
Alessia
Damien
wciąż patrzył się na nią, niebezpiecznie blisko i na wyciągnięcie ręki. Uciekaj, pomyślała
w panice, ale nie ruszyła się z miejsca, zbyt oszołomiona, by zdobyć
się na jakikolwiek ruch. Zdołała jedynie nieznacznie przesunąć się
w stronę krawędzi dach, ale zesztywniała, bo ten gest otrzeźwił jej brata,
prowokują go do tego, by podążył w ślad za nią.
– Ali, uważaj – poprosił i zabrzmiało to spokojnie,
tak bardzo w jego stylu… To było tak, jakby się troszczył, a kilka
dni wcześniej wcale nie dążył do tego, by uczynić z nią bezwolną kukiełkę.
– Spadniesz.
Zapragnęła się roześmiać, ale ostatecznie i przed tym
się powstrzymała. Spadnie? Jakie to właściwie miało znaczenie? Gdyby się
zsunęła, miała olbrzymi szanse na to, by się skoncentrować i bezpiecznie
wylądować na ziemi, a potem rzucić się do ucieczki. Jeśli Damien czegoś
się obawiał, to właśnie tego, że mu się wymknie i oboje zdawali sobie
z tego sprawę!
Wyczuła ruch, kiedy spróbował się do niej przybliżyć,
zachęcająco wyciągając rękę w jej stronę. Zesztywniała cała, po czym
warknęła ostrzegawczo, w popłochu wycofując się do tyłu.
– Alessia, proszę… – westchnął, a jego czekoladowe
oczy nieznacznie pociemniały.
Wyglądał na zranionego, poza tym na pewno go zaskoczyła,
ale nie dbała o to. Niby czego spodziewał się po tym wszystkim? Że rzuci
mu się w ramiona, powie, że ich pokrewieństwo nie ma znaczenia
i bardzo chętnie pozwoli mu się ubezwłasnowolnić? Wolne żarty!
– Nie zbliżaj się – syknęła, zaciskając dłonie
w pięści tak mocno, że paznokcie wbiły jej się w skórę.
– Ali…
Jeszcze raz usłyszy swoje imię w jego ustach,
a naprawdę dostanie szału.
– Nie. Zbliżaj. Się! – powtórzyła gniewnie, każde kolejne
słowo wypowiadając niczym osobne zdanie.
Westchnął, ale tym razem usłuchał, dla odmiany cofając się
do tyłu. Obserwowała go czujnie, nawet wtedy, gdy w nieco teatralny sposób
uniósł obie ręce ku górze, sugerując poddanie. Nie mogła nie zauważyć, że
wyglądał na rozluźnionego i jedynie jego twarz zdradzała… no cóż,
zmartwienie. Widziała jak w charakterystyczny dla siebie zaciska usta,
poza tym zauważyła cienie pod jego oczami, ale nic ponad to. Żadnych oznak
gniewu czy fałszu, tylko zmęczenie, ale to przecież o niczym nie musiało
świadczyć.
Oddychała szybko, ledwo łapiąc oddech. Byli Licavoli,
a to coś znaczyło – chociażby tyle, że kiedy zachodziła potrzeba,
potrafili być równie sprytni, co i uparci. Damien może i mógł chcieć
wyglądać niewinnie, niemal anielsko, ale to musiał być blef; zwykła gra, mając
na celu zamydlić jej oczy i doprowadzić do tego, żeby mu zaufała. Nie
zamierzała dać się oszukać, w żaden sposób zwieść… Musiała go obserwować,
choć i to niekoniecznie miało być w stanie zapewnić jej
bezpieczeństwa. Czas, który zapewniła jej Isabeau, już minął, więc Damien miał
prawo zrobić wszystko – z pomocą ciotki, czy też niekoniecznie. Był do
tego zdolny i wiedziała o tym doskonale, bo niejednokrotnie widziała,
jak wprawnie poszukiwał się mocą. Gdyby tylko zechciał…
A może już to robił? Oszołomiona, skupiła się na sobie,
próbując wyczuć cokolwiek, co świadczyłoby o jakiejkolwiek ingerencji
w jej wolną wolę, jednak wszystko wydawało się być w porządku. Nie
czuła żadnej dziwnej potrzeby, chociażby tego, by natychmiast przestać
zachowywać się jak wystraszone zwierzę i – powiedzmy – rzucić mu się
w ramiona, a może nawet pocałować. Zwłaszcza ta ostatnia myśl
przyprawiła ją o dreszcze, przywołując wspomnienia szpitalnej łazienki
i ust Damiena, muskając jej własne. To było niewłaściwe, a ona nigdy
nie czuła takiej niechęci wobec własnego brata. Wtedy po raz pierwszy wydał jej
się obcy, poza tym inaczej spojrzała na to, co od jakiegoś czasu było pomiędzy
nimi – i przekonała się, że w którymś momencie zaczęli zmierzać
w niewłaściwym kierunku. Jasne, była w tym i jej wina, ale to
niczego nie usprawiedliwiało, a ona do tej pory czuła się równie
zagubiona, co i zdradzona.
– Nie chcę cię skrzywdzić – usłyszała i aż wzdrygnęła
się, uprzytomniając sobie, że od dłuższego czasu milczy, a Damien nie
odrywa od niej wzroku.
– Jasne, że nie chcesz. W końcu azyl to żadna krzywda – sarknęła, nie szczędząc sobie
złośliwości i goryczy, która wkradła się do jej drżącego głosu. – Kogo ty
próbujesz oszukać?
Zraniła go po raz kolejny – widziała to w jego oczach
– ale nie zamierzała mieć do siebie z tego powodu pretensji. Zasłużył
sobie na to, podobnie jak i zasłużył na to, by się go wyrzekła. Nie
rozumiała, dlaczego to zrobił i nie zamierzała zrozumieć. Wyjaśnienie, że
ją kochał… Cóż, ona kochała go również, ale w zupełnie inny sposób –
w ten właściwy sposób! – i właśnie z tego powodu nigdy nie
posunęłaby się aż tak daleko. Ten nowy Damien ją przerażał i ranił,
dlatego zmuszona była podjąć decyzje, których nie chciała, ale które stanowiły
jedyne słuszne rozwiązanie, które mogła w ogóle brać pod uwagę. Gdyby
tylko była w stanie postąpić inaczej, a sytuacja byłaby inna, nie
wahałaby się, jednak wydarzyło się zbyt wiele, a ona czuła się zbyt
rozgoryczona, żeby dbać o cokolwiek – a zwłaszcza o niego.
Nie odpowiedział, co ją zaskoczyło. Rzuciła mu nieufne
spojrzenie, walcząc z pragnieniem, by odrobinę złagodzić swoją wypowiedź,
zwłaszcza kiedy zobaczyła wyraz jego twarzy.
– Co tutaj robisz? – zapytała w końcu, mając wrażenie,
że panująca cisza za moment doprowadzi ją do szaleństwa.
– A jak sądzisz? – Wypowiedział to pytanie takim
tonem, że nie miała najmniejszych wątpliwości co do tego, jak wiele wiedział.
Nie miała pojęcia skąd, ale najwyraźniej doskonale zdawał sobie sprawę
z tego, że została ugryziona i co to oznacza. – Nie złość się na
mamę. Nie powiedziałaby mi, gdyby nie miała pewności, że jestem… rozsądny.
– Na mamę?!
Spojrzała na niego z niedowierzaniem. Wszystkie
elementy układanki wskoczyły na swoje miejsce dopiero po chwili, kiedy
przypomniała sobie rozmowę z Renesmee, a zwłaszcza jej słowa przed
wyjściem. „Ja ciebie też. Pamiętaj o tym”… Och, więc dlatego zabrzmiało
tak, jakby miała albo zamierzała mieć coś na sumieniu!
Sama nie była pewna, które uczucie dominowało – szok czy
gniew. Nie rozumiała, dlaczego mama jej to zrobiła, zwłaszcza, że sama była
niemniej oszołomiona, kiedy dowiedziała się, co planuje jej syn. Jak mogła po
tym wszystkim tak po prostu do niego pójść i powiedzieć, gdzie powinien
szukać swojej siostry?! Poczucie zdrady było silne, podobnie jak
i rozczarowanie, bo przecież do tej pory była przekonana, że Nessie jest
najbardziej zaufaną osobą, która nie pozwoli jej skrzywdzić. Była przeciwna
azylowi– przeciwna temu, by ktokolwiek musiał przez to
przechodzić. Przecież była na Damiena zła, a jednak teraz do niego poszła
i…
– Ali, posłuchaj – westchnął Damien, wprawne przewidując
jej myśli. – To nie tak, że…
– Wynoś się z mojej głowy! – wydarła się, czując jak
gorycz i gniew zaczynają przysłaniać zdrowy rozsądek. – Nie próbuj nawet
wnikać w moje myśli! Słyszysz?!
– Nie ma mnie w nich, siostrzyczko – odparł miękko,
spoglądając jej w oczy.
Mówił prawdę, ale nie zamierzała mu tego przyznać. Przecież
był wprawnym telepatą, a ona była osłabiona, więc gdyby tylko zapragnął,
mógłby wniknąć do jej umysłu, nie napotkawszy nawet najsłabszego oporu. Czy
miała uwierzyć, że nie wykorzystał takiej szansy?
Ale nie czuła go, a na pewno zorientowałaby się, gdyby
przynajmniej spróbował. To odkrycie jedynie spotęgowało poczucie rozdrażnienia,
zwłaszcza, że zachowując się w ten sposób, jeszcze bardziej mieszał jej
w głowie. Chciała się na niego złościć, może nawet pragnęła go
nienawidzić, ale jak miała to zrobić, skoro uparcie nie dawał jej po temu
powodów?
– Czy mogłabyś mnie przynajmniej wysłuchać, proszę? –
odezwał się ponownie, wykorzystując jej oszołomienie. Najwyraźniej nie tracił
nadziei, grając w grę, której ona nie potrafiła pojąć i która
stopniowo zaczynała ją przerastać. – Nie wiem, czy to ma sens i jak mam to
zrobić, ale przepraszam cię za wszystko, co powiedziałem. Byłem zły, a ty…
Wiesz dobrze, że nie miałem tego na myśli – westchnął i – cholera! –
również to zabrzmiało nieznośnie szczerze.
Przełknęła z trudem, czując niemożliwą do pozbycia się
gulę w gardle. Kręciło jej się w głowie i była coraz bardziej
zmęczona, niezdolna do dalszych prób bronienia się przed nim i tym, co
miał jej do powiedzenia.
Wzięła kilka głębokich, nierównych wdechów, przynajmniej
próbując się uspokoić. Wciąż miała ochotę krzyczeć i rzucać się na niego,
ale stanowczo odsunęła te potrzeby na dalszy plan, powtarzając sobie
w duchu, że przecież nie o to w tym wszystkim chodzi.
– Chciałeś mnie ubezwłasnowolnić! – pisnęła
i zabrzmiało to nader żałośnie.
– Wiem! – Wzdrygnęła się, kiedy podniósł głos. – Do
cholernie poroniony pomysł! Czy właśnie to chciałaś ode mnie usłyszeć?
Nie panując nad własnymi reakcjami, uniosła brwi ku górze.
Nieświadomie przysunęła się do niego, uważnie wpatrzona w jego twarz,
zupełnie jakby spodziewała się dostrzec w niej coś, co przez te wszystkie
lata umykało jej uwadze.
Wahała się jeszcze przez moment, a potem – niezwykle
poważnie, z lekkim szokiem – zdecydowała się odezwać:
– Zakląłeś – zauważyła cicho. – „Cholera” to już właściwie
przekleństwo.
Spojrzał na nią tak, jakby zobaczył ją po raz pierwszy. Aż
zabrakło jej tchu, kiedy w odpowiedzi roześmiał się w niego
histeryczny, pozbawiony wesołości sposób.
– To, że z tego wszystkiego zaczynam przeklinać, jest
dla ciebie największym szokiem?
Miał rację, oczywiście, ale z jakiego powodu to
właśnie ten drobiazg najwyraźniej zakodował się w jej pamięci. Wydęła
usta, krzywiąc się nieznacznie i ledwo powstrzymując od warknięcia na
niego, w odpowiedzi na to, że jakby nie patrzeć właśnie ją wyśmiał.
Damien westchnął, być może wyczuwając zmianę w jej
nastroju. Nie zważając na niego, przesunęła się bliżej krawędzi dachu, próbując
otworzyć w pamięci drogę na górę, by móc na oślep odnaleźć jakieś wsparcie
dla stóp i wrócić do pokoju.
– Co ty robisz? – usłyszała jego głos, na wpół
zaciekawiony, a na wpół zaniepokojony.
– Zostawiam cię – odparła, jakby to była najoczywistsza
rzecz na świecie. – Skoro upierasz się, że nie masz względem mnie złych
zamiarów, spokojnie mogę się oddalić.
– Ali…
– No co? – Rzuciła mu gniewne spojrzenie. – Ja nie mam
o czym z tobą rozmawiać, poza tym…
W tym samym momencie zahaczyła nogą o coś, co wydało
się obiecujące. Zsunęła się jeszcze odrobinę, dochodząc do wniosku, że
właściwie dalsze wyjaśnienia są zbędne, a już na pewno nie jest ich bratu
winna. Damien doskonale wiedział, dlaczego zachowywała się ozięble względem
niego, a jeśli faktycznie nie był aż tak zaślepiony, jak jej się wydawało,
powinien był machnąć ręką i odpuścić, w końcu dając jej spokój.
Nie zrobił tego, biernie obserwując jej starania. Czuła na
sobie jego spojrzenie, co prawda w żadnym stopniu nie niewłaściwe, ale
i tak niezwykle drażniące. To, że na nią patrzył, zdecydowanie nie
ułatwiało podejmowania decyzji, poza tym powoli zaczynało doprowadzać ją do
szaleństwa. Gdyby mogła, porządnie by nim potrząsnęła, ale jednocześnie nie
chciała się do niego zbliżać, zbyt skoncentrowana na próbach znalezienia jakieś
drogi ucieczki, która pomogłaby jej zejść z tego piekielnego dachu.
Och, jak zrobili to wtedy, kiedy wraz z Arielem
obserwowali miasto z góry? Wtedy to on pokazał jej zejście, a tak
praktycznie rzecz ujmując, porwał ją w ramiona i razem zeskoczyli.
Kiedy zdecydowała się wejść na górę, jakoś nie brała pod uwagę tego, że będzie
musiała znaleźć również drogę powrotną, na dodatek w warunkach, kiedy…
Oparcie zniknęło i poczuła, że zaczyna się
ześlizgiwać. Krzyknęła cicho, zanim zdążyła ugryźć się w język, po czym
w pośpiechu zaczęła szukać sposoby na odzyskanie równowagi, ale
bezskutecznie. Obsunęła się jeszcze bliżej, coraz bardziej świadoma tego, że
najprawdopodobniej będzie musiała przygotować się do skoku z wysokości i…
I właśnie wtedy ciepłe dłonie zacisnęły się na jej
ramionach.
– Z góry proszę o wybaczenie… Jak podejrzewam,
porasz sobie w pojedynkę? – zapytał przyjaznym tonem Damien,
z lekkością podciągając ją do góry.
Aż się w niej zagotowało, zwłaszcza kiedy ponownie
bezpiecznie wylądowała u jego boku. Puścił jej ramiona, w ogóle się
przy tym nie ociągając i najwyraźniej starając się zrobić wszystko, byleby
nie poczuła się z jego powodu niezręcznie. Gdyby go nie znała albo gdyby
na jego miejscu znajdował się Aldero, byłaby skłonna pokusić się
o stwierdzenie, że cała sytuacja go bawi, ale w przypadku Damiena
zabawa jej kosztem, stanowiła co najmniej nieprawdopodobne rozwiązanie.
– Dziękuję – wymamrotała, poirytowana tym, że nawet takiego
drobiazgu nie potrafi zignorować, uznając za jedną z przysług, które po
prostu jej się należały, bacząc na wszystko, co z jego powodu przeżyła.
– Mówisz tak, jakbym nigdy ci nie pomógł – zauważył, po
czym westchnął ciężko. – Alessiu, kiedy ty w końcu zrozumiesz, że nie
jestem twoim wrogiem.
– Sam dałeś mi powody do tego, bym traktowała cię
w taki sposób – zauważyła chłodno.
Westchnął i na moment ukrył twarz w dłoniach,
wyraźnie rozbity. Kiedy na niego spojrzała, wyglądał na jedno wielkie
nieszczęście – rozdarty i zraniony chyba w równym stopniu, co
i ona.
– Wiem – powiedział w końcu, nieco stłumionym głosem.
Cóż, zaskoczył ją.
– I jestem na ciebie zła – podjęła, nagle decydując
się mówić. – Cholernie zła.
– To też wiem – zgodził się, w zamyśleniu kiwając
głową. – Tak swoją drogą, kobiecie podobno nie przystoi przeklinać – dodał
zaczepnie.
Prychnęła i trzepnęła go w ramię. Nawet się nie
uchylił i chociaż mogła się założyć, że niespecjalnie go zabolało,
przynajmniej nie dał tego po sobie poznać.
– Przestań mówić do mnie w tak irytujący sposób, jak
wujek Rufus – żachnęła się.
Tym razem udało mu się roześmiać, na dodatek w bardzo
szczery sposób.
– Siostrzyczko, gdybym naprawdę naśladował wujka Rufusa,
prawdopodobnie już dawno byłabyś tam, na dole – zauważył przytomnie.
Wzdrygnęła się, słysząc sposób, w jaki ją nazwał. Siostrzyczko… To było tak naturalne, nieco zaczepne, ale przy tym
szczere. Cała ta rozmowa nagle przybrała zupełnie inny od zamierzonego tor,
a ona zamiast się na niego gniewać albo nie odzywać się wcale, nagle
pozwoliła się wciągnąć w zupełnie normalną rozmowę, dokładnie taką jak
wiele innych, które w przeszłości prowadzili.
To było przyjemne, tak jak i przyjemna była możliwość
przebywania razem. Była wobec Damiena ostrożna, ale on wcale nie zachowywał się
jak wtedy, w szpitalu albo w domu, kiedy naskoczył na nią
z powodu Ariela, podejmując najgorszą z możliwych decyzji. Być może
wszystko opierało się na emocjach, a te zdążyły już opaść, jednak to
i tak wydawało jej się… dziwne.
– Ali, o czymkolwiek myślisz, wiedz, że nie
przyszedłem tutaj po to, żeby coś jeszcze zepsuć – odezwał się cicho, kolejny
raz wiedząc o niej zdecydowanie więcej niż byłaby w stanie
przypuszczać. – Nie zdajesz sobie sprawy, jak wielu rzeczy żałuję… Żałowałem
już chwilę po tym, jak uciekłaś. Ale zrozum, ja byłem na ciebie taki zły… –
Pokręcił głową na wspomnienie dawnego uczucia. – To nie miało być tak.
– Jasne, że nie miało – zgodziła się, wciąż pełna wątpliwości.
Powinęła nogi, ostatecznie siadając po turecku i uparcie unikając jego
spojrzenia. – Ale powiedziałeś to.
– A ty mnie okłamałaś – zripostował i, no cóż, to
również wydawało się słuszne.
– Nie zrozumiał byś – nalegała, nerwowo bawiąc się
końcówkami włosów. – Byłam tego pewna i sam widzisz, że się nie pomyliłam.
– Nawet nie dałaś mi szansy – jęknął, ale nie zabrzmiało to
tak, jakby był przekonany.
Jedynie rzuciła mu ponure spojrzenie, decydując się
milczeć. Damien czekał chwilę, po czym westchnął i opadł na plecy, płasko
układając się na dachu i wbijając wzrok w jaśniejące niebo. Świetlne
refleksy tańczyły w jego miedzianych włosach, sprawiając, że wyglądał
bardziej jak anioł niż wróg, jak do tej pory sobie powtarzała.
– Wschód słońca – zauważył w końcu. To nie było
pytanie, ale i tak skinęła głową. – Cóż, może to jakiś znak…
– Jaki znowu znak? – Wywróciła oczami, nie mogąc się
powstrzymać.
– Czy ja wiem? Szukam powodu, dla którego miałabyś
spróbować mi zaufać – wyjaśnił z rozbrajającą wręcz szczerością. –
Podejrzewam, że sama obietnica tego, iż nie zamierzam wykorzystywać
azylu jakoś niespecjalnie się tutaj sprawdzi.
– Masz rację – przyznała. – Jakoś niekoniecznie mnie to
satysfakcjonuje… Niemniej dzięki, bracie, że w swej łaskawości
zdecydowałeś się uszanować moją wolną wolę – prychnęła. – Wtedy zdecydowanie
łatwiej się umiera.
Prawie natychmiast pożałowała swoich słów, kiedy zawisły
między nimi – ciężkie i ostateczne. Nie chciała rozmawiać z Damienem
ani o jego reakcji na Ariela, ani o
azylu, ani tym bardziej
o nadchodzącej pełni i jej konsekwencjach. Jeśli już, liczyła się
sama świadomość tego, że Damien był o bok; tego najbardziej pragnęła
i to musiała wyczuć podczas rozmowy Renesmee, skoro zdecydowała się
zaryzykować i z synem porozmawiać.
Alessia westchnęła i w końcu się rozluźniła.
Wcześniejsza złość uleciała, wyparta przez swego rodzaju ulgę oraz…
wdzięczność? Tak, chyba w jakimś stopniu była mamie za tę decyzję
wdzięczna. W końcu Nessie nie była głupia, a i Damien by jej nie
okłamał, byleby dostać się do swojej siostry.
A teraz tutaj był i dzięki temu chyba faktycznie czuła
się lepiej.
– Ali? – Czuła na sobie spojrzenie Damiena, ale uparcie
unikała odwzajemnienia go.
– Możemy jak na razie nie rozmawiać, proszę? – zapytała,
choć to nie do końca była prośba.
– Jasne – zgodził się. – Pod warunkiem, że powiedz, że mi
wierzysz – dodał, chyba ledwo powstrzymując się od nieco chytrego uśmieszku,
który niejednokrotnie widywała na twarzy Aldero.
Przygryzła dolną wargę, czując powracającą irytację.
– Wierzę w co?
Damien uśmiechnął się blado.
– Że jestem tutaj nie po to, żeby cię dręczyć, ale dlatego,
że jesteś moją siostrą – odparł spokojnie. – Alessia, jesteśmy bliźniętami.
Czuję, kiedy cierpisz nawet wtedy, kiedy jesteśmy daleko – przypomniał jej
cicho. – Teraz też – dodał, po czym powoli wyciągnął rękę, niby to przypadkowo
muskając jej policzek.
W pierwszym odruchu zesztywniała, machinalnie uznając jego
gest jako coś niewłaściwego – na przykład kolejną próbę zbliżenia się do niej.
Dopiero po chwili uprzytomniła sobie, że tym razem jej brat ma na myśli coś
zupełnie innego i że jego dotyk jest równie niewinny, co sposób
w jaki przytulali się do siebie, kiedy byli dziećmi.
Dłoń Damiena była ciepła – cieplejsza niż zwykle, ale
w pozytywnym sensie – i w końcu dotarło do niej, że chłopak
wykorzystuje swoje zdolności. Przyjemne ciepło rozeszło się po całym jej ciele,
niwecząc zmęczenie i zawroty głowy oraz w korzystny sposób wpływając
na temperaturę jej ciała. W końcu udało jej się w pełni rozluźnić,
zwłaszcza, że w odpowiedzi na dotyk Damiena również rozrywający jej
mięśnie ból zmniejszył się, a wilk jakby wycofał się w głąb jej
ciała, porażony blaskiem uzdrawiającej mocy.
– Och… Dzięki – powtórzyła po raz wtóry, tym razem
zdecydowanie pewniej.
– Mhm… – Zamyślił się na moment. – Czy to znaczy, że jednak
mogę sobie z tobą posiedzieć? – zagaił, próbując ukryć pogodny ton.
Zawahała się, jedynie na kilka sekund.
– Pod jednym warunkiem – oznajmiła poważnym tonem. – Zero
rozmów. I żadnych nienormalnych zachowań – dodała z naciskiem. – Zwłaszcza pocałunków.
Zmieszał się, choć próbował ukryć to nieco demonstracyjnym
grymasem obrzydzenia.
– Całować ciebie? – powtórzył, ale w jego głosie była
jakaś tęskna nuta, kontrastująca z poczuciem winy i zmieszaniem. –
Bez żartów.
O tak, miała nadzieję, że wiedział co mówi – i że jego
słowa w istocie nie były żartem.
Czyżby
OdpowiedzUsuńDamien wreszcie zrozumiał swój błąd? Czy może to tylko taka przykrywka,
aby zdobyć zaufanie Alessi? Ale czy w ogóle da się odwołać wniosek o
azyl? A jeśli tak, to czy Damien to zrobił? Jakoś nie znalazłam
informacji na ten temat w rozdziale, ale może niedługo ten wątek
znajdzie swoje rozwiązanie...
No i co z tym, że Damien pocałował całkiem niedawno Ali? On nadal czuje
do niej coś więcej niż braterską miłość?
Ach, wiem, że zadaję tyle pytań no i ten komentarz taki nieskładny, no
ale po prostu zastanawiam się nad odpowiedziami na te wszystkie
pytania...
Niecierpliwie czekam na wyjaśnienie... No i na to, jak potoczy się wątek
Layli :)
Pozdrawiam i do napisania ;*
PS. Przepraszam, że tak krótko, ale w szkole jestem i zaraz mam
lekcje...