4 lipca 2014

Sto pięćdziesiąt cztery

Alessia
O bogini, moja głowa…
Alessia zatrzepotała powiekami, choć niewiele jej to dało – czarne plamy wciąż tańczyły jej przed oczami, głowa zaś wydawała się być gotowa do tego, żeby pęknąć na pół. Czuła mdłości, choć była niemal pewna, że nawet gdyby chciała, nie miałaby czym zwymiotować, poza tym wciąż było jej gorąco i…
Co się stało? Było coraz bliżej pełni, więc takie objawy nie powinny jej dziwić, a jednak coś uparcie jej się nie zgadzało. Po pierwsze, bywała zmęczona, ale nigdy do tego stopnia, żeby nie pamiętać momentu, kiedy zasnęła. Po drugie, zdecydowanie mogła zrozumieć bóle mięśni oraz to, że czuła się tak, jakby ktoś porządnie ją pobił, ale aż tak silny ból głowy był zdecydowanie czymś nowym. A po trzecie, cokolwiek by się nie działo, do tej pory nie zdarzyło się, żeby obudziła się na czymś tak niewygodnym, a konkretnie… ziemi? Posadzce? Co to właściwie było, pomijając fakt, że było nieprzyjemnie chłodne, twarde i zakurzone?
Chwilę jeszcze walczyła z oszołomieniem i napierająca ze wszystkich stron ciemnością, zanim w końcu zmusiła swój umysł do współpracy. Wspomnienia wróciły, a ona ułożyła sobie wszystko – począwszy od pojawienia się Damiena, po jego błyskawiczne wyjście oraz postać, którą zobaczyła w ogrodzie. Nic więcej nie pamiętała, ale wniosek nasuwał się sam i cholernie jej się nie podobał.
Amun tam był i chyba ją uderzył – równie bezsensowne, co i stanowiące jedyną możliwość, która mogłaby wyjaśnić to, co wydarzyło się w ostatnim czasie.
Jakby na potwierdzenie jej przypuszczeń, poczuła jeszcze silniejsze zawroty głowy, kiedy tylko spróbowała się poruszyć. Nie była pewna czy jęknęła jedynie w myślach, czy może jednak jakiś dźwięk wyrwał jej się z ust, ale tak czy inaczej, nagle wyczuwał przy sobie delikatny ruch, a potem czyjaś przyjemnie lodowata dłoń dotknęła jej policzka.
– Ali? – usłyszała szept tak cichy, że równie dobrze mógłby być wytworem jej wyobraźni, wiedziała jednak, że tak nie jest.
Skojarzenie sopranu z jego właścicielką przyszło jej zaskakująco łatwo. Esme. To musiała być Esme – i to nie tylko dlatego, że wyraźnie trudno było jej zapanować nad emocjami, więc doskonale wiedziała, że wampirzyca jest co najmniej przerażona.
Chciała jej odpowiedzieć, ale zdecydowała się nie ryzykować otwarcia ust, póki nie będzie miała pewności, że… Hm, no cóż – że nic nieprzyjemnego się wtedy nie wydarzy. Mocniej zacisnęła powieki i wzięła kilka głębszych wdechów ciężkiego, gorącego powietrza, które w zasadzie nie było niczym nowym przez wzgląd na panujące upały. Mimo wszystko miała wrażenie, że w tym miejscu jest odrobinę chłodniej niż zazwyczaj, choć było to marną pociechą, bo w powietrzu unosił się jakiś dziwny, nieco piwniczny zapach. Czuła znajome piżmo, które w ułamku sekundy skojarzyło jej się z Arielem, a także nieznośny, intensywny odór krwi oraz potu.
Och, były też dźwięki. Dziwnie zwielokrotnione, dochodzące jakby z oddali, przez co trudno było jej je zidentyfikować. Słyszała chyba jakieś głosy, może śmiech, ale to tylko przez ułamek sekundy. Czasami były to kroki albo coś do nich podobnego, choć pogłos utrudniał dokładniejszą identyfikację. Sama nie miała już pewności, co dzieje się wokół niej, zwłaszcza, że każdy odgłos wydawał się dodatkowo odbijać się od wnętrza jej czaszki, potęgując już i tak nieznośny ból. Chyba nawet lepszą perspektywą wydawało się to, by zacząć intensywnie uderzać głową w posadzkę – znacznie przyjemniejsze, poza tym mogłaby w dowolnym momencie przestań. A może znowu udałoby jej się zemdleć i wtedy miałaby święty spokój?
– Odejdź od niej! – odezwała się ponownie Esme, tym razem głośniej i niemal groźnie, gdyby nie drżąca nuta strachu, która popsuła efekt. Alessia poczuła, że dłoń wampirzycy intensywnie zacisnęła się na jej ramieniu, w niekontrolowany sposób na dodatek. Skrzywiła się, ale kobieta najwyraźniej tego nie zauważyła, skoncentrowana na czym (na kimś?) innym: – Powiedziałam, żebyś…
– Przecież nie robię niczego złego, prawda? – przerwał jej z rozdrażnieniem innym głos, chrapliwy i bez wątpienia należący do mężczyzny. – Ty też widzisz jakiś problem, laleczko? – dodał i tym razem zabrzmiał nieco kpiarsko.
Alessia poczuła coś na kształt rozdrażnienia, w pierwszym odruchu przekonana, że ostatnie pytanie skierowane było do niej. Laleczko? I ten głos, tak dziwnie znajomy…
Ale wtedy usłyszała cichy, nieco wymuszony śmiech – niemal kokieteryjny chichot – i pojęła, że w pobliżu znajduje się jeszcze jedna osoba.
– Nie, nie robisz niczego złego – powiedziała… Nie, niemożliwe… – Ale to nie jest na to pora. Proszę, czy mógłbyś dać nam jeszcze chwilę? – dodała cicho dziewczyna, ostrożnie dobierając słowa i teraz z całą pewnością rozpoznała głos Grace.
– Prosisz? – powtórzył tamten mężczyzna, a Alessia z łatwością wyobraziła sobie pełen wyższości, okrutny uśmieszek, który widziała już kilka razy. Dobra bogini, przecież to był Riddley! – Ty śmiesz mnie o cokolwiek prosić, laleczko?
Ktoś – najpewniej Grace – poruszył się gwałtownie. Trzepocące do tej pory serce momentalnie przyśpieszyło rytmu, waląc tak intensywnie, jakby za chwilę miało wydrzeć się z piersi dziewczyny i uciec gdzieś daleko.
– Och, nie… Nie, nie śmiałabym – zapewniła natychmiast, spuszczając z tonu. Jeśli grała, powinna zostać aktorką. – Ja tylko…
– No cóż… – Riddley roześmiał się, a Grace znowu poruszyła niespokojnie. – Ładnie prosisz. Uznajmy, że mnie to wystarczy.
Mówiąc to oddalił się, wygwizdując pod nosem jakąś melodię, która zabrzmiała nieznośnie radośnie, a na dodatek okazała się dodatkową chwilą prawdziwej udręki dla już i tak obolałej głowy Alessi. Teraz tym bardziej nie rozumiała niczego, ale jedno było oczywiste – jeśli był tutaj Riddley, było naprawdę źle.
Coraz bardziej zaniepokojona, raz jeszcze zawalczyła o odzyskanie przytomności. Tym razem udało jej się otworzyć oczy, w końcu też obraz nabrał ostrości i była w stanie zobaczyć cokolwiek więcej, prócz całej mieszanki różnobarwnych plam, sprawiających wrażenie, że przesuwając się i ciągle mieszając. To zdecydowanie nie ułatwiało jej koncentracji, nie wspominając o jakże negatywnym wpływie na jej i tak już wydelikacony żołądek, który w którymś momencie zdecydowanie miał odmówić jej posłuszeństwa.
Pierwszym, co zauważyła, było migocące w dziwny sposób, niezwykle anemiczne światło, choć to i tak wydawało się drażnić jej przywykłe do ciemności oczy. Coś poruszyło się, a potem blask przysłonięty został przez postać, która nachyliła się nad nią. Esme wydawała się niezwykle blada, co w zasadzie było dla wampira normą, ale w tym oświetleniu wydawało się jeszcze bardziej chorobliwe niż do tej pory. Długie, kasztanowe włosy musnęły jej policzek, kiedy kobieta nachyliła się tak nisko, że jej twarz znajdowała się co najwyżej pół metra od Alessi.
– Ali – odetchnęła i pierwszy raz od chwili przebudzenia Alessia posłyszała w jej tonie prawdziwą ulgę. – Och, kochanie, wszystko w porządku? Jak się czujesz? – dążyła, wyrzucając z siebie słowa z prędkością, która uniemożliwiała wystarczająco szybkie udzielenie odpowiedzi.
Alessia popatrzyła na nią nieco nieprzytomnie, wciąż oszołomiona nadmiarem doznań. Uderzyło ją to, że mimo rozgorączkowania, Esme stała się szeptać, poza tym raz po raz nerwowo oglądała się za siebie. Obawiała się powrotu Riddleya? Więcej niż tylko prawdopodobne.
Nie była pewna, czy uda jej się poruszyć, ale okazało się to łatwiejsze niż mogła przypuszczać. Instynktownie uniosła dłoń, tym samym dając kobiecie znać, że chce coś powiedzieć. Esme natychmiast zamilkła, jej dotychczas topazowe tęczówki zaś gwałtownie pociemniały ze zmartwienia i ciągłego napięcia, przez co teraz wyglądały niczym dwa żarzące się węgliki. Ten widok sprawił, że Ali instynktownie się wzdrygnęła, jak nigdy świadoma tego, że Esme nie jest wampirem znów tak długo – zaledwie siedem lat – i że mimo niezwykłej już samokontroli, wciąż pozostawała młodym wampirem, który mógłby okazać się dla niej prawdziwym zagrożeniem – nieważnie jak nieprawdopodobne się to wydawało.
Do licha, przesadzasz, pomyślała, próbując zdusić instynkt, ale przecież wiedziała, że taka jest prawda. Wilk w jej wnętrzu zawarczał i przeciągnął się, niespokojnie wiercąc i najwyraźniej nie zamierzając pozwolić jej tak po prostu zapomnieć o tym, jak się sprawy mają. Pomyślała, że to ten nowy instynkt – ten, który wyrobił się w niej od momentu ugryzienia i który nakazywał jej traktować wampiry jako potencjalnych wrogów – szybko jednak odrzuciła od siebie taką możliwość.
– Co się stało? – zapytała, po czym lekko potrząsnęła głową, w nadziei, że ból chociaż częściowo przywróci jej jasność myślenia. Nie do końca pomogło. – Babciu, nic mi nie jest. Co…? – zaczęła i urwała, bo kątem oka zarejestrowała świetlne refleksy, tańczące w czyichś blond włosach.
– Tak w skrócie? – wtrąciła się Grace. O tak, to faktycznie była ona. – Dostałaś po głowie. I chyba mamy przerąbane – stwierdziła, wydymając usta.
Ali w milczeniu obrzuciła ją wzrokiem. Zwykle porządna fryzura Grace teraz przywodziła coś na kształt stogu siana. Również ubranie – bez wątpienia droga bluzeczka i poruszająca się przy każdym ruchu bioder dziewczyny spódniczka – wyglądały tak, jakby ich właścicielkę przeciągnięto przez gęste, cierniste krzaki albo coś równie nieprzyjemnego. Jej skórę znaczyły liczne, ale nie wyglądające groźnie zadrapania, które już dawno przestały krwawić, ale zdecydowanie nie wpływały dobrze na samopoczucie kogoś, kto miał w zwyczaju błyszczeć. Chyba nawet w jej długich lokach wciąż tkwiło kilka „leśnych pamiątek” i chociaż w normalnej sytuacji Alessia z największą przyjemnością wytknęłaby jej te niedoskonałości, tym razem nie było o tym mowy.
Grace rzuciła jej chłodne spojrzenie. Raz po raz nerwowo zaciskała dłonie i… Och, paznokcie też miała połamane. To wyjaśniałoby, dlaczego wyglądała tak, jakby właśnie przeżywała osobistą żałobę.
– Zamierzasz się jeszcze długo tak na mnie gapić? – żachnęła się, prychając jak rozjuszona kotka. – Tak, wyglądam okropnie. Tak, sądzę, że to twoja wina – dodała z takim zdecydowanie, że Alessia doszła do wniosku, iż dziewczyna już od dłuższego czasu utwierdzała siebie tym przekonaniu.
– Faktycznie. – To było pierwsze słowo, które przyszło jej do głowy. Zamrugała pośpiesznie, po czym uciekła wzrokiem gdzieś w bok. – Poza tym… Co?
– Czy uraz głowy czasami prowadzi do utraty słuchu? – zirytowała się Grace. Najwyraźniej miała dość do tego stopnia, że nawet obecność Esme nie była w stanie złagodzić jej zachowania… A może łagodziła. Po Grace nigdy nie było wiadomo czego się spodziewać. – Dobrze słyszałaś, co powiedziałam! Wyglądam jakby ktoś groził mi nożem? – Musnęła palcami szyję, muskając prawie niezauważalne zadrapanie na skórze. – Czy może tak, jakby uprowadziły mnie twoje wilki? – dodała, ale wcale nie zabrzmiało to histerycznie; wręcz przeciwnie.
– Grace… – Esme zawahała się, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że to nie jest sytuacja, w której próba uspokojenia dziewczyny ma jakikolwiek sens. Z braku lepszych pomysłów zwróciła się więc do Alessi: – Och, kochanie, w porządku? Martwiłam się, kiedy… Pamiętasz, co się stało? – zapytała rzeczowo, w końcu będąc w stanie zapanować nad tonem i brzmieniem głosu.
Na ułamek sekundy przymknęła powieki, chcąc w ten sposób dać Esme znać, że potrzebuje chwili na to, żeby doprowadzić się do porządku. Wzięła kilka głębszych wdechów, próbując ignorować wciąż prześladujące ją pomruki rozdrażnionej Grace, tym bardziej, że wyjątkowo nie miała powodów do tego, żeby mieć za taką reakcję do dziewczyny pretensje. Do diabła, wciąż jeszcze nie rozumiała, co się dzieje, ale pewne wspomnienia i myśli wciąż krążyły w jej głowie, stopniowo zaczynając dawać obraz sytuacji, która… No cóż, zdecydowanie nie prezentowała się dobrze – by nie rzec, że fatalnie.
Spróbowała usiąść i choć w pierwszym odruchu Esme spróbowała ją powstrzymać, ostatecznie uległa i pomogła wnuczce uchwycić równowagę. Wszystko raz jeszcze zawirowało niebezpiecznie, w końcu jednak świat wrócił do na właściwy tor i do właściwego poziomu. Alessia rozejrzała się, choć już wcześniej przyszło jej do głowy, że muszą znajdować się w jakiejś hali albo magazynie. Teraz te przypuszczenia potwierdziły się, a ona wyzbyła się wszelakich złudzeń. Ariel mało mówił o tym, co porabiają jego pobratymcy i gdzie spędza czas, kiedy akurat nie jest z nią albo w swoim mieszkaniu, wiedziała jednak co nieco o dzielnicy wilkołaków, więc nawet gdyby nie wyczuwała charakterystycznego zapachu tych istot (oraz krwi i potu, choć o tym starała się nie myśleć), nie tak trudno przyszłoby jej zrozumienie tego, co działo się wokół niej. To miejsce zresztą pasowało do jej interpretacji słowa: okropne.
Magazyn był bez wątpienia stary, poza tym już od lat nie spełniał swojej pierwotnej roli. To było ogromne pomieszczenie, co wyjaśniało pogłos i poczucie przestrzeni. Jeszcze leżąc zauważyła przebiegające pod sufitem, grube wsporniki, które podtrzymywały mocno nadwyrężony już dach. Pod sufitem ciągnęły się całe rzędy niewielkich, wąskich okienek, w większości pozbawionych już szyb albo zawierających zaledwie jej odłamki. Jedyne całe okno znajdowało się w kącie, naprzeciwko miejsca w którym się znajdowała, kiedy jednak przyjrzała mu się uważniej, dostrzegła znaczącą szybę cieniutką pajęczynkę pęknięć. Pomiędzy krokwiami, przypominające sznur lampek choinkowych, ciągnęły się działające jedynie w części nagie żarówki, rzucające to anemiczne światło, które zwróciło jej uwagę już wcześniej. Ta nad jej głową na przemian rozpalała się i gasła, co wyjaśniało ciągłe migotanie światła oraz wrażenie tego, że cienie wokół raz po raz się wydłużają i dziwnie falują… Och, a może to po prostu ona drżała? Nie miała pewności.
Przesunęła wzrok niżej, zwracając uwagę na to, co znajdowało się bliżej ziemi. Było kilka dziwnych, nieregularnych kształtów pod ścianami – jakieś maszyny, które pewnie już dawno odmówiły posłuszeństwa i których w żaden sposób nie potrafiła zidentyfikować. Trochę jak w laboratorium wujka Rufusa, pomyślała mimochodem, ale ta myśl była daleka od prawdy, bo nawet w towarzystwie wampira czuła się bardziej swobodnie i bezpieczne, a to już samo w sobie wydawało się postępem. Tak czy inaczej, wrażenie było trochę podobne. Ponownie jak i panujący wokół chaos, ale jak w laboratorium sprowadzało się to do chwiejnych stosów książek albo luźnych skrawków papieru, tak tutaj podłoga aż tonęła pod najróżniejszymi śmieciami, również styropianem i resztkami jedzenia, i…
Jej żołądek znowu poczuł się zagrożony, kiedy na podłodze zauważyła zaschnięte już plamy czegoś, co zdecydowanie było krwią – rozmazaną, pokrywającą nie tylko posadzkę, ale również ściany. Zdecydowanie nie chciała wiedzieć do kogo osoka należała i co tutaj się wydarzyło. No i ten odór śmierci, jak nagle sobie to uświadomiła… Teraz rozumiała, co takiego Ariel czasami miał na myśli, kiedy wspominał o okrucieństwie albo „zabawach”, w których sam wolał nie brać udziału. Co prawda istniała szansa, że to pozostałości jakiejś bójki pomiędzy poszczególnymi członkami watahy, ale było też kilka innych możliwości – i żadna z nich nie należała do przyjemnych.
Zatrzepotała powiekami raz jeszcze, w końcu koncentrując się na Esme i – chcąc nie chcąc – Grace. Wciąż czuła się oszołomiona, niemal chora, ale teraz przynajmniej dysponowała względnym rozeznaniem w terenie.
– Amun – powiedziała w końcu, przypominając sobie, że obie nieśmiertelne czekają na jej odpowiedź na wcześniej zadanie pytanie. – Pamiętam Amuna i…
– Och, to ten dziwak, co wygląda jakby się wyrwał z jakiejś innej epoki? – wtrąciła niecierpliwie Grace. – Świetnie. Od początku wiedziałam, że to jakiś świr. Większy nawet od tego prymitywa, tego…
– Masz na myśli Riddleya? – podsunęła zmęczonym głosem, widząc konsternację dziewczyny.
– Hm…? Chyba tak – mruknęła Grace, wzruszając ramionami. – Znasz ich imiona. To przerażające.
– Aha. – Jakby nie patrzeć, to w istocie było przerażające.
Usiadła, a przynajmniej w miarę możliwości próbowała to zrobić, chociaż ciało wydawało się ważyć całą tonę i przez cały czas ciągnęło ją w dół. Esme podtrzymała ją, co Ali przyjęła z ulgą, choć najpewniej czułaby się, gdyby mogła zerwać się na równe nogi. Leżąc albo siedząc była niczym narażona na atak, a nie chciała doprowadzić do sytuacji, w której babcia albo Grace musiałyby jej bronić – zwłaszcza, że łatwo było jej sobie wyobrazić tę drugą w roli zdrajczyni, która przy pierwszej okazji ucieka z krzykiem, zostawiając ją samą sobie.
Uniosła rękę do głowy, żeby przeczesać palcami włosy i ewentualnie doszukać się jakiegokolwiek urazu. Jak nic mogła wyczekiwać guza, wyglądało więc na to, że Amun – niczym jakiś cholerny tchórz – zaatakował ją od tyłu, kiedy zmierzała w stronę Niebiańskiej Rezydencji. Nie miała pojęcia ile czasu minęło od tamtej chwili, ale przez okienka pod sufitem nadal wpadało światło dnia, dlatego zakładała, że co najwyżej kilka godzin – a pełnia była coraz bliżej…
Wyczuła pod palcami coś jeszcze, dlatego pośpiesznie zabrała rękę, żeby nie zwracać na siebie uwagi. Prawie już zapomniała o grzebyku, który dał jej Ariel, ten zaś w zamieszaniu musiał zsunąć się jej z włosów, zaplątując w nie. Amun się nie zorientował, bo i skąd, ale Alessia nie wiedziała, czy którykolwiek z wilkołaków przypadkiem nie rozpozna broni. Warto było jakąś mieć, chociaż z drugiej strony, jak miała rzucić się do ucieczki z jednym zaledwie ostrzem, podczas gdy sytuacja prezentowała się tak beznadziejnie?
– Jedna rzecz: co do tego ma Amun? – zapytała cicho, spoglądając pytająco na Esme. Jakby nie patrzeć, wampir był przyjacielem Carlisle’a… Z naciskiem na „był”, o ile się nie pomyliła.
Esme chciała jej odpowiedzieć, ale nie miała po temu okazji.
– Widzisz, wampiry i wilkołaki mimo wszystko od zawsze się dogadywały – usłyszała i cała zesztywniała. Yves stał kilka metrów dalej, jakby od niechcenia opierając się o ścianę. Gdyby go nie znała, pomyślałaby, że uśmiech, który majaczył na jego ustach, jest całkiem olśniewający. – Czasami wystarczy odpowiednio zapytać, żeby dostać interesujące informacje… A jeszcze sami wystarczy pragnienie zemsty. Jesteście mściwymi istotami, czyż nie?
Serce zabiło jej szybciej, kiedy się wyprostował i podszedł bliżej. Na sobie miał jedynie postrzępione jeansy oraz czarną, zapinaną koszulę, ale to wystarczyło, żeby na tle innych znanych jej wilkołaków wyglądał podobnie do Ariela – niemal cywilizowanie. Pierwszy raz miała okazję mu się przyjrzeć nie tyle przelotnie, ale w bardziej świadomy sposób, dlatego bez trudu dostrzegła swego rodzaju podobieństwo do Ariela – być może w rysach twarzy, a może w tych ciemnych, niemal całkiem czarnych oczach. Miał lśniące, czarne włosy i umięśnioną sylwetkę, syn zaś wyglądał przy nim na szczupłego i niedoświadczonego, chociaż Alessia wiedziała, że to nieprawda.
Yves uśmiechnął się ponownie, a ją przeszły ciarki.
– Masz na sobie moje piętno, wiesz?
Warknęła w odpowiedzi, chociaż to zdecydowanie nie było rozsądne. Jakby na podkreślenie jego słów, znów poczuła pieczenie w ramieniu, zaś wilk w jej wnętrzu zamruczał i poruszył się niespokojnie, znów zaczynając rosnąć w siłę i niecierpliwie dawać jej do zrozumienia, że teraz tylko czeka na chwilę, kiedy będzie mógł się wyzwolić i wyrwać na zewnątrz.
– Mówisz o zemście… Mój Boże, on był tutaj cały czas, tak? – Esme zdecydowała się odezwać, ku zaskoczeniu Alessi, ale też chyba samego Yvesa.
– Co? Wasz przyjaciel? – dodał, wzruszając ramionami. – Och, naturalnie. Riddley wiedział jak z nim rozmawiać, zwłaszcza po tym, jak przyłapał go w okolicach Niebiańskiej Rezydencji podczas uroczystości. Powiedział coś bardzo interesującego…
Zrozumienie pojawiło się samo, kiedy tylko wilkołak po raz kolejny przeniósł na nią wzrok swoich ciemnych tęczówek. Zakończenie szkoły… wspólny taniec… to, że nagle wszyscy się dowiedzieli…
Amun.
– Och! – wyrwało jej się. Już nawet nie musiała pytać, ale Yves i tak postanowił jej odpowiedzieć:
– Tak, tak. Wcale nie byliście tacy ostrożni – prychnął, wywracając oczami. – Nie da się jednak ukryć, że był przydatny… To znaczy Amun – wyjaśnił, podejmując wcześniej przerwany wątek. – Teoretycznie po tym rozsądnie byłoby, gdyby odszedł i wykorzystał to, że Riddley darował mu życie. Nie zdajecie sobie sprawy, jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy tego nie zrobił… Idiota? Samobójca? Dwa w jednym? – Pokręcił z niedowierzaniem głową. – A potem okazało się, że z łatwością możemy sobie nawzajem pomóc. Każde z nas czegoś chciało, a że sprowadzało się to do jednego... My chcieliśmy dziewczynę. – Obdarzył Alessię kolejnym olśniewającym uśmiechem, po czym niespodziewanie zwrócił się do Esme: – Odkąd pojawiliście się tutaj w towarzystwie Isabeau, wyczuwałem kłopoty. Nie wiem, może zaraziliście się od Licavolich tym, że wszystkim działacie na nerwy? Nie mam pojęcia, co takiego zrobiłaś temu wampirowi, ślicznotko, ale on najwyraźniej uważa, że macie do pogadania…

1 komentarz:

  1. Och, co by tutaj napisać... Nie wiem, o czego zacząć. Do dobrze, zastanawiam się, dlaczego to uderzenie w głowę ogłuszyło Alessię na jakiś czas... Myślałam, że pół wampiry trudno ogłuszyć od tak, ale może ma to coś wspólnego z tym, że zbliża się pełnia i pierwsza przemiana Ali w wilkołaka... Sama nie wiem -.-
    A Grace naprawdę bardzo mocno mnie wkurzyła... Jest w niebezpieczeństwie, wilkołaki przetrzymują ją w jakieś hali, sama za bardzo nie wie, nawet gdzie, a ona przejmuje się swoim wyglądem... Ja na je miejscu albo bym umierała ze strachu albo zastanawiała się, czy uda mi się dożyć rana... A ona? Przejmuje się swoim wyglądem -.- Wiem, że jest istotą nieśmiertelną, ale ona i tak nie pa praktycznie szans w starciu z wilkołakiem pokroju Yves`a czy Riddley`a. No ale chyba powinna się przejmować czymś innym, a nie swoim wyglądem. To chyba najmniej istotna kwestia w obliczu sytuacji, w jakiej się znalazła... Ale Grace to Grace i już nic więcej nie dodam w tym temacie...
    Zdziwił mnie trochę fakt, że Ali domyśliła się, kto rozpuścił plotki dopiero wtedy, kiedy Yves ją naprowadził... Choć w sumie skąd mogła wiedzieć, że pałający zemstą Amun pojawi się w Mieście Nocy i zbrata się z miejscowymi dziećmi księżyca? No właśnie, nie musiała się tym martwić...
    A zachowanie Amuna jest na swój sposób... lekkomyślne i może nawet śmieszne? Skoro dostał szansę od losu, że wilkołaki darowały mu życie, to po co on nadal jest w Mieście Nocy i zatruwa życie Ali i jej bliskim? No ja go nie rozumiem -.-
    No i zastanawia mnie fakt, po co w ogóle Yves`owi potrzebne są Ali, Esme i Grace... To, że Alessia może przejść przemianę (i to z jego powodu, ale to szczegół) i jest w jakiś sposób powiązana z jego synem, niekoniecznie można uznać za powód przetrzymynania je tam, gdzie ją przetrzymują... A Esme i Grace? Pewnie są tam trzymane po to, aby nie powiedziały reszcie, kto stoi za zniknięciem Ali... Inne rozwiązanie nie przychodzi mi do głowy -.-
    Czekam już niecierpliwie na dalszy rozwój wydarzeń :)
    Pozdrawiam i do napisania ;*,
    lilka24

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa