5 lipca 2014

Sto pięćdziesiąt pięć

Alessia
Alessia zauważyła, że Esme sztywnieje. Nie miała pojęcia, co takiego zaszło pomiędzy nią a Amunem, ale to nie miało teraz znaczenia. Wiedziała jedynie, że ona, synowie Beau oraz jeszcze kilka innych osób z Miasta Nocy było w Egipcie, ale nie dopytywała się o szczegóły. Przecież Benjamin był taki sympatyczny, Tia też…
Przestała o tym myśleć, zbyt skupiona na sytuacji i na tym, jakie groziło im niebezpieczeństwo. Machinalnie rozejrzała się i w istocie dostrzegła Amuna, przyczajonego w cieniu najbardziej zacienionej części magazynu. Nawet z tej odległości widziała, że jest niezwykle spięty i sprawia wrażenie chętnego odwrócić się na pięcie albo zrobić cokolwiek, byleby nie znajdować się w tej hali. W zasadzie wyglądało to tak, jakby znalazł się w złym miejscu i w złym czasie, i może nawet uwierzyłaby w taki stan rzeczy, gdyby nie to, że znalazła się tutaj z jego powodu.
– No, nie chowaj się, tylko tutaj chodź – żachnął się Yves, podążając za jej spojrzeniem. Jego głos był niemal przyjazny, ale wiedziała, że to jedynie pozory. Najwyraźniej świetnie bawił się kosztem przerażonego wampira. – Mieliśmy układ, tak? Załatwiajcie swoje sprawy według uznania, oczywiście po nadejściu pełni… Wtedy możesz odejść, wampirzyca też. Zrobisz sobie z nią, co tylko zechcesz – zapewniła, wzruszając od niechcenia ramionami.
Esme wydawała się pobladnąć jeszcze bardziej, choć fizycznie nie powinno być to możliwe. Napięła mięśnie i skoncentrowała wzrok na Amunie, chociaż to Yves znajdował się bliżej i to on stanowił potencjalne zagrożenie. Egipcjanin skrzywił się, ale najwyraźniej zdecydował nie drażnić dzieci księżyca, bo chociaż nie zbliżył się nawet o krok, ostatecznie skinął głową.
– T-tak… Mieliśmy układ – mruknął, bezskutecznie próbując zapanować nad drżeniem głosu. Słychać było, że sam ma wątpliwości, ale na Yvesie najwyraźniej nie zrobiło to żadnego wrażenia.
– Dlaczego? – zapytała cicho Esme i jasnym było, że nie ma na myśli sytuacji z Alessią oraz wilkołakami.
Amun znów poderwał głowę i zamrugał nieco nieprzytomnie. Wyglądał na chętnego wsiąknąć w ścianę i przeczekać niezauważenie do momentu, kiedy w istocie będzie mógł postępować według własnego uznania.
Kiedy usłyszał słowa Esme i upewnił się, że wampirzyca zwraca się na niego, po raz pierwszy okazał emocje inne niż strach albo zakłopotanie. Jego oczy zabłysły czerwienią, a Alessia odniosła wrażenie, że przynajmniej ten jeden raz mężczyzna wygląda na groźnego nieśmiertelnego, a nie rozhisteryzowaną panienkę.
– Dlaczego? – powtórzył, kręcąc z niedowierzaniem głową. Zapominając o wilkołakach i otoczeniu, przybliżył się nieznacznie, w ułamku sekundy pokonując odległość pomiędzy sobą a kobietą. Zatrzymał się tak blisko, że gdyby tylko chciał, mógłby chwycić ją za ramiona i energicznie potrząsnąć. – Obiecałaś mi coś, Esme. A potem odeszłaś, pozwalając żeby mnie upokorzono. Naprawdę nie rozumiesz, jak wielkie znaczenie ma honor, jakie ma… – Raz jeszcze potrząsnął z niedowierzaniem głową. – Tamten wampir i twój wnuk upokorzyli mnie przed moją żoną. Nie zapomnę wam tego.
– Dobrze wiesz, co się tam wydarzyło. Wiesz również, że reakcja Theo nie miała żadnego związku z honorem albo zasadami… Na litość Boską, Amunie, co ty wyprawiasz? – zapytała rozgorączkowanym tonem. Nawet jeśli rozumiała, wszystko wydawało się co najwyżej ją drażnić, a już na pewno nie zamierzała takiego stanu rzeczy zaakceptować. Alessia z kolei nie rozumiała niczego. – To nie jest w porządku. To jak traktujesz Kebi również, ale żadne z nas nie zamierzało wtrącać się pomiędzy was albo jakkolwiek pogwałcać zasady, które są ważne dla ciebie. Proszę, czy naprawdę nie rozumiesz, że…
– Kobieta milczy, póki mężczyzna nie pozwoli jej mówić – przerwał jej chłodno, wykazując się wyższością i pewnością siebie… Przynajmniej do momentu, w którym Yves nie rzucił mu kolejnego kpiarskiego, lekko tylko zaciekawionego spojrzenia.
Alessia wzdrygnęła się, po czym machinalnie przesunęła w stronę Esme. Wampirzyca aż wzdrygnęła się, kiedy poczuła ją u swojego boku, ale w porę zapanowała nad emocjami i nawet zmusiła się do tego, żeby przenieść na dziewczynę spojrzenie. Jej wzrok złagodniał, ale dzięki temu Ali jeszcze łatwiej było dostrzec targający nią strach.
– Co on pieprzy? – syknęła, rzucając Amunowi wrogie spojrzenie. – Babciu, co…?
– To nic takiego, kochanie – zapewniła ją pośpiesznie Esme, ale słychać było, że to nieprawda. – Jest tak, jak już zostało powiedziane: to sprawa pomiędzy nami – dodała i zabrzmiało to zaskakująco pewnie.
Cóż, to jedynie potęgowało nierealność całej sytuacji. Zwłaszcza kiedy Esme i Amun znowu popatrzyli na siebie, Alessię naszła niejasna myśl o tym, że gdyby musiała, wampirzyca naprawdę rzuciłaby się do walki. Czegokolwiek Egipcjanin mógł od niej oczekiwać, najwyraźniej nie zamierzała tak po prostu mu tego dać. No i dobrze, pomyślała z mocą, wciąż wymęczona, ale bardziej niż wcześniej zmotywowana.
Machinalnie przesunęła się jeszcze bliżej, stając u boku Esme i zaciskając obie dłonie na jej ramieniu. Zamrugała nieco nieprzytomnie, po chwili jednak wzięła się w garść i objęła ją. Alessia nie chciała, żeby to wyglądało tak, jakby jedna broniła drugiej. Wręcz przeciwnie – stawiała na pewność siebie, jak zawsze, kiedy przeciwnik był nieśmiertelny. Jeśli wampiry były drapieżcami, wilkołaki stanowiły jeszcze gorszą perspektywę, a więc zdecydowanie nie należało okazywać strachu.
– A co ze mną? – zapytała milcząca do tej pory Grace, podchodząc bliżej. Jej jasne włosy zafalowały wokół jej twarzy, kiedy poruszyła się niespokojnie. – Dlaczego ja tutaj jestem? – dodała ostro, bliska wybuchu.
– Lepiej dla ciebie, żebyś nadal milczała – wymamrotał Riddley, rzucając jej ostrzegawcze spojrzenie.
Zacisnęła usta, ale przynajmniej odrobinę się wycofała. Alessia odniosła wrażenie, że sytuacja jest dla niej o tyle niekomfortowa, że nie mogła ani zbliżyć się do wilkołaków, ani też schronić się za Esme czy za nią, choć widocznie miała na to ochotę. Grace może i była płytka, ale miała swoją dumę, a teraz najwyraźniej zdecydowała się o nią zadbać – nawet jeśli otwarty sprzeciw nachodził na głupotę.
– Hm? – Yves zerknął na blondynkę w taki sposób, jakby była wyjątkowo natrętną muchą – a do tego nic nie znaczącą. – Och, w twoim przypadku można mówić o pechu – stwierdził i wzruszył ramionami.
– Więc mnie wypuść – odparła rzeczowo, odrobinę łagodniejszym tonem, ale równie wojowniczo. – Nie potrzebujesz mnie. Żadne z was…
Yves parsknął śmiechem.
– Hej, ona mi się podoba! – stwierdził pogodnie. Grace pisnęła i cofnęła się o krok, omal nie potykając się o własne nogi, kiedy podszedł bliżej, żeby lepiej jej się przyjrzeć. – Wiesz, że czasami lepiej trzymać jest język za zębami? – zagaił, szczerząc zęby.
– Jesteś dowódcą straży! – zaoponowała, zwłaszcza, że bez ostrzeżenia wyciągnął rękę i chwycił ją za ramię. Szarpnęła się, po czym zamachnęła, ale nie miała szans na to, żeby trafić go w twarz. – Jeste… Nie!
– Doskonale wiem, co należy do moich obowiązków – przerwał jej, nagle tracąc humor. Nie zaważając na jej protesty, w ułamku sekundy przyciągnął ją do siebie, zmuszając do spojrzenia sobie w twarz. – Uświadom sobie, że w takim razie mam równie wiele przywilejów, co i ograniczeń. Jeśli będę chciał cię zabić, zrobię to, a jeśli sądzisz, że przed tym będę miał jakiekolwiek skrupuły, mylisz się. – Z satysfakcją spojrzał w jej pobladłą twarz, wyraźnie napawając się strachem. – Jesteś mi obojętna i twoja głowa w tym, żeby tak pozostało. Rozumiemy się?
W milczeniu potaknęła samym tylko ruchem głowy. Odepchnął ją od siebie gwałtownie, tak, że zatoczyła się do tyłu i z jękiem niezadowolenia upadła na podłogę. Natychmiast odczołgała się do tyłu i znieruchomiała, jedynie obserwując, ale nie mając odwagi nawet na to, żeby chociażby rzucić mu wrogie spojrzenia.
Yves stracił nią zainteresowanie równie szybko, co wcześniej zwróciła na siebie jego uwagę. Przez chwilę jeszcze wyglądał na zagniewanego, a przynajmniej na takiego wyglądał, chociaż Alessia nie miała pewności. Miała wrażenie, że jego nigdy nic nie było w stanie tak w pełni zadowolić, jeśli nie liczyć tych nielicznych chwil, kiedy zaspokajał swoje sadystyczne zapędy. Wiedziała jedno: napawał ją obrzydzeniem, a teraz tym bardziej nie obchodziło go to, co miało się z nim stać.
Nie powinna była, zwłaszcza po tym, co powiedziała Grace, ale słowa dziewczyny mimo wszystko nie dawały jej spokoju. Poruszyła się, nieznacznie wysuwając przed Esme i sprawiając, że ciemne oczy wilkołaka momentalnie spoczęły na niej. Amun wycofał się przy pierwszej możliwej okazji, ale Riddley uważnie obserwował, nawet jeśli jego spojrzenie dziwnie często wędrował w stronę zastygłej w bezruchu Grace.
– Ona ma rację – powiedział cicho, starając się brzmieć na równie pewną siebie i swoich słów. – Jesteś dowódcą straży, w równym stopniu jak Isabeau. Dimitr o wszystkim się dowie, a wtedy…
– Nie próbuj mi grozić – przerwał jej jakby od niechcenia. – I z łaski swojej, nie wspominaj o ciotce, dobra? Wieszczka działa mi na nerwy odkąd tylko pamiętam. – Wywrócił oczami. – Moja droga, przecież ja właśnie liczę na to, że król się o wszystkim dowie.
Spojrzała na niego tępo, zaskoczona. Bolała ją głowa, mięśnie odmawiały posłuszeństwa, poza tym miała wrażenie, jakby za moment miała osunąć się na ziemię – to zdecydowanie nie sprzyjało wyciąganiu sensownych wniosków, a co dopiero rozumieniu tego, co mówił Yves.
– O czym mówisz? – Riddley dosłownie wyciągnął jej to pytanie z ust. – Yves, do diabła, coś ty wymyślił?
– Nic takiego… – Nawet na niego nie spojrzał, nadal skoncentrowany na Alessi. – Po prostu niektórzy bardzo się zdziwią, kiedy to śliczne stworzenie dobierze im się do gardeł – dodał i w końcu rzucić Riddleyowi porozumiewawcze spojrzenie.
Co?!, pomyślała z niedowierzaniem, ale nie była w stanie wyrzucić z siebie jakiegokolwiek słowa. Po prostu stała zastygła w miejscu, ledwo łapiąc oddech i czując się jak wpędzona w kozi róg, co właściwie nie było znów tak dalekie od prawdy.
Oczy Yvesa zabłysły z satysfakcją. Coś w wyrazie jej twarzy musiało sprowokować go do tego, by podjąć wątek:
– Jesteśmy ze sobą związani – oznajmił wprost, gładząc się po nieogolonej szczęce. – Ugryzłem cię. To ja uczyniłem cię sobie podobną… Albo raczej uczynię, bo do tego niezbędna jest pełnia. – Dla podkreślenia swoich słów uniósł głowę i spojrzał na prawie niewidzialny przez okno skrawek nieba. – Zobaczysz, że to wcale nie będzie takie złe. Początki nie są najlepsze… Jednak ty jesteś silna, prawda Alessiu? To jedno Licavolim trzeba przyznać. – Kolejne nieprzyjemne błyski w ciemnych oczach. – Rodzina ucieszy się na twój widok. O ile przeżyjesz, oczywiście.
Do czego zmierzał? Nie miała pojęcia, ale słuchając jego słów, czuła jak ciarki przebiegają ją po plecach.
– Jesteś szalony – zarzuciła mu, nie dbając już o to, co mogłaby powiedzieć i jakie mogłyby być tego konsekwencje. Puścił jej słowa mimo uszu, dlatego dodała: – Zapłacisz za to.
– Na to liczę – stwierdził i jego słowa po raz kolejny wprawiły ją w konsternację, ku jego wyraźnemu zadowoleniu.
Parsknął, ale sama nie była pewna czy to pogarda, czy śmiech. Tym bardziej zaskoczył ją tym, że jak gdyby nigdy nic odwrócił się i odszedł, bez wątpienia nie zamierzając opuszczać hali, ale to i tak nie miało znaczenia. Zignorował ją, tak po prostu, a to z jakiegoś powodu doprowadzało ją do szaleństwa.
Wciąż stała, drżąca i oszołomiona, kiedy Riddley zdecydował się przerwać panującą ciszę:
– Czekaj! – rzucił, a do jego głosu wkradła się gniewna nuta. Yves przystanął, po czym obejrzał się za siebie. – W co to pogrywasz?
– A co masz na myśli? – odparował, choć po wyrazie jego twarzy widać było, że doskonale rozumiał o co chodzi.
– Nie taki był plan – przypomniał mu nerwowo Riddley. – Ten tam – skinął głową w stronę Amuna – miał zabrać kobietę i stąd spadać, byleby nie narobić nam kłopotów. A my…
– My co, Riddley? – Tym razem do głosu Yvesa wkradło się zniecierpliwienie, może nawet gniew.
Zawahał się na moment, poza tym zerknął na Alessię, Esme i Grace, najdłużej zatrzymując wzrok na tej ostatniej, choć to równie dobrze mogło być tylko wrażenie. Wyraz jego twarzy się nie zmienił, a Ali przez ułamek sekundy była przekonana, że jednak odpuści albo zaciągnie swojego rozmówcę w jakiegoś bardziej odludne miejsce, Riddley jednak postanowił ją zaskoczyć:
– Powiedziałeś, że tylko ją nastraszymy. Że to sposób na to, żeby odegrać się na Arielu za te wszystkie idiotyczne zachowania – oznajmił, zaciskając dłonie w pięści. – Jego nawet tutaj nie ma.
– Przyjdzie – odparł Yves zaskakująco łagodnie, z przekonaniem.
– A jeśli nie? – Riddley potrząsnął głową. – Zresztą nieważne. Mieliśmy nastraszyć dziewczynę i Ariela, a jednak teraz wygląda na to, że zadrzemy z Dworem! Powiedziałeś…
Urwał, a wszystko potoczyło się tak gwałtownie, że Alessia właściwie tego nie dostrzegła. Choć Yves zdążył oddalić się na dobrych kilka metrów, teraz zawrócił, poruszając się z taką szybkością, że niewiele brakowało, żeby jego kontury się zamazały. Skoczył do przodu, dopadając do Riddleya, po czym bezceremonialnie uderzył wilkołaka zwiniętą pięścią w twarz, tak mocno, że tamten zatoczył się do tyłu, lądując na przeciwległej ścianie.
Grace cicho zaskomlała ze swojego kąta, Alessia zaś poczuła, jak Esme stanowczo ciągnie ją do tyłu, wyraźnie zaniepokojona. Yves nawet nie zwrócił na nie uwagi, od razu podchodząc do krwawiącego z wargi wilkołaka. Riddley klął cicho pod nosem, powoli ponosząc się z klęczka i plując krwią, której szkarłatne plamy poznaczyły już i tak brudną podłogę. Pomijając jego głos, w magazynie zapadła wręcz nieprzenikniona cisza, przerywana co najwyżej ciężkim dyszeniem oraz walącymi sercami tych, którzy mogli poszczycić się wciąż bijącym pulsem.
Gdzieś z drugiego końca sali doszedł jakiś szmer. Dopiero spoglądając w tamtą stronę, Ali zorientowała się, że w pomieszczeniu znajduje się więcej osób niż wcześniej podejrzewała. Nie rozumiała, jak mogła przegapić chyba z tuzin podobnych do siebie, umięśnionych mężczyzn, bez wątpienia dzieci księżyca. Wcześniej jakoś niespecjalnie zwracali uwagę na to, co działo się w koło, ale atak na Riddleya najwyraźniej wydał im się czymś niezwykle interesującym, bo teraz cała grupa uważnie przypatrywała się ojcu Ariela.
Sam Riddley jeszcze nie zdołał dźwignąć się na nogi, gdy Yves w pośpiechu do niego dopadł. Obaj byli masywni – umięśnieni, niebezpieczni i wysocy – a jednak Alessia nagle w niezwykle wyrazisty sposób dostrzegła dzielącą ich przepaść. Yves wydawał się górować, w jednej chwili nie tylko groźny, ale też… no cóż, potężny. Kiedy chwycił Riddleya za ramię i szarpnięciem postawił go do pionu, wyglądało to trochę tak, jakby ojciec właśnie przygotowywał się do skarcenia wyjątkowo niesfornego dziecka. Co więcej, wilkołak wcale nie wyglądał tak, jakby zamierzał się wyrwać – po prostu znieruchomiał, pozwalając, żeby Yves robił z nim wszystko to, co mogłoby przyjść mu do głowy.
Grace znowu jęknęła, skomląc niczym wystraszone szczenię, co w obecnej sytuacji wydawało się jeszcze bardziej ironiczne. Alessia aż wzdrygnęła się, kiedy dziewczyna znikąd pojawiła się u jej boku. Na ułamek sekundy wymieniły krótkie spojrzenia; blondynka wzdrygnęła się i odsunęła, ostatecznie stawiając na dumę i założywszy ramiona na piersi, znieruchomiała i już tylko wodziła wzrokiem po całym pomieszczeniu, szukając czegokolwiek, czym mogłaby się zając.
– Czy masz coś jeszcze do dodania, Riddley? – wysyczał Yves, ponownie skupiając uwagę wszystkich na sobie. Zacisnął drugą dłoń na ramieniu wilkołaka, ten zaś obserwował go powściągliwie, może nawet z pokorą. Patrzył mu w oczy, ale nie wprost, podświadomie wyczuwając, kiedy należy się wycofać. – Podważasz moją wiarygodność? Nie ufasz mi? – drążył dalej ojciec Ariela, coraz bardziej podenerwowany.
– Nie. – Riddley nawet się nie zawahał. Znów splunął krwią, ale poza tym jego głos zabrzmiał pewnie i czysto.
Yves przymknął oczy, po czym wypuścił powietrze ze świstem. Chwilę jeszcze trzymał Riddleya, jakby chcąc podkreślić swoją wyższość, zanim ostatecznie zdecydował się go puścić. W przeciwieństwie do tego, jak wcześniej potraktował Grace, wyglądało to niemal delikatnie, Riddley zresztą bez trudu uchwycił równowagę. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji i pomijając rozciętą wargę, można by było odnieść wrażenie, że pomiędzy mężczyznami nic takiego się nie wydarzyło.
Atmosfera wciąż wydawała się dziwnie napięta, ale emocje opadły, przynajmniej pozornie. Yves nareszcie się odsunął, po czym ruszył w swoją stronę, tym razem nie zatrzymany przez nikogo. Alessia nie mogła oderwać od niego wzroku, dlatego zauważyła, że przy drzwiach na moment zatrzymał się jeszcze, żeby szepnąć coś do jednego z wilkołaków, które obserwowały ich ze sporej odległości. Nie znała imion poszczególnych dzieci księżyca, ale tamten mężczyzna wydał jej się znajomy, a po dłuższym zastanowieniu uświadomiła sobie, że to był jeden z tych, którzy towarzyszyli Riddleyowi tego pierwszego wieczoru, kiedy jeszcze na terenie Akademii Nocy przybyła wraz z Quinnem i Hayley na skwer, żeby spotkać się z River Song. Może nawet pamiętała jego imię, ale nie potrafiła go przywołać, wątpiła zresztą, żeby jego znajomość jakkolwiek poprawiła sytuację w której się znajdowała.
– Nic ci nie jest? – Ciszę przerwał melodyjny, nieco niepewny głos Grace.
Wzdrygnęła się i spojrzała na nią z niedowierzaniem, przekonana, że ta zwróciła się do niej, szybko jednak uprzytomniła sobie swoją pomyłkę. Grace stała w niezmienionej pozycji, wciąż ze skrzyżowanymi na piersiach ramionami, jej błękitno zielone oczy zaś utkwione były w twarzy… Riddleya. Brwi Alessi momentalnie powędrowały ku górze, zwłaszcza, że prędzej spodziewałaby się, że świnie nauczą się latać a piekło zamarznie niż tego, że dziewczyna właściwie bez powodu zainteresuje się samopoczuciem kogokolwiek innego prócz siebie – i że na dodatek mógłby być to ich potencjalny kat.
Riddley natychmiast się wyprostował, a wcześniejsze podobieństwo do skarconego dziecka zniknęło równie nagle, co się pojawiło. Spojrzał na Grace ostro, tak, że ta cofnęła się o krok i spoważniała, machinalnie przybierając pozycję obronną. Ze swoją muskulaturą oraz znaczoną blizną twarzą o ostrych rysach, naprawdę wyglądał groźnie i Alessi nieprawdopodobnym wydało się to, że Yves mógł nad nim aż do tego stopnia górować. Riddley nie był słaby i nawet jeśli przez chwilę wydawało się inaczej, teraz najwyraźniej zamierzał wszystkim przypomnieć, że pozory mylą.
– Nie potrzebuję niczyjego współczucia, a już na pewno nie jakiejś pieprzonej, chłepcącej krew wampirki, a już na pewno nie mieszańca – oznajmił lodowatym tonem.
Grace uciekła wzrokiem gdzieś w bok i zacisnęła usta. Cokolwiek sobie myślała, chociaż raz zdecydowała się zachować rozsądnie i zostawić swoje uwagi dla siebie. Swoją drogą, gdyby nie była taka wredna, Alessi może nawet zrobiłoby jej się żal.
– Och, daj spokój Riddley! – zawołał z drugiego końca pomieszczenia ten, któremu wcześniej podszepnął coś Yves. – Wampirka czy nie, jest niezwykle urodziwa. – Wyszczerzył się w uśmiechu, po czym bez pośpiechu zaczął przemierzać salę, kierując się w ich stronę.
– Taa… – Riddley westchnął, a jego spojrzenie na ułamek sekundy na powrót powędrowało w stronę Grace. Wzdrygnęła się, zupełnie jakby poraził ją prąd. – Cokolwiek wymyśliłeś, odpuść, Bart – uciął oschle, wzruszył ramionami i w pośpiechu odszedł, podążając śladem Yvesa.
– Daj spokój – żachnął się Bart. – Nie zachowuj się jak jakiś pies ogrodnika, tylko…
– Powiedziałem: daj sobie spokój. To nie twoja liga, jasne? – warknął gniewnie. – Żadna z nich nie jest. Trzymaj ptaka w spodniach, bo inaczej postaram się o to, żeby ci odleciał – zagroził, a Alessię przebiegł lodowaty dreszcz, kiedy uprzytomniła sobie o czym ta dwójka właśnie otwarcie dyskutowała.
Bart wzruszył ramionami, ale odpuścił. Przejmował się Riddleyem czy nie… Cóż, jedno było pewne: nie zamierzał nic im zrobić.
Na razie.

3 komentarze:

  1. Rozdział pisany trochę w pospiechu. Jestem już na walizkach, więc to ostatni rozdział, który publikuję w tym tygodniu - kolejny dopiero 14 lipca, kiedy wrócę z Kołobrzegu. Mam nadzieję, że mnie nie zabijecie, zwłaszcza, że zostawiam sporo niewiadomych =)
    Pozdrawiam i do napisania,
    Nessa.

    OdpowiedzUsuń
  2. Hej, przepraszam, że znowu ominęłam tyle rozdziałów i nie zostawiłam po sobie żadnego komentarza, ale jak mówiłam - ból głowy był nie do wytrzymania. Teraz czuję się już znacznie lepiej i przeczytałam rozdziały raz jeszcze - i jestem nimi zachwycona. Oczywiście mam teraz ochotę urwać Ci głowę za to, że zostawiłaś tyle niewiadomych, ale każdy ma prawo do wakacji =)
    Wrócę teraz na momencik do rozdziału o Katherine i Arielu... Okej - Kath jest telepatką tak jak wampiry i miała naprawdę nie fają historię życia. I nie lubię jej matki ._. tak samo jak nie lubię Lili - czy jakkolwiek się jej imię odmienia xD - od początku wiedziałam, że dziewczyna coś kręci ._.
    Amun, Yves i Riddley - wielka trójca zła -.- dobra Riddley'a jeszcze przecierpię, ale Yves'a oraz Amuna to ja naprawdę nie cierpię -.- nie sądziłam, że nasz jakże kochany władca kobiet i wszystkiego co się rusza będzie chciał nadal mieć Esme dla siebie. No, ludzie proszę - niech mu ktoś przemówi do rozsądku - ona jest z Carlisle'm i nie sądzę, aby zgodziła się z nim, gdziekolwiek iść .-.
    Grace - ech, niech już już ten Bart sobie weźmie tylko niech jej usta czymś zatka, żeby nie krzyczała xD - taa, to co się z nią stanie jest mi naprawdę obojętne ^^ nie przepadałam za nią od pierwszego momentu, kiedy się pojawiła, tak więc jeśli masz zamiar ją uśmiercić będzie mi to obojętne xD
    Rozdziały były niezwykłe i oczywiście wciągające, a ja już się nie mogę doczekać następnego rozdziału ;) teraz byle się doczekać 14.07!
    Pozdrawiam,

    Gabrysia :3

    PS - miłego wypoczynku! ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Cały czas nie rozumiem, po co Amunowi Esme... Jejku, to co się wydarzyło w Egipcie nie odstanie się i on nic na to nie poradzi... Coś czuję, że tutaj chodzi po prostu o urażoną męską dumę czy coś w tym stylu...On chce pewnie się odegrać za wszystko. Mężczyźni często zachowują się podobnie do Amuna, kiedy ktoś ich urazi czy coś... Ale Esme miała rację- ona nie musiała spełniać jego żądań, a on nie powinien tak traktować Kebi. No ale cóż on został wychowany i przemieniono go w innych czasach i w innym zakątku Ziemii niż Esme. Jednak to nic nie tłumaczy i Amun źle traktuje kobiety i tyle -.-
    Nawet na pewien sposób współczuję Grace tego, w jaki sposób wilkołaki Yves`a się nią interesują... Wiem, że ona jest taka dziwna, przejmuje się tylko swoim wyglądem i przypomina taką pustą laleczkę, ale według mnie żadna kobieta nie zasługuje na takie traktowanie, nawet ta najgorsza...
    Nic tutaj nie sugeruję, ale coś czuję, że u Dzieci Księżyca może wybuchnąć coś w rodzaju buntu... Riddley nie wiedział o prawdziwych motywach postępowania Yves`a, jak widać... No i nie chce zadzierać z dworem. Ciekawe, co z tego wyniknie :)
    Czekam już na 14.07 :)
    Pozdrawiam no i udanych wakacji :)
    lilka24

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa