
Esme
Dom
był cichy, kiedy Esme dotarła na miejsce. Nie była pewna, kogo powinna się
spodziewać, ale najwyraźniej ani Allegry, ani Marco nie było w pobliżu –
i chwała, przynajmniej przez wzgląd na tego drugiego. Sama nie była już
pewna, co powinna myśleć o przymusowym współlokatorze, ale nawet jeśli
wampir w ostatnim czasie nie dawał powodów do tego, żeby traktować go jak
wroga, to i tak ciężko było oswoić się z jego obecnością oraz tym, że
cały czas kręcił się w pobliżu.
Dobrze, zdecydowanie mu nie ufała. Co więcej, czasami miała
ochotę w pośpiechu się ewakuować, zwłaszcza kiedy zdarzało mu się na nią
patrzeć. Zdążyła oswoić się z wampirami o czerwonych oczach –
w końcu w Mieście Nocy było ich pełno – ale w ojcu Licavolich
było coś, co przyprawiało ją o dreszcze, zwłaszcza kiedy zdarzało mu się
zamyślać… Albo kiedy patrzył na Allegrę – wtedy wydawał się równie nieobecny,
co i niepokojący, zupełnie jak zwierzę.
Przestała o tym myśleć, bez pośpiechu kierując się
w stronę głównego wejścia. Niebo nad jej głową powoli jaśniało,
przybierając barwy błękitu, różu i pomarańczy. Już nie pamiętała, jak to
jest być człowiekiem, ale nie żałowała tego, zwłaszcza, że jako śmiertelniczka
uwiązana koniecznością snu i słabościami ludzkiego ciała, bardzo rzadko
miała okazję obserwować wschód słońca. Teraz stanowiło to coś równie
normalnego, jak i możliwość szybkiego poruszania się albo sposób,
w jaki na jej bladą skórę wpływały pierwsze słoneczne promienie.
W pamięci wciąż miała zagniewaną, wyraźnie oszołomioną
Laylę oraz jej słowa. Nie od razu pojęła, co dziewczyna ma na myśli, ale już po
kilku minutach zorientowała się i ta świadomość dosłownie wytrąciła ją
z równowagi. Ach, to nie powinno być możliwe, ale…? Właściwie dlaczego
nie? Przecież niejednokrotnie przekonali się, że bliźnięta w istocie są
zasadą, jeśli chodziło o telepatów, a jednak nawet nie przyszło im do
głowy, by wziąć to pod uwagę w przypadku Layli. Może chodziło o całe
to zamieszanie, najpierw z Marco, a później z Alessią
i Arielem, a może po prostu o to, że Rufus nie był uzdolniony…
Nie miała pewności, ale właściwie jakie to miało w tym momencie znaczenie?
W powietrzu unosił się słodki zapach kwiatów oraz owocowych
drzew, które składały się na otaczający dom Allegry ogród. Najbardziej
charakterystyczna wydawała się woń cytrynowych drzewek – tych sentymentalnych
roślin, które już od pierwszej wizyty w Mieście Nocy wprawiały Isabeau
w dziwny nastrój. Teraz wszystko było jasne, a jednak Esme nie
potrafiła wyobrazić sobie, że tamtym miejscu mogło dojść do tragedii. Co prawda
śmierć już dawno powinna stać się częścią jej codzienności, a jednak
czasami wciąż miała wątpliwości i nie czuła się wcale uodporniona, nawet
mimo upływu tych wszystkich lat, które spędzili w tym miejscu. Kiedy
pojawili się Licavoli i Renesmee, wiele się zmieniło, a jednak
czasami wciąż miała wrażenie, że stoi w miejscu.
Była blisko werandy, kiedy wyczuła delikatny ruch za swoimi
plecami. Machinalnie spięła się i niespokojnie obejrzała za siebie,
uważnie lustrując wzrokiem skąpany w pierwszych promieniach słońca ogród.
W pierwszym odruchu uznała, że wszystko jest w najzupełniejszym
porządku i dopiero po chwili dotarło do niej, że niekoniecznie.
Za jednym z drzew – rozłożystym, wiekowym już dębem –
zamajaczył jakiś cień. Zanim zorientowała się, czy ma powody do obaw, zza pnia
wyszła drobna, szczupła dziewczyna o jasnych włosach i nienagannej
sylwetce. Pierwszym, co zwróciło uwagę Esme, był niezdecydowany odcień jej
tęczówek – dziwna, zielono-niebieska barwa, w jakiś pokrętny sposób
nadająca nieśmiertelnej uroku. Co więcej, dziewczyna bez wątpienia była
pół-wampirzycą, o czym świadczył słodki zapach jej krwi oraz nienaturalnie
przyśpieszone bicie serca.
Blondynka podeszła bliżej, odrobinę niepewnym, ale pełnym
gracji krokiem. Na sobie miała białą bluzkę z odważnym dekoltem, plisowaną
spódniczkę przez kolano oraz najwyżej siedmiocentymetrowe obcasy, które
w zetknięciu z ubitą ziemią trawnika, wydały głuchy odgłos.
– Dzień dobry – odezwała się pierwsza, wyraźnie lekko
skonsternowana tym, że ktokolwiek ją przyłapał. Esme cofnęła się, zwracając
w jej stronę i dochodząc do wniosku, że dziewczyna na pewno nie ma
złych zamiarów. – Nie chciałam nikogo nachodzić, ale… No cóż, szukam kogoś –
oznajmiła, uśmiechając się w przyjazny sposób.
Miała ładny, całkiem sympatyczny uśmiech, podobnie jak
i głos. Co więcej, wydała się znajoma, choć Esme nie potrafiła sobie
przypomnieć, gdzie mogła ją wcześniej widzieć.
– Mogę ci jakoś pomóc? – zapytała i trochę zaskoczyła
ją rezerwa we własnym głosie. Nie wiedziała dlaczego, ale machinalnie pomyślała
o szpitalu i o tym, że ładna dziewczyna mogłaby tam pracować…
Szukała Carlisle’a?
– Jeśli to by nie był kłopot… Pani ma na imię Esme, prawda?
– zgadła, a wampirzyca zmartwiała. Znała ją? – Damien mi powiedział.
– Damien ci… – Zamrugała, w końcu pojmując. – Och,
w takim razie ty musisz być…
– Grace – podpowiedziała usłużnie, znów wysilając się na
blady uśmiech.
To dlatego wydała się znajoma! Oczywiście, że wiedziała, że
Damien od jakiegoś czasu się z kimś spotyka… No dobrze, może to było zbyt
mocne słowo, ale co innego powinna była sądzić po dość wymownych uwagach Aldero
i Camerona? Nie raz spoglądała na nich karcąco, zwłaszcza, że nie wydawali
się jakoś szczególnie zachwyceni tym, że to właśnie na Grace ostatecznie
skoncentrował się ich kuzyn.
Uśmiechnęła się, czując lekkie zażenowanie
i jednocześnie uspokojona. Tak, cała ta napięta sytuacja zdecydowanie jej
nie służyła, skoro nawet taki drobiazg napawał ją niepokojem.
– Przepraszam cię, Grace – powiedziała, tym razem
zdecydowanie pogodniejszym tonem. – Zaskoczyłaś mnie trochę i… Długo czekasz? –
zmieniła temat, spoglądając na dziewczynę przychylniejszym tonem.
– Najwyżej kwadrans – odparła lekko. – Szukałam Damiena,
ale w domu nikogo nie było, a tutaj… Widziałam panią Allegrę, ale się
śpieszyła, poza tym towarzyszył jej jakiś mężczyzna, dlatego wolałam nie
zawracać im głowy – mruknęła wymijająco. – Pomyślałam sobie, że może Damien tutaj
będzie albo że ktoś powie mi, gdzie powinnam go szukać – dodała, przechodząc do
rzeczy.
Głos miała spokojny, ale w sposobnie w jaki
zacisnęła usta i zmrużyła oczy, Esme doszukała się swego rodzaju
niezadowolenia albo konsternacji. No cóż, jeśli się nie myliła, tutaj nie
chodziło wyłącznie o uprzejmość względem Allegry oraz jej towarzysza, ale
o samego Marco – oraz to, że wampir miał w sobie coś jak niewerbalne
ostrzeżenie, które sprawiało, że każdy machinalnie wolał trzymać się od niego
z daleka.
Grace przeczesała złociste włosy palcami, odgarniając je na
ramię. Wyglądała na zniecierpliwioną, przynajmniej na pierwszy rzut oka, by
robiła wszystko, byleby ukryć emocje. Wbrew temu, co można było wywnioskować
z uwag Aldero i Cammy’ego, naprawdę wydawała się miła.
– Nie mam pojęcia, gdzie może być Damien, kochanie –
przyznała, uśmiechając się przepraszająco – ale jestem pewna, że niedługo się
do ciebie odezwie – dodała z przekonaniem. Kto jak kto, ale jej prawnuk
był na tyle dobrze ułożony, że nie wyobrażała sobie, by kogokolwiek zawiódł.
– Mam nadzieję. – Grace westchnęła, po czym wywróciła
oczami. – Mam również nadzieję, że będzie miał dobre wytłumaczenie. Mieliśmy
zobaczyć się wczoraj, ale najwyraźniej postanowił mnie wystawić – dodała
z nutką goryczy.
– Hm… Damien się nie pojawił? – Dobrze, takie traktowanie
kobiet nie było do niego podobne.
Grace mruknęła coś w odpowiedzi, dopiero po chwili
pojmując, co takiego kryło się za tym pytaniem.
– Och, to nie do końca tak, że ma wobec mnie jakiekolwiek
zobowiązania – powiedziała pośpiesznie, choć wcale nie miała powodów do tego,
by komukolwiek się tłumaczyć. – On nie jest moim chłopakiem, nie jest moim… Po
prostu dobrze nam się rozmawia.
Wyglądała na poruszoną albo przynajmniej zażenowaną – Esme
nie miała pewności. Tak czy inaczej, dziewczyna wydawała się zmartwiona
i rozdrażniona, a zachowanie Damiena samo w sobie wydawało się
nietypowe.
Grace zawahała się, sprawiając wrażenie chętnej do tego, by
się wycofać i odejść.
– To pewnie z powodu Alessi… Wszyscy martwimy się
o jego siostrę – powiedziała spokojnie, machinalnie próbując chłopaka
uspokoić. – Nie jestem pewna, gdzie może być. W ostatnim czasie zwykle
wszyscy jesteśmy poza domem, ale na pewno nie musisz się o nic martwić,
Grace.
– Och, no jasne… – Dziewczyna zmarszczyła brwi. – Wszyscy
wiedzą o Alessi.
Nie zabrzmiało to szczególnie przyjemnie.
Cóż, kolejny istotny fakt o którym na pewno wspominał
kiedyś Aldero: Grace i Alessia najwyraźniej niespecjalnie za sobą
przepadały…
Dramaty nastolatków bywały naprawdę beznadziejne.
– Mogę ci jeszcze w czymś pomóc, Grace? – zapytała
w końcu, chcąc przerwać niezręczną ciszę.
– Nie… Nie sądzę – przyznała, po czym westchnęła cicho. –
Ale dziękuję pani.
– Możesz mi mówić Esme – odparła machinalnie. Nie była
pewna, co o dziewczynie sądzić, ale jej intencje wydawały się mimo
wszystko szczere. – To miłe, że martwisz się o Damiena. Chyba tego
potrzebuje.
– Ja też potrzebowałam. – Wzruszyła ramionami. – Ja… Nie
jestem pewna, co mówiła o mnie Alessia, ale jej również nie życzę źle. Od
początku nie podobała mi się cała ta sprawa z wilkołakami, ale gdybym
próbowała coś jej powiedzieć, pewnie i tak by nie posłuchała.
– Ali podejmowała swoje decyzje. – Esme zawahała się na
moment. – Każdy z nas powinien.
Grace nie odpowiedziała, ale w jej oczach pojawiła się
konsternacja, jakby mimo wszystko rozważała przyznanie jej racji.
Jakkolwiek prezentowały się jej relacje z Damienem czy
pozostałymi, Esme nie potrafiła do końca określić, w jaki sposób powinna
się do Grace odnosić. Nawet jeśli istniały jakieś powody, które sugerowałyby,
że z dziewczyną jest cokolwiek nie tak, wydawała się sympatyczna, poza tym
– jakby nie patrzeć – szczerze zmartwiona.
– Może wejdziesz? – zaryzykowała. – Przyszłam co prawda na
chwilę, żeby wziąć kilka rzeczy, ale skoro już tutaj jesteś… Coś do picia? –
zaproponowała.
Grace uniosła brwi, jakby zaproszenie było ostatnią rzeczą,
której się spodziewała, ale ostatecznie wysiliła się na uśmiech i skinęła
głową. Esme czuła się trochę niepewnie, ale naprawdę nie wyobrażała sobie, że
mogłaby odesłać dziewczynę z niczym. Kimkolwiek była, jej relacje
z Damienem były na tyle złożone, żeby chciała go szukać – w takim
wypadku uzasadnionym wydało się, by zachować się wobec nie choć odrobinę
przyjaźnie.
Poza tym, widząc jej rozczarowanie, naprawdę zrobiło jej
się z powodu żal.
Drzwi nie były zamknięte na klucz, ale to nie stanowiło
żadnej nowości – tylko ktoś szalony pokusiłby się o próbę wdarcia do
zamieszkanego przez wampiry domu, zwłaszcza w Mieście Nocy. Esme uchyliła
je, wpuszczając Grace do środka i zachęcająco kiwając w kierunku
kuchni.
– Zaraz wracam, w porządku? – rzuciła na odchodne,
pośpiesznie kierując się w stronę prowadzących na piętro schodów.
Grace nie odpowiedziała, ale też nie zaprotestowała, więc
Esme doszła do wniosku, że może ją bez wyrzutów sumienia zostawić. Wbiegła na
górę ludzkim, ale stosunkowo szybkim tempem, przeskakując po kilka stopni na
raz i zupełnie machinalnie kierując się w stronę pomieszczenia, gdzie
Carlisle miał swój gabinet. Mogła trafić tam z zamkniętymi oczami, podobnie
jak i do ich wspólnej sypialni, umiejscowionej w głębi korytarza,
niemal na samym końcu.
Przechodząc przez korytarz, minęła pokój Allegry, sypialnie
gościnną (tymczasowo zajmowaną przez Marco, ale gdyby określiła pomieszczenie
mianem „jego pokoju”, zabrzmiałoby to tak, jakby miał zamieszkać z nimi na
stałe) oraz wiecznie zamknięte drzwi, gdzie mieściła się dawna sypialnia
zmarłego brata Isabeau. Było jeszcze kilka pomieszczeń, między innymi te, które
przed wyprowadzą do Niebiańskiej Rezydencji zamieszkiwali Beau i jej
synowie, a także łazienka oraz ukryte drzwi na rzadko używane poddasze.
Zważywszy na wielkość i układ domu, Esme zawsze podejrzewała, że jest
również coś więcej, ale nigdy nie pytała o to Allegry, a i ta
najwyraźniej nie widziała powodów, by zdradzać wszystkie tajemnice.
W myślach odliczyła zamknięte drzwi po lewej stronie,
ostatecznie zatrzymując się przed dębowymi, ulokowanymi mniej więcej
w połowie korytarza. Ustąpiły bez problemu, dzięki czemu bez trudu
wślizgnęła się do środka, wchodząc do znajomego pokoju, którego ściany
praktycznie w całości pokrywały regały z książkami oraz stare
fotografie i malunki, które tak dobrze znała. Natychmiast otoczył ją
charakterystyczny zapach drewna, papieru oraz słodyczy, którą byłaby
w stanie rozpoznać wszędzie, bo nawet teraz miała ją na sobie, wymieszaną
z jej własnym zapachem. Bez pośpiechu przemierzając gabinet
i ostrożnie stąpając po miękkim, ciemnozielonym dywanie, koncentrowała się
przede wszystkim na zajmującym centralną część masywnym biurku, w pamięci
mając te wszystkie razy, kiedy zastała tutaj Carlisle’a, pochylonego nad
jakimiś papierami albo jedną z książek… A przynajmniej zwykle
zajmował się tym, póki nie zdecydowała się mu przerwać.
Obeszła biurko, po czym opadła na stojący za nim skórzany
fotel, na moment koncentrując się wyłącznie na zapachu jego właściciela. Grace czeka, a ty masz coś do zrobienia, skarciła się w duchu, szybko biorąc się w garść
i nachylając, by dostać się nie tyle do licznych szuflad, co do
niewielkiej szafki, gdzie – jak wiedziała – Carlisle zwykle trzymał swoją
lekarską torbę oraz to, co wiązało się z jego pracą, kiedy już decydował
się zabrać szpitalne sprawy do domu. Zgodziła się pójść, bo potrzebowała chwili
na ochłonięcie, żeby przypadkiem bardziej nie speszyć Layli i nie robić
jej płonnych nadziei, ale to wcale nie znaczyło, że rozłąka sprawiała jej
przyjemność.
Otworzyła szafkę i zsunąwszy się z fotela,
przykucnęła, by móc lepiej przejrzeć jej wnętrze. Bez trudu dostrzegła torbę
i wyjęła ją, wcześniej dla pewności sprawdzając, czy wzięła wszystko, co
miało być jej potrzebne. Musiała wracać na dół, a później – kiedy już
odprawi Grace z poczuciem, że zachowała się właściwie – jak najszybciej
zamierzała dostać się do Niebiańskiej Rezydencji i…
I właśnie wtedy rozległ się dźwięk tłuczonego szkła.
Zesztywniała cała i poderwała się gwałtownie, jedynie
cudem nie wywracając biurka. Torba wysunęła jej się z rąk, ale nawet nie
usłyszała jej upadku, nie tyle z powodu tłumiącego dźwięki dywanu, co
urywanego krzyku Grace. To był zaledwie ułamek sekundy i dźwięk prawie
natychmiast się urwał, ale słyszała go doskonale i to wystarczyło, by cała
zmartwiała ze strachu i niepokoju.
Zamarła, nasłuchując. Z opóźnieniem uprzytomniła
sobie, że w napięciu nawet wstrzymała oddech, dzięki czemu tym bardziej
była świadoma obecności kogoś w domu. Doskonale słyszała przyśpieszone
tętno Grace, ale sama dziewczyna zamilkła, co było nawet gorsze niż gdyby nadal
krzyczała albo mamrotała coś pod nosem.
Był jeszcze ktoś. Wyczuwała go, poza tym doskonale słyszała
ciężkie, zdecydowane kroki dochodzące z dołu.
A skoro ona była świadoma obecności intruza, ten tym
bardziej musiała wiedzieć, że była tutaj.
Ucieczka. To była pierwsza myśl, zresztą najbardziej
sensowna. Gdyby była sama, bez wahania wycofałaby się do okna, a potem
wydostała na zewnątrz, żeby nie ryzykować konfrontacji, ktokolwiek znajdował
się na dole. Była pewna, że to nie był człowiek, ale również nie wampir, bo
słyszała ciężki oddech i pulsowanie krwi, jakże różne od tętna, które
miała Grace. W normalniej sytuacji to również nie miałoby znaczenia, ale
to było Miasto Nocy, a ona wiedziała już, że nawet bijące serce oraz krew
nie umniejszają szans przeciwnika. Była wampirzycą, ale co z tego, skoro
istniały istoty równie silne i pewne siebie, a intruz najwyraźniej
taki był, skoro zdecydował się wejść do domu.
No i tam była Grace. Nie mogła jej zostawić i ta
świadomość miała w sobie coś przygnębiającego.
Skup się. Co niejednokrotnie powtarzał Nessie Gabriel?, pomyślała. Machinalnie jej myśli skierowały się
w stronę Licavolich, bo chłopak – w przeciwieństwie do łagodnie
usposobionego Carlisle’a – nie miał żadnych skrupułów, jeśli chodziło
o udzielnie swojej partnerce kilku praktycznych porad. Co prawda znała
kilka sztuczek, jeśli chodziło o walkę wręcz, ale te zdałyby egzamin,
gdyby podstawowym celem w istocie była ucieczka.
Ach… Jeśli nie mogła rzucić się do biegu, rozsądniej było
się skradać. Na całe szczęście jej serce od dawna nie biło, a oddech był
zbędny, więc pozostanie w całkowitym bezruchu oraz ciszy, stanowiło
dziecinną wręcz igraszkę. Jako że dom przepełniony był zapachem wampirów,
również pod tym względem wydawała się mieć przewagę – przynajmniej
w teorii.
Broń. Czasami dobrze jest mieć przy sobie coś, co można
uznać za broń…
Hm, pomyśleć, że na początku jedynie pokręciła głową,
dochodząc do wniosku, że Gabriel podchodzi do tej kwestii z zaskakująco
widocznym entuzjazmem.
Machinalnie rozejrzała się po gabinecie, chyba pierwszy raz
spoglądając na otaczające ją przedmioty nie tyle z sentymentem, co
w bardziej praktyczny sposób. W znamienitej większości do dyspozycji
miała… książki! Ale co w związku tym? Miała zakraść się do kuchni,
ogłuszyć przeciwnika pierwszym z brzegu tomem i wraz z Grace
rzucić się do ucieczki? Brzmiało marnie i była tego świadoma.
Nie, potrzebowała czegoś innego.
Myśląc o tym, bardzo ostrożnie i w miarę
bezszelestnie, otworzyła pierwszą z szuflad, zerkając do środka. Jakieś
kartki, długopisy i ołówki… Tak, tylko pod warunkiem, że na dole kręcił
się ktoś taki jak Rufus. Chyba, że to był Rufus albo ktoś znajomy, a ona
robiła z siebie idiotkę, ale to wydawało się zbyt prostym rozwiązaniem.
Szukała dalej, coraz bardziej podenerwowana. Znalazła
jakieś dokumenty ze szpitala (za dużo pracy – zdecydowanie) i jeszcze
innych drobiazgów, mniej lub bardziej przydatnych, ale to też wydawało się
prezentować marnie.
I właśnie wtedy zauważyła nóż.
W zasadzie to było ciężkie, ale niezbyt groźnie wyglądające
ostrze – takie, którego kiedyś używało się do otwierania korespondencji. Jako
że sama miała słabość do antyków, pewnie powinna być zachwycona, ale teraz nie
miała nawet czasu na to, by mu się dokładniej przyjrzeć i zwrócić uwagę na
takie detale, jak chociażby wykonanie. Jeśli chodziło o definicję „broni”,
ten nóż wydawał się całkiem dobrze w nią wpasowywać, a przynajmniej
stanowił coś lepszego niż iście z pustymi rękami. Mogła zdać się na
wampirzą siłę i prędkość, ale obawiała się, że intruz wyróżnia się pod tym
względem niemniej niż ona, a przy tym potrafi wykorzystać swoje atuty
w znacznie pewniejszy sposób.
Nie zastanawiając się dłużej, wyślizgnęła się na korytarz.
Ostrze wydawało jej się ciążyć, ale przynajmniej poczuła się z nim
pewniej. Przemieszczając się bezszelestnie, przez cały czas nasłuchiwała, ale
wszystko wskazywało na to, że intruz nie opuścił kuchni, choć to bynajmniej nie
sprawiło, żeby poczuła się bezpieczna.
Dotarcie do schodów okazało się proste, zwłaszcza bacząc na
to, jak bardzo czuła się spięta. Również stopnie pokonała bezszelestnie,
w korytarzu przywierając do ściany i równie cicho przesuwając się
w stronę kuchni. Teraz wyraźnie słyszała dwa bijące serca oraz oddechy,
łącznie z wyróżniającym się nienaturalnie przyśpieszonym tempem pulsem
Grace.
Z braku lepszych pomysłów podeszła bliżej – a potem
pośpiesznie weszła do środka, decydując się ujawnić oraz rozeznać się
w sytuacji.
I zamarła.
Nie dalej jak trzy metry od niej, pośród odłamków szkła
z wybitego okna, stał mężczyzna. Natychmiast zwróciły się na nią ciemne,
nieco sarkastyczne oczy, usta nieznajomego zaś wygięły się w coś na
kształt cynicznego uśmiechu. Miał surowy wyraz twarzy, ostre rysy, a także
sylwetkę, której pozazdrościłby mu niejeden zawodowy ciężarowiec. Był od niej
większy, silniejszy, a masą ciała przewyższał ją przynajmniej dwukrotnie,
więc ewentualna kwestia walki wręcz była z góry przesądzona… Na jej
niekorzyść, oczywiście.
Och, no i był wilkołakiem – a w jego
ramionach, blada i spięta, trwała Grace.
– Żartujesz sobie? – Brwi mężczyzny powędrowały ku górze,
kiedy dostrzegł ostrze w jej dłoniach. Śmiech stał się bardziej drapieżny
i nieznośny. – Lepiej to odłóż, bo jeszcze komuś stanie się krzywda… –
Obnażył nierówne, żółte zęby i dla podkreślenia swoich słów, brudnym
paznokciem przesunął po odsłoniętym gardle Grace. – A teraz porozmawiajmy
sobie poważnie. Gdzie jest dziewczyna?
Mówiłam Ci, że idziesz z tymi
OdpowiedzUsuńrozdziałami jak burza? Jeśli nie, to mówię to teraz... Wczoraj wieczorem
był jeden rozdział, a już teraz jest kolejny... Podziwiam za szybkość,
naprawdę...
Dobra, teraz już coś o rozdziale...
Podoba mi się bardzo. Rozdziały z perspektywy Esme są bardzo ciekawe.
Ten również. Jednak wie, co Layla miała na myśli... No cóż, bhyba każda
kobieta na jej miejscu by się domyśliła, o co chodzi...
No i jeszcze ta Grace. Coś czuję, że między nią a Damienem może być coś
więcej, niż zwykła przyjaźń... Ale z czasem się okaże, co z tego wyjdzie
:) Dawniej nie przepadałam za Grace, ale teraz widzę, że dziewczyna nie
jest w cale taka zła..
Najbardziej intryguje mnie to, kim jest ten mężczyzna, który zaatakował
Grace... No wiem tylko tyle, że jest wilkołakiem... Czy to jeden z tych
spotkanych przez Ariela w Lille? Pytając, gdzie jest dziewczyna, ten
mężczyzna miał na myśli Alessię, tak? No bo na pewno nie Grace...
Czekam już niecierpliwie na nn :)
Pozdrawiam i do napisania ;*
lilka24
Przepraszam, że dopiero komentuje, ale ten cały tydzień - wszędzie testy i jeszcze miałam niezbyt przyjemny weekend. Ale to teraz nie ważne. Przeczytałam te wszystkie rozdziały w niecałe 15 minut i kolejne 15 minut zastanawiałam się co napisać. Chciałam aby brzmiało sensownie, ale chyba pozna godzina robi swoje.
OdpowiedzUsuńDamien się zmienił, ale dalej mu nie ufam. Kto wie co przyjdzie mu jeszcze do głowy. Na wszelki wypadek bądźmy ostrożni. (Dziwny zbieg okoliczności - ja się ciągle budzę o czwartej .-.)
Hm, głupi wilkołak -.- nie wiem czemu, ale mam wrażenie, że Grace jest w zmowie z tym wilkołakiem. A może to tylko ja tak myślę. Chociaż ja stawiam na jednego wilka z Lille. Chociaż, aby dostać się do Miasta Nocy trzeba się trochę wysilić. Albo... czy to możliwe, że Aaron każe posłać jakiegoś wilka po Alessię, aby ją sprawdzili do Lille? Och, ja sama nie wiem. Każdy rozdział przynosi teraz niespodzianki i niecierpliwość, kiedy nowy rozdział.
Tak, wiec juz się nie mogę doczekać kolejnego rozdziału :3
Dobranoc,
Gabi. ♡