25 czerwca 2014

Sto pięćdziesiąt

Esme
Dom był cichy, kiedy Esme dotarła na miejsce. Nie była pewna, kogo powinna się spodziewać, ale najwyraźniej ani Allegry, ani Marco nie było w pobliżu – i chwała, przynajmniej przez wzgląd na tego drugiego. Sama nie była już pewna, co powinna myśleć o przymusowym współlokatorze, ale nawet jeśli wampir w ostatnim czasie nie dawał powodów do tego, żeby traktować go jak wroga, to i tak ciężko było oswoić się z jego obecnością oraz tym, że cały czas kręcił się w pobliżu.
Dobrze, zdecydowanie mu nie ufała. Co więcej, czasami miała ochotę w pośpiechu się ewakuować, zwłaszcza kiedy zdarzało mu się na nią patrzeć. Zdążyła oswoić się z wampirami o czerwonych oczach – w końcu w Mieście Nocy było ich pełno – ale w ojcu Licavolich było coś, co przyprawiało ją o dreszcze, zwłaszcza kiedy zdarzało mu się zamyślać… Albo kiedy patrzył na Allegrę – wtedy wydawał się równie nieobecny, co i niepokojący, zupełnie jak zwierzę.
Przestała o tym myśleć, bez pośpiechu kierując się w stronę głównego wejścia. Niebo nad jej głową powoli jaśniało, przybierając barwy błękitu, różu i pomarańczy. Już nie pamiętała, jak to jest być człowiekiem, ale nie żałowała tego, zwłaszcza, że jako śmiertelniczka uwiązana koniecznością snu i słabościami ludzkiego ciała, bardzo rzadko miała okazję obserwować wschód słońca. Teraz stanowiło to coś równie normalnego, jak i możliwość szybkiego poruszania się albo sposób, w jaki na jej bladą skórę wpływały pierwsze słoneczne promienie.
W pamięci wciąż miała zagniewaną, wyraźnie oszołomioną Laylę oraz jej słowa. Nie od razu pojęła, co dziewczyna ma na myśli, ale już po kilku minutach zorientowała się i ta świadomość dosłownie wytrąciła ją z równowagi. Ach, to nie powinno być możliwe, ale…? Właściwie dlaczego nie? Przecież niejednokrotnie przekonali się, że bliźnięta w istocie są zasadą, jeśli chodziło o telepatów, a jednak nawet nie przyszło im do głowy, by wziąć to pod uwagę w przypadku Layli. Może chodziło o całe to zamieszanie, najpierw z Marco, a później z Alessią i Arielem, a może po prostu o to, że Rufus nie był uzdolniony… Nie miała pewności, ale właściwie jakie to miało w tym momencie znaczenie?
W powietrzu unosił się słodki zapach kwiatów oraz owocowych drzew, które składały się na otaczający dom Allegry ogród. Najbardziej charakterystyczna wydawała się woń cytrynowych drzewek – tych sentymentalnych roślin, które już od pierwszej wizyty w Mieście Nocy wprawiały Isabeau w dziwny nastrój. Teraz wszystko było jasne, a jednak Esme nie potrafiła wyobrazić sobie, że tamtym miejscu mogło dojść do tragedii. Co prawda śmierć już dawno powinna stać się częścią jej codzienności, a jednak czasami wciąż miała wątpliwości i nie czuła się wcale uodporniona, nawet mimo upływu tych wszystkich lat, które spędzili w tym miejscu. Kiedy pojawili się Licavoli i Renesmee, wiele się zmieniło, a jednak czasami wciąż miała wrażenie, że stoi w miejscu.
Była blisko werandy, kiedy wyczuła delikatny ruch za swoimi plecami. Machinalnie spięła się i niespokojnie obejrzała za siebie, uważnie lustrując wzrokiem skąpany w pierwszych promieniach słońca ogród. W pierwszym odruchu uznała, że wszystko jest w najzupełniejszym porządku i dopiero po chwili dotarło do niej, że niekoniecznie.
Za jednym z drzew – rozłożystym, wiekowym już dębem – zamajaczył jakiś cień. Zanim zorientowała się, czy ma powody do obaw, zza pnia wyszła drobna, szczupła dziewczyna o jasnych włosach i nienagannej sylwetce. Pierwszym, co zwróciło uwagę Esme, był niezdecydowany odcień jej tęczówek – dziwna, zielono-niebieska barwa, w jakiś pokrętny sposób nadająca nieśmiertelnej uroku. Co więcej, dziewczyna bez wątpienia była pół-wampirzycą, o czym świadczył słodki zapach jej krwi oraz nienaturalnie przyśpieszone bicie serca.
Blondynka podeszła bliżej, odrobinę niepewnym, ale pełnym gracji krokiem. Na sobie miała białą bluzkę z odważnym dekoltem, plisowaną spódniczkę przez kolano oraz najwyżej siedmiocentymetrowe obcasy, które w zetknięciu z ubitą ziemią trawnika, wydały głuchy odgłos.
– Dzień dobry – odezwała się pierwsza, wyraźnie lekko skonsternowana tym, że ktokolwiek ją przyłapał. Esme cofnęła się, zwracając w jej stronę i dochodząc do wniosku, że dziewczyna na pewno nie ma złych zamiarów. – Nie chciałam nikogo nachodzić, ale… No cóż, szukam kogoś – oznajmiła, uśmiechając się w przyjazny sposób.
Miała ładny, całkiem sympatyczny uśmiech, podobnie jak i głos. Co więcej, wydała się znajoma, choć Esme nie potrafiła sobie przypomnieć, gdzie mogła ją wcześniej widzieć.
– Mogę ci jakoś pomóc? – zapytała i trochę zaskoczyła ją rezerwa we własnym głosie. Nie wiedziała dlaczego, ale machinalnie pomyślała o szpitalu i o tym, że ładna dziewczyna mogłaby tam pracować… Szukała Carlisle’a?
– Jeśli to by nie był kłopot… Pani ma na imię Esme, prawda? – zgadła, a wampirzyca zmartwiała. Znała ją? – Damien mi powiedział.
– Damien ci… – Zamrugała, w końcu pojmując. – Och, w takim razie ty musisz być…
– Grace – podpowiedziała usłużnie, znów wysilając się na blady uśmiech.
To dlatego wydała się znajoma! Oczywiście, że wiedziała, że Damien od jakiegoś czasu się z kimś spotyka… No dobrze, może to było zbyt mocne słowo, ale co innego powinna była sądzić po dość wymownych uwagach Aldero i Camerona? Nie raz spoglądała na nich karcąco, zwłaszcza, że nie wydawali się jakoś szczególnie zachwyceni tym, że to właśnie na Grace ostatecznie skoncentrował się ich kuzyn.
Uśmiechnęła się, czując lekkie zażenowanie i jednocześnie uspokojona. Tak, cała ta napięta sytuacja zdecydowanie jej nie służyła, skoro nawet taki drobiazg napawał ją niepokojem.
– Przepraszam cię, Grace – powiedziała, tym razem zdecydowanie pogodniejszym tonem. – Zaskoczyłaś mnie trochę i… Długo czekasz? – zmieniła temat, spoglądając na dziewczynę przychylniejszym tonem.
– Najwyżej kwadrans – odparła lekko. – Szukałam Damiena, ale w domu nikogo nie było, a tutaj… Widziałam panią Allegrę, ale się śpieszyła, poza tym towarzyszył jej jakiś mężczyzna, dlatego wolałam nie zawracać im głowy – mruknęła wymijająco. – Pomyślałam sobie, że może Damien tutaj będzie albo że ktoś powie mi, gdzie powinnam go szukać – dodała, przechodząc do rzeczy.
Głos miała spokojny, ale w sposobnie w jaki zacisnęła usta i zmrużyła oczy, Esme doszukała się swego rodzaju niezadowolenia albo konsternacji. No cóż, jeśli się nie myliła, tutaj nie chodziło wyłącznie o uprzejmość względem Allegry oraz jej towarzysza, ale o samego Marco – oraz to, że wampir miał w sobie coś jak niewerbalne ostrzeżenie, które sprawiało, że każdy machinalnie wolał trzymać się od niego z daleka.
Grace przeczesała złociste włosy palcami, odgarniając je na ramię. Wyglądała na zniecierpliwioną, przynajmniej na pierwszy rzut oka, by robiła wszystko, byleby ukryć emocje. Wbrew temu, co można było wywnioskować z uwag Aldero i Cammy’ego, naprawdę wydawała się miła.
– Nie mam pojęcia, gdzie może być Damien, kochanie – przyznała, uśmiechając się przepraszająco – ale jestem pewna, że niedługo się do ciebie odezwie – dodała z przekonaniem. Kto jak kto, ale jej prawnuk był na tyle dobrze ułożony, że nie wyobrażała sobie, by kogokolwiek zawiódł.
– Mam nadzieję. – Grace westchnęła, po czym wywróciła oczami. – Mam również nadzieję, że będzie miał dobre wytłumaczenie. Mieliśmy zobaczyć się wczoraj, ale najwyraźniej postanowił mnie wystawić – dodała z nutką goryczy.
– Hm… Damien się nie pojawił? – Dobrze, takie traktowanie kobiet nie było do niego podobne.
Grace mruknęła coś w odpowiedzi, dopiero po chwili pojmując, co takiego kryło się za tym pytaniem.
– Och, to nie do końca tak, że ma wobec mnie jakiekolwiek zobowiązania – powiedziała pośpiesznie, choć wcale nie miała powodów do tego, by komukolwiek się tłumaczyć. – On nie jest moim chłopakiem, nie jest moim… Po prostu dobrze nam się rozmawia.
Wyglądała na poruszoną albo przynajmniej zażenowaną – Esme nie miała pewności. Tak czy inaczej, dziewczyna wydawała się zmartwiona i rozdrażniona, a zachowanie Damiena samo w sobie wydawało się nietypowe.
Grace zawahała się, sprawiając wrażenie chętnej do tego, by się wycofać i odejść.
– To pewnie z powodu Alessi… Wszyscy martwimy się o jego siostrę – powiedziała spokojnie, machinalnie próbując chłopaka uspokoić. – Nie jestem pewna, gdzie może być. W ostatnim czasie zwykle wszyscy jesteśmy poza domem, ale na pewno nie musisz się o nic martwić, Grace.
– Och, no jasne… – Dziewczyna zmarszczyła brwi. – Wszyscy wiedzą o Alessi.
Nie zabrzmiało to szczególnie przyjemnie.
Cóż, kolejny istotny fakt o którym na pewno wspominał kiedyś Aldero: Grace i Alessia najwyraźniej niespecjalnie za sobą przepadały…
Dramaty nastolatków bywały naprawdę beznadziejne.
– Mogę ci jeszcze w czymś pomóc, Grace? – zapytała w końcu, chcąc przerwać niezręczną ciszę.
– Nie… Nie sądzę – przyznała, po czym westchnęła cicho. – Ale dziękuję pani.
– Możesz mi mówić Esme – odparła machinalnie. Nie była pewna, co o dziewczynie sądzić, ale jej intencje wydawały się mimo wszystko szczere. – To miłe, że martwisz się o Damiena. Chyba tego potrzebuje.
– Ja też potrzebowałam. – Wzruszyła ramionami. – Ja… Nie jestem pewna, co mówiła o mnie Alessia, ale jej również nie życzę źle. Od początku nie podobała mi się cała ta sprawa z wilkołakami, ale gdybym próbowała coś jej powiedzieć, pewnie i tak by nie posłuchała.
– Ali podejmowała swoje decyzje. – Esme zawahała się na moment. – Każdy z nas powinien.
Grace nie odpowiedziała, ale w jej oczach pojawiła się konsternacja, jakby mimo wszystko rozważała przyznanie jej racji.
Jakkolwiek prezentowały się jej relacje z Damienem czy pozostałymi, Esme nie potrafiła do końca określić, w jaki sposób powinna się do Grace odnosić. Nawet jeśli istniały jakieś powody, które sugerowałyby, że z dziewczyną jest cokolwiek nie tak, wydawała się sympatyczna, poza tym – jakby nie patrzeć – szczerze zmartwiona.
– Może wejdziesz? – zaryzykowała. – Przyszłam co prawda na chwilę, żeby wziąć kilka rzeczy, ale skoro już tutaj jesteś… Coś do picia? – zaproponowała.
Grace uniosła brwi, jakby zaproszenie było ostatnią rzeczą, której się spodziewała, ale ostatecznie wysiliła się na uśmiech i skinęła głową. Esme czuła się trochę niepewnie, ale naprawdę nie wyobrażała sobie, że mogłaby odesłać dziewczynę z niczym. Kimkolwiek była, jej relacje z Damienem były na tyle złożone, żeby chciała go szukać – w takim wypadku uzasadnionym wydało się, by zachować się wobec nie choć odrobinę przyjaźnie.
Poza tym, widząc jej rozczarowanie, naprawdę zrobiło jej się z powodu żal.
Drzwi nie były zamknięte na klucz, ale to nie stanowiło żadnej nowości – tylko ktoś szalony pokusiłby się o próbę wdarcia do zamieszkanego przez wampiry domu, zwłaszcza w Mieście Nocy. Esme uchyliła je, wpuszczając Grace do środka i zachęcająco kiwając w kierunku kuchni.
– Zaraz wracam, w porządku? – rzuciła na odchodne, pośpiesznie kierując się w stronę prowadzących na piętro schodów.
Grace nie odpowiedziała, ale też nie zaprotestowała, więc Esme doszła do wniosku, że może ją bez wyrzutów sumienia zostawić. Wbiegła na górę ludzkim, ale stosunkowo szybkim tempem, przeskakując po kilka stopni na raz i zupełnie machinalnie kierując się w stronę pomieszczenia, gdzie Carlisle miał swój gabinet. Mogła trafić tam z zamkniętymi oczami, podobnie jak i do ich wspólnej sypialni, umiejscowionej w głębi korytarza, niemal na samym końcu.
Przechodząc przez korytarz, minęła pokój Allegry, sypialnie gościnną (tymczasowo zajmowaną przez Marco, ale gdyby określiła pomieszczenie mianem „jego pokoju”, zabrzmiałoby to tak, jakby miał zamieszkać z nimi na stałe) oraz wiecznie zamknięte drzwi, gdzie mieściła się dawna sypialnia zmarłego brata Isabeau. Było jeszcze kilka pomieszczeń, między innymi te, które przed wyprowadzą do Niebiańskiej Rezydencji zamieszkiwali Beau i jej synowie, a także łazienka oraz ukryte drzwi na rzadko używane poddasze. Zważywszy na wielkość i układ domu, Esme zawsze podejrzewała, że jest również coś więcej, ale nigdy nie pytała o to Allegry, a i ta najwyraźniej nie widziała powodów, by zdradzać wszystkie tajemnice.
W myślach odliczyła zamknięte drzwi po lewej stronie, ostatecznie zatrzymując się przed dębowymi, ulokowanymi mniej więcej w połowie korytarza. Ustąpiły bez problemu, dzięki czemu bez trudu wślizgnęła się do środka, wchodząc do znajomego pokoju, którego ściany praktycznie w całości pokrywały regały z książkami oraz stare fotografie i malunki, które tak dobrze znała. Natychmiast otoczył ją charakterystyczny zapach drewna, papieru oraz słodyczy, którą byłaby w stanie rozpoznać wszędzie, bo nawet teraz miała ją na sobie, wymieszaną z jej własnym zapachem. Bez pośpiechu przemierzając gabinet i ostrożnie stąpając po miękkim, ciemnozielonym dywanie, koncentrowała się przede wszystkim na zajmującym centralną część masywnym biurku, w pamięci mając te wszystkie razy, kiedy zastała tutaj Carlisle’a, pochylonego nad jakimiś papierami albo jedną z książek… A przynajmniej zwykle zajmował się tym, póki nie zdecydowała się mu przerwać.
Obeszła biurko, po czym opadła na stojący za nim skórzany fotel, na moment koncentrując się wyłącznie na zapachu jego właściciela. Grace czeka, a ty masz coś do zrobienia, skarciła się w duchu, szybko biorąc się w garść i nachylając, by dostać się nie tyle do licznych szuflad, co do niewielkiej szafki, gdzie – jak wiedziała – Carlisle zwykle trzymał swoją lekarską torbę oraz to, co wiązało się z jego pracą, kiedy już decydował się zabrać szpitalne sprawy do domu. Zgodziła się pójść, bo potrzebowała chwili na ochłonięcie, żeby przypadkiem bardziej nie speszyć Layli i nie robić jej płonnych nadziei, ale to wcale nie znaczyło, że rozłąka sprawiała jej przyjemność.
Otworzyła szafkę i zsunąwszy się z fotela, przykucnęła, by móc lepiej przejrzeć jej wnętrze. Bez trudu dostrzegła torbę i wyjęła ją, wcześniej dla pewności sprawdzając, czy wzięła wszystko, co miało być jej potrzebne. Musiała wracać na dół, a później – kiedy już odprawi Grace z poczuciem, że zachowała się właściwie – jak najszybciej zamierzała dostać się do Niebiańskiej Rezydencji i…
I właśnie wtedy rozległ się dźwięk tłuczonego szkła.
Zesztywniała cała i poderwała się gwałtownie, jedynie cudem nie wywracając biurka. Torba wysunęła jej się z rąk, ale nawet nie usłyszała jej upadku, nie tyle z powodu tłumiącego dźwięki dywanu, co urywanego krzyku Grace. To był zaledwie ułamek sekundy i dźwięk prawie natychmiast się urwał, ale słyszała go doskonale i to wystarczyło, by cała zmartwiała ze strachu i niepokoju.
Zamarła, nasłuchując. Z opóźnieniem uprzytomniła sobie, że w napięciu nawet wstrzymała oddech, dzięki czemu tym bardziej była świadoma obecności kogoś w domu. Doskonale słyszała przyśpieszone tętno Grace, ale sama dziewczyna zamilkła, co było nawet gorsze niż gdyby nadal krzyczała albo mamrotała coś pod nosem.
Był jeszcze ktoś. Wyczuwała go, poza tym doskonale słyszała ciężkie, zdecydowane kroki dochodzące z dołu.
A skoro ona była świadoma obecności intruza, ten tym bardziej musiała wiedzieć, że była tutaj.
Ucieczka. To była pierwsza myśl, zresztą najbardziej sensowna. Gdyby była sama, bez wahania wycofałaby się do okna, a potem wydostała na zewnątrz, żeby nie ryzykować konfrontacji, ktokolwiek znajdował się na dole. Była pewna, że to nie był człowiek, ale również nie wampir, bo słyszała ciężki oddech i pulsowanie krwi, jakże różne od tętna, które miała Grace. W normalniej sytuacji to również nie miałoby znaczenia, ale to było Miasto Nocy, a ona wiedziała już, że nawet bijące serce oraz krew nie umniejszają szans przeciwnika. Była wampirzycą, ale co z tego, skoro istniały istoty równie silne i pewne siebie, a intruz najwyraźniej taki był, skoro zdecydował się wejść do domu.
No i tam była Grace. Nie mogła jej zostawić i ta świadomość miała w sobie coś przygnębiającego.
Skup się. Co niejednokrotnie powtarzał Nessie Gabriel?, pomyślała. Machinalnie jej myśli skierowały się w stronę Licavolich, bo chłopak – w przeciwieństwie do łagodnie usposobionego Carlisle’a – nie miał żadnych skrupułów, jeśli chodziło o udzielnie swojej partnerce kilku praktycznych porad. Co prawda znała kilka sztuczek, jeśli chodziło o walkę wręcz, ale te zdałyby egzamin, gdyby podstawowym celem w istocie była ucieczka.
Ach… Jeśli nie mogła rzucić się do biegu, rozsądniej było się skradać. Na całe szczęście jej serce od dawna nie biło, a oddech był zbędny, więc pozostanie w całkowitym bezruchu oraz ciszy, stanowiło dziecinną wręcz igraszkę. Jako że dom przepełniony był zapachem wampirów, również pod tym względem wydawała się mieć przewagę – przynajmniej w teorii.
Broń. Czasami dobrze jest mieć przy sobie coś, co można uznać za broń…
Hm, pomyśleć, że na początku jedynie pokręciła głową, dochodząc do wniosku, że Gabriel podchodzi do tej kwestii z zaskakująco widocznym entuzjazmem.
Machinalnie rozejrzała się po gabinecie, chyba pierwszy raz spoglądając na otaczające ją przedmioty nie tyle z sentymentem, co w bardziej praktyczny sposób. W znamienitej większości do dyspozycji miała… książki! Ale co w związku tym? Miała zakraść się do kuchni, ogłuszyć przeciwnika pierwszym z brzegu tomem i wraz z Grace rzucić się do ucieczki? Brzmiało marnie i była tego świadoma.
Nie, potrzebowała czegoś innego.
Myśląc o tym, bardzo ostrożnie i w miarę bezszelestnie, otworzyła pierwszą z szuflad, zerkając do środka. Jakieś kartki, długopisy i ołówki… Tak, tylko pod warunkiem, że na dole kręcił się ktoś taki jak Rufus. Chyba, że to był Rufus albo ktoś znajomy, a ona robiła z siebie idiotkę, ale to wydawało się zbyt prostym rozwiązaniem.
Szukała dalej, coraz bardziej podenerwowana. Znalazła jakieś dokumenty ze szpitala (za dużo pracy – zdecydowanie) i jeszcze innych drobiazgów, mniej lub bardziej przydatnych, ale to też wydawało się prezentować marnie.
I właśnie wtedy zauważyła nóż.
W zasadzie to było ciężkie, ale niezbyt groźnie wyglądające ostrze – takie, którego kiedyś używało się do otwierania korespondencji. Jako że sama miała słabość do antyków, pewnie powinna być zachwycona, ale teraz nie miała nawet czasu na to, by mu się dokładniej przyjrzeć i zwrócić uwagę na takie detale, jak chociażby wykonanie. Jeśli chodziło o definicję „broni”, ten nóż wydawał się całkiem dobrze w nią wpasowywać, a przynajmniej stanowił coś lepszego niż iście z pustymi rękami. Mogła zdać się na wampirzą siłę i prędkość, ale obawiała się, że intruz wyróżnia się pod tym względem niemniej niż ona, a przy tym potrafi wykorzystać swoje atuty w znacznie pewniejszy sposób.
Nie zastanawiając się dłużej, wyślizgnęła się na korytarz. Ostrze wydawało jej się ciążyć, ale przynajmniej poczuła się z nim pewniej. Przemieszczając się bezszelestnie, przez cały czas nasłuchiwała, ale wszystko wskazywało na to, że intruz nie opuścił kuchni, choć to bynajmniej nie sprawiło, żeby poczuła się bezpieczna.
Dotarcie do schodów okazało się proste, zwłaszcza bacząc na to, jak bardzo czuła się spięta. Również stopnie pokonała bezszelestnie, w korytarzu przywierając do ściany i równie cicho przesuwając się w stronę kuchni. Teraz wyraźnie słyszała dwa bijące serca oraz oddechy, łącznie z wyróżniającym się nienaturalnie przyśpieszonym tempem pulsem Grace.
Z braku lepszych pomysłów podeszła bliżej – a potem pośpiesznie weszła do środka, decydując się ujawnić oraz rozeznać się w sytuacji.
I zamarła.
Nie dalej jak trzy metry od niej, pośród odłamków szkła z wybitego okna, stał mężczyzna. Natychmiast zwróciły się na nią ciemne, nieco sarkastyczne oczy, usta nieznajomego zaś wygięły się w coś na kształt cynicznego uśmiechu. Miał surowy wyraz twarzy, ostre rysy, a także sylwetkę, której pozazdrościłby mu niejeden zawodowy ciężarowiec. Był od niej większy, silniejszy, a masą ciała przewyższał ją przynajmniej dwukrotnie, więc ewentualna kwestia walki wręcz była z góry przesądzona… Na jej niekorzyść, oczywiście.
Och, no i był wilkołakiem – a w jego ramionach, blada i spięta, trwała Grace.
– Żartujesz sobie? – Brwi mężczyzny powędrowały ku górze, kiedy dostrzegł ostrze w jej dłoniach. Śmiech stał się bardziej drapieżny i nieznośny. – Lepiej to odłóż, bo jeszcze komuś stanie się krzywda… – Obnażył nierówne, żółte zęby i dla podkreślenia swoich słów, brudnym paznokciem przesunął po odsłoniętym gardle Grace. – A teraz porozmawiajmy sobie poważnie. Gdzie jest dziewczyna?

2 komentarze:

  1. Mówiłam Ci, że idziesz z tymi
    rozdziałami jak burza? Jeśli nie, to mówię to teraz... Wczoraj wieczorem
    był jeden rozdział, a już teraz jest kolejny... Podziwiam za szybkość,
    naprawdę...
    Dobra, teraz już coś o rozdziale...
    Podoba mi się bardzo. Rozdziały z perspektywy Esme są bardzo ciekawe.
    Ten również. Jednak wie, co Layla miała na myśli... No cóż, bhyba każda
    kobieta na jej miejscu by się domyśliła, o co chodzi...
    No i jeszcze ta Grace. Coś czuję, że między nią a Damienem może być coś
    więcej, niż zwykła przyjaźń... Ale z czasem się okaże, co z tego wyjdzie
    :) Dawniej nie przepadałam za Grace, ale teraz widzę, że dziewczyna nie
    jest w cale taka zła..
    Najbardziej intryguje mnie to, kim jest ten mężczyzna, który zaatakował
    Grace... No wiem tylko tyle, że jest wilkołakiem... Czy to jeden z tych
    spotkanych przez Ariela w Lille? Pytając, gdzie jest dziewczyna, ten
    mężczyzna miał na myśli Alessię, tak? No bo na pewno nie Grace...
    Czekam już niecierpliwie na nn :)
    Pozdrawiam i do napisania ;*
    lilka24

    OdpowiedzUsuń
  2. Przepraszam, że dopiero komentuje, ale ten cały tydzień - wszędzie testy i jeszcze miałam niezbyt przyjemny weekend. Ale to teraz nie ważne. Przeczytałam te wszystkie rozdziały w niecałe 15 minut i kolejne 15 minut zastanawiałam się co napisać. Chciałam aby brzmiało sensownie, ale chyba pozna godzina robi swoje.
    Damien się zmienił, ale dalej mu nie ufam. Kto wie co przyjdzie mu jeszcze do głowy. Na wszelki wypadek bądźmy ostrożni. (Dziwny zbieg okoliczności - ja się ciągle budzę o czwartej .-.)
    Hm, głupi wilkołak -.- nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że Grace jest w zmowie z tym wilkołakiem. A może to tylko ja tak myślę. Chociaż ja stawiam na jednego wilka z Lille. Chociaż, aby dostać się do Miasta Nocy trzeba się trochę wysilić. Albo... czy to możliwe, że Aaron każe posłać jakiegoś wilka po Alessię, aby ją sprawdzili do Lille? Och, ja sama nie wiem. Każdy rozdział przynosi teraz niespodzianki i niecierpliwość, kiedy nowy rozdział.
    Tak, wiec juz się nie mogę doczekać kolejnego rozdziału :3
    Dobranoc,

    Gabi. ♡

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa