24 czerwca 2014

Sto czterdzieści dziewięć

Alessia
Damien wciąż patrzył się na nią, niebezpiecznie blisko i na wyciągnięcie ręki. Uciekaj, pomyślała w panice, ale nie ruszyła się z miejsca, zbyt oszołomiona, by zdobyć się na jakikolwiek ruch. Zdołała jedynie nieznacznie przesunąć się w stronę krawędzi dach, ale zesztywniała, bo ten gest otrzeźwił jej brata, prowokują go do tego, by podążył w ślad za nią.
– Ali, uważaj – poprosił i zabrzmiało to spokojnie, tak bardzo w jego stylu… To było tak, jakby się troszczył, a kilka dni wcześniej wcale nie dążył do tego, by uczynić z nią bezwolną kukiełkę. – Spadniesz.
Zapragnęła się roześmiać, ale ostatecznie i przed tym się powstrzymała. Spadnie? Jakie to właściwie miało znaczenie? Gdyby się zsunęła, miała olbrzymi szanse na to, by się skoncentrować i bezpiecznie wylądować na ziemi, a potem rzucić się do ucieczki. Jeśli Damien czegoś się obawiał, to właśnie tego, że mu się wymknie i oboje zdawali sobie z tego sprawę!
Wyczuła ruch, kiedy spróbował się do niej przybliżyć, zachęcająco wyciągając rękę w jej stronę. Zesztywniała cała, po czym warknęła ostrzegawczo, w popłochu wycofując się do tyłu.
– Alessia, proszę… – westchnął, a jego czekoladowe oczy nieznacznie pociemniały.
Wyglądał na zranionego, poza tym na pewno go zaskoczyła, ale nie dbała o to. Niby czego spodziewał się po tym wszystkim? Że rzuci mu się w ramiona, powie, że ich pokrewieństwo nie ma znaczenia i bardzo chętnie pozwoli mu się ubezwłasnowolnić? Wolne żarty!
– Nie zbliżaj się – syknęła, zaciskając dłonie w pięści tak mocno, że paznokcie wbiły jej się w skórę.
– Ali…
Jeszcze raz usłyszy swoje imię w jego ustach, a naprawdę dostanie szału.
– Nie. Zbliżaj. Się! – powtórzyła gniewnie, każde kolejne słowo wypowiadając niczym osobne zdanie.
Westchnął, ale tym razem usłuchał, dla odmiany cofając się do tyłu. Obserwowała go czujnie, nawet wtedy, gdy w nieco teatralny sposób uniósł obie ręce ku górze, sugerując poddanie. Nie mogła nie zauważyć, że wyglądał na rozluźnionego i jedynie jego twarz zdradzała… no cóż, zmartwienie. Widziała jak w charakterystyczny dla siebie zaciska usta, poza tym zauważyła cienie pod jego oczami, ale nic ponad to. Żadnych oznak gniewu czy fałszu, tylko zmęczenie, ale to przecież o niczym nie musiało świadczyć.
Oddychała szybko, ledwo łapiąc oddech. Byli Licavoli, a to coś znaczyło – chociażby tyle, że kiedy zachodziła potrzeba, potrafili być równie sprytni, co i uparci. Damien może i mógł chcieć wyglądać niewinnie, niemal anielsko, ale to musiał być blef; zwykła gra, mając na celu zamydlić jej oczy i doprowadzić do tego, żeby mu zaufała. Nie zamierzała dać się oszukać, w żaden sposób zwieść… Musiała go obserwować, choć i to niekoniecznie miało być w stanie zapewnić jej bezpieczeństwa. Czas, który zapewniła jej Isabeau, już minął, więc Damien miał prawo zrobić wszystko – z pomocą ciotki, czy też niekoniecznie. Był do tego zdolny i wiedziała o tym doskonale, bo niejednokrotnie widziała, jak wprawnie poszukiwał się mocą. Gdyby tylko zechciał…
A może już to robił? Oszołomiona, skupiła się na sobie, próbując wyczuć cokolwiek, co świadczyłoby o jakiejkolwiek ingerencji w jej wolną wolę, jednak wszystko wydawało się być w porządku. Nie czuła żadnej dziwnej potrzeby, chociażby tego, by natychmiast przestać zachowywać się jak wystraszone zwierzę i – powiedzmy – rzucić mu się w ramiona, a może nawet pocałować. Zwłaszcza ta ostatnia myśl przyprawiła ją o dreszcze, przywołując wspomnienia szpitalnej łazienki i ust Damiena, muskając jej własne. To było niewłaściwe, a ona nigdy nie czuła takiej niechęci wobec własnego brata. Wtedy po raz pierwszy wydał jej się obcy, poza tym inaczej spojrzała na to, co od jakiegoś czasu było pomiędzy nimi – i przekonała się, że w którymś momencie zaczęli zmierzać w niewłaściwym kierunku. Jasne, była w tym i jej wina, ale to niczego nie usprawiedliwiało, a ona do tej pory czuła się równie zagubiona, co i zdradzona.
– Nie chcę cię skrzywdzić – usłyszała i aż wzdrygnęła się, uprzytomniając sobie, że od dłuższego czasu milczy, a Damien nie odrywa od niej wzroku.
– Jasne, że nie chcesz. W końcu azyl to żadna krzywda – sarknęła, nie szczędząc sobie złośliwości i goryczy, która wkradła się do jej drżącego głosu. – Kogo ty próbujesz oszukać?
Zraniła go po raz kolejny – widziała to w jego oczach – ale nie zamierzała mieć do siebie z tego powodu pretensji. Zasłużył sobie na to, podobnie jak i zasłużył na to, by się go wyrzekła. Nie rozumiała, dlaczego to zrobił i nie zamierzała zrozumieć. Wyjaśnienie, że ją kochał… Cóż, ona kochała go również, ale w zupełnie inny sposób – w ten właściwy sposób! – i właśnie z tego powodu nigdy nie posunęłaby się aż tak daleko. Ten nowy Damien ją przerażał i ranił, dlatego zmuszona była podjąć decyzje, których nie chciała, ale które stanowiły jedyne słuszne rozwiązanie, które mogła w ogóle brać pod uwagę. Gdyby tylko była w stanie postąpić inaczej, a sytuacja byłaby inna, nie wahałaby się, jednak wydarzyło się zbyt wiele, a ona czuła się zbyt rozgoryczona, żeby dbać o cokolwiek – a zwłaszcza o niego.
Nie odpowiedział, co ją zaskoczyło. Rzuciła mu nieufne spojrzenie, walcząc z pragnieniem, by odrobinę złagodzić swoją wypowiedź, zwłaszcza kiedy zobaczyła wyraz jego twarzy.
– Co tutaj robisz? – zapytała w końcu, mając wrażenie, że panująca cisza za moment doprowadzi ją do szaleństwa.
– A jak sądzisz? – Wypowiedział to pytanie takim tonem, że nie miała najmniejszych wątpliwości co do tego, jak wiele wiedział. Nie miała pojęcia skąd, ale najwyraźniej doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że została ugryziona i co to oznacza. – Nie złość się na mamę. Nie powiedziałaby mi, gdyby nie miała pewności, że jestem… rozsądny.
– Na mamę?!
Spojrzała na niego z niedowierzaniem. Wszystkie elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce dopiero po chwili, kiedy przypomniała sobie rozmowę z Renesmee, a zwłaszcza jej słowa przed wyjściem. „Ja ciebie też. Pamiętaj o tym”… Och, więc dlatego zabrzmiało tak, jakby miała albo zamierzała mieć coś na sumieniu!
Sama nie była pewna, które uczucie dominowało – szok czy gniew. Nie rozumiała, dlaczego mama jej to zrobiła, zwłaszcza, że sama była niemniej oszołomiona, kiedy dowiedziała się, co planuje jej syn. Jak mogła po tym wszystkim tak po prostu do niego pójść i powiedzieć, gdzie powinien szukać swojej siostry?! Poczucie zdrady było silne, podobnie jak i rozczarowanie, bo przecież do tej pory była przekonana, że Nessie jest najbardziej zaufaną osobą, która nie pozwoli jej skrzywdzić. Była przeciwna
azylowi– przeciwna temu, by ktokolwiek musiał przez to przechodzić. Przecież była na Damiena zła, a jednak teraz do niego poszła i…
– Ali, posłuchaj – westchnął Damien, wprawne przewidując jej myśli. – To nie tak, że…
– Wynoś się z mojej głowy! – wydarła się, czując jak gorycz i gniew zaczynają przysłaniać zdrowy rozsądek. – Nie próbuj nawet wnikać w moje myśli! Słyszysz?!
– Nie ma mnie w nich, siostrzyczko – odparł miękko, spoglądając jej w oczy.
Mówił prawdę, ale nie zamierzała mu tego przyznać. Przecież był wprawnym telepatą, a ona była osłabiona, więc gdyby tylko zapragnął, mógłby wniknąć do jej umysłu, nie napotkawszy nawet najsłabszego oporu. Czy miała uwierzyć, że nie wykorzystał takiej szansy?
Ale nie czuła go, a na pewno zorientowałaby się, gdyby przynajmniej spróbował. To odkrycie jedynie spotęgowało poczucie rozdrażnienia, zwłaszcza, że zachowując się w ten sposób, jeszcze bardziej mieszał jej w głowie. Chciała się na niego złościć, może nawet pragnęła go nienawidzić, ale jak miała to zrobić, skoro uparcie nie dawał jej po temu powodów?
– Czy mogłabyś mnie przynajmniej wysłuchać, proszę? – odezwał się ponownie, wykorzystując jej oszołomienie. Najwyraźniej nie tracił nadziei, grając w grę, której ona nie potrafiła pojąć i która stopniowo zaczynała ją przerastać. – Nie wiem, czy to ma sens i jak mam to zrobić, ale przepraszam cię za wszystko, co powiedziałem. Byłem zły, a ty… Wiesz dobrze, że nie miałem tego na myśli – westchnął i – cholera! – również to zabrzmiało nieznośnie szczerze.
Przełknęła z trudem, czując niemożliwą do pozbycia się gulę w gardle. Kręciło jej się w głowie i była coraz bardziej zmęczona, niezdolna do dalszych prób bronienia się przed nim i tym, co miał jej do powiedzenia.
Wzięła kilka głębokich, nierównych wdechów, przynajmniej próbując się uspokoić. Wciąż miała ochotę krzyczeć i rzucać się na niego, ale stanowczo odsunęła te potrzeby na dalszy plan, powtarzając sobie w duchu, że przecież nie o to w tym wszystkim chodzi.
– Chciałeś mnie ubezwłasnowolnić! – pisnęła i zabrzmiało to nader żałośnie.
– Wiem! – Wzdrygnęła się, kiedy podniósł głos. – Do cholernie poroniony pomysł! Czy właśnie to chciałaś ode mnie usłyszeć?
Nie panując nad własnymi reakcjami, uniosła brwi ku górze. Nieświadomie przysunęła się do niego, uważnie wpatrzona w jego twarz, zupełnie jakby spodziewała się dostrzec w niej coś, co przez te wszystkie lata umykało jej uwadze.
Wahała się jeszcze przez moment, a potem – niezwykle poważnie, z lekkim szokiem – zdecydowała się odezwać:
– Zakląłeś – zauważyła cicho. – „Cholera” to już właściwie przekleństwo.
Spojrzał na nią tak, jakby zobaczył ją po raz pierwszy. Aż zabrakło jej tchu, kiedy w odpowiedzi roześmiał się w niego histeryczny, pozbawiony wesołości sposób.
– To, że z tego wszystkiego zaczynam przeklinać, jest dla ciebie największym szokiem?
Miał rację, oczywiście, ale z jakiego powodu to właśnie ten drobiazg najwyraźniej zakodował się w jej pamięci. Wydęła usta, krzywiąc się nieznacznie i ledwo powstrzymując od warknięcia na niego, w odpowiedzi na to, że jakby nie patrzeć właśnie ją wyśmiał.
Damien westchnął, być może wyczuwając zmianę w jej nastroju. Nie zważając na niego, przesunęła się bliżej krawędzi dachu, próbując otworzyć w pamięci drogę na górę, by móc na oślep odnaleźć jakieś wsparcie dla stóp i wrócić do pokoju.
– Co ty robisz? – usłyszała jego głos, na wpół zaciekawiony, a na wpół zaniepokojony.
– Zostawiam cię – odparła, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. – Skoro upierasz się, że nie masz względem mnie złych zamiarów, spokojnie mogę się oddalić.
– Ali…
– No co? – Rzuciła mu gniewne spojrzenie. – Ja nie mam o czym z tobą rozmawiać, poza tym…
W tym samym momencie zahaczyła nogą o coś, co wydało się obiecujące. Zsunęła się jeszcze odrobinę, dochodząc do wniosku, że właściwie dalsze wyjaśnienia są zbędne, a już na pewno nie jest ich bratu winna. Damien doskonale wiedział, dlaczego zachowywała się ozięble względem niego, a jeśli faktycznie nie był aż tak zaślepiony, jak jej się wydawało, powinien był machnąć ręką i odpuścić, w końcu dając jej spokój.
Nie zrobił tego, biernie obserwując jej starania. Czuła na sobie jego spojrzenie, co prawda w żadnym stopniu nie niewłaściwe, ale i tak niezwykle drażniące. To, że na nią patrzył, zdecydowanie nie ułatwiało podejmowania decyzji, poza tym powoli zaczynało doprowadzać ją do szaleństwa. Gdyby mogła, porządnie by nim potrząsnęła, ale jednocześnie nie chciała się do niego zbliżać, zbyt skoncentrowana na próbach znalezienia jakieś drogi ucieczki, która pomogłaby jej zejść z tego piekielnego dachu.
Och, jak zrobili to wtedy, kiedy wraz z Arielem obserwowali miasto z góry? Wtedy to on pokazał jej zejście, a tak praktycznie rzecz ujmując, porwał ją w ramiona i razem zeskoczyli. Kiedy zdecydowała się wejść na górę, jakoś nie brała pod uwagę tego, że będzie musiała znaleźć również drogę powrotną, na dodatek w warunkach, kiedy…
Oparcie zniknęło i poczuła, że zaczyna się ześlizgiwać. Krzyknęła cicho, zanim zdążyła ugryźć się w język, po czym w pośpiechu zaczęła szukać sposoby na odzyskanie równowagi, ale bezskutecznie. Obsunęła się jeszcze bliżej, coraz bardziej świadoma tego, że najprawdopodobniej będzie musiała przygotować się do skoku z wysokości i…
I właśnie wtedy ciepłe dłonie zacisnęły się na jej ramionach.
– Z góry proszę o wybaczenie… Jak podejrzewam, porasz sobie w pojedynkę? – zapytał przyjaznym tonem Damien, z lekkością podciągając ją do góry.
Aż się w niej zagotowało, zwłaszcza kiedy ponownie bezpiecznie wylądowała u jego boku. Puścił jej ramiona, w ogóle się przy tym nie ociągając i najwyraźniej starając się zrobić wszystko, byleby nie poczuła się z jego powodu niezręcznie. Gdyby go nie znała albo gdyby na jego miejscu znajdował się Aldero, byłaby skłonna pokusić się o stwierdzenie, że cała sytuacja go bawi, ale w przypadku Damiena zabawa jej kosztem, stanowiła co najmniej nieprawdopodobne rozwiązanie.
– Dziękuję – wymamrotała, poirytowana tym, że nawet takiego drobiazgu nie potrafi zignorować, uznając za jedną z przysług, które po prostu jej się należały, bacząc na wszystko, co z jego powodu przeżyła.
– Mówisz tak, jakbym nigdy ci nie pomógł – zauważył, po czym westchnął ciężko. – Alessiu, kiedy ty w końcu zrozumiesz, że nie jestem twoim wrogiem.
– Sam dałeś mi powody do tego, bym traktowała cię w taki sposób – zauważyła chłodno.
Westchnął i na moment ukrył twarz w dłoniach, wyraźnie rozbity. Kiedy na niego spojrzała, wyglądał na jedno wielkie nieszczęście – rozdarty i zraniony chyba w równym stopniu, co i ona.
– Wiem – powiedział w końcu, nieco stłumionym głosem.
Cóż, zaskoczył ją.
– I jestem na ciebie zła – podjęła, nagle decydując się mówić. – Cholernie zła.
– To też wiem – zgodził się, w zamyśleniu kiwając głową. – Tak swoją drogą, kobiecie podobno nie przystoi przeklinać – dodał zaczepnie.
Prychnęła i trzepnęła go w ramię. Nawet się nie uchylił i chociaż mogła się założyć, że niespecjalnie go zabolało, przynajmniej nie dał tego po sobie poznać.
– Przestań mówić do mnie w tak irytujący sposób, jak wujek Rufus – żachnęła się.
Tym razem udało mu się roześmiać, na dodatek w bardzo szczery sposób.
– Siostrzyczko, gdybym naprawdę naśladował wujka Rufusa, prawdopodobnie już dawno byłabyś tam, na dole – zauważył przytomnie.
Wzdrygnęła się, słysząc sposób, w jaki ją nazwał. Siostrzyczko… To było tak naturalne, nieco zaczepne, ale przy tym szczere. Cała ta rozmowa nagle przybrała zupełnie inny od zamierzonego tor, a ona zamiast się na niego gniewać albo nie odzywać się wcale, nagle pozwoliła się wciągnąć w zupełnie normalną rozmowę, dokładnie taką jak wiele innych, które w przeszłości prowadzili.
To było przyjemne, tak jak i przyjemna była możliwość przebywania razem. Była wobec Damiena ostrożna, ale on wcale nie zachowywał się jak wtedy, w szpitalu albo w domu, kiedy naskoczył na nią z powodu Ariela, podejmując najgorszą z możliwych decyzji. Być może wszystko opierało się na emocjach, a te zdążyły już opaść, jednak to i tak wydawało jej się… dziwne.
– Ali, o czymkolwiek myślisz, wiedz, że nie przyszedłem tutaj po to, żeby coś jeszcze zepsuć – odezwał się cicho, kolejny raz wiedząc o niej zdecydowanie więcej niż byłaby w stanie przypuszczać. – Nie zdajesz sobie sprawy, jak wielu rzeczy żałuję… Żałowałem już chwilę po tym, jak uciekłaś. Ale zrozum, ja byłem na ciebie taki zły… – Pokręcił głową na wspomnienie dawnego uczucia. – To nie miało być tak.
– Jasne, że nie miało – zgodziła się, wciąż pełna wątpliwości. Powinęła nogi, ostatecznie siadając po turecku i uparcie unikając jego spojrzenia. – Ale powiedziałeś to.
– A ty mnie okłamałaś – zripostował i, no cóż, to również wydawało się słuszne.
– Nie zrozumiał byś – nalegała, nerwowo bawiąc się końcówkami włosów. – Byłam tego pewna i sam widzisz, że się nie pomyliłam.
– Nawet nie dałaś mi szansy – jęknął, ale nie zabrzmiało to tak, jakby był przekonany.
Jedynie rzuciła mu ponure spojrzenie, decydując się milczeć. Damien czekał chwilę, po czym westchnął i opadł na plecy, płasko układając się na dachu i wbijając wzrok w jaśniejące niebo. Świetlne refleksy tańczyły w jego miedzianych włosach, sprawiając, że wyglądał bardziej jak anioł niż wróg, jak do tej pory sobie powtarzała.
– Wschód słońca – zauważył w końcu. To nie było pytanie, ale i tak skinęła głową. – Cóż, może to jakiś znak…
– Jaki znowu znak? – Wywróciła oczami, nie mogąc się powstrzymać.
– Czy ja wiem? Szukam powodu, dla którego miałabyś spróbować mi zaufać – wyjaśnił z rozbrajającą wręcz szczerością. – Podejrzewam, że sama obietnica tego, iż nie zamierzam wykorzystywać
azylu jakoś niespecjalnie się tutaj sprawdzi.
– Masz rację – przyznała. – Jakoś niekoniecznie mnie to satysfakcjonuje… Niemniej dzięki, bracie, że w swej łaskawości zdecydowałeś się uszanować moją wolną wolę – prychnęła. – Wtedy zdecydowanie łatwiej się umiera.
Prawie natychmiast pożałowała swoich słów, kiedy zawisły między nimi – ciężkie i ostateczne. Nie chciała rozmawiać z Damienem ani o jego reakcji na Ariela, ani o
azylu, ani tym bardziej o nadchodzącej pełni i jej konsekwencjach. Jeśli już, liczyła się sama świadomość tego, że Damien był o bok; tego najbardziej pragnęła i to musiała wyczuć podczas rozmowy Renesmee, skoro zdecydowała się zaryzykować i z synem porozmawiać.
Alessia westchnęła i w końcu się rozluźniła. Wcześniejsza złość uleciała, wyparta przez swego rodzaju ulgę oraz… wdzięczność? Tak, chyba w jakimś stopniu była mamie za tę decyzję wdzięczna. W końcu Nessie nie była głupia, a i Damien by jej nie okłamał, byleby dostać się do swojej siostry.
A teraz tutaj był i dzięki temu chyba faktycznie czuła się lepiej.
– Ali? – Czuła na sobie spojrzenie Damiena, ale uparcie unikała odwzajemnienia go.
– Możemy jak na razie nie rozmawiać, proszę? – zapytała, choć to nie do końca była prośba.
– Jasne – zgodził się. – Pod warunkiem, że powiedz, że mi wierzysz – dodał, chyba ledwo powstrzymując się od nieco chytrego uśmieszku, który niejednokrotnie widywała na twarzy Aldero.
Przygryzła dolną wargę, czując powracającą irytację.
– Wierzę w co?
Damien uśmiechnął się blado.
– Że jestem tutaj nie po to, żeby cię dręczyć, ale dlatego, że jesteś moją siostrą – odparł spokojnie. – Alessia, jesteśmy bliźniętami. Czuję, kiedy cierpisz nawet wtedy, kiedy jesteśmy daleko – przypomniał jej cicho. – Teraz też – dodał, po czym powoli wyciągnął rękę, niby to przypadkowo muskając jej policzek.
W pierwszym odruchu zesztywniała, machinalnie uznając jego gest jako coś niewłaściwego – na przykład kolejną próbę zbliżenia się do niej. Dopiero po chwili uprzytomniła sobie, że tym razem jej brat ma na myśli coś zupełnie innego i że jego dotyk jest równie niewinny, co sposób w jaki przytulali się do siebie, kiedy byli dziećmi.
Dłoń Damiena była ciepła – cieplejsza niż zwykle, ale w pozytywnym sensie – i w końcu dotarło do niej, że chłopak wykorzystuje swoje zdolności. Przyjemne ciepło rozeszło się po całym jej ciele, niwecząc zmęczenie i zawroty głowy oraz w korzystny sposób wpływając na temperaturę jej ciała. W końcu udało jej się w pełni rozluźnić, zwłaszcza, że w odpowiedzi na dotyk Damiena również rozrywający jej mięśnie ból zmniejszył się, a wilk jakby wycofał się w głąb jej ciała, porażony blaskiem uzdrawiającej mocy.
– Och… Dzięki – powtórzyła po raz wtóry, tym razem zdecydowanie pewniej.
– Mhm… – Zamyślił się na moment. – Czy to znaczy, że jednak mogę sobie z tobą posiedzieć? – zagaił, próbując ukryć pogodny ton.
Zawahała się, jedynie na kilka sekund.
– Pod jednym warunkiem – oznajmiła poważnym tonem. – Zero rozmów. I żadnych nienormalnych zachowań – dodała z naciskiem. – Zwłaszcza pocałunków.
Zmieszał się, choć próbował ukryć to nieco demonstracyjnym grymasem obrzydzenia.
– Całować ciebie? – powtórzył, ale w jego głosie była jakaś tęskna nuta, kontrastująca z poczuciem winy i zmieszaniem. – Bez żartów.
O tak, miała nadzieję, że wiedział co mówi – i że jego słowa w istocie nie były żartem.

1 komentarz:

  1. Czyżby
    Damien wreszcie zrozumiał swój błąd? Czy może to tylko taka przykrywka,
    aby zdobyć zaufanie Alessi? Ale czy w ogóle da się odwołać wniosek o
    azyl? A jeśli tak, to czy Damien to zrobił? Jakoś nie znalazłam
    informacji na ten temat w rozdziale, ale może niedługo ten wątek
    znajdzie swoje rozwiązanie...
    No i co z tym, że Damien pocałował całkiem niedawno Ali? On nadal czuje
    do niej coś więcej niż braterską miłość?
    Ach, wiem, że zadaję tyle pytań no i ten komentarz taki nieskładny, no
    ale po prostu zastanawiam się nad odpowiedziami na te wszystkie
    pytania...
    Niecierpliwie czekam na wyjaśnienie... No i na to, jak potoczy się wątek
    Layli :)
    Pozdrawiam i do napisania ;*
    PS. Przepraszam, że tak krótko, ale w szkole jestem i zaraz mam
    lekcje...

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa