
Layla
Layla
czuła się coraz bardziej zniecierpliwiona. Dobrze, nigdy nie była specjalnie
cierpliwa, ale tym razem chodziło o coś zupełnie innego, bardziej
skomplikowanego. Od nadmiaru sprzecznych myśli i obaw, które coraz
częściej dochodziły do głosu, zaczynała boleć ją głowa, jakby już samo
nadejście świtu nie stanowiło wystarczającego obciążenia.
Szpital był opustoszały i zaskakująco cichy,
a przynajmniej tak jej się wydawało. Kiedy minęła kolejna z kolei
godzina i nic nie wskazywało na to, by Esme miała w najbliższym
czasie się pojawić, Carlisle zaczął się niepokoić, a ostatecznie oboje
zdecydowali się przejść z Niebiańskiej Rezydencji do centrum, byleby się
czymś zająć. Być może powinna mieć do siebie o to pretensje, ale
niepewność co do własnych podejrzeń dręczyła ją do tego stopnia, że nie
potrafiła zmusić się do zamartwiania o cokolwiek albo kogokolwiek innego.
Tak czy inaczej, wiedziała, że to z jej powodu ostatecznie wylądowali
w szpitalu, jak na razie jednak nie potrafiła zmusić się do żałowania.
– Taa… A to podobno mnie okazyjnie odwala – usłyszała
znajomy głos Kristin.
– Odwala mi? – Uniosła brwi i zerknęła w głąb
korytarza, bynajmniej niezdziwiona widokiem dziewczyny ani tym, że wyszła
z gabinetu, który najpewniej zajmował Theo.
Kristin wydęła usta i lekko przekrzywiła głowę, żeby
przyjrzeć jej się pod innym kątem. Ciemne włosy opadły jej na twarz, kiedy
z iście wystudiowaną miną udawała, że musi się zastanowić.
– Tak mi się wdaje – zawyrokowała w końcu. – Powinnam
być ekspertką, ale co ja tam wiem? Tak czy inaczej, byłoby fajnie, gdyby
William chociaż raz miał rację – oznajmiła i jej twarz rozjaśnił nieco
złośliwy, aczkolwiek sympatyczny uśmiech.
– Świetnie. Teraz na dodatek okazuje się, że plotkujecie
sobie na mój temat! – jęknęła, kręcąc z niedowierzaniem głową.
– Co ja ci na to poradzę, szefowo? – Kolejny rozbrajający
uśmiech. – Kilka miesięcy sam na sam nawet teraz zobowiązuje.
Layla prychnęła, ale musiała przyznać jej rację. Niechętnie
wracała pamięcią do tamtych miesięcy sprzed lat, kiedy to doszło do rozłamu
grupy Lawrence’a, a zwłaszcza do tego, jak upokorzył ją Drake (niech
bogini ma go w opiece, tak z czystej solidarności względem Isabeau),
ale musiała przyznać, że czasami jej tego brakowało. Wtedy też bywało
w porządku, nawet jeśli do tej pory przerażały ją niektóre zachowania,
których się dopuszczała. No i to nie zmieniało faktu, że wtedy czuła się
odpowiedzialna za te dzieciaki – Kristin, Williama i Dianę – a Dylan
przez cały czas ją w tym dopingował.
Ledwo powstrzymała się od tego, by mimowolnie zadrżeć,
zaraz też odrzuciła od siebie przykre myśli i niechciane wspomnienia. Od
tamtego czasu zmieniło się wiele, by nie rzec, że wszystko. Diana nie żyła,
a i William cudem wyszedł z walki z wilkołakami oraz
telepatami podczas walki na klifie sprzed przeszło siedmiu lat. Teraz nie było
również Dylana i to właśnie ona miała jego krew na rękach. Jeśli
zastanowić się nad tym w ten sposób, mogły chyba z Kristin
stwierdzić, że z całej piątki miały największe szczęście… Może jeszcze
Will, bo przy ich ostatnim spotkaniu nie wyglądał na jakoś szczególnie
udręczonego.
– Wiesz co, Kris? – zagaiła, jakimś cudem będąc
w stanie wysilić się na szczery uśmiech. – Bardzo cieszę się, że cię nie
usmażyłam.
Parsknęła, po czym roześmiała się naprawdę szczerze.
Chociaż bez wątpienia pamiętała ten szał, a zwłaszcza moment,
w którym właśnie kosztem Kristin, Layli udało się odkryć nowe zastosowanie
daru. Nigdy o tym nie rozmawiały, ale podejrzewała, że tortury zadane
przez płomienie musiały na długo pozostać w pamięci pół-wampirzycy, nawet
jeśli teraz i ona była bardziej stabilna, a mniej szalona i nieprzewidywalna.
– To dlatego, że ja zawsze jestem taka gorąca – stwierdziła
z przekonaniem sama zainteresowana, filuternie trzepocąc rzęsami
i w prowokujący sposób potrząsając biodrami.
– Kto jest gorący? – wtrącił się Theo, bez ostrzeżenia
materializując się tuż u boku Kristin.
Layla rzuciła jej znaczące spojrzenie spod lekko
uniesionych brwi. Już dawno zastanawiała się, jak to pomiędzy nimi jest,
Kristin jednak wolała zgrywać pewną siebie, pozbawioną słabych punktów, szybko
jednak miękła, kiedy w pobliżu znajdował się Theo. Tym razem też tak było,
zanim jednak zdecydowała odwrócić się w stronę wampira (celowo zamachując
się włosami tak, by podrażnić się z nim zapachem swojej krwi, co
w innym wypadku zdecydowanie nie byłoby mądrym posunięciem), rzuciła Layli
pełne wyższości spojrzenie mówiące coś w stylu „Niedoczekanie twoje”.
– Jak to kto? Ja, oczywiście! – żachnęła się, wywracając
oczami. – A tak na poważnie, właśnie próbowałam poprawić Layli humor –
dodała.
– A, tak. Cześć – zreflektował się, w końcu zwracając
uwagę na kogoś innego niż Kristin. – I jak jej idzie? – zapytał,
a sądząc po minie dziewczyny, mógł równie dobrze zapytać o to, jak
bardzo już nawaliła.
– Hm, to zależy – przyznała szczerze Layla. – Gorący
temperament Kristin jest dobry na wszystko, ale ja i tak wolałabym cos
bardziej konkretnego – wyjaśniła, nie kryjąc rozdrażnienia.
– Mam coś gorętszego od temperamentu – zaoponowała Kristin
– a jeśli chodzi o konkrety…
Layla westchnęła i wzniosła oczy ku niebu. Dobrze, to
była Kristin. A Theo był na dobrej drodze do zdobycia jakiejś nagrody
specjalnej za to, że potrafił do niej wpłynąć.
Wampir mrugnął do niej porozumiewawczo i przez ułamek
sekundy miała płonną nadzieję na to, że coś wie, ale nawet jeśli tak było,
najwyraźniej nie zamierzał niczego jej powiedzieć, zwalając odpowiedzialność na
Carlisle’a i zmuszając ją do tego, żeby nadal musiała czekać. Zirytowało
ją to, tym bardziej, że takie zachowanie momentalnie skojarzyło jej się
z Rufusem. Do diabła, wszyscy faceci byli tacy irytujący z tym swoim
odwlekaniem ważnych spraw w czasie, czy może to ona non stop natrafiała na
jakiś odrębny gatunek?
Dobrze, może przesadzała, bo Carlisle ostrzegał ją, że
jeśli upiera się na badanie krwi, będzie musiała chwilę poczekać – a więc
przynajmniej godzinę. Była tak zdesperowana, że doszła do wniosku, iż
kilkadziesiąt minut jej nie zbawi, nie przypuszczała jednak, że wtedy czas
zacznie się tak niesamowicie ciągnąć. Zwłaszcza, że już wiedziała,
a przynajmniej chciała wiedzieć. Przecież przeczuwała to od dawna, poza
tym istoty takie jak ona cieszyły się wyjątkowo wyostrzonym instynktem
i to nie tylko samozachowawczym. Co z tego, że nie była jeszcze
w pełni wampirem? Była na dobrej drodze, poza tym miała zostać matką,
a ta powinna być w stanie przewidzieć, czy jej dziecko żyje. To, że
straciła jedno dziecko, jeszcze o niczym nie świadczyło. Nie musiało…
Och, to było takie trudne! A jeśli jednak się okaże,
że jej przeczucia są słuszne i jednak była w mnogiej ciąży,
a drugie dzieci wciąż żyło? Minęło tyle czasu od tej pierwszej tragedii…
Co jeśli temu maleństwu również coś było? Technika w tym wieku była słabo
rozwinięta, nawet w Mieście Nocy. Skoro przegapili drugie dziecko, czego
jeszcze mogli nie przewidzieć? Nawet jeśli dostanie potwierdzenie, skąd
pewność, że wkrótce nie przeżyje tego samego koszmaru po raz drugi – dokładnie
tak, jak od początku obawiał się tego Rufus?
O bogini, nie pozwól. Nie pozwól, żeby mojej kruszynce
cokolwiek się stało, posłała
w myślach cichą modlitwę, całą sobą próbując uwierzyć w to, że to ma
jakikolwiek sens. Musiała mieć szansę. Bliźnięta Isabeau były dowodem na to, że
jakakolwiek istniała, nawet jeśli przypadek jej siostry w istocie był
czymś zgoła innym od tego, co przeżywała ona sama.
Być może tylko sobie to wyobraziła, ale w odpowiedzi
na prośby posłane Selene, poczuła przyjemne ciepło, rozchodzące się po całym
jej ciele. To było coś zupełnie innego od panującego na zewnątrz zaduchu albo
pociągającej ją w ciemność gorączki, która tak zaniepokoiła Rufusa,
a po której zostało już jedynie nieprzyjemne, zamazane wspomnienie. Tym
razem przypominało to trochę to, czego doświadczała, kiedy przywoływała ogień –
rozkoszne ciepło bijące od płonącego kominka albo to, co czuła, kiedy ciepła
bryza bawiła się jej włosami i pieściła skórę. Nagle ogarną ją spokój i poczucie
bezpieczeństwa, zupełnie jakby jej własny żywioł dawał jej do zrozumienia, że
nic nie może pójść źle, że będzie już tylko dobrze. Cicha obietnica, przeczucie
w odpowiedzi na modlitwę – coś o czym wiedziała, że musi być
prawdziwe i zobowiązujące…
Nie była pewna czy szybciej zauważyła, czy wyczuła
Carlisle’a. Tak czy inaczej, momentalnie poderwała głowę i obejrzała się
w stronę z której nadszedł. Wciąż czuła ten nienaturalny spokój
i ciepło, zupełnie jakby oba w jakiś dziwny sposób zmaterializowały
się i teraz oblepiały jej ciało, zamykając ją w bańce, odpychającej
negatywne myśli, wspomnienia i wszystko to, czego mogłaby się obawiać. Nie
zirytowało ją nawet to, że doktor wyglądał po prostu na odprężonego (w miarę
możliwości, bo była pewna, że wciąż niepokoił się nieobecnością Esme),
a z wyrazu jego twarzy nie była w stanie niczego jednoznacznie
odczytać.
Nawet jeśli zaskoczyła go obecność Kristin i Theo, nie
dał tego po sobie poznać. Podszedł bliżej, spoglądając na nich
z zainteresowaniem.
– O czym rozmawiacie? – zapytał jak gdyby nigdy nic,
a Layla starała się nie robić sobie płonnej nadziei myślą o tym, że
zachowywałby się inaczej, gdyby miał jej powiedzieć coś przykrego.
– O temperaturze – odpowiedziała machinalnie, machając
lekceważąco ręką.
– O seksie – wtrącił w tym samym momencie Theo.
Kristin prychnęła, dostając jakiegoś dziwnego ataku czegoś
na pograniczu śmiechu i kaszlu. Bezceremonialnie wyswobodziła się
z objęć wampira, po czym – wcale nie tak delikatnie – uderzyła czołem
o ścianę.
– Szlag!... Z kim ja się zadaję? – jęknęła, wciąż
przyciskając twarz do ściany. – Ja wiedziałam, że branie sobie lekarza na
partnera to marny pomysł! Kiedyś byłam cudownie normalna…
– „Kiedyś” to znaczy kiedy? – wtrąciła Layla. – Poza tym,
musisz przyznać, że masz jakąś słabość do lekarzy – dodała prowokująco,
ignorując zaciekawione spojrzenie Theo.
Kristin zerknęła na nią zza kurtyny ciemnych włosów. Na jej
ustach zamajaczył blady półuśmiech, który jednak starannie ukryła przed Theo.
– No co? – zapytała, wydymając usta. – Sama uważałaś, że
Sebastien jest… hm, był smaczniutki.
– Sebastien? – mruknął Theo tonem pozornie obojętnym, gdyby
nie pociemniały mu oczy.
Layla ledwo powstrzymała się od uśmiechu. Po pierwsze, obie
z Kristin wiedziały, że Sebastien był człowiekiem. A po drugie,
lekarz, którego sprowadził dla Renesmee Lawrence, kiedy jeszcze miał na
telepatów jakikolwiek wpływ, nie miał żadnego związku z Kristin, poza tym,
że podobnie jak wszystkich innych telepatów, pociągała ich krążąca w jego
żyłach krew.
No cóż, sądząc po minie, dziewczyna nie zamierzała się
z Theo tymi szczegółami w najbliższym czasie dzielić.
– River Song? – odgryzła się Kristin, odsuwając od ściany
i zaplatając ramiona na piersi.
Atmosfera momentalnie zgęstniała, przynajmniej pomiędzy tą
dwójką. Layla wyczuła na sobie naglące spojrzenie Carlisle’a, więc nieznacznie
skinęła głową i bez pośpiechu zaczęła przesuwać się w głąb korytarza.
Razem odeszli prawie do zakrętu, zanim doktor zdecydował się na to, by się
odezwać.
– Wybacz, że tyle musiałaś czekać – powiedział, po czym na
ułamek sekundy obejrzał się za siebie. – W ostatnim czasie potrafią tak
cały czas – dodał, zupełnie jakby którekolwiek z nich mogło mieć wpływ na
wiszącą w powietrzu sprzeczkę.
– Och, jasne. Kilka miesięcy niańczenia Kristin – przypomniała,
unosząc rękę do góry jak w szkole i wywracając oczami.
– Racja – zreflektował się z uśmiechem. Zaraz po tym
spoważniał, co było tak wyraźną zmianą, że aż się wzdrygnęła. – Laylo…
Energicznie potrząsnęła głową.
– Po prostu mi powiedz – powiedziała stanowczo. Spróbowała
odszukać w sobie wcześniej odczuwane ciepło oraz związany z nim
spokój. Uczepiła się tych najlepszych emocji, próbując przemienić je
w siłę, której w ostatnim czasie tak bardzo potrzebowała. – Nawet
jeśli to miałoby być zaprzeczenie… – Nie dokończyła, by przypadkiem nie
ryzykować słabości.
– Nie przywykłem do przynoszenia bliskim złych wieści –
stwierdził z przekonaniem, spoglądając jej w oczy. Jego własne
wydawały się nie tylko jaśniejsze niż zwykle, ale i wyjątkowo pogodne.
Wstrzymała oddech, mając wrażenie, że za moment ze
zdenerwowania stanie jej również serce. Cholera, wtedy to dopiero Rufus
popadnie w samo zachwyt – w końcu zaledwie kilka godzin wcześniej
robił wszystko, bo wiedział, że jest bliska śmierci. Co prawda myśl
o staniu się nieumarłym, tak jak on, była stosunkowo dziwna, a już na
pewno niepokojąca, zwłaszcza, że śmierć miała swoje konsekwencje, ale…
Do diabła, o czym ona myślała? W głowie miała
mętlik i nawet ten cudem uzyskany spokój zaczynał być coraz trudniejszy do
utrzymania, tak jak i niemal niemożliwym nagle okazała się możliwość tego,
żeby się rozluźnić. Czuła, że jest coraz bardziej spięta i niepewna, choć
jednocześnie nie mogła oprzeć się wrażeniu, że swoimi słowami Carlisle już coś
jej sugerował. A ona powinna doskonale zdawać sobie sprawę z tego co.
– Mój Boże, przestraszyłem cię – zorientował się,
spoglądając na nią z zaskoczeniem, ale i swego rodzaju poczuciem
winy. Zamrugała nieco nieprzytomnie, zastanawiając się nad tym, jaki wyraz
twarzy musiała mieć. – Laylo, kochanie, wszystko jest w porządku. Nie mam
pojęcia, dlaczego wcześniej się nie zorientowaliśmy, ale…
Mówił coś jeszcze, ale właściwie nie słuchała, nie tylko
oszołomiona, ale wręcz bliska omdlenia. Nawet nie zdawała sobie sprawy
z tego, jak bardzo jest spięta, póki nie spróbowała rozluźnić mięśni.
Dłuższa chwila minęła, zanim uporządkowała sobie wszystko w głowie
i dopuściła do świadomości to, co przecież już wiedziała po rozmowie
z Williamem, a co w końcu doczekało się potwierdzenia.
Zachwiała się, choć i tego nie byłaby świadoma, gdyby
Carlisle nie zamilkł i w pośpiechu nie ujął jej za łokieć, by łatwiej
mogła utrzymać równowagę. Zamrugała pośpiesznie i raz jeszcze spojrzała
w jego złociste tęczówki, wyrażające jakże wielkie szczęście, ale
i niepokój – z jej powodu albo nieobecności Esme.
– Dobrze się czujesz? – zapytał ją dla pewności, co wcale
ją nie zdziwiło, bo sama czuła się tak, jakby była z porcelany
i nawet najdelikatniejszy ruch mógł równać się tragedii.
– Jak ktoś, kto właśnie zaczyna wierzyć w cuda –
wyszeptała, wciąż oszołomiona, potrząsając z niedowierzaniem głową. Szok
powoli mijał, a do niej zaczynało docierać to, co działo się wokół niej. –
Jak ktoś… – zaczęła raz jeszcze, ale urwała, nie będąc w stanie znaleźć
najwłaściwszych słów.
Zapiekły ją oczy, ale z łatwością powstrzymała łzy. Co
prawda tym razem płacz był dobry, ale nie chciała pozwolić sobie na okazywanie
jakichkolwiek gwałtownych emocji, przynajmniej w tej chwili. Nie
spodziewała się tego, ale radość, która w tej chwili powinna być czymś
naturalnym, wcale nie nadeszła w takiej postaci, jakiej mogłaby oczekiwać.
W zasadzie uczucie to wydawało się przytłumione, a ona sama już nie
była pewna dlaczego chciało jej się płakać, tak jak i nie była pewna, co
powinna teraz zrobić.
Nie umarło. Jedno z jej dzieci wcale nie umarło, ale…
Ale wciąż mogło.
Ta myśl ją poraziła, dlatego szybko odepchnęła ją od
siebie. Do tej pory nic się nie działo, a skoro maleństwo przetrwało tak
dużo czasu, powinna być dobrej myśli. Nie interesowało ją to, jakim cudem do
tego doszło i dlaczego tyle czasu minęło, zanim zorientowała się, co
takiego się dzieje. Sądziła, że wariuje, a jednak tak nie było. Sądziła…
Och, na pewno musiała powiedzieć Rufusowi. Musiała mu
powiedzieć, nie tyle po to, żeby znalazł jakieś wyjaśnienie tego, że drugie
dziecko przeżyło, bo to najmniej ją interesowało. Chciała wiedzieć, co robić
dalej. Miała szansę, nie straciła przynajmniej ten jednej kruszynki
i teraz była gotowa nawet dać się pokroić, byleby donosić ciążę. Od
nadmiaru doznań nadal kręciło jej się w głowie i jednocześnie czuła
się bardziej pobudzona niż kiedykolwiek wcześniej. Nie potrafiła tego opisać,
tak jak wyrazić słowami wielu innych rzeczy, zwłaszcza doznań, ale to nie miało
żadnego znaczenia. Liczyło się to, że w końcu wszechogarniający smutek,
który wydawał się ciążyć jej niczym olbrzymi ciężar, w końcu zaczął
znikać, pozostawiając po sobie jedynie żal, który już chyba zawsze miał jej
towarzyszyć – bo jakby nie patrzeć, kogoś jednak straciła.
Ale ciebie nie stracę, pomyślała z przekonaniem. Ciebie już nie…
– Jasne, że nie stracisz – zapewnił ją nieoczekiwanie
Carlisle, a ona z opóźnieniem uprzytomniła sobie, że wypowiedziała te
słowa na głos. Zatrzepotała powiekami, zaskoczona. – Laylo, wszystko jest
w porządku.
– Wiem o tym – mruknęła i z zaskoczeniem
przekonała się, że chyba w to wierzy. – Jestem tylko… – Pokręciła głową,
po czym wzruszyła ramionami. Carlisle wciąż obserwował ją uważnie, najwyraźniej
nie będąc w stanie nadążyć za jej zmiennymi nastrojami. Nie zważając na to,
bezceremonialnie zarzuciła mu obie ręce na szyję, w końcu dając upust
radości, którą do tej pory w sobie tłumiła. – Dziękuje.
Odwzajemnił uścisk, bynajmniej nie mniej zaskoczony.
Cullenowie już zdążyli się zorientować, że wciąż miała swego rodzaju opór, kiedy
chodziło o jakikolwiek fizyczny kontakt z mężczyzną – może pomijając
Rufusa, ale on był poza wszelakimi kategoriami, nie tylko w jej
klasyfikacji.
Myśląc o tym, uprzytomniła sobie, że musi się
z nim zobaczyć. Co prawda nie żałowała tego, że uciekła z laboratorium,
poza tym wciąż miała w głowie mętlik, ale to teraz miało najmniejsze
znaczenie. Potrzebowała go, nie tyle przez wzgląd na wiedzę, ale przez sam fakt
tego, że był sobą. Dość ironiczne, jeśli wziąć pod uwagę to, że jeszcze kilka godzin
wcześniej była gotowa zrobić wszystko, byleby uciec z dala od tego
wszystkiego, co miało jakiekolwiek znaczenie. Teraz zamierzała tam wrócić,
o ile oczywiście nie zirytował się do tego stopnia, by czymś w nią
rzucić, kiedy tylko stanie w progu.
Hm, kiedy powie mu, że się pomylił (no dobrze, tylko nie
przewidział takiej możliwości, ale w jego mniemaniu to było to samo) na
pewno miał coś rozwalić. A tak swoją drogą…
– No tak, nie żebym był złośliwy – usłyszała i aż się
wzdrygnęła, pośpiesznie odsuwając od Carlisle’a, żeby móc obejrzeć się za
siebie – ani nic z tych rzeczy…
– Nie przesadzaj, Lucas – przerwał bratu Matt. – Obaj
wiemy, że nie masz wyczucia. Ja też nie. – Zerknął na Laylę. – Gratulację, po
raz drugi zresztą – powiedział i na ułamek sekundy udało mu się uśmiechnąć.
– Tak czy inaczej, jemu – spoważniał i zerknął na swojego towarzysza –
chodzi o to, że mamy problem – oznajmił.
Obaj Pavarotti stali przy załamaniu korytarza, chociaż
Layla nie przypominała sobie, by wcześniej ich wyczuła albo chociaż usłyszała.
A jednak pojawili się obaj, co w zasadzie nie było dziwne, bo Lucas
i Matthew rzadko się rozdzielali. Cóż, przynajmniej ona zwykle widywała
ich razem, choć była pewna, że każdy z nich prowadzi indywidualne życie
towarzyskie – i to dość bogate, choć jakby na przekór tych dwóch plotkarzy
nigdy nie mówiło niczego na swój temat.
Natychmiast uderzyła ją nie tylko napięta nuta
w głowie Matthew, ale przede wszystkim to, że obaj bracia wyglądali na
wyjątkowo zaniepokojonych. To nie było normalne, podobnie jak i intensywne
błyski w rubinowych oczach dwójki wampirów.
– Taa… Lucas jest poważny – stwierdziła, mówiąc cokolwiek,
byleby przerwać panującą ciszę.
– Co się stało? – zapytał Carlisle, decydując się na coś
bardziej praktycznego.
Pavarotti wymienili krótkie spojrzenia, jakby podejrzewali,
co takiego może go niepokoić.
– To jedna z tych sytuacji, kiedy zaczynam żałować
bliskiej przyjaźni z Dimitrem: traktuje nas jak chłopców na posyłki. Tak
czy inaczej, mamy dwie wiadomości – odezwał się w końcu Lucas. – Jedna zła…
– … a druga pewnie jeszcze gorsza – dokończył
spokojnie Matt. – No to którą chcecie najpierw?
Wróciłam! Boziu, nie sądziłam, że aż tak się stęsknię za możliwością pisania - a jednak. Niby tylko tydzień, ale mam nadzieję, że nie wypadłam z rytmu i rozdział się spodoba.
OdpowiedzUsuńZ dedykacją dla wszystkich czytających,
Nessa.
Rozdział
OdpowiedzUsuńświetny :) Jejku, jak ja się cieszę, że jednak Layla nie straciła
jednego z dzieci. A jak na to zareaguje Rufus?
Potyczki Theo i Kristin to ja po prostu kocham <3 To jest to, nie ma
co ;3 Już sobie wyobrażam minę Carlisle'a, kiedy Theo powiedział mu, o
czym rozmawiają... To musiało być coś epickiego xD
No i co za wieści mają dla nich Pavarotti? Jak coś złego się dzieje
to nie wiem czemu, ale od razu myślę o wilkołakach...
Czekam już na nn
Pozdrawiam i do napisania ;*
PS. Przepraszam, że ten komentarz i reszta tych, co ukażą się do końca
tygodnia będą takie krótkie, ale obecnie jestem na wakacjach (też
Kołobrzeg, ale okolice), a mój telefon i pakiet internetowy, jaki
wykupiłam uniemożliwiają mi pisanie dłuższych. Niestety :/
Wróciłaś! Mam nadzieje, ze wypoczynek się udał i wróciłaś opalona =)
OdpowiedzUsuńczekałam dzień w dzień na nowy rozdział. Mimo, że wiedziałam, kiedy pojawi się rozdział i tak zaglądałam tu codziennie. Po pierwsze - nowy wygląd. Podoba mi się i przyjemnie się czyta.
A po drugie (trochę odskoczę od temstu) Grace przypomina mi Monicę .-. Dobrały się takie dwie idiotki. Ale to teraz w tej chwili nie jest ważne :3
Dopiero wróciłaś, a ja juz mam ochotę cie udusić za to jak skończyłaś rozdział ¤__¤ pewnie chodzi o porwanie Alessi przez wilkołaki i o to, że Ariela jeszcze nie ma. Lub coś jeszcze innego. :3
Layla jest teraz taka szczęśliwa, że ma to dziecko *_* no i jak ją zapewniają nie straci go ^^ Kristin jak zwykle mnie powala. I ta jej słabość do lekarzy :3 br, przypomniał mi się rozdział, kiedy ten biedak został zamordowany. O ile się nie mylę to wpadł na coś ostrego i rozcięło go na kilka części, tak? Ewentualnie coś podobnego :3
Rozdział był świetny, a ja juz się nie mogę doczekać następnego.
Pozdrawiam i kolorowych snów
Gabrysia.
PS - komentarz niezbyt mi wyszedł, ale jestem chora (brawa dla mnie) i starałam się napisać jak najlepiej ♡