
Ariel
Na
ustach Katherine zamajaczyło coś na kształt łagodnego, pozbawionego wesołości
uśmiechu. Nie zaprzeczyła, ale również nie potwierdziła, to jednak było zbędne.
Musiała być telepatką. Ariel nie miał pojęcia jak to możliwe, ale żadne inne
wyjaśnienie nie przychodziło mu do głowy, nie wydawało się też sensowne.
Katherine mieszała mu w głowie od momentu, w którym tylko się
pojawił, a to mogło być niebezpieczne. Ona była niebezpieczna…
– Czego chcesz? – warknął, próbując zmusić ją do
jakiejkolwiek reakcji. Cisza, która zapadła, powoli doprowadzała go do
szaleństwa.
Brwi kobiety powędrowały ku górze i niewiele brakowało,
żeby zrównały się z linią włosów.
– Błąd – stwierdziła spokojnie. – Pytanie właściwe brzmi:
czego ty chcesz, wilczy chłopcze?
W co ona pogrywała? Bo to była jakaś gra i był tego aż
nadto świadomy. Katherine jakimś cudem nagle wydała mu się jeszcze trudniejsza
w obyciu od Isabelli, a nawet od samej Lilii, a to zdecydowanie
nie było dobrą wiadomością. Raz przed nim uciekała, wyraźnie niechętna do
prowadzenia jakiejkolwiek rozmowy, a w następnej chwili pojawiała się
z nikąd, kusząc słowami za które jeszcze kilka godzin wcześniej gotów
byłby się pochlastać. Irytowała go, a jednocześnie intrygowała, co nie
było dobre i doskonale zdawał sobie z tego sprawę.
Katherine westchnęła cicho, tak nieznacznie, że równie
dobrze mógł uznać to za swoją wyobraźnię. Była delikatna i subtelna, wręcz
eteryczna, przez co ciężko było określić mu cokolwiek z nią związanego.
Czuł na sobie spojrzenie jej przenikliwych oczu w niezdecydowanym kolorze
zieleni i błękitu, uparcie jednak unikał zagłębienia się w jej
spojrzenie. Jeśli w istocie potrafiła wnikać w cudze umysły, pewnie
kontakt wzrokowi i tak nie miał znaczenia, ale lepiej było nie ryzykować.
– Urodziłam się w roku tysiąc siedemset
osiemdziesiątym trzecim, tutaj, w Lille – odezwała się ni stąd, ni z owąd.
Zamrugał i machinalnie poderwał głowę, żeby z zaskoczeniem
uprzytomnić sobie, że dziewczyna nie wiadomo kiedy przybliżyła się na tyle, że
gdyby chciała, mogłaby go dotknąć. Jej oczy wydawały się pałać w panującym
mroku, zupełnie jak u kota albo jakiegoś innego dzikiego zwierzęcia.
W blasku anemicznego blasku zapalonych świec, jej skóra wydawała się
jeszcze bledsza niż w rzeczywistości, przez co Katherine wyglądała niemal
na chorą. Była jak duch, choć Ariel nigdy nie wierzył w te wszystkie
historie o niespokojnych duszach, nawiedzających osoby albo miejsca, które
w jakikolwiek sposób były dla nich ważne – z mniej lub bardziej
pozytywnych powodów… A jednak w tym miejscu po raz kolejny naszły go
niespokojne myśli, które w niewielkim stopniu podważyły jego dotychczasowe
przekonania, stawiając go w najbardziej niezręcznej sytuacji, jakiej
kiedykolwiek miał okazję doświadczyć.
Z tym, że Katherine na pewno nie była niespokojnym duchem.
Kiedy już zapanował nad pragnieniem, by instynktownie się wzdrygnąć i spróbować
odsunąć na bezpieczną odległość, poczuł bijące od jej ciała ciepło oraz
charakterystyczny dla dzieci księżyca zapach… No i bicie serca. Musiała
być materialna i żywa w ten znaczny sposób, który wykluczał również
to, że mogłaby być wampirem.
Kobieta lekko przekrzywiła głowę, tak, że czarne kręcone
pukle opadły jej na policzek. Na ułamek sekundy przymknęła oczy, a wyraz
jej twarzy świadczył o tym, że myślami jest gdzieś daleko, ostatecznie
jednak nie podjęła opowieści.
– Dlaczego mi to mówisz? – zaryzykował, choć chwilę
wcześniej zaczął zarzekać się w duchu, że będzie ją ignorował i czekał,
by zrezygnowała i odeszła.
– Nigdy nie poznałam swojej matki – odparła zamiast
odpowiedzi, zupełnie jakby w ogóle nie słyszała jego słów albo te były mu
obojętne. – Wyrzekła się mnie, kiedy tylko zorientowała się, że wdałam się
w mego… ojca. – Gdyby był człowiekiem, nie wychwyciłby chwili wahania
w jej głowie, a już na pewno nie dostrzegł nieprzyjemnego uśmieszku,
który na ułamek sekundy wykrzywił jej pełne wargi. – O, tak… Anabelle dokonała
niemożliwego, a ja musiałam płacić za wszystkie jej decyzje. Moja matka Anabelle… – dodała z goryczą, przeciągając sylaby i przy
tym wyznaniu przez cały czas patrząc Arielowi w oczy.
Momentalnie poczuł, że zaczyna robić mu się gorąco. A więc
jednak – to była Katherine z Lille, której szukał. I chyba właśnie
próbowała oznajmić mu, że wszystkie dotyczące jej historie były jak najbardziej
słuszne, łącznie z tym, że Anabelle udało się ominąć przemianę. Być może
po prostu się z nim droczyła, ale to nie miało znaczenia.
Wyprostował się, czując się trochę tak, jakby właśnie opił
się wyjątkowo mocnego wina. Głowę miał dziwnie lekka, niemal całkiem pozbawioną
jakichkolwiek myśli. Wszelakie wątpliwości zniknęły, wyparte przez naiwną
nadzieję, która jak na zawołanie zawładnęła nim w pełni, wprawiając go
w coś na pograniczu zafascynowania i konsternacji. Nie mógł jej ufać,
tak… Ale może jednak?
– Jak to zrobiła? – zapytał wprost. – Katherine, proszę…
– O co? – Cicho westchnęła, po czym rozejrzała się
niespokojnie, jakby spodziewała się zauważyć, że nie są sami. Nie miał pojęcia
do jakich doszła wniosków, ale i tak poczuł się zaniepokojony. – Wydawało
mi się, że mi nie wierzysz… – Uniosła dłoń, nakazując mu milczenie, kiedy
machinalnie chciał zaoponować i powiedzieć, że sam nie jest pewien,
w co właściwie powinien wierzyć. – Cii… Ściany w tym miejscu mają
uszy, wilczy chłopcze.
Skrzywił się i dla pewności sam również rozejrzał,
pokój jednak wyglądał dokładnie tak samo, jak do tej pory – innymi słowy, jak
piękne więzienie. Wiedział, że to nie musiało niczego znaczyć, a w przypadku
istot nieśmiertelnych wyostrzone zmysły mogą zapewnić bezpieczeństwo, jeśli
chodziło o bezpieczne szpiegowanie bez ryzyka ujawnienia, ale i tak…
Jaki to właściwie miało sens? I czego Katherine się
bała?
Nie odzywaj się, póki nie uznam, że to bezpieczne, wilczy
chłopcze, usłyszał w swojej głowie.
Katherine dosłownie przeszywała go spojrzeniem, sprawiając, że momentalnie
poczuł się nieswojo. Odkąd Ona jest wśród nas, nikt nie może czuć się bezpieczny. Wiesz o czym
mówię, Arielu?
Wiedział – i to nie tyle „o czym”, ale raczej „o kim”.
– Lilia – powiedział bezgłośnie, jedynie poruszając
wargami, ale to Katherine wystarczyło.
To miejsce jest przesiąknięte złem, Arielu. Tak jak i Miasto
Nocy, chociaż w waszym przypadku nie jest to tak ostateczne… Wilczy
chłopcze, czy dostrzegasz to, co się dzieje? Widzisz, co dzieje się w waszym
mieście?
Zadawała konkretnie, jednoznacznie pytania, które nie
wymagały odpowiedzi na głos. Tak albo nie. Ewentualnie wzruszenie ramionami,
gdyby chciał oznajmić jej, że nie ma pojęcia. Od takiego postępowania zaczynało
mu się robić zimno, nie wspominając o jej niezwykłych słowach – o tym,
co sugerowała, a co przecież wydawało się być pozbawione jakiegokolwiek
sensu.
Energicznie pokręcił głową na „nie”.
Nie? Skup się, Arielu,
zirytowała się. Słyszałam
o powrocie dzieci nocy. Miasto dąży do dawnej świetności, ale… Czy nie
doszło do dość istotnej zmiany? Wiesz dobrze, co mam na myśli, drążyła, coraz bardziej zniecierpliwiona.
Wampiry. Nie te, które znali, ale te, które pojawiły się
kilka lat wcześniej. Choroba, jak do tej pory to określano, zbierała coraz
większe żniwo, a wynikiem tego była całkiem pokaźna grupa naprawdę
nieumarłych – o czerwonych oczach, wrażliwych na światło dnia i najbardziej
niebezpiecznych.
Ale, do diabła, jaki to miało związek? O co chodziło
Katherine?
Och, na litość naszej najukochańszej bogini! To się dzieje.
Działo się przed wiekami, chociaż ja nie mam prawa tego pamiętać. Ale nie
jestem ślepa, nie jestem też głupia… Jestem córką swego ojca, dodała z naciskiem i tym razem nie zabrzmiało
to niczym kpina. Kiedy matka mnie zostawiła, przeżyłam jedynie cudem.
Wychowali mnie dobrzy ludzi, a ja… Wyobraź sobie, jak się poczułam, kiedy
wraz z nadejściem moich osiemnastych urodzin nadeszła moja pierwsza
przemiana. Wcześniej chorowałam, a przynajmniej tak to wyglądało. Moi
opiekunowie ciągali mnie pod znachorach i medykach, ale żaden z nich
nie był w stanie jednoznacznie określić tego, co mi dolega. Kiedy w końcu
zrozumieli… Wyobraź to sobie, wilczy chłopcze. Wyobraź sobie, jaki byłby mój
los, gdyby w porę nie udało mi się uciec – przed prześladowaniami, przed
stosem. Uśmiechnęła
się z goryczą, wspominając coś odległego. Osiemnasty wiek wcale nie świadczył o zaniku czysto
średniowiecznych tradycji. Ludzie, którzy mnie wychowali, byli prości i bogobojni.
Wierzyli, że mam w sobie diabła i byli gotowi zrobić wszystko, byleby
go ze mnie wypędzić. Musiałam uciekać, wilczy chłopcze, a życie
napiętnowanej klątwą dziewczyny w otwartym świecie, który już przed
wiekami wyparł się istot takich jak my, to istna katorga…
Jej mentalny głos ucichł, co Ariel przyjął z ulgą, bo
zaczynał być coraz bardziej przytłoczony jej myślami, rozbrzmiewającymi wprost
w jego umyśle. Wciąż nie potrafił pojąć tego, że naprawdę porozumiewała
się w nim taki sposób, właściwi przecież jak do tej pory wyłącznie dla
wampirów i ich potomków. Jasne, zdarzali się również ludzie o parapsychologicznych
zdolnościach, ale Katherine…? Katherine ze swoimi mocami była wyjątkowa.
Kanapa nieznacznie ugięła się pod jej ciężarkiem, kiedy
zaryzykowała się usiąść tuż obok niego. Ciemne włosy musnęły jego twarz, nagle
bowiem znalazła się tak blisko, że gdyby nie jej wyraz twarzy i mowa
ciała, poczułby się naprawdę skrępowany albo zagrożony. Czuł jednak, że nie
miała złych zamiarów – a tym bardziej dwuznacznych, choć nie miał pojęcia
skąd w ogóle taka myśl pojawiła się w jego głowie.
Nieważne, podjęła
ponownie, prychnięciem zbywając swoje dotychczasowe słowa. Nie jest istotnym to, co spotkało mnie jako młodą i naiwną
dziewczynkę. Nie przyszedłeś tutaj po to, żeby słuchać żałosnej historii mojego
życia, a ja nie zamierzam ci się zwierzać. Wciąż dążę do tego, że zanim
trafiłam do tego miejsca, przez wiele lat – całe dekady – błąkałam się po świecie, ciągnęła szorstkim, rzeczowym tonem. Mówiła, co uważała
za istotne, ewentualne emocje i odczucia odkładając na dalszy plan. Obiecałam sobie, że już nigdy więcej nie będę słaba. Ktoś
bardzo mnie skrzywdził, nie tylko obdarzając tak ciężkim brzemieniem, ale
również nie dając mi chociażby najmniejszej wskazówki, która pozwoliłaby mi
przejść przez to, co czekało mnie w dalszym życiu. Wszystkiego musiałam
nauczyć się sama, od podstaw, nie mając wsparcia w niczym ani w nikim.
Wszystko to, co sam, zawdzięczam sobie i jestem z tego dumna…, ciągnęła, wyraźnie się śpiesząc i chcąc wyrzucić
z siebie wiele słów jednocześnie.
Przekrzywiła głowę, po czym rzuciła przenikliwe spojrzenie.
Wydawała się zmęczona, jakby przekazywanie aż tak złożonych myśli wymagało od
niej sporo wysiłku. Ariel nigdy nie zapytał o to Alessi, ale telepatia
chyba w istocie miała wiele konsekwencji.
Nie było łatwo odnaleźć moją matkę. Nie wiem, czy Anabelle
kiedykolwiek żałowała tego, że mnie zostawiła, ale to nie ma znaczenia. Do tej
pory pamiętam wyraz jej twarzy, kiedy stanęłam przed nią po tylu latach… Nie
myśl o mnie źle, naprawdę. Ona już chyliła się ku starości, ku końcowi
życia. W tamtych czasach ludzie mimo wszystko umierali wcześnie, a rewolucja
francuska tym bardziej osłabiła kraj. Sądzę, że Anabelle już wydając mnie na
świat przeczuwała, że właśnie przybyła jej własna śmierć – po prostu nie
wiedziała, kiedy zdecyduję się ją zabrać,
wyjawiła, a Ariel niemal wyczuł natłok wspomnień, który w tamtym
momencie usiłował przebić się do jej umysłu, a które stanowczo
zablokowała, nie zamierzając się z nimi dzielić. Miałam już doświadczenie. Kiedy udało mi się ją odnaleźć,
według ludzkich praw już dawno byłam dojrzałą kobietą, wciąż jednak targały mną
młodzieńcze słabostki i żal, którym biologiczną matkę darzyłam już jako
dziecko. Rozumiesz, nigdy nie ukrywano przede mną, że jestem podrzutkiem,
aczkolwiek nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że mam więcej powodów do
nienawiści… Tak czy inaczej, spotkanie z nią ostatecznie mnie załamało, dodała, szybko odzyskując nad sobą panowanie.
Teraz brzmiała na zimną i wyrafinowanie opanowaną,
czego Ariel był świadom tym bardziej, że wciąż przenikała jego umysł. Jeśli
wciąż miała do siebie jakikolwiek żal o to, co wydarzyło się w przeszłości,
przeżyte lata pozwoliły jej wyrobić obojętność, którą skutecznie to maskowała.
Nie byłam głupia. Co to, to nie, pomyślała i chyba jedynie cudem nie roześmiała się
przy tym w głos. Nie zabiłam jej od razu. Najpierw próbowałam zrozumieć,
oczekiwałam… wyjaśnień. Chciałam odszukać mojego ojca, ale to okazało się
niemożliwe. Anabelle doprowadziła do jego śmierci, choć właściwie nie jestem
zdziwiona. Również nie miałabym żadnych skrupułów wobec mężczyzny, który
gwałtem odebrałby mi czystość. Jestem owocem przemocy, najokrutniejszego z aktów
mężczyzny przeciwko kobiecie. Być może to jakiejś usprawiedliwienie dla mojej
matki, ale to już i tak nie ma znaczenia – czym zresztą zawiniłam ja,
pomijając to, że po prostu istnieję?
Do tej pory słuchał jej w lekkim tylko osłupieniu, ale
kiedy przeszła do tematu ojca, poczuł się trochę tak, jakby ktoś z całej
siły uderzył go w brzuch. Na ułamek sekundy zabrakło mu tchu, zwłaszcza,
że Katherine poruszyła temat, który aż nazbyt dobrze był mu znany. Ojciec,
który porzucał własne dziecko, będące na dodatek wynikiem gwałtu… Och, brzmiało
tak nieznośnie znajomo!
Ale ona przynajmniej miała matkę. Nigdy nie brał pod uwagę
tego, że i ona mogłaby odrzucić własne dziecko tylko dlatego, że było
przeklęte, z nie swojej winy na dodatek, teraz zaś ta myśl wręcz go
poraziła. Czy gdyby jego mama nie umarła przy porodzie, postąpiłaby w ten
sam sposób i po prostu go zostawiła? A może byłoby inaczej, skoro
i ją w takim wypadku czekałaby przemiana w wilkołaka? Nie
wiedział, co o tym sądzić, ale Katherine nie dbała o to, nawet jeśli
jakimś cudem była w stanie określić jakie myśli chodzą mu po głowie.
Odnalezienie śladów mojego ojca nie było trudne. Odpowiadał
za wiele straconych istnień, miał również wielu… hm, potomków? Nie chodzi mi
o biologiczne dzieci, ale o istoty, które uczynił sobie podobnymi.
Pomiędzy ugryzionym a wilkołakiem zawsze istnienie istotna więź, chyba
trochę jak między młodym wampirem a stwórcą, wyjaśniła. Nie miał pojęcia, czy to przypadek, że akurat
w rozmowie z nim zdecydowała się użyć porównań związanych z wampirami,
ale nie dbał o to. Tak czy inaczej, mój ojciec może i był martwy, ale nie
zniknął ze świadomości naszej rasy. To były trudne czasy, zwłaszcza odkąd
Volturi uparli się wybić nas do ostatniego, ale to nie przeszkadzało mi w prowadzeniu
prywatnego śledztwa. Wiedziałam, dlaczego matka nigdy się nie przemieniła, bo
powiedziała mi o tym przed śmiercią. Wyciągnęłam od niej wiele istotnych
informacji…, dodała takim tonem, że nie
miał już wątpliwości, że woli nie wiedzieć w jaki sposób tego dokonała. Trop ojca doprowadził mnie ponownie w okolice Lille.
Niewielu już mnie pamiętało, więc mogłam względnie bezpiecznie wrócić do
miasta, moje poszukiwania zresztą nie obejmowały siedzib ludzkich. To miejsce…
Czy wiesz, że zajmujesz jego pokój?
Zamrugał i spojrzał na nią z niedowierzaniem,
szybko łącząc fakty i wyciągając wnioski. Nie miał pewności, ale jeśli się
nie pomylił…
– Ty jesteś…
Uciszyła go spojrzeniem.
Córką jednego z pierwotnych, zgadza się. Aaron i Victor
to moi przyrodni bracia, że tak się wyrażę. Wiesz, że ciężko określić zależność
pomiędzy konkretnymi miotami… Pokręciła głową, po czym wzruszyła ramionami. Nie byli zaskoczeni moim przybyciem, co mnie zaskoczyło.
Nie sądziłam, że ojciec w ogóle dbał o to, że istnieje jeszcze jedno
dziecko… Okazało się, że tak. Nie spodziewał się, że będzie miał córkę, ale to
nieistotne. Powiedział im, że mogę nadejść – nieważne czy jako ich brat, czy
siostra. Nie wiem, co jeszcze im przekazał, ale obaj przyjęli mnie z otwartymi
ramionami, choć podejrzewam, że to miało związek z tym, że jestem kobietą.
Między mężczyznami częściej dochodzi do starć, a mnie nie zależało na
usuwaniu ich ze swojej drogi. Chciałam zaistnień… I zaistniałam, dodała z nieco cierpkim śmiechem. Jej mentalny głos
wydawał owijać się wokół niego, jakby na podkreślenie jej słów. Widzisz, nasz kochany ojczulek zostawił po sobie całkiem
pokaźny ślad. Nie zliczę godzin, które przesiedziałam w bibliotece,
czytając nasze dzieje – nasze dziedzictwo. Dziesiątki, może nawet setki zwojów
i książek, zgromadzonych przez wieki od czasu Upadku… Wiesz o Upadku,
prawda?, zmartwiła się nagle.
Rzucił jej rozdrażnione spojrzenie a’la „Czy wyglądam ci na idiotę?”. Zmarszczyła brwi, a sądząc
po wyrazie jej twarzy, miała pewne wątpliwości, jeśli chodziło o udzielenie
mu szczerej odpowiedzi.
Historie wampirów i wilkołaków od zawsze były ze sobą
związane. O Isobel i jej „śmiertelnym kwartecie” słyszeli wszyscy, przyznała ze swego rodzaju szacunkiem albo po prostu
obawą. Nie zdajesz sobie
sprawy z bogactwa naszej kultury, Arielu. Mamy równie wielkie znaczenie,
co wilkołaki, a dopiero wieki temu to właśnie wampiry zmusiły nas do
wycofania się, sprowadzając do roli nic niewartych psów, które nie mają ambicji
ponad niesienie śmierci. Owszem, nie przeczę – wilkołaki są okrutne! Ale, na
ogrody pięknej Selene, to, że przez karty naszej historii przewija się krew
niczego jeszcze nie znaczy, żachnęła się,
wyraźnie poirytowana. Zaczął zastanawiać się, jak wiele razy zdarzało jej się
rozważać ten temat. To my poddaliśmy się temu, co nam wyznaczono. Pozwoliliśmy,
żeby ludzie i wampiry nas stłamsili… Nie podoba mi się to. Uczyłam się,
wilczy chłopcze, cały czas się uczyłam i spójrz gdzie mnie to
zaprowadziło. To, co nazwałeś telepatią, jest w równym stopniu
dziedzictwem wampirów, co i naszym! Arielu, ja nie wnikam w twoje
myśli. Przekazuję ci obrazy, uczucia… Rozumiesz? Jak wilki. Wiąże nas silna
więź, bo jesteśmy tacy sami. Większość z nas zatraciła w sobie ten
instynkt, odrzuciła od siebie dobrodziejstwa bycia dzieckiem księżyca… Ja tego
nie zrobiłam. Wykształciłam to w sobie. Wiem, że Victor i Aaron czują
się pogodzeni z losem, przynajmniej tak uznają, ale co z tego, skoro
tak naprawdę niczego nie wiedzą? Jestem jedyna, a może nieliczna… Och,
pełnia to udręka, ale czy to oznacza, że wszyscy mamy pokutować za to, kim się
staliśmy? Wampiry również mogłyby niszczyć, a jednak tego nie robią.
Spójrz na Miasto Nocy, ich ambicje… W czym nasza rasa jest gorsza?
Dobrze, do diabła, miała racje – w jakimś stopniu
musiał jej to przyznać. Tak jak i to, że naprawdę była wyjątkowa. Nie był
pewien, czy rozumie, ale nadążał za jej tokiem rozumowania. Instynkt… Podobno
to samo czasami zdarzało się u zmiennokształtnych, ale te przecież
porozumiewały się po przemianie! Wilkołaki tego nie robiły, ale zwierzęce
skłonności sprawiały, że reagowali na siebie w najróżniejszy sposób. Tak
czy inaczej, zdolności Katherine były interesujące.
Wszystko to było równie fascynujące, co i niepokojące,
ale to nadal nie wyjaśniało jednego…
– Dlaczego mi o tym wszystkim mówisz? – wyszeptał,
decydując się zaryzykować i jednak się odezwać.
Zacisnęła usta, po czym z niezwykłą pewnością siebie
nachyliła się w jego stronę, niczym kochanka, gotowa złożyć na wargach
swojego wybranka czuły pocałunek. Otoczył go jej piżmowy zapach, przełamany
słodyczą drogich perfum – i w równym stopniu naparły na niego jej
myśli.
Chcę, żebyś zrozumiał,
odpowiedziała po prostu. Pomogę ci się stąd wydostać. Tutaj dzieje się bardzo źle,
Arielu… A kiedy stąd wyjdziesz, być może spojrzysz na pewne sprawy inaczej.
Może za jakiś czas to zrozumiesz… A wtedy będziesz miał wobec mnie dług
wdzięczności, który kiedyś z przyjemnością odbiorę, zapowiedziała i nie miał wątpliwości, że tak właśnie
będzie. Proszę, wilczy
chłopcze. Poznałeś już Lilię. Musisz też wiedzieć, że odkąd ona pojawiła się
w tym miejscu, wszystko się skomplikowało – a obawiam się, że to
dopiero początek.
Teraz już wszystko rozumiem... No prawie wszystko :)
OdpowiedzUsuńw końcu udało mi się do końca poznać i zrozumieć historię Katherine, ale nie ukrywam, że sporo pojawiło się też nowych faktów... No cóż nie spodziewałabym się, że Aaron i Victor to jej bracia -.- Co z tego, że przyrodni i starsi nie wiadomo o ile lat, ale jednak bracia.
Przypuszczam, że to przez Lilię Katherine dopiero teraz przyszła do Ariela i opowiedziała mu swoją historię... O przepraszam, przekazała telepatycznie, bo jak to ona określiła- ściany mają uszy...
Ale co Katherine miała na myśli mówiąc, że od pojawienie się w Lille Lilli wszystko się pokomplikowało? Coś czuję, że z charakterem Lilli jeszcze wiele się wydarzy, zanim Ariel zdąży wrócić do Miasta Nocy...
Ale co z Alessią? W końcu Katherine nie wyjaśniła Arielowi, jak można uniknąć przemiany... O ile w przypadku Ali będzie to w ogóle możliwe...
Pozdrawiam i do napisania,
lilka24
PS. Dziękuję Ci bardzo za komentarze na moim blogu... Dały mi dużo do myślenia, nie ukrywam :)