
Ariel
Ariel
krążył coraz szybciej, mając wrażenie, że za ułamek sekundy dokona niemożliwego
– wszystko jedno czy miałoby to objawiać się w wydeptaniu dziury w podłożu,
czy wyjściu z siebie. Nie przypominał sobie, kiedy ostatnim razem czuł aż
tak potężny gniew oraz poczucie beznadziejności. Nie, nie był głupi, a decydując
się opuścić Miasto Nocy brał pod uwagę wiele rzeczy, również porażkę, ale na
pewno nie zamierzał przyjąć do wiadomości czegoś takiego.
– No i co ja ci poradzę? – Victor był już znudzony;
opierał się leniwie o zamknięte drzwi pokoju, raz po raz wodząc wzrokiem
po suficie, choć zdecydowanie nie było w nim niczego nad wyraz
interesującego. – Ariel, poważnie…
– Czy możesz w końcu się przymknąć? – warknął, nawet
na niego nie patrząc.
Niemal usłyszał jak mężczyzna wzdycha i wywraca
oczami. Nawet jeśli gniewna nuta w sposobie, w jaki Ariel zaczął się
do niego zwracać go zaskoczyła, nie dał tego po sobie poznać – a przynajmniej
tak mu się wydawało, bo ciężko było wyciągnąć jakiekolwiek sensowne wnioski,
skoro wciąż uparcie odmawiało się spojrzenia wilkołakowi w twarz.
Victor przeciągnął się leniwie, aż strzeliły mu stawy.
Wszystko wydawało się lepsze niż dalsze przebywanie w sali narad, niemniej
nagle jego obecność stała się co najmniej irytująca, by nie rzec, że
doprowadzała Ariela do białej gorączki.
– Jak podejrzewam, nie chcesz pogadać…
Warknął, tym razem nawet nie próbując się pohamowywać.
W końcu udało mu się przystanąć, ale przestał krążyć jedynie po to, żeby
gwałtownie obrócić się w stronę swojego niechcianego towarzysza i rzucić
mu najbardziej niechętne, zagniewane spojrzenie na jakie było go stać.
Vick spojrzał na niego z uprzejmym zainteresowaniem,
nie dostrzegając albo raczej nie chcąc dostrzegać, że być może niewiele
brakuje, żeby ktoś rzucił mu się do gardła.
– Cóż… Twoja strata – stwierdził spokojnie, niemal
niedbałym tonem.
– Jaja sobie ze mnie robisz? – Jeśli po takim spojrzeniu
był w stanie spokojnie stać i udawać znudzonego, facet faktycznie
musiał być ze stali. – Niby o czym tutaj jeszcze gadać? – rzucił,
potrząsając z niedowierzaniem głową.
– Mam nieodparte wrażenie, że jesteś troszeczkę
zdenerwowany…
W odpowiedzi na te słowa zapragnął co najwyżej roześmiać
się histerycznie, bynajmniej bez wesołości. Coś takiego! Jakże dobrze było się
dowiedzieć, że jest się tylko „troszeczkę zdenerwowanym”!
– Nie, to naprawdę robisz sobie ze mnie jaja – wymamrotał
w zamian, zbytnio wytrącony z równowagi, żeby znowu zacząć się
miotać.
– Skądże znowu. – Mężczyzna z niedowierzaniem uniósł
brwi ku górze. – Jestem najpoważniejszym gościem w tym miejscu. Jeśli
stwierdzanie faktów jest zbrodnią, możesz mnie już zakuć w kajdany. –
Jeszcze kiedy mówił, uniósł obie dłonie ku górze w poddańczym geście.
Chętnie. A mamy gdzieś tutaj jakieś kajdany?, pomyślał z przekąsem, bo może gdyby udało mu się
Victora unieruchomić, mógłby…
Och, kogo on oszukiwał? Vick bardzo chętnie wypuściłby go
na korytarz – po prostu wiadomość o tym, gdzie znajduje się wyjście,
zamierzał zostawić dla siebie, nie tyle z przekory, co czystej
solidarności. To Aaron podejmował decyzje i chociaż byli braćmi,
najwyraźniej nie równało się to jednakowym uprawnieniom. Innymi słowy, Victor
mógł robić wszystko, ale tylko pod warunkiem, że jego brat wcześniej stanowczo
nie powiedział mu „nie”.
Ariel ze świstem wypuścił powietrze, w duchu modląc
się o przynajmniej odrobinę cierpliwości. Niestety, nawet jeśli ktoś tam
na górze był i go słuchał, nie był w stanie przynieść mu ukojenia,
którego tak bardzo potrzebował. Kolejne godziny uciekały mu przez palce i zdążył
się już pogodzić z tym, że wszystko przepadło. Co prawda w twierdzy
łatwo było stracić poczucie czasu, ale wewnętrzny zegar podpowiadał mu, że
podąża w idealnym kierunku, żeby doszło do katastrofy. To było to:
ostatnia prosta, już nawet nie dwadzieścia cztery godziny. Nawet gdyby jakimś
cudem udało mu się uciec, musiałby złamać wszystkie prawa fizyki, żeby na czas
dostać się do Miasta Nocy. Na zewnątrz czekały go co najwyżej wielka frustracja
oraz nadchodząca przemiana, która i tak miała uczynić go niezdolnym do
podejmowania jakichkolwiek bardziej skomplikowanych decyzji, a tym
bardziej odczuwania w stopniu, którego mógłby od siebie wymagać. Nie było
szans na to, żeby dotarł do Alessi, a jedynym, co mógłby osiągnąć
ucieczką, byłaby pewnie jakaś mała masakra, gdyby pełnia dopadła go akurat
wtedy, kiedy będzie w pobliżu jakiegoś miasteczka albo wioski.
Dlaczego musieli mu to robić? Intencje Aarona były jasne,
zresztą już i tak udało mu się osiągnąć cel. Wszystko przepadało, a jedynym,
co pozostało Arielowi, była wręcz rozdzierająca świadomość porażki – oraz tego,
że właśnie złamał wszystkie złożone sobie i Alessi obietnice.
– Victor – powiedział gniewnie, ledwo panując nad głosem –
to naprawdę nie jest odpowiedni moment na to, żeby próbować mnie denerwować.
W tej chwili myślę o tobie niemal równie źle, co i o twoim
bracie albo Lilii. Nie mam nastroju na żarty, a już na pewno nie uwierzę
w to, że nagle zdecydowałeś się zachowywać poważnie – dodał, nie dbając
o to, czy jego słowa mogą jakkolwiek mu zaszkodzić, czy też nie.
– Nie doznałem dzięki twoim słowom nagłego olśnienia – to
tak na marginesie. – Vick spojrzał na niego z nieodgadnionym wyrazem
twarzy, ale jego rysy odrobinę złagodniały. – Gdyby to ode mnie zależało,
pewnie postąpiłby inaczej, jednak… Czy nie pomyślałeś przypadkiem, że Aaron
właśnie wyświadczył ci przysługę?
Czy jemu się zdawało, czy powietrze w pokoju naprawdę
zaczęło być gęste i w obejściu zachowywało się trochę tak, jakby
o jego gardło tarł właśnie papier ścierny? Z wrażenia aż się zachłysnął
i przez dłuższą chwilę był zdolny wyłącznie do tego, żeby walczyć o oddech
i spoglądać na Victora w taki sposób, jakby ten właśnie oznajmił mu,
że przybył z obcej planety.
– Przysługę!
Westchnienie i niemal łagodne spojrzenie ciemnych
oczu.
– Tak, przysługę – potwierdził spokojnie. – Nie pomyślałeś
o tym?
– Nie – syknął przez zaciśnięte zęby. – Uświadom mnie,
proszę, bo mimo najszczerszych chęci nie jestem w stanie spojrzeć na to
w taki sposób, jakiego mógłbyś ode mnie oczekiwać. A już na pewno bycia więźniem nie traktuję jako formy przysługi – dodał, nie szczędząc
sobie złośliwości.
– Wyświadczył ci przysługę – podjął niewzruszony Victor –
bo dzięki temu nie będziesz musiał oglądać jej, kiedy się zacznie. Dobrze
wiesz, co się wtedy dzieje… A jeśli w istocie twojej ukochanej –
ciągnął, w żaden sposób nie okazując tego, co w rzeczywistości musiał
o Alessi myśleć – faktycznie pisana jest śmierć, powinieneś dziękować, że
nie będziesz patrzył na to, że nieubłaganie ją tracisz.
– Tak, a Ali wtedy będzie sama – powiedział chłodno,
coraz bardziej napięty. – Nie będzie mnie przy niej.
– No i co z tego? – mruknął obojętnie Vick, tym
samym jasno dając Arielowi do zrozumienia, że ta rozmowa jest jedynie stratą
czasu.
„Co z tego?”… Czy istniało bardziej bezduszne pytanie,
które w obecnej sytuacji mógł zadać? W tamtym momencie ostatni cień
sympatii, którym Ariel mimo złości go darzył, ostatecznie wyparował,
pozostawiając po sobie gorycz i jeszcze trudniejszy do opanowania gniew.
– Nie mówiłbyś tak, gdyby chodziło o życie Isabelli,
prawda?
Twarz Victora nie zmieniła wyrazu, ale w jego oczach
dostrzegł coś na kształt prawie niezauważalnego błysku, który jednak
wystarczył, by zorientować się, że cokolwiek jest na rzeczy.
– To zupełnie coś innego – stwierdził tamten oschle, nagle
przybierając defensywny ton.
– Och, no jasne – zadrwił Ariel. – W końcu Isabella
nie jest jakąś tam cholerną pijawką, w której nieszczęśliwie się
zakochałem, prawda?
– Ariel, słucha… – Victor pokręcił z niedowierzaniem
głową. – W tym momencie próbujesz wciągnąć mnie do rozmowy, której żaden
z nas nie chcę prowadzić – stwierdził, tym samym ucinając temat. – Aaron
wie, co takiego robi. Ja mu wierzę i ty też powinieneś, dlatego… – Mówił
coś jeszcze, ale Ariel już go nie słuchał.
Jeśli do tej pory był po prostu zły i rozgoryczony,
pseudo pocieszająca rozmowa z Victorem jedynie wszystko pogorszyła.
Wilkołak zaczynał doprowadzać go do szaleństwa, a jeśli chodziło o dobre
intencje Aarona… Nie dostrzegał ich i nie zamierzał wysilać się w najmniejszym
stopniu. Jeśli to miał być jakiś chory żart, to zdecydowanie nie był śmieszny
i zarówno Victor, jak i jego brat powinni zdawać sobie z tego
sprawę.
Musiał znaleźć sposób na dotarcie do Alessi. Nie zamierzał
czekać na nadejście pełni!
– Och, to bez sensu – usłyszał nerwowe mamrotanie Victora.
– Czy naprawdę zamierzasz zachowywać się w ten sposób?
– To znaczy w jaki? Jakbym miał do was o coś
pretensje? – Zacisnął szczęki tak mocno, że chyba jedynie cudem nie połamał
sobie zębów. – To naprawdę zadziwiające, bo przecież nie mam żadnych powodów!
– Poddaję się. – Vick z jękiem wyrzucił obie ręce ku
górze w poddańczym geście. Drgnął, zawahał się, a potem pośpiesznie
wycofał się w stronę drzwi. – Jakby co…
– Jesteś w pobliżu – przerwał mu Ariel. – Dzięki.
Wpadnij, kiedy wydarzy się cud i jednak zdecydujecie przestać traktować mnie jak więźnia – warknął z goryczą, decydując się nazywać rzeczy po
imieniu.
Po wyjściu Victora poczuł coś na kształt ponurej
satysfakcji, ale ta minęła równie szybko, co się pojawiła. Powstrzymał nieco
dziecinny impuls, żeby przywalić zwiniętą w pięść dłonią o zamknięte
drzwi, po czym znów zaczął krążyć po pokoju, który może i nie był
specjalnie duży, ale swoją powierzchnią przynajmniej dwukrotnie przewyższał
klitkę, którą do tej pory traktował jako swoją sypialnię. Warunki też były
o niebo lepsze i mimo prostoty, pokój przypominał raczej komnatę niż
zwykłe wnętrze, a jednak Ariel wcale nie czuł się w nim komfortowo.
Dębowe meble, drogi dywan, elegancka mieszanka czerni, bieli oraz szkarłatu…
Wszystko to może i było na swój sposób piękne, ale nie zmieniało faktu, że
pozbawione okien, zimne wnętrze w ostatecznym rozrachunku stanowiło jego
więzienie.
Irytacja po raz kolejny dała o sobie znać, ale tym
razem zamiast znów bez celu krążyć dookoła, opadł na obity skóra tapczan,
ustawiony tuż naprzeciwko zamkniętych drzwi. Momentalnie zatęsknił za wąskim
łóżkiem, a konkretnie za tymi wszystkimi godzinami, które spędzili tam
wraz z Alessią. Tęsknił za jej zapachem, bliskością ciała, spokojem, który
malował się na jej twarzy, gdy w końcu dawało jej się rozluźnić…
Wspomnienia były żywe, ale zamiast ukojenia, przynosiły jedynie gniew oraz
strach, zwłaszcza kiedy przypominał sobie, że w każdej chwili mógł to
wszystko utracić.
A co, jeśli Aaron w istocie wyświadczył mi przysługę?, pomyślał, ale zaraz odrzucił od siebie taką możliwość. Do
diabła, może i chciał zapamiętać Ali jak najlepiej, ale to niczego nie
zmieniało! Poza tym, dlaczego właściwie z góry spisywał ją na straty?
Zamiast siedzieć i użalać się nad sobą, musiał ułożyć jakiś plan. Podróż
do Lille nie wypaliła, ale to jeszcze nie znaczyło, że wszystko przepadło.
Alessia była silna i uparta, więc na pewno była zdolna przetrwać pełnię
i przynajmniej ten jeden raz wyjść z kłopotu cało. Musiał w to
wierzyć, a jeśli jego nadzieje by się spełniły, otrzymaliby kolejny
miesiąc i dopiero wtedy mogliby się zamartwiać o to, co będzie dalej.
No cóż, jego ojciec nie byłby pocieszony, gdyby widział go
załamującego ręce. Nie żeby w przypadku Alessi miał jakiekolwiek skrupuły,
poza tym Ariel nadal uważał Yves’a za pozbawionego uczuć sukinsyna, który
odbierał mu wszystko to, co miał w życiu najlepsze, ale to jedno musiał mu
przyznać – nigdy się nie poddawał. Wiedział, że tego samego Yves oczekiwał od
niego i niemal słyszał w głowie ten drwiący ton, którego doświadczył
nie raz. „No co, Arielu? – pytał go nie raz, rzucając mu pogardliwe, pełne
wyższości spojrzenie. – Coś takiego cię przerasta?”. Nienawidził tego całym
sobą, podobnie zresztą jak i swojego… ojca, niemniej czasami taki zimny
prysznic był potrzebny.
Zacisnął dłonie w pięści, co jeszcze bardziej
uwydatniło blizny na jego nadgarstkach. Nie potrafił określić tego, co zrobili
mu Yves i jego kumple, mianem lekcji, ale to nie miało znaczenia. Wtedy
również nie potrafił o siebie zawalczyć, tym razem jednak nie zamierzał
pozwolić sobie na słabość.
Musiał działać… A przynajmniej zrobiłby to, gdyby
wiedział w jaki sposób.
– Wyglądasz tak, jakbyś właśnie szykował się na wojnę,
wilczy chłopcze – usłyszał nieoczekiwanie i z wrażenia omal nie spadł
z kanapy, uprzytomniwszy sobie, że nie jest sam.
Katherine stała w cieniu, obserwując go tymi
nieziemskimi oczami w niezdecydowanym kolorze zieleni i błękitu. Nie
miał pojęcia w jaki sposób dostała się do pokoju i dlaczego jej nie
wyczuł, to jednak nie miało znaczenia. W mroku wyglądała jeszcze bardziej
niezwykle, bardziej jak wampir niż wilkołaka, zwłaszcza, że jej blada skóra
wydawała jarzyć się w ciemnościach, emitując jakimś niezwykłym blaskiem.
Ciemne włosy falami opadały jej na ramiona i plecy. Na sobie miała
przylegającą do ciała, krwistoczerwoną sukienkę, której zdecydowanie nie
widział u niej wcześniej, a która wydawała się zdecydowanie zbyt
odważna i tak ściśle przylegała do jej ciała, że sprawiała wrażenie, jakby
była jej drugą skórą.
Dziewczyna zawahała się i zrobiła niepewny krok do
przodu. Lekko zakołysała biodrami, chyba nawet tego nie świadoma, po czym
zmrużyła brwi i uważnie zmierzyła Ariela wzrokiem, zupełnie jakby to ona,
a nie on, miała powody do dezorientacji albo nawet złości.
– Dlaczego wciąż mnie tak nazywasz? – zapytał, zanim zdążył
ugryźć się w język. Przecież ten głos w jego głowie wcale nie musiał
mieć związku akurat z nią.
– A dlaczego nie? – Jej brwi powędrowały nieznacznie
ku górze, a jemu momentalnie zrobiło się gorąco, kiedy nieświadomie
potwierdziła jego przypuszczenia. – Wilczy chłopcze – dodała, a kąciki jej
ust drgnęły prawie niezauważalnie.
Świetnie. Więc miał przed sobą kolejną osobę, która była
chętna zabawić się jego kosztem?
– Przestań – westchnął, bardziej poirytowany jej słowami
niż tym, że w ogóle pojawiła się w pokoju, a on nawet nie
zorientował się kiedy i w jaki sposób. – Nie chcę, żebyś mnie tak
nazywała – wymamrotał gniewnie, ale wcale nie wyglądało na to, by jego słowa
zrobiły na niej jakiekolwiek wrażenie.
– Trudno. Pasuje idealnie i już tak zostanie. –
Wzruszyła odsłoniętymi ramionami. – Uznaj to za kolejną rzecz na którą
właściwie nie masz wpływu.
Warknął, nie mogąc się powstrzymać. Te słowa były niczym
cios poniżej pasa i Katherine doskonale musiała zdawać sobie z tego
sprawę.
Jej obecność do tej pory była mu obojętna, ale kiedy uniósł
głowę i ich spojrzenia się spotkały, dosłownie się w nim zagotowało.
Nie wiedział dlaczego tutaj przyszła i w zasadzie go to nie
obchodziło, a przynajmniej do tego próbował się przekonać. Znajdowała się
tuż na wyciągnięcie ręki, co w innym wypadku byłoby prawdziwym zrządzeniem
losu, tym razem jednak jedynie potęgowało wrażenie bezradności oraz zawód,
który odczuwał od chwili rozmowy w tamte olbrzymiej sali, kiedy to Lilia
zepsuła wszystko i uczyniła go więźniem nie tylko tego miejsca, ale
również swojej Głowy. Przez cały czas towarzyszyły mu wyrzuty sumienia oraz
poczucie beznadziejności, zwłaszcza, że i bez słów dziewczyny, doskonale
zdawał sobie sprawę z tego, iż wszystko jest poza jego kontrolą. Nie był
w stanie zrobić niczego i ta świadomość nieubłaganie wyniszczała go
od środka.
Nawet jeśli Katherine dostrzegła, że jakkolwiek jest na nią
zły, nie okazała tego w żaden sposób. Bez pospiechu przeszła jeszcze niewielki
odcinek, cały czas trzymając się blisko ściany, co wydawało się nierozsądne,
przynajmniej zdaniem Ariela. Przecież to on mógł być dla niej jedynym
zagrożeniem w tym miejscu, a przywierając do ściany jedynie
niepotrzebnie ograniczała swoje pole manewru, zapędzając się w kozi róg,
który mógłby okazać się jej zgubą, gdyby w istocie zdecydował się na coś
do tego stopnia desperackiego, jak atak na nią.
Uważasz, że mogłabym doprowadzić do sytuacji, w której
stałbyś się dla mnie zagrożeniem?, wdarła
się do jego umysłu kolejna, zabarwiona rozbawieniem myśl. Tego było już
zdecydowanie za wiele.
– Przestań! – warknął po raz wtóry, walcząc z pragnieniem,
żeby chwycić się obiema dłońmi za górę.
– Co takiego, Arielu? – Katherine spojrzała na niego
z uprzejmym zainteresowaniem. Przynajmniej raz użyła jego imienia, co
zaskoczyło go do tego stopnia, że nie od razu odpowiedział. – Patrzysz na mnie
tak intensywnie, że chyba w istocie powinnam zacząć się niepokoić…
– Jak ty to robisz? – zapytał wprost, świadom tego, że gdyby
chciała, mogłaby skłamać.
Nie zorientował się, kiedy właściwie podniósł się z miejsca,
a jednak stał wyprostowany, gotowy do ewentualnej walki. Kiedy tylko to
sobie uświadomił, speszył się i pośpiesznie opadł znów na kanapę, przez
cały czas obserwując uważnie Katherine. Nie miał pojęcia, co powinien o niej
myśleć, poza tym nie dało się ukryć, że zaczynała coraz bardziej go niepokoić.
– Co konkretnie? – zapytała w końcu, ale jej
intensywne spojrzenie tych dziwnych, niezdecydowanych oczu sugerowało, że jedynie
się z nim drażni. Przecież doskonale wiedziała, co miał na myśli!
– Przyszłaś tutaj, żeby mnie podręczyć? – zirytował się,
nie zamierzając pozwolić wciągnąć się w jej gierki, niezależnie od tego na
czym miały polegać. Na litość bogini, czy wszystkie córy księżyca były takie?!
– Jeśli tak, tracisz czas. Jakoś niespecjalnie mam nastrój na bzdury. Co prawda
pewnie samopoczucie więźnia żadnego z was nie interesuje, aczkolwiek…
– Więźniów torturujemy albo zabijamy, nie gościmy –
przerwała mu spokojnie. Jej spojrzenie stało się bardziej zdecydowane i nieprzyjemne.
– Gdybym z kolei chciała cię dręczyć, zostałabym do końca w sali,
żeby zobaczyć, w jaki sposób pogrąża cię Lilia.
Chciał odpowiedzieć coś złośliwego, ale nagle zaschło mu
w gardle, w głowie zresztą miał niemal kompletną pustkę. Katherine
najwyraźniej tego się spodziewała, bo po chwili zastanowienia odezwała się
ponownie, tym razem nieco bardziej przystępnym tonem głosu:
– Wiem dlaczego tutaj przyszedłeś – powiedziała spokojnie.
– Wiem również, co należy zrobić, żeby rozwiązać twój problem.
Jeszcze kilka godzin temu w odpowiedzi na jej słowa,
najprawdopodobniej padłby przed nią na kolana i błagał o to, żeby mu
pomogła. Prawdopodobnie zrobiłby wszystko, byleby jakoś się z nią ułożyć,
niezależnie od ceny, którą mogłoby przyjść mu później zapłacić. Wtedy nic
innego nie miałoby znaczenia, jeśli tylko mogłaby pomóc Alessi, ale teraz?
Teraz był mądrzejszy i wiedział, że uganiał się za mrzonkami.
Zacisnął usta w wąską linijkę, po czym demonstracyjnie
odwrócił głowę. Instynkt protestował przeciwko takiemu rozwiązaniu, ale uciszył
go stanowczo, podobnie jak i wcześniej zepchnął w najdalsze zakamarki
umysłu żal oraz gorycz, które mu towarzyszyły.
– Nie wierzysz mi. – To było stwierdzenie, Katherine
zresztą nie wydawała się rozczarowana z tego powodu.
– Faktycznie. – Pokręcił głową, jakby chciał opędzić się od
jakichś myśli. – Aż sam jestem z tego powodu zdziwiony – prychnął.
Nie widział jej twarzy, ale mógł się założyć, że w odpowiedzi
na jego słowa demonstracyjnie wywróciła oczami.
Takie traktowanie bynajmniej nie przekonuje mnie do tego,
żebym chciała ci pomóc, rozległo się
i był przekonany, że te słowa rozchodzą się wewnątrz jego głowy. W istocie
Katherine milczała jak zaklęta, wiedział o tym. No, nazwij po imieniu to, co robię. Powiedz to, Arielu.
Wiem, że masz ochotę i że to cię dręczy.
Powinien był ją zignorować, ale tego zaczynało być zbyt
wiele. Coraz bardziej poirytowany, odwrócił głowę w jej stronę i zmierzył
ją zagniewanym spojrzeniem.
– Jesteś telepatką – powiedział, a ona uśmiechnęła się
w sposób, który można by uznać za niezwykle sympatyczny. – Ale… jak to
możliwe?
Przepraszam za opóźnienia, ale internet mi nawalił i jak zwykle wyszło jak wyszło. Już wszystko nadrabiam... I z góry znowu przepraszam, bo w sobotę wyjeżdżam nad morze i kilka dni znów nie będzie rozdziału. Tak sądzę, chyba, że uda mi się napisać coś do przodu i zaprogramować, ale nie chcę niczego obiecywać przed czasem...
OdpowiedzUsuńHm, z dedykacją dla lilki24 za słuszną teorię do ostatniego rozdziału.
Pozdrawiam,
Nessa.
Nie masz za co przepraszać, każdemu należy się wolne, a internet też może czasami nawalić :)
OdpowiedzUsuńDziękuję za dedykację. Nie ukrywam, że jestem bardzo mile zaskoczona. Czyli to jednak o Riddley`a chodzi... Czekam na dalszy rozwój wydarzeń w Mieście Nocy :D
Teraz może coś o rozdziale...
Victor już nie raz bywał bardzo denerwujący, również teraz. Moim zdaniem Ariel słusznie zauważył, że Vick również by się martwił, gdyby Isabella miała przechodzić przez to, przez co przechodzi obecnie Alessia... No ale Victor tego nie doświadczył, więc nie wie...
To, że Ariel przebywa obecnie w Lille, zamiast wracać do Miasta Nocy, też ma swoje dobre, jak złe strony... Biedak (chodzi mi tu o Ariela) chciałby być przy Ali, choć wie, że nie ma praktycznie żadnych szans na dotarcie do ukochanej na czas, a z drugiej strony nie chciałby przemienić się w pobliżu ludzi... No i masz tu babo placek, jakie rozwiązanie jest dla niego lepsze...
Victor ma pewnego rodzaju szczęście, że zdecydował się zostawić Ariela samego... Pełnia coraz bliżej i Ariel w końcu mógłby wybuchnąć i mogłoby wydarzyć się coś, czego oboje mogliby żałować...
Katherine trochę zdziwiła mnie swoim zachowaniem, przychodząc do Ariela. Skoro twierdzi, że zna sposób, jak pomóc Ali, to dlaczego nie powiedziała tego przy wszystkich tylko czekała na moment, aż Ariel będzie sam? Pewnie miała swoje powody, dlaczego mówi Arielowi to dopiero teraz...
No i fakt, że Katherine jest telepatką... Skoro ona jest ta pół wampirzycą, o której wspomniano w książkach, które czytał Ariel, to nie powinno go to jakoś zadziwiać... Chyba, że on nie zdaje sobie sprawy z tego,że to ta Katherine z książek (o ile to ta Katherine z książek). Wie, trochę dziwnie to sformułowałam, ale nie wiem za bardzo, jak napisać to tak, aby było w miarę zrozumiałe -.-
No nic, czekam już na następny rozdział :)
Pozdrawiam i do napisania,
lilka24 ;*
Wszystko pięknie, ale jaka pół-wampirzyca, kochana? o.O Jej matka była jedyną kobietą, której udało się - wg księgi - nie przemienić mimo ugryzienia. Nie było słowa o wampirach ani im podobnych. Tak więc jej matka została człowiekiem. Klątwa przeszła na Katherine, skoro jest córką wilkołaka, dokładnie jak w przypadku Ariela. Katherine to wilkołaczyca, żadna półkrewka... Ale tak, już w następnym dużo powinno się wyjaśnić, również postępowanie Aarona... =)
UsuńNiemniej dobrze kombinujesz - ona ma powód, by przyjść akurat teraz. Pozdrawiam i do następnego.
Nessa.
Kurcze,
Usuńznowu coś pomyliłam... Mój błąd, przepraszam... Czyli Katherine to tylko
i wyłącznie wilkołaczyca, postaram się zapamiętać :)
Pozdrawiam i do napisania ;)