem głosu. Słychać było, że sam ma wątpliwości, ale na Yvesie
najwyraźniej nie zrobiło to żadnego wrażenia.
– Dlaczego? – zapytała cicho Esme i jasnym było, że
nie ma na myśli sytuacji z Alessią oraz wilkołakami.
Amun znów poderwał głowę i zamrugał nieco
nieprzytomnie. Wyglądał na chętnego wsiąknąć w ścianę i przeczekać
niezauważenie do momentu, kiedy w istocie będzie mógł postępować według
własnego uznania.
Kiedy usłyszał słowa Esme i upewnił się, że wampirzyca
zwraca się na niego, po raz pierwszy okazał emocje inne niż strach albo
zakłopotanie. Jego oczy zabłysły czerwienią, a Alessia odniosła wrażenie,
że przynajmniej ten jeden raz mężczyzna wygląda na groźnego nieśmiertelnego,
a nie rozhisteryzowaną panienkę.
– Dlaczego? – powtórzył, kręcąc z niedowierzaniem
głową. Zapominając o wilkołakach i otoczeniu, przybliżył się
nieznacznie, w ułamku sekundy pokonując odległość pomiędzy sobą
a kobietą. Zatrzymał się tak blisko, że gdyby tylko chciał, mógłby chwycić
ją za ramiona i energicznie potrząsnąć. – Obiecałaś mi coś, Esme.
A potem odeszłaś, pozwalając żeby mnie upokorzono. Naprawdę nie rozumiesz,
jak wielkie znaczenie ma honor, jakie ma… – Raz jeszcze potrząsnął
z niedowierzaniem głową. – Tamten wampir i twój wnuk upokorzyli mnie
przed moją żoną. Nie zapomnę wam tego.
– Dobrze wiesz, co się tam wydarzyło. Wiesz również, że
reakcja Theo nie miała żadnego związku z honorem albo zasadami… Na litość
Boską, Amunie, co ty wyprawiasz? – zapytała rozgorączkowanym tonem. Nawet jeśli
rozumiała, wszystko wydawało się co najwyżej ją drażnić, a już na pewno
nie zamierzała takiego stanu rzeczy zaakceptować. Alessia z kolei nie
rozumiała niczego. – To nie jest w porządku. To jak traktujesz Kebi
również, ale żadne z nas nie zamierzało wtrącać się pomiędzy was albo
jakkolwiek pogwałcać zasady, które są ważne dla ciebie. Proszę, czy naprawdę
nie rozumiesz, że…
– Kobieta milczy, póki mężczyzna nie pozwoli jej mówić –
przerwał jej chłodno, wykazując się wyższością i pewnością siebie…
Przynajmniej do momentu, w którym Yves nie rzucił mu kolejnego
kpiarskiego, lekko tylko zaciekawionego spojrzenia.
Alessia wzdrygnęła się, po czym machinalnie przesunęła
w stronę Esme. Wampirzyca aż wzdrygnęła się, kiedy poczuła ją
u swojego boku, ale w porę zapanowała nad emocjami i nawet
zmusiła się do tego, żeby przenieść na dziewczynę spojrzenie. Jej wzrok
złagodniał, ale dzięki temu Ali jeszcze łatwiej było dostrzec targający nią
strach.
– Co on pieprzy? – syknęła, rzucając Amunowi wrogie
spojrzenie. – Babciu, co…?
– To nic takiego, kochanie – zapewniła ją pośpiesznie Esme,
ale słychać było, że to nieprawda. – Jest tak, jak już zostało powiedziane: to
sprawa pomiędzy nami – dodała i zabrzmiało to zaskakująco pewnie.
Cóż, to jedynie potęgowało nierealność całej sytuacji.
Zwłaszcza kiedy Esme i Amun znowu popatrzyli na siebie, Alessię naszła
niejasna myśl o tym, że gdyby musiała, wampirzyca naprawdę rzuciłaby się
do walki. Czegokolwiek Egipcjanin mógł od niej oczekiwać, najwyraźniej nie
zamierzała tak po prostu mu tego dać. No i dobrze,
pomyślała z mocą, wciąż wymęczona, ale bardziej niż wcześniej zmotywowana.
Machinalnie przesunęła się jeszcze bliżej, stając
u boku Esme i zaciskając obie dłonie na jej ramieniu. Zamrugała nieco
nieprzytomnie, po chwili jednak wzięła się w garść i objęła ją.
Alessia nie chciała, żeby to wyglądało tak, jakby jedna broniła drugiej. Wręcz
przeciwnie – stawiała na pewność siebie, jak zawsze, kiedy przeciwnik był
nieśmiertelny. Jeśli wampiry były drapieżcami, wilkołaki stanowiły jeszcze
gorszą perspektywę, a więc zdecydowanie nie należało okazywać strachu.
– A co ze mną? – zapytała milcząca do tej pory Grace,
podchodząc bliżej. Jej jasne włosy zafalowały wokół jej twarzy, kiedy poruszyła
się niespokojnie. – Dlaczego ja tutaj jestem? – dodała ostro, bliska wybuchu.
– Lepiej dla ciebie, żebyś nadal milczała – wymamrotał
Riddley, rzucając jej ostrzegawcze spojrzenie.
Zacisnęła usta, ale przynajmniej odrobinę się wycofała.
Alessia odniosła wrażenie, że sytuacja jest dla niej o tyle niekomfortowa,
że nie mogła ani zbliżyć się do wilkołaków, ani też schronić się za Esme czy za
nią, choć widocznie miała na to ochotę. Grace może i była płytka, ale
miała swoją dumę, a teraz najwyraźniej zdecydowała się o nią zadbać –
nawet jeśli otwarty sprzeciw nachodził na głupotę.
– Hm? – Yves zerknął na blondynkę w taki sposób, jakby
była wyjątkowo natrętną muchą – a do tego nic nie znaczącą. – Och,
w twoim przypadku można mówić o pechu – stwierdził i wzruszył
ramionami.
– Więc mnie wypuść – odparła rzeczowo, odrobinę
łagodniejszym tonem, ale równie wojowniczo. – Nie potrzebujesz mnie. Żadne
z was…
Yves parsknął śmiechem.
– Hej, ona mi się podoba! – stwierdził pogodnie. Grace
pisnęła i cofnęła się o krok, omal nie potykając się o własne
nogi, kiedy podszedł bliżej, żeby lepiej jej się przyjrzeć. – Wiesz, że czasami
lepiej trzymać jest język za zębami? – zagaił, szczerząc zęby.
– Jesteś dowódcą straży! – zaoponowała, zwłaszcza, że bez
ostrzeżenia wyciągnął rękę i chwycił ją za ramię. Szarpnęła się, po czym
zamachnęła, ale nie miała szans na to, żeby trafić go w twarz. – Jeste…
Nie!
– Doskonale wiem, co należy do moich obowiązków – przerwał
jej, nagle tracąc humor. Nie zaważając na jej protesty, w ułamku sekundy
przyciągnął ją do siebie, zmuszając do spojrzenia sobie w twarz. –
Uświadom sobie, że w takim razie mam równie wiele przywilejów, co i ograniczeń.
Jeśli będę chciał cię zabić, zrobię to, a jeśli sądzisz, że przed tym będę
miał jakiekolwiek skrupuły, mylisz się. – Z satysfakcją spojrzał
w jej pobladłą twarz, wyraźnie napawając się strachem. – Jesteś mi
obojętna i twoja głowa w tym, żeby tak pozostało. Rozumiemy się?
W milczeniu potaknęła samym tylko ruchem głowy. Odepchnął
ją od siebie gwałtownie, tak, że zatoczyła się do tyłu i z jękiem
niezadowolenia upadła na podłogę. Natychmiast odczołgała się do tyłu
i znieruchomiała, jedynie obserwując, ale nie mając odwagi nawet na to,
żeby chociażby rzucić mu wrogie spojrzenia.
Yves stracił nią zainteresowanie równie szybko, co
wcześniej zwróciła na siebie jego uwagę. Przez chwilę jeszcze wyglądał na
zagniewanego, a przynajmniej na takiego wyglądał, chociaż Alessia nie
miała pewności. Miała wrażenie, że jego nigdy nic nie było w stanie tak
w pełni zadowolić, jeśli nie liczyć tych nielicznych chwil, kiedy
zaspokajał swoje sadystyczne zapędy. Wiedziała jedno: napawał ją obrzydzeniem,
a teraz tym bardziej nie obchodziło go to, co miało się z nim stać.
Nie powinna była, zwłaszcza po tym, co powiedziała Grace,
ale słowa dziewczyny mimo wszystko nie dawały jej spokoju. Poruszyła się,
nieznacznie wysuwając przed Esme i sprawiając, że ciemne oczy wilkołaka
momentalnie spoczęły na niej. Amun wycofał się przy pierwszej możliwej okazji,
ale Riddley uważnie obserwował, nawet jeśli jego spojrzenie dziwnie często
wędrował w stronę zastygłej w bezruchu Grace.
– Ona ma rację – powiedział cicho, starając się brzmieć na
równie pewną siebie i swoich słów. – Jesteś dowódcą straży, w równym
stopniu jak Isabeau. Dimitr o wszystkim się dowie, a wtedy…
– Nie próbuj mi grozić – przerwał jej jakby od niechcenia.
– I z łaski swojej, nie wspominaj o ciotce, dobra? Wieszczka
działa mi na nerwy odkąd tylko pamiętam. – Wywrócił oczami. – Moja droga,
przecież ja właśnie liczę na to, że król się o wszystkim dowie.
Spojrzała na niego tępo, zaskoczona. Bolała ją głowa,
mięśnie odmawiały posłuszeństwa, poza tym miała wrażenie, jakby za moment miała
osunąć się na ziemię – to zdecydowanie nie sprzyjało wyciąganiu sensownych
wniosków, a co dopiero rozumieniu tego, co mówił Yves.
– O czym mówisz? – Riddley dosłownie wyciągnął jej to
pytanie z ust. – Yves, do diabła, coś ty wymyślił?
– Nic takiego… – Nawet na niego nie spojrzał, nadal
skoncentrowany na Alessi. – Po prostu niektórzy bardzo się zdziwią, kiedy to
śliczne stworzenie dobierze im się do gardeł – dodał i w końcu rzucić
Riddleyowi porozumiewawcze spojrzenie.
Co?!, pomyślała
z niedowierzaniem, ale nie była w stanie wyrzucić z siebie
jakiegokolwiek słowa. Po prostu stała zastygła w miejscu, ledwo łapiąc
oddech i czując się jak wpędzona w kozi róg, co właściwie nie było
znów tak dalekie od prawdy.
Oczy Yvesa zabłysły z satysfakcją. Coś w wyrazie
jej twarzy musiało sprowokować go do tego, by podjąć wątek:
– Jesteśmy ze sobą związani – oznajmił wprost, gładząc się
po nieogolonej szczęce. – Ugryzłem cię. To ja uczyniłem cię sobie podobną… Albo
raczej uczynię, bo do tego niezbędna jest pełnia. – Dla podkreślenia swoich
słów uniósł głowę i spojrzał na prawie niewidzialny przez okno skrawek
nieba. – Zobaczysz, że to wcale nie będzie takie złe. Początki nie są
najlepsze… Jednak ty jesteś silna, prawda Alessiu? To jedno Licavolim trzeba
przyznać. – Kolejne nieprzyjemne błyski w ciemnych oczach. – Rodzina
ucieszy się na twój widok. O ile przeżyjesz, oczywiście.
Do czego zmierzał? Nie miała pojęcia, ale słuchając jego
słów, czuła jak ciarki przebiegają ją po plecach.
– Jesteś szalony – zarzuciła mu, nie dbając już o to,
co mogłaby powiedzieć i jakie mogłyby być tego konsekwencje. Puścił jej
słowa mimo uszu, dlatego dodała: – Zapłacisz za to.
– Na to liczę – stwierdził i jego słowa po raz kolejny
wprawiły ją w konsternację, ku jego wyraźnemu zadowoleniu.
Parsknął, ale sama nie była pewna czy to pogarda, czy
śmiech. Tym bardziej zaskoczył ją tym, że jak gdyby nigdy nic odwrócił się
i odszedł, bez wątpienia nie zamierzając opuszczać hali, ale to i tak
nie miało znaczenia. Zignorował ją, tak po prostu, a to z jakiegoś
powodu doprowadzało ją do szaleństwa.
Wciąż stała, drżąca i oszołomiona, kiedy Riddley
zdecydował się przerwać panującą ciszę:
– Czekaj! – rzucił, a do jego głosu wkradła się
gniewna nuta. Yves przystanął, po czym obejrzał się za siebie. – W co to
pogrywasz?
– A co masz na myśli? – odparował, choć po wyrazie
jego twarzy widać było, że doskonale rozumiał o co chodzi.
– Nie taki był plan – przypomniał mu nerwowo Riddley. – Ten
tam – skinął głową w stronę Amuna – miał zabrać kobietę i stąd
spadać, byleby nie narobić nam kłopotów. A my…
– My co, Riddley? – Tym razem do głosu Yvesa wkradło się
zniecierpliwienie, może nawet gniew.
Zawahał się na moment, poza tym zerknął na Alessię, Esme
i Grace, najdłużej zatrzymując wzrok na tej ostatniej, choć to równie
dobrze mogło być tylko wrażenie. Wyraz jego twarzy się nie zmienił, a Ali
przez ułamek sekundy była przekonana, że jednak odpuści albo zaciągnie swojego
rozmówcę w jakiegoś bardziej odludne miejsce, Riddley jednak postanowił ją
zaskoczyć:
– Powiedziałeś, że tylko ją nastraszymy. Że to sposób na
to, żeby odegrać się na Arielu za te wszystkie idiotyczne zachowania –
oznajmił, zaciskając dłonie w pięści. – Jego nawet tutaj nie ma.
– Przyjdzie – odparł Yves zaskakująco łagodnie,
z przekonaniem.
– A jeśli nie? – Riddley potrząsnął głową. – Zresztą
nieważne. Mieliśmy nastraszyć dziewczynę i Ariela, a jednak teraz
wygląda na to, że zadrzemy z Dworem! Powiedziałeś…
Urwał, a wszystko potoczyło się tak gwałtownie, że
Alessia właściwie tego nie dostrzegła. Choć Yves zdążył oddalić się na dobrych
kilka metrów, teraz zawrócił, poruszając się z taką szybkością, że
niewiele brakowało, żeby jego kontury się zamazały. Skoczył do przodu,
dopadając do Riddleya, po czym bezceremonialnie uderzył wilkołaka zwiniętą
pięścią w twarz, tak mocno, że tamten zatoczył się do tyłu, lądując na
przeciwległej ścianie.
Grace cicho zaskomlała ze swojego kąta, Alessia zaś
poczuła, jak Esme stanowczo ciągnie ją do tyłu, wyraźnie zaniepokojona. Yves
nawet nie zwrócił na nie uwagi, od razu podchodząc do krwawiącego z wargi
wilkołaka. Riddley klął cicho pod nosem, powoli ponosząc się z klęczka
i plując krwią, której szkarłatne plamy poznaczyły już i tak brudną
podłogę. Pomijając jego głos, w magazynie zapadła wręcz nieprzenikniona
cisza, przerywana co najwyżej ciężkim dyszeniem oraz walącymi sercami tych,
którzy mogli poszczycić się wciąż bijącym pulsem.
Gdzieś z drugiego końca sali doszedł jakiś szmer.
Dopiero spoglądając w tamtą stronę, Ali zorientowała się, że
w pomieszczeniu znajduje się więcej osób niż wcześniej podejrzewała. Nie
rozumiała, jak mogła przegapić chyba z tuzin podobnych do siebie,
umięśnionych mężczyzn, bez wątpienia dzieci księżyca. Wcześniej jakoś
niespecjalnie zwracali uwagę na to, co działo się w koło, ale atak na
Riddleya najwyraźniej wydał im się czymś niezwykle interesującym, bo teraz
cała grupa uważnie przypatrywała się ojcu Ariela.
Sam Riddley jeszcze nie zdołał dźwignąć się na nogi, gdy
Yves w pośpiechu do niego dopadł. Obaj byli masywni – umięśnieni,
niebezpieczni i wysocy – a jednak Alessia nagle w niezwykle
wyrazisty sposób dostrzegła dzielącą ich przepaść. Yves wydawał się górować,
w jednej chwili nie tylko groźny, ale też… no cóż, potężny. Kiedy chwycił
Riddleya za ramię i szarpnięciem postawił go do pionu, wyglądało to
trochę tak, jakby ojciec właśnie przygotowywał się do skarcenia wyjątkowo
niesfornego dziecka. Co więcej, wilkołak wcale nie wyglądał tak, jakby
zamierzał się wyrwać – po prostu znieruchomiał, pozwalając, żeby Yves robił
z nim wszystko to, co mogłoby przyjść mu do głowy.
Grace znowu jęknęła, skomląc niczym wystraszone szczenię,
co w obecnej sytuacji wydawało się jeszcze bardziej ironiczne. Alessia aż
wzdrygnęła się, kiedy dziewczyna znikąd pojawiła się u jej boku. Na ułamek
sekundy wymieniły krótkie spojrzenia; blondynka wzdrygnęła się i odsunęła,
ostatecznie stawiając na dumę i założywszy ramiona na piersi,
znieruchomiała i już tylko wodziła wzrokiem po całym pomieszczeniu,
szukając czegokolwiek, czym mogłaby się zając.
– Czy masz coś jeszcze do dodania, Riddley? – wysyczał
Yves, ponownie skupiając uwagę wszystkich na sobie. Zacisnął drugą dłoń na
ramieniu wilkołaka, ten zaś obserwował go powściągliwie, może nawet
z pokorą. Patrzył mu w oczy, ale nie wprost, podświadomie wyczuwając,
kiedy należy się wycofać. – Podważasz moją wiarygodność? Nie ufasz mi? – drążył
dalej ojciec Ariela, coraz bardziej podenerwowany.
– Nie. – Riddley nawet się nie zawahał. Znów splunął krwią,
ale poza tym jego głos zabrzmiał pewnie i czysto.
Yves przymknął oczy, po czym wypuścił powietrze ze świstem.
Chwilę jeszcze trzymał Riddleya, jakby chcąc podkreślić swoją wyższość, zanim
ostatecznie zdecydował się go puścić. W przeciwieństwie do tego, jak
wcześniej potraktował Grace, wyglądało to niemal delikatnie, Riddley zresztą
bez trudu uchwycił równowagę. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji
i pomijając rozciętą wargę, można by było odnieść wrażenie, że pomiędzy
mężczyznami nic takiego się nie wydarzyło.
Atmosfera wciąż wydawała się dziwnie napięta, ale emocje
opadły, przynajmniej pozornie. Yves nareszcie się odsunął, po czym ruszył
w swoją stronę, tym razem nie zatrzymany przez nikogo. Alessia nie mogła
oderwać od niego wzroku, dlatego zauważyła, że przy drzwiach na moment
zatrzymał się jeszcze, żeby szepnąć coś do jednego z wilkołaków, które
obserwowały ich ze sporej odległości. Nie znała imion poszczególnych dzieci
księżyca, ale tamten mężczyzna wydał jej się znajomy, a po dłuższym
zastanowieniu uświadomiła sobie, że to był jeden z tych, którzy
towarzyszyli Riddleyowi tego pierwszego wieczoru, kiedy jeszcze na terenie
Akademii Nocy przybyła wraz z Quinnem i Hayley na skwer, żeby spotkać
się z River Song. Może nawet pamiętała jego imię, ale nie potrafiła go
przywołać, wątpiła zresztą, żeby jego znajomość jakkolwiek poprawiła sytuację
w której się znajdowała.
– Nic ci nie jest? – Ciszę przerwał melodyjny, nieco
niepewny głos Grace.
Wzdrygnęła się i spojrzała na nią
z niedowierzaniem, przekonana, że ta zwróciła się do niej, szybko jednak
uprzytomniła sobie swoją pomyłkę. Grace stała w niezmienionej pozycji,
wciąż ze skrzyżowanymi na piersiach ramionami, jej błękitno zielone oczy zaś
utkwione były w twarzy… Riddleya. Brwi Alessi momentalnie powędrowały ku górze, zwłaszcza, że
prędzej spodziewałaby się, że świnie nauczą się latać a piekło zamarznie
niż tego, że dziewczyna właściwie bez powodu zainteresuje się samopoczuciem
kogokolwiek innego prócz siebie – i że na dodatek mógłby być to ich
potencjalny kat.
Riddley natychmiast się wyprostował, a wcześniejsze
podobieństwo do skarconego dziecka zniknęło równie nagle, co się pojawiło.
Spojrzał na Grace ostro, tak, że ta cofnęła się o krok i spoważniała,
machinalnie przybierając pozycję obronną. Ze swoją muskulaturą oraz znaczoną
blizną twarzą o ostrych rysach, naprawdę wyglądał groźnie i Alessi
nieprawdopodobnym wydało się to, że Yves mógł nad nim aż do tego stopnia
górować. Riddley nie był słaby i nawet jeśli przez chwilę wydawało się
inaczej, teraz najwyraźniej zamierzał wszystkim przypomnieć, że pozory mylą.
– Nie potrzebuję niczyjego współczucia, a już na pewno
nie jakiejś pieprzonej, chłepcącej krew wampirki, a już na pewno nie
mieszańca – oznajmił lodowatym tonem.
Grace uciekła wzrokiem gdzieś w bok i zacisnęła
usta. Cokolwiek sobie myślała, chociaż raz zdecydowała się zachować rozsądnie
i zostawić swoje uwagi dla siebie. Swoją drogą, gdyby nie była taka
wredna, Alessi może nawet zrobiłoby jej się żal.
– Och, daj spokój Riddley! – zawołał z drugiego końca
pomieszczenia ten, któremu wcześniej podszepnął coś Yves. – Wampirka czy nie,
jest niezwykle urodziwa. – Wyszczerzył się w uśmiechu, po czym bez
pośpiechu zaczął przemierzać salę, kierując się w ich stronę.
– Taa… – Riddley westchnął, a jego spojrzenie na
ułamek sekundy na powrót powędrowało w stronę Grace. Wzdrygnęła się,
zupełnie jakby poraził ją prąd. – Cokolwiek wymyśliłeś, odpuść, Bart – uciął
oschle, wzruszył ramionami i w pośpiechu odszedł, podążając śladem
Yvesa.
– Daj spokój – żachnął się Bart. – Nie zachowuj się jak
jakiś pies ogrodnika, tylko…
– Powiedziałem: daj sobie spokój. To nie twoja liga, jasne?
– warknął gniewnie. – Żadna z nich nie jest. Trzymaj ptaka
w spodniach, bo inaczej postaram się o to, żeby ci odleciał –
zagroził, a Alessię przebiegł lodowaty dreszcz, kiedy uprzytomniła sobie
o czym ta dwójka właśnie otwarcie dyskutowała.
Bart wzruszył ramionami, ale odpuścił. Przejmował się
Riddleyem czy nie… Cóż, jedno było pewne: nie zamierzał nic im zrobić.
Na razie.
Rozdział pisany trochę w pospiechu. Jestem już na walizkach, więc to ostatni rozdział, który publikuję w tym tygodniu - kolejny dopiero 14 lipca, kiedy wrócę z Kołobrzegu. Mam nadzieję, że mnie nie zabijecie, zwłaszcza, że zostawiam sporo niewiadomych =)
OdpowiedzUsuńPozdrawiam i do napisania,
Nessa.
Hej, przepraszam, że znowu ominęłam tyle rozdziałów i nie zostawiłam po sobie żadnego komentarza, ale jak mówiłam - ból głowy był nie do wytrzymania. Teraz czuję się już znacznie lepiej i przeczytałam rozdziały raz jeszcze - i jestem nimi zachwycona. Oczywiście mam teraz ochotę urwać Ci głowę za to, że zostawiłaś tyle niewiadomych, ale każdy ma prawo do wakacji =)
OdpowiedzUsuńWrócę teraz na momencik do rozdziału o Katherine i Arielu... Okej - Kath jest telepatką tak jak wampiry i miała naprawdę nie fają historię życia. I nie lubię jej matki ._. tak samo jak nie lubię Lili - czy jakkolwiek się jej imię odmienia xD - od początku wiedziałam, że dziewczyna coś kręci ._.
Amun, Yves i Riddley - wielka trójca zła -.- dobra Riddley'a jeszcze przecierpię, ale Yves'a oraz Amuna to ja naprawdę nie cierpię -.- nie sądziłam, że nasz jakże kochany władca kobiet i wszystkiego co się rusza będzie chciał nadal mieć Esme dla siebie. No, ludzie proszę - niech mu ktoś przemówi do rozsądku - ona jest z Carlisle'm i nie sądzę, aby zgodziła się z nim, gdziekolwiek iść .-.
Grace - ech, niech już już ten Bart sobie weźmie tylko niech jej usta czymś zatka, żeby nie krzyczała xD - taa, to co się z nią stanie jest mi naprawdę obojętne ^^ nie przepadałam za nią od pierwszego momentu, kiedy się pojawiła, tak więc jeśli masz zamiar ją uśmiercić będzie mi to obojętne xD
Rozdziały były niezwykłe i oczywiście wciągające, a ja już się nie mogę doczekać następnego rozdziału ;) teraz byle się doczekać 14.07!
Pozdrawiam,
Gabrysia :3
PS - miłego wypoczynku! ;)
Cały czas nie rozumiem, po co Amunowi Esme... Jejku, to co się wydarzyło w Egipcie nie odstanie się i on nic na to nie poradzi... Coś czuję, że tutaj chodzi po prostu o urażoną męską dumę czy coś w tym stylu...On chce pewnie się odegrać za wszystko. Mężczyźni często zachowują się podobnie do Amuna, kiedy ktoś ich urazi czy coś... Ale Esme miała rację- ona nie musiała spełniać jego żądań, a on nie powinien tak traktować Kebi. No ale cóż on został wychowany i przemieniono go w innych czasach i w innym zakątku Ziemii niż Esme. Jednak to nic nie tłumaczy i Amun źle traktuje kobiety i tyle -.-
OdpowiedzUsuńNawet na pewien sposób współczuję Grace tego, w jaki sposób wilkołaki Yves`a się nią interesują... Wiem, że ona jest taka dziwna, przejmuje się tylko swoim wyglądem i przypomina taką pustą laleczkę, ale według mnie żadna kobieta nie zasługuje na takie traktowanie, nawet ta najgorsza...
Nic tutaj nie sugeruję, ale coś czuję, że u Dzieci Księżyca może wybuchnąć coś w rodzaju buntu... Riddley nie wiedział o prawdziwych motywach postępowania Yves`a, jak widać... No i nie chce zadzierać z dworem. Ciekawe, co z tego wyniknie :)
Czekam już na 14.07 :)
Pozdrawiam no i udanych wakacji :)
lilka24