3 lipca 2014

Sto pięćdziesiąt trzy

Ariel
Na ustach Katherine zamajaczyło coś na kształt łagodnego, pozbawionego wesołości uśmiechu. Nie zaprzeczyła, ale również nie potwierdziła, to jednak było zbędne. Musiała być telepatką. Ariel nie miał pojęcia jak to możliwe, ale żadne inne wyjaśnienie nie przychodziło mu do głowy, nie wydawało się też sensowne. Katherine mieszała mu w głowie od momentu, w którym tylko się pojawił, a to mogło być niebezpieczne. Ona była niebezpieczna…
– Czego chcesz? – warknął, próbując zmusić ją do jakiejkolwiek reakcji. Cisza, która zapadła, powoli doprowadzała go do szaleństwa.
Brwi kobiety powędrowały ku górze i niewiele brakowało, żeby zrównały się z linią włosów.
– Błąd – stwierdziła spokojnie. – Pytanie właściwe brzmi: czego ty chcesz, wilczy chłopcze?
W co ona pogrywała? Bo to była jakaś gra i był tego aż nadto świadomy. Katherine jakimś cudem nagle wydała mu się jeszcze trudniejsza w obyciu od Isabelli, a nawet od samej Lilii, a to zdecydowanie nie było dobrą wiadomością. Raz przed nim uciekała, wyraźnie niechętna do prowadzenia jakiejkolwiek rozmowy, a w następnej chwili pojawiała się z nikąd, kusząc słowami za które jeszcze kilka godzin wcześniej gotów byłby się pochlastać. Irytowała go, a jednocześnie intrygowała, co nie było dobre i doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
Katherine westchnęła cicho, tak nieznacznie, że równie dobrze mógł uznać to za swoją wyobraźnię. Była delikatna i subtelna, wręcz eteryczna, przez co ciężko było określić mu cokolwiek z nią związanego. Czuł na sobie spojrzenie jej przenikliwych oczu w niezdecydowanym kolorze zieleni i błękitu, uparcie jednak unikał zagłębienia się w jej spojrzenie. Jeśli w istocie potrafiła wnikać w cudze umysły, pewnie kontakt wzrokowi i tak nie miał znaczenia, ale lepiej było nie ryzykować.
– Urodziłam się w roku tysiąc siedemset osiemdziesiątym trzecim, tutaj, w Lille – odezwała się ni stąd, ni z owąd.
Zamrugał i machinalnie poderwał głowę, żeby z zaskoczeniem uprzytomnić sobie, że dziewczyna nie wiadomo kiedy przybliżyła się na tyle, że gdyby chciała, mogłaby go dotknąć. Jej oczy wydawały się pałać w panującym mroku, zupełnie jak u kota albo jakiegoś innego dzikiego zwierzęcia. W blasku anemicznego blasku zapalonych świec, jej skóra wydawała się jeszcze bledsza niż w rzeczywistości, przez co Katherine wyglądała niemal na chorą. Była jak duch, choć Ariel nigdy nie wierzył w te wszystkie historie o niespokojnych duszach, nawiedzających osoby albo miejsca, które w jakikolwiek sposób były dla nich ważne – z mniej lub bardziej pozytywnych powodów… A jednak w tym miejscu po raz kolejny naszły go niespokojne myśli, które w niewielkim stopniu podważyły jego dotychczasowe przekonania, stawiając go w najbardziej niezręcznej sytuacji, jakiej kiedykolwiek miał okazję doświadczyć.
Z tym, że Katherine na pewno nie była niespokojnym duchem. Kiedy już zapanował nad pragnieniem, by instynktownie się wzdrygnąć i spróbować odsunąć na bezpieczną odległość, poczuł bijące od jej ciała ciepło oraz charakterystyczny dla dzieci księżyca zapach… No i bicie serca. Musiała być materialna i żywa w ten znaczny sposób, który wykluczał również to, że mogłaby być wampirem.
Kobieta lekko przekrzywiła głowę, tak, że czarne kręcone pukle opadły jej na policzek. Na ułamek sekundy przymknęła oczy, a wyraz jej twarzy świadczył o tym, że myślami jest gdzieś daleko, ostatecznie jednak nie podjęła opowieści.
– Dlaczego mi to mówisz? – zaryzykował, choć chwilę wcześniej zaczął zarzekać się w duchu, że będzie ją ignorował i czekał, by zrezygnowała i odeszła.
– Nigdy nie poznałam swojej matki – odparła zamiast odpowiedzi, zupełnie jakby w ogóle nie słyszała jego słów albo te były mu obojętne. – Wyrzekła się mnie, kiedy tylko zorientowała się, że wdałam się w mego… ojca. – Gdyby był człowiekiem, nie wychwyciłby chwili wahania w jej głowie, a już na pewno nie dostrzegł nieprzyjemnego uśmieszku, który na ułamek sekundy wykrzywił jej pełne wargi. – O, tak… Anabelle dokonała niemożliwego, a ja musiałam płacić za wszystkie jej decyzje. Moja matka Anabelle… – dodała z goryczą, przeciągając sylaby i przy tym wyznaniu przez cały czas patrząc Arielowi w oczy.
Momentalnie poczuł, że zaczyna robić mu się gorąco. A więc jednak – to była Katherine z Lille, której szukał. I chyba właśnie próbowała oznajmić mu, że wszystkie dotyczące jej historie były jak najbardziej słuszne, łącznie z tym, że Anabelle udało się ominąć przemianę. Być może po prostu się z nim droczyła, ale to nie miało znaczenia.
Wyprostował się, czując się trochę tak, jakby właśnie opił się wyjątkowo mocnego wina. Głowę miał dziwnie lekka, niemal całkiem pozbawioną jakichkolwiek myśli. Wszelakie wątpliwości zniknęły, wyparte przez naiwną nadzieję, która jak na zawołanie zawładnęła nim w pełni, wprawiając go w coś na pograniczu zafascynowania i konsternacji. Nie mógł jej ufać, tak… Ale może jednak?
– Jak to zrobiła? – zapytał wprost. – Katherine, proszę…
– O co? – Cicho westchnęła, po czym rozejrzała się niespokojnie, jakby spodziewała się zauważyć, że nie są sami. Nie miał pojęcia do jakich doszła wniosków, ale i tak poczuł się zaniepokojony. – Wydawało mi się, że mi nie wierzysz… – Uniosła dłoń, nakazując mu milczenie, kiedy machinalnie chciał zaoponować i powiedzieć, że sam nie jest pewien, w co właściwie powinien wierzyć. – Cii… Ściany w tym miejscu mają uszy, wilczy chłopcze.
Skrzywił się i dla pewności sam również rozejrzał, pokój jednak wyglądał dokładnie tak samo, jak do tej pory – innymi słowy, jak piękne więzienie. Wiedział, że to nie musiało niczego znaczyć, a w przypadku istot nieśmiertelnych wyostrzone zmysły mogą zapewnić bezpieczeństwo, jeśli chodziło o bezpieczne szpiegowanie bez ryzyka ujawnienia, ale i tak…
Jaki to właściwie miało sens? I czego Katherine się bała?
Nie odzywaj się, póki nie uznam, że to bezpieczne, wilczy chłopcze, usłyszał w swojej głowie. Katherine dosłownie przeszywała go spojrzeniem, sprawiając, że momentalnie poczuł się nieswojo. Odkąd Ona jest wśród nas, nikt nie może czuć się bezpieczny. Wiesz o czym mówię, Arielu?
Wiedział – i to nie tyle „o czym”, ale raczej „o kim”.
– Lilia – powiedział bezgłośnie, jedynie poruszając wargami, ale to Katherine wystarczyło.
To miejsce jest przesiąknięte złem, Arielu. Tak jak i Miasto Nocy, chociaż w waszym przypadku nie jest to tak ostateczne… Wilczy chłopcze, czy dostrzegasz to, co się dzieje? Widzisz, co dzieje się w waszym mieście?
Zadawała konkretnie, jednoznacznie pytania, które nie wymagały odpowiedzi na głos. Tak albo nie. Ewentualnie wzruszenie ramionami, gdyby chciał oznajmić jej, że nie ma pojęcia. Od takiego postępowania zaczynało mu się robić zimno, nie wspominając o jej niezwykłych słowach – o tym, co sugerowała, a co przecież wydawało się być pozbawione jakiegokolwiek sensu.
Energicznie pokręcił głową na „nie”.
Nie? Skup się, Arielu, zirytowała się. Słyszałam o powrocie dzieci nocy. Miasto dąży do dawnej świetności, ale… Czy nie doszło do dość istotnej zmiany? Wiesz dobrze, co mam na myśli, drążyła, coraz bardziej zniecierpliwiona.
Wampiry. Nie te, które znali, ale te, które pojawiły się kilka lat wcześniej. Choroba, jak do tej pory to określano, zbierała coraz większe żniwo, a wynikiem tego była całkiem pokaźna grupa naprawdę nieumarłych – o czerwonych oczach, wrażliwych na światło dnia i najbardziej niebezpiecznych.
Ale, do diabła, jaki to miało związek? O co chodziło Katherine?
Och, na litość naszej najukochańszej bogini! To się dzieje. Działo się przed wiekami, chociaż ja nie mam prawa tego pamiętać. Ale nie jestem ślepa, nie jestem też głupia… Jestem córką swego ojca, dodała z naciskiem i tym razem nie zabrzmiało to niczym kpina. Kiedy matka mnie zostawiła, przeżyłam jedynie cudem. Wychowali mnie dobrzy ludzi, a ja… Wyobraź sobie, jak się poczułam, kiedy wraz z nadejściem moich osiemnastych urodzin nadeszła moja pierwsza przemiana. Wcześniej chorowałam, a przynajmniej tak to wyglądało. Moi opiekunowie ciągali mnie pod znachorach i medykach, ale żaden z nich nie był w stanie jednoznacznie określić tego, co mi dolega. Kiedy w końcu zrozumieli… Wyobraź to sobie, wilczy chłopcze. Wyobraź sobie, jaki byłby mój los, gdyby w porę nie udało mi się uciec – przed prześladowaniami, przed stosem. Uśmiechnęła się z goryczą, wspominając coś odległego. Osiemnasty wiek wcale nie świadczył o zaniku czysto średniowiecznych tradycji. Ludzie, którzy mnie wychowali, byli prości i bogobojni. Wierzyli, że mam w sobie diabła i byli gotowi zrobić wszystko, byleby go ze mnie wypędzić. Musiałam uciekać, wilczy chłopcze, a życie napiętnowanej klątwą dziewczyny w otwartym świecie, który już przed wiekami wyparł się istot takich jak my, to istna katorga…
Jej mentalny głos ucichł, co Ariel przyjął z ulgą, bo zaczynał być coraz bardziej przytłoczony jej myślami, rozbrzmiewającymi wprost w jego umyśle. Wciąż nie potrafił pojąć tego, że naprawdę porozumiewała się w nim taki sposób, właściwi przecież jak do tej pory wyłącznie dla wampirów i ich potomków. Jasne, zdarzali się również ludzie o parapsychologicznych zdolnościach, ale Katherine…? Katherine ze swoimi mocami była wyjątkowa.
Kanapa nieznacznie ugięła się pod jej ciężarkiem, kiedy zaryzykowała się usiąść tuż obok niego. Ciemne włosy musnęły jego twarz, nagle bowiem znalazła się tak blisko, że gdyby nie jej wyraz twarzy i mowa ciała, poczułby się naprawdę skrępowany albo zagrożony. Czuł jednak, że nie miała złych zamiarów – a tym bardziej dwuznacznych, choć nie miał pojęcia skąd w ogóle taka myśl pojawiła się w jego głowie.
Nieważne, podjęła ponownie, prychnięciem zbywając swoje dotychczasowe słowa. Nie jest istotnym to, co spotkało mnie jako młodą i naiwną dziewczynkę. Nie przyszedłeś tutaj po to, żeby słuchać żałosnej historii mojego życia, a ja nie zamierzam ci się zwierzać. Wciąż dążę do tego, że zanim trafiłam do tego miejsca, przez wiele lat – całe dekady – błąkałam się po świecie, ciągnęła szorstkim, rzeczowym tonem. Mówiła, co uważała za istotne, ewentualne emocje i odczucia odkładając na dalszy plan. Obiecałam sobie, że już nigdy więcej nie będę słaba. Ktoś bardzo mnie skrzywdził, nie tylko obdarzając tak ciężkim brzemieniem, ale również nie dając mi chociażby najmniejszej wskazówki, która pozwoliłaby mi przejść przez to, co czekało mnie w dalszym życiu. Wszystkiego musiałam nauczyć się sama, od podstaw, nie mając wsparcia w niczym ani w nikim. Wszystko to, co sam, zawdzięczam sobie i jestem z tego dumna…, ciągnęła, wyraźnie się śpiesząc i chcąc wyrzucić z siebie wiele słów jednocześnie.
Przekrzywiła głowę, po czym rzuciła przenikliwe spojrzenie. Wydawała się zmęczona, jakby przekazywanie aż tak złożonych myśli wymagało od niej sporo wysiłku. Ariel nigdy nie zapytał o to Alessi, ale telepatia chyba w istocie miała wiele konsekwencji.
Nie było łatwo odnaleźć moją matkę. Nie wiem, czy Anabelle kiedykolwiek żałowała tego, że mnie zostawiła, ale to nie ma znaczenia. Do tej pory pamiętam wyraz jej twarzy, kiedy stanęłam przed nią po tylu latach… Nie myśl o mnie źle, naprawdę. Ona już chyliła się ku starości, ku końcowi życia. W tamtych czasach ludzie mimo wszystko umierali wcześnie, a rewolucja francuska tym bardziej osłabiła kraj. Sądzę, że Anabelle już wydając mnie na świat przeczuwała, że właśnie przybyła jej własna śmierć – po prostu nie wiedziała, kiedy zdecyduję się ją zabrać, wyjawiła, a Ariel niemal wyczuł natłok wspomnień, który w tamtym momencie usiłował przebić się do jej umysłu, a które stanowczo zablokowała, nie zamierzając się z nimi dzielić. Miałam już doświadczenie. Kiedy udało mi się ją odnaleźć, według ludzkich praw już dawno byłam dojrzałą kobietą, wciąż jednak targały mną młodzieńcze słabostki i żal, którym biologiczną matkę darzyłam już jako dziecko. Rozumiesz, nigdy nie ukrywano przede mną, że jestem podrzutkiem, aczkolwiek nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że mam więcej powodów do nienawiści… Tak czy inaczej, spotkanie z nią ostatecznie mnie załamało, dodała, szybko odzyskując nad sobą panowanie.
Teraz brzmiała na zimną i wyrafinowanie opanowaną, czego Ariel był świadom tym bardziej, że wciąż przenikała jego umysł. Jeśli wciąż miała do siebie jakikolwiek żal o to, co wydarzyło się w przeszłości, przeżyte lata pozwoliły jej wyrobić obojętność, którą skutecznie to maskowała.
Nie byłam głupia. Co to, to nie, pomyślała i chyba jedynie cudem nie roześmiała się przy tym w głos. Nie zabiłam jej od razu. Najpierw próbowałam zrozumieć, oczekiwałam… wyjaśnień. Chciałam odszukać mojego ojca, ale to okazało się niemożliwe. Anabelle doprowadziła do jego śmierci, choć właściwie nie jestem zdziwiona. Również nie miałabym żadnych skrupułów wobec mężczyzny, który gwałtem odebrałby mi czystość. Jestem owocem przemocy, najokrutniejszego z aktów mężczyzny przeciwko kobiecie. Być może to jakiejś usprawiedliwienie dla mojej matki, ale to już i tak nie ma znaczenia – czym zresztą zawiniłam ja, pomijając to, że po prostu istnieję?
Do tej pory słuchał jej w lekkim tylko osłupieniu, ale kiedy przeszła do tematu ojca, poczuł się trochę tak, jakby ktoś z całej siły uderzył go w brzuch. Na ułamek sekundy zabrakło mu tchu, zwłaszcza, że Katherine poruszyła temat, który aż nazbyt dobrze był mu znany. Ojciec, który porzucał własne dziecko, będące na dodatek wynikiem gwałtu… Och, brzmiało tak nieznośnie znajomo!
Ale ona przynajmniej miała matkę. Nigdy nie brał pod uwagę tego, że i ona mogłaby odrzucić własne dziecko tylko dlatego, że było przeklęte, z nie swojej winy na dodatek, teraz zaś ta myśl wręcz go poraziła. Czy gdyby jego mama nie umarła przy porodzie, postąpiłaby w ten sam sposób i po prostu go zostawiła? A może byłoby inaczej, skoro i ją w takim wypadku czekałaby przemiana w wilkołaka? Nie wiedział, co o tym sądzić, ale Katherine nie dbała o to, nawet jeśli jakimś cudem była w stanie określić jakie myśli chodzą mu po głowie.
Odnalezienie śladów mojego ojca nie było trudne. Odpowiadał za wiele straconych istnień, miał również wielu… hm, potomków? Nie chodzi mi o biologiczne dzieci, ale o istoty, które uczynił sobie podobnymi. Pomiędzy ugryzionym a wilkołakiem zawsze istnienie istotna więź, chyba trochę jak między młodym wampirem a stwórcą, wyjaśniła. Nie miał pojęcia, czy to przypadek, że akurat w rozmowie z nim zdecydowała się użyć porównań związanych z wampirami, ale nie dbał o to. Tak czy inaczej, mój ojciec może i był martwy, ale nie zniknął ze świadomości naszej rasy. To były trudne czasy, zwłaszcza odkąd Volturi uparli się wybić nas do ostatniego, ale to nie przeszkadzało mi w prowadzeniu prywatnego śledztwa. Wiedziałam, dlaczego matka nigdy się nie przemieniła, bo powiedziała mi o tym przed śmiercią. Wyciągnęłam od niej wiele istotnych informacji…, dodała takim tonem, że nie miał już wątpliwości, że woli nie wiedzieć w jaki sposób tego dokonała. Trop ojca doprowadził mnie ponownie w okolice Lille. Niewielu już mnie pamiętało, więc mogłam względnie bezpiecznie wrócić do miasta, moje poszukiwania zresztą nie obejmowały siedzib ludzkich. To miejsce… Czy wiesz, że zajmujesz jego pokój?
Zamrugał i spojrzał na nią z niedowierzaniem, szybko łącząc fakty i wyciągając wnioski. Nie miał pewności, ale jeśli się nie pomylił…
– Ty jesteś…
Uciszyła go spojrzeniem.
Córką jednego z pierwotnych, zgadza się. Aaron i Victor to moi przyrodni bracia, że tak się wyrażę. Wiesz, że ciężko określić zależność pomiędzy konkretnymi miotami… Pokręciła głową, po czym wzruszyła ramionami. Nie byli zaskoczeni moim przybyciem, co mnie zaskoczyło. Nie sądziłam, że ojciec w ogóle dbał o to, że istnieje jeszcze jedno dziecko… Okazało się, że tak. Nie spodziewał się, że będzie miał córkę, ale to nieistotne. Powiedział im, że mogę nadejść – nieważne czy jako ich brat, czy siostra. Nie wiem, co jeszcze im przekazał, ale obaj przyjęli mnie z otwartymi ramionami, choć podejrzewam, że to miało związek z tym, że jestem kobietą. Między mężczyznami częściej dochodzi do starć, a mnie nie zależało na usuwaniu ich ze swojej drogi. Chciałam zaistnień… I zaistniałam, dodała z nieco cierpkim śmiechem. Jej mentalny głos wydawał owijać się wokół niego, jakby na podkreślenie jej słów. Widzisz, nasz kochany ojczulek zostawił po sobie całkiem pokaźny ślad. Nie zliczę godzin, które przesiedziałam w bibliotece, czytając nasze dzieje – nasze dziedzictwo. Dziesiątki, może nawet setki zwojów i książek, zgromadzonych przez wieki od czasu Upadku… Wiesz o Upadku, prawda?, zmartwiła się nagle.
Rzucił jej rozdrażnione spojrzenie a’la „Czy wyglądam ci na idiotę?”. Zmarszczyła brwi, a sądząc po wyrazie jej twarzy, miała pewne wątpliwości, jeśli chodziło o udzielenie mu szczerej odpowiedzi.
Historie wampirów i wilkołaków od zawsze były ze sobą związane. O Isobel i jej „śmiertelnym kwartecie” słyszeli wszyscy, przyznała ze swego rodzaju szacunkiem albo po prostu obawą. Nie zdajesz sobie sprawy z bogactwa naszej kultury, Arielu. Mamy równie wielkie znaczenie, co wilkołaki, a dopiero wieki temu to właśnie wampiry zmusiły nas do wycofania się, sprowadzając do roli nic niewartych psów, które nie mają ambicji ponad niesienie śmierci. Owszem, nie przeczę – wilkołaki są okrutne! Ale, na ogrody pięknej Selene, to, że przez karty naszej historii przewija się krew niczego jeszcze nie znaczy, żachnęła się, wyraźnie poirytowana. Zaczął zastanawiać się, jak wiele razy zdarzało jej się rozważać ten temat. To my poddaliśmy się temu, co nam wyznaczono. Pozwoliliśmy, żeby ludzie i wampiry nas stłamsili… Nie podoba mi się to. Uczyłam się, wilczy chłopcze, cały czas się uczyłam i spójrz gdzie mnie to zaprowadziło. To, co nazwałeś telepatią, jest w równym stopniu dziedzictwem wampirów, co i naszym! Arielu, ja nie wnikam w twoje myśli. Przekazuję ci obrazy, uczucia… Rozumiesz? Jak wilki. Wiąże nas silna więź, bo jesteśmy tacy sami. Większość z nas zatraciła w sobie ten instynkt, odrzuciła od siebie dobrodziejstwa bycia dzieckiem księżyca… Ja tego nie zrobiłam. Wykształciłam to w sobie. Wiem, że Victor i Aaron czują się pogodzeni z losem, przynajmniej tak uznają, ale co z tego, skoro tak naprawdę niczego nie wiedzą? Jestem jedyna, a może nieliczna… Och, pełnia to udręka, ale czy to oznacza, że wszyscy mamy pokutować za to, kim się staliśmy? Wampiry również mogłyby niszczyć, a jednak tego nie robią. Spójrz na Miasto Nocy, ich ambicje… W czym nasza rasa jest gorsza?
Dobrze, do diabła, miała racje – w jakimś stopniu musiał jej to przyznać. Tak jak i to, że naprawdę była wyjątkowa. Nie był pewien, czy rozumie, ale nadążał za jej tokiem rozumowania. Instynkt… Podobno to samo czasami zdarzało się u zmiennokształtnych, ale te przecież porozumiewały się po przemianie! Wilkołaki tego nie robiły, ale zwierzęce skłonności sprawiały, że reagowali na siebie w najróżniejszy sposób. Tak czy inaczej, zdolności Katherine były interesujące.
Wszystko to było równie fascynujące, co i niepokojące, ale to nadal nie wyjaśniało jednego…
– Dlaczego mi o tym wszystkim mówisz? – wyszeptał, decydując się zaryzykować i jednak się odezwać.
Zacisnęła usta, po czym z niezwykłą pewnością siebie nachyliła się w jego stronę, niczym kochanka, gotowa złożyć na wargach swojego wybranka czuły pocałunek. Otoczył go jej piżmowy zapach, przełamany słodyczą drogich perfum – i w równym stopniu naparły na niego jej myśli.
Chcę, żebyś zrozumiał, odpowiedziała po prostu. Pomogę ci się stąd wydostać. Tutaj dzieje się bardzo źle, Arielu… A kiedy stąd wyjdziesz, być może spojrzysz na pewne sprawy inaczej. Może za jakiś czas to zrozumiesz… A wtedy będziesz miał wobec mnie dług wdzięczności, który kiedyś z przyjemnością odbiorę, zapowiedziała i nie miał wątpliwości, że tak właśnie będzie. Proszę, wilczy chłopcze. Poznałeś już Lilię. Musisz też wiedzieć, że odkąd ona pojawiła się w tym miejscu, wszystko się skomplikowało – a obawiam się, że to dopiero początek.

1 komentarz:

  1. Teraz już wszystko rozumiem... No prawie wszystko :)
    w końcu udało mi się do końca poznać i zrozumieć historię Katherine, ale nie ukrywam, że sporo pojawiło się też nowych faktów... No cóż nie spodziewałabym się, że Aaron i Victor to jej bracia -.- Co z tego, że przyrodni i starsi nie wiadomo o ile lat, ale jednak bracia.
    Przypuszczam, że to przez Lilię Katherine dopiero teraz przyszła do Ariela i opowiedziała mu swoją historię... O przepraszam, przekazała telepatycznie, bo jak to ona określiła- ściany mają uszy...
    Ale co Katherine miała na myśli mówiąc, że od pojawienie się w Lille Lilli wszystko się pokomplikowało? Coś czuję, że z charakterem Lilli jeszcze wiele się wydarzy, zanim Ariel zdąży wrócić do Miasta Nocy...
    Ale co z Alessią? W końcu Katherine nie wyjaśniła Arielowi, jak można uniknąć przemiany... O ile w przypadku Ali będzie to w ogóle możliwe...
    Pozdrawiam i do napisania,
    lilka24
    PS. Dziękuję Ci bardzo za komentarze na moim blogu... Dały mi dużo do myślenia, nie ukrywam :)

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa