
Layla
Na
zewnątrz wciąż było ciemno, kiedy dotarła do obrzeży miasta. Las wyglądał na
wymarły i niedostępny, ale Layla zdawała sobie sprawę z tego, że to
jedynie pozory. Chociaż próbowała odciąć się od wszystkiego, co podsuwały jej
wyostrzone zmysły, doskonale zdawała sobie sprawę z tego, iż gęstwiona
nawet o tej porze tętni życiem. Chcąc nie chcąc słyszała cichy szelest
poruszanych przez nocne żyjątka liści oraz liczne bijące serduszka, pobudzające
krew do krążenia.
Słuchanie tych licznych pulsów było irytujące, bo czuła się
spragniona, ale jednocześnie w ogóle nie miała ochotę na to, by rzucać się
do polowania na zwierzęta. Nie miała niczego do „wegetarianizmu”, ale nie
widziała powodu, dla którego miałaby przymuszać się do picia krwi o klasę
gorszą od tej, którą mogła dostać w banku krwi. Swoją drogą, może wizyta
w tamtym miejscu nie byłaby takim złym pomysłem i pozwoliłaby jej
zająć czymś myśli, ale jakoś nie wyobrażała sobie zaglądania do miejsca, gdzie
w każdej chwili mogłaby wpaść na kogoś znajomego, na przykład Theo albo Kristin.
Rozmowa (dobrze, mimo wszystko w znamienitej części to była rozmowa) z Rufusem całkiem wytrąciła ją
z równowagi, dlatego wcale nie czuła się gotowa na to, by widzieć się
z kimkolwiek innym. Zresztą i tak miała dość tych wszystkich
współczujących spojrzeń i chociaż Kristin ewentualnie byłaby dobrą
partnerką do towarzystwa, to chyba nawet ona nie byłaby w stanie
zachowywać się jak zwykle – a szkoda.
Gdzie mogła pójść? Ewentualnie zawsze mogła się spotkać
z Loreną, o ile ta akurat znowu nie podpadła Michaelowi i nie przesiadywała
w kawiarni. Myśl o przyjaciółce, którą zaniedbała po raz kolejny,
miała w sobie coś przygnębiającego, dlatego pośpiesznie odrzuciła od
siebie tę możliwość. Nie, Lo była jeszcze bardziej emocjonalna niż wszyscy
inni, poza tym pewnie nadal wzdychała do tego swojego „słodkiego” Dean’a,
a Layla zdecydowanie nie miała ochoty na przebywanie z kimś
zakochanym. Cholera, dopiero co doświadczyła tego i owego
w towarzystwie Rufusa, a jakaś część niej pragnęła natychmiast
zawrócić do laboratorium i już z tamtą nie wychodzić, dlatego
obecność jakiejkolwiek zakochanej osoby była jej nie na rękę.
Och, wszystko było nie tak. Już nawet nie chodziło
o to, że prawie umarła, choć i taka wiadomość była w stanie
porządnie wytrącić z równowagi. Największy problem leżał w tym, że
znowu czuła się rozbita i pusta, i sama już nie wiedziała, czego tak
naprawdę chce. Miała wrażenie, że odkąd… straciła dziecko, już nigdzie nie
potrafiła znaleźć sobie miejsca. Próbowała sobie z tym poradzić, jakoś się
pogodzić, ale mimo upływu czasu nie była w stanie, a ciągłe koszmary
i sprzeczne sygnały, które dawało jej ciało, jedynie wszystko utrudniały.
Co więcej, nagle uświadomiła sobie, że Rufus właściwie niczego nie odpowiedział
na jej słowa, kiedy powiedziała mu o tym, że czuje się tak, jakby traciła
zmysły. Zmienił temat przypadkiem, czy może nawet dla niego ta kwestia była tak
szalona, że wolał jej nie roztrząsać, żeby przypadkiem jej nie zdenerwować?
Drzewa rosły coraz gęściej, w miarę jak zagłębiała się
w las. Szła szybkim krokiem, właściwie nie zastanawiając się nad tym,
w którą stronę zmierza. Takie postępowanie wydawało się dobre, bo mogła
przynajmniej na chwilę się wyłączyć i pozwolić na to, żeby jej myśli
przepływały swobodnie, nie podsuwając jej żadnych konkretnych obrazów ani wspomnień.
Nie miała pojęcia, co takiego musiał podać jej Rufus, kiedy na wszystkie
sposoby próbował zatrzymać to, co się z nią działo, ale czuła się
w jakiś paradoksalny sposób nie tylko wykończona, ale też niezwykle
pobudzona. Jakby tego było mało, przez cały czas towarzyszył jej ciągły
niepokój, kiedy instynkt zaczął podpowiadać jej, że jest coraz bliżej świtu; co
prawda słońce jej nie szkodziło, ale za nim nie przepadała i już przywykła
do tego, by unikać wychodzenia w dzień, jeśli akurat nie istniała taka
potrzeba.
Spojrzała w górę, wprost w baldachim z liści
i gałęzi, rozciągnięty tuż nad jej głową. Pomiędzy szczelinami widziała
skrawki atramentowego nieba, a miejscami nawet srebrzące się gwiazdy oraz
coraz większy, stopniowo pęczniejący księżyc. Widok satelity sprawił, że
momentalnie pomyślała o Alessi i dreszcz przebiegł jej wzdłuż
kręgosłupa, kiedy uprzytomniła sobie, jak niewiele czasu zostało do pełni. Ali
już teraz wręcz wychodziła z siebie, świadoma tego, co może się wkrótce
wydarzyć, ale to i tak wydawało się niczym, bo wszyscy odsuwali od siebie
ponure myśli, udając, że nie dostrzegając upływającego czasu. Pełnia
nadchodziła, a jej konsekwencje miały być porażające, tym bardziej, że nic
nie wskazywało na to, by w porę pojawiło się jakieś cudowne rozwiązanie.
Layla nigdy nie słyszała o przypadkach, w których dałoby się odwrócić
skutki ugryzienia wilkołaka, a skoro nawet Rufus był bezradny, mimo
zdecydowanie większego doświadczenia, sytuacja prezentowała się co najmniej
marnie.
Cholera, niedobrze. Czy Ariel już wrócił? Dużo czasu
spędzając w pokoju, nie zainteresowała się tym i teraz żałowała.
Dobrze, zdążyła zauważyć, że chłopak był w porządku i na pewno mu na
Alessi zależało, ale co w związku z tym? Determinacja mogła co
najwyżej pomóc, ale nie rozwiązywała problemu, a Layla nagle zwątpiła
w to, czy puszczanie chłopaka samego było dobrym pomysłem. Ten plan od
początku wydawał się szalonym, jednak był jednym, który mieli, dlatego chcąc
nie chcąc trzeba było na niego przystać.
Zawsze wiedziałam, że Yves to szuja, przeszło jej przez myśli i aż się w niej
zagotowało. Kiedyś często widywała go w Niebiańskiej Rezydencji, ale teraz
się nie pojawiał – nie musiała wychodzić z pokoju, by o tym wiedzieć.
Gdyby było inaczej, musiałaby być głucha, by nie usłyszeć wybuchu Gabriela, bo
jakoś nie miała wątpliwości, że jej brat wpadłby w jakiś amok na widok
tego, który śmiał skrzywdzić jego małą córeczkę. Swoja drogą, sama bardzo
chętnie by mu pomogła, nawet jeśli w pojedynkę bez wątpienia miał poradzić
sobie znakomicie.
Miała wrażenie, że wszyscy powariowali, co samo
w sobie wydawało się całkiem pocieszającą perspektywą, skoro sama czuła
się tak bardzo rozbita. Sprawa z pełnią to jedno, ale był jeszcze Damien
z tym swoim nieszczęśliwym zauroczeniem. Kiedy pierwszy raz usłyszała po
tym, co zamierzał Ali zrobić, naprawdę zapragnęła nim potrząsnąć, chociaż
wątpiła, żeby to jakkolwiek pomogło. Relacje bliźniąt potrafiły być bardzo
zawiłe, a kiedy już dochodziło do czegoś takiego… No cóż, sprawy nie
prezentowały się zbyt ciekawie i nic nie wskazywało na to, żeby
w najbliższym czasie miały się unormować.
Wzdychając cicho, wbiła wzrok w prawie niewidoczną
ścieżkę, którą od dłuższego czasu podążała. Nie musiała się zastanawiać, by
wiedzieć, że ta droga prowadziła bezpośrednio do świątyni na klifie. Już nawet
czuła świeżość powietrza oraz oszałamiającą słodycz kwiatów, które zawsze
całymi wiązankami ustawiano wokół pomnika Selena oraz wewnątrz budynku. To było
przyjemne miejsce, a już na pewno dobre do przemyśleń, nawet mimo całej
serii przykrych wydarzeń, które kojarzyły jej się z klifem i jego
okolicą. Dobrze pamiętała walkę z Drake’m, „śmierć” Isabeau oraz swoje
własne problemy z Dylanem, a jednak z zaskoczeniem odkryła, że
nie ma niczego przeciwko temu, by się tam znaleźć. Co prawda istniała szansa,
że trafi na którąś z służek albo Allegrę czy Isabeau, jednak czy było
w tym coś złego? Beau wiedziała, czego się od niego oczekuje, podobnie
zresztą jak i Allegra, dlatego mogła liczyć na jakże upragniony spokój.
Przyśpieszyła, a przynajmniej miała taki zamiar, kiedy
uprzytomniła sobie, że nie jest sama. Właściwie bardziej to poczuła niż
usłyszała, a w głowie zapaliła jej się ostrzegawcza lampka, jasno
dająca do zrozumienia jedno: niebezpieczeństwo.
W pierwszym odruchu zesztywniała, chociaż nogi same rwały jej się do
ucieczki, zaraz jednak zdusiła w sobie ten odruch, uprzytamniając sobie,
że doskonale zna to uczucie. Podobne emocje sama potrafiła wzbudzić, jeśli
akurat nie chciała, by ktoś ją odnalazł albo nie była w specjalnie towarzyskim
nastroju, jak chociażby teraz.
Zmrużyła oczy, po czym powoli zwróciła się w lewo,
wbijając wzrok w rosnące przed nią drzewa. No, no, Rufusie, jeśli to ty…
Tym razem wyraźnie dostrzegła jakiś ruch; pomiędzy drzewami
zamajaczyła jakaś ludzka postać, jakby cień, który rozmazał się i zniknął
równie nagle, co się pojawił. Napięła mięśnie i przybrała pozycję na lekko
ugiętych nogach, gotowa rzucić się do ataku, gdyby tylko obcy dał jej po temu
powód. Nie lubiła tych zabaw w kotka i myszkę, a zwłaszcza teraz
nie miała na to nastroju, nie pragnąc właściwie ponad chwili spokoju.
Zmrużyła oczy, bynajmniej niezaniepokojona tym, że ktoś
najprawdopodobniej ją obserwuje. Wiedziała z doświadczenia, że
w przypadku istot takich jak Rufus albo ona sama, najrozsądniej jest nie
okazywać strachu, tylko pewność siebie. Gdyby zachowała się jak zwierzyna,
zostałaby tak potraktowana, nawet jeśli miałaby do czynienia z kimś
znajomym. Instynkt był silny, a w przypadku wampirów odgrywał
najważniejszą rolę i była tego świadoma.
W mroku zabłysła para jarzących się na czerwono oczu. Layla
spojrzała w nie bez chwili wahania, cała spięta. Coś w tych
tęczówkach zamigotało, a potem zmieniły kolor, przybierając
niezdecydowany, błękitno szary odcień.
– Layla? – zapytał znajomy głos. Postać zrobiła krok do
przodu, umożliwiając jej dostrzeżenie ostrych rysów twarzy i jasnych,
niemal całkowicie srebrnych włosów Williama. – Co ty tutaj robisz? – zapytał
pogodnie, zupełnie jakby chwilę wcześniej nie zamierzał urządzić sobie
polowania jej kosztem.
Uniosła brwi, uważnie mierząc go wzrokiem. Wyglądał
wyjątkowo dobrze, wysoki jasnowłosy, a przy tym przystojny jak każdy
nieśmiertelny. Na sobie miał luźne, czarne spodnie i czarną koszulkę
z krwistym napisem „Chcę pić twoją krew”. Parsknęła śmiechem, wytrącona
z równowagi treścią napisu oraz tym, że czcionka została przerobiona
w taki sposób, żeby wyglądać jak spływająca, rozmazana osoka.
Efekt był… No cóż, bardzo groteskowy,
a w przypadku Williama równie zabawny, co i niepokojący, tym
bardziej, że chłopak już kilka lat wcześniej zdecydował się zakończyć swoje
życie, żeby dopełnić przemiany.
– Mam nadzieję, że to nie jest sugestia dla mnie –
mruknęła zamiast powitania, kiwając głową w jego stronę.
– Nie ośmieliłbym się. – Wyszczerzył się w uśmiechu. –
Chyba, że to jakaś sugestia i masz mi do złożenia jakąś ciekawą
propozycję.
– Jakoś niekoniecznie – stwierdziła, a chłopak jedynie
wywrócił oczami.
– Szkoda. Będę musiał poszukać kogoś innego – mruknął
z rozczarowaniem, jednocześnie mrugając do niej porozumiewawczo, co
popsuło efekt. – A tak wracając do mojego pytania… Wspominałaś już, co
tutaj robisz?
Jedynie wzruszyła ramiona. William rzucił jej zaciekawione
spojrzenie, ale przynajmniej więcej nie dociekła, co przyjęła z ulgą, bo
nie miała ochoty na to, żeby mu się tłumaczyć.
– Nieważne. – Przekrzywił głowę, żeby przyjrzeć jej się pod
innym kątem. – Dawno cię nie widziałem. Kristin też.
– Chyba na własne życzenie, prawda? – zapytała, zanim
zdążyła ugryźć się w język. Nadal się uśmiechał, jednak było w tym coś
wymuszonego. – To znaczy... Miałam na myśli to, że…
– Że mam problemy. Jasne.
Westchnęła, ale skinęła głową. Will od początku był równie
niestabilny, co i lekko szalony, poza tym kilka razy odniosła wrażenie, że
możliwość polowania na ludzi sprawia mu niezwykłą przyjemność. To było tak,
jakby zainfekowanie krwią Jaquesa jedynie podsyciło jego wampirzą naturę,
pozwalając mu usprawiedliwiać podjęte decyzje.
Nigdy nie powiedziała tego na głos, zwłaszcza przy nim, ale
jego zapędy bywały co najmniej niepokojące. Jak potrafiła zrozumieć problemy
z kontrolą, tak czerpanie przyjemności z zabijania stanowiło dla niej
czystą abstrakcję, której zdecydowanie nie chciała pojąć.
– Uprzedzę twoje pytanie: nie, w ostatnim czasie na
nikogo się nie rzuciłem – powiedział wprost William, a ona aż wzdrygnęła
się, zaskoczona. – Ja też potrafię być cywilizowany, ulubienico króla – dodał
z olśniewającym uśmiechem.
– Mylisz mnie z moją siostrą – odparła machinalnie. –
To ta ciemnowłosa piękność u boku Dimitra.
– Fakt. – Parsknął śmiechem. – Ale ciebie też lubi, prawda?
Ty z kolei masz słabość do szalonych naukowców, którzy…
– Will, mógłbyś, z łaski swojej, zmienić temat? –
przerwała mu chłodno, zaciskając usta w wąską linijkę. Niemal na niego
warknęła, nie kryjąc niezadowolenia.
Zamilkł na moment, z wrażenia aż unosząc brwi.
– Oj, co ja widzę? Czyżby małe problemy w związku? –
zagaił i chociaż ton miał przyjazny, aż się w niej zagotowało.
– Nie zamierzam rozmawiać z tobą o moich
prywatnych sprawach – ucięła chłodno. Tym razem niewiele brakowało, by jego
brwi zrównały się z linią włosów. – Zresztą nieważne. Muszę już iść, więc…
– Wzruszyła ramionami, po czym odwróciła się na pięcie. – Dobrze było cię
zobaczyć – mruknęła, ale to było jak jedno, wielkie kłamstwo i Will musiał
być tego świadomy.
Nie odeszła nawet na krok, kiedy palce chłopaka zacisnęły
się na jej ramieniu. Zesztywniała cała, po czym odwróciła się gwałtownie,
instynktownie się na niego zamachując. Temperatura jej skóry natychmiast
podniosła się o kilka znaczących stopni, zmuszając Williama do tego, by
puścił ją i odskoczył, klnąc cicho pod nosem.
– Przepraszam. – Wyrzucił obie ręce ku górze
w poddańczym geście. – O bogini, ależ ty jesteś nerwowa! Dosłownie
jak kobieta w ciąży – palnął, a ona aż zaczerpnęła powietrza, czując się
tak, jakby ktoś ją spoliczkował. Potrzebowała chwili, by uprzytomnić sobie, że
przecież nie wiedział, co takiego spotkało ją w ostatnim czasie. – Hej,
a może coś w tym jest – zauważył, nagle zaintrygowany. – Myślałaś
o tym, Laylo?
Miała wrażenie, że się trzęsie.
– Nie – powiedziała chłodno. – Zaręczam ci, że nie.
Nawet jeśli wychwycił w jej tonie cokolwiek
niewłaściwego, nie zainteresował się tym. Wciąż ją obserwując, zamyślił się,
gotów wyciągać dalsze wnioski.
– Uraziłem cię? Jeśli tak, przepraszam, ale naprawdę tak mi
się skojarzyło… – Wzruszył obojętnie ramionami. – Wydaje mi się, że trochę się
zmieniłaś od czasu, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni – wyjaśnił, wymownie
zerkając na jej brzuch.
– Nie sądzę… – mruknęła, ledwo powstrzymując się od tego,
by objąć się ramionami.
– Jak uważasz – dał za wygraną, raptownie łagodniejąc. –
Naprawdę nie chciałem powiedzieć niczego złego.
– Jasne, wiem o tym. – Wysiliła się na uśmiech, ale to
było trudne. – Po prostu jestem w kiepskim nastroju. Ale i tak
dziękuję, Will i… – zaczęła, po czym przygryzła dolną wargę. – A co miałeś
na myśli, kiedy mówiłeś, że się zmieniłam? – zapytała cicho, nie mogąc się
powstrzymać.
Rzucił jej przenikliwe spojrzenie, jakby sam już nie był
pewien, jak powinien się zachować. Wiedziała, że może i zachowywała się
nieco irracjonalnie, ale nic nie mogła na to poradzić, a to on przypadkowo
zaczął temat, który ją dręczył.
– Możesz obrazić się na mnie, jeśli ci powiem – stwierdził
z przepraszającym uśmiechem.
– Sądzę, że przeżyję – powiedziała z przekonaniem. –
No, wal. Dobij mnie – dodała z wymuszonym entuzjazmem.
Nie wyglądał na przekonanego, ale ostatecznie dał za
wygraną.
– Tylko mnie nie bij, bo sama mnie o to prosiłaś –
zastrzegł, uśmiechając się pod nosem. – Jesteś pewna? No dobra… Może mi się
wydaje, ale naprawdę wydajesz się troszeczkę… zaokrąglona?
– Słucham?
Westchnął i wzdrygnął się, jakby zmuszała go do
wypełnienia najgorszego z istniejących obowiązków.
– Tylko nieznacznie. Nie wiem co to za moda, żeby biegać
w koszuli nocnej – ciągnął, a ona spąsowiała – ale to całkiem ładnie
podkreśla twoje kształty. Jesteś pewna, że coś ci nie umknęło? – zapytał i jasnym było, że nie miał
na myśli „czegoś”, ale „kogoś”. – A właściwie dwa „ciosie”? – dodał,
a ona z wrażenia aż zachwiała się, gwałtownie cofając o kilka
kroków. – O cholera, Layla, ja naprawdę nie chciałem, ale sama mnie
pytałaś, a tak… Layla!
– Przepraszam, ale naprawdę muszę już iść – wymamrotała
nerwowo, rzucając się biegiem w głąb lasu.
Biegła, ale właściwie nie wiedziała odkąd, zatrzymała się
zresztą dobry kilometr od miejsca, w którym spotkała Williama. Chłopak jej
nie gonił, co wcale jej nie zdziwiło, bo ich relacje już dawno się rozluźniły,
musiał zresztą sądzić, że całkiem już postradała zmysły. Może i tak było,
ale z drugiej strony, to co jej powiedział…
Trzęsąc się na całym ciele, przeszła kilka kroków, po czym
z westchnieniem oparła plecami o pień najbliższego drzewa.
W ciemnościach nie widziała zbyt wiele, ale to nie przeszkadzało jej
w tym, bo po raz enty w ciągu minionych dni przyłożyć obie dłonie do
brzucha. Czuła mdłości i od nadmiaru emocji zaczynało być jej niedobrze,
ale stanowczo to zignorowała, w mroku wpatrując się w swój brzuch
i splecione na nim dłonie.
O bogini, o bogini…,
myślała gorączkowo, ale właściwie nie wiedziała, jak powinna dokończyć. Czy
zacząć błagać? To nie miało sensu, poza tym było za późno, a przynajmniej…
Ale to, co powiedział jej William… Przecież nie musiało o niczym
świadczyć, ale czy nie to samo próbowała wytłumaczyć Rufusowi? Czuła się pusta,
ale jednocześnie bywały momenty, kiedy wcale tego nie odczuwała. Wciąż miewała
mdłości, wciąż wahały jej się nastroje i wciąż czuła się tak, jakby coś
istotnego jej umykało. No i dopiero co wyznała Rufusowi, że jej ciało
wcale nie wydaje się takie, jakim być powinno. Może to miało związek
z przerwaną ciążą i potrzebowała więcej czasu, ale mimo wszystko była
w połowie wampirzycą, więc już dawno powinna była dojść do siebie. Poza
tym William powiedział coś, co ją zastanawiało, a jego ocena była bardziej
obiektywna, skoro nie widywał jej na co dzień; jemu łatwiej było zauważyć
różnicę, zwłaszcza jeśli nie wiedział, że cokolwiek było z nią nie tak.
No i jak mogła nie zwrócić na to uwagi? Mówił
o dwójce. Była telepatką, więc bliźniacza ciąża stanowiła najbardziej
prawdopodobne rozwiązanie, nawet jeśli Rufus nie dysponował żadnymi wyjątkowymi
zdolnościami. Przecież niejednokrotnie słyszała o wyjątkowości Licavolich,
o tych regularnych przypadkach bliźniąt w rodzinie, niezależnie od
partnera… Mogła to zaobserwować, patrząc na Alessię i Damiena albo Aldero
i Camerona. Ona i Gabriel również byli przykładem. Albo Isabeau i…
Aldero.
Ale kiedy rozmawiali z Rufusem, zawsze mówili
o dziecku. Zawsze przez rozmowy przewijało się to, że straciła dziecko.
Jedno dziecko.
Pojedyncze ciąże się zdarzają. Geny nie mają nic do rzeczy,
bo od każdej reguły zdarzają się wyjątki,
upomniała się stanowczo, ale mimo podszeptów zdrowego rozsądku już nie
słuchała. Ledwo trzymając się na nogach, raz jeszcze przesunęła dłonią po
brzuchu, naprawdę próbując przekonać samą siebie, że jest tak, jak powiedział
William i faktycznie było odrobinkę zaokrąglony. Sama miała takie wrażenie
i to ją niepokoiło, bo musiało być jedynie wytworem jej wyobraźni albo
czymś, co wkrótce miało dojść do normy, jednak to, co powiedział Will…
Isabeau długo się nie zorientowała. Renesmee też nie, póki
nie zrobiła testu, ale jej przypadek wydawał się zupełnie oddzielną sprawą, bo
ciąża rozwijała się aż nazbyt wolno, co mogłoby być niepokojące, gdyby miała
jakiekolwiek objawy, zdradzające to, że cos jest nie tak. Po niej było widać
dość szybko, póki nie poroniła, a potem…
Ale jeśli dzieci byłoby dwoje, jej brzuch musiał być
bardziej wyraźny. Jeśli było ich dwoje…
A ona straciła dziecko.
– O bogini! – jęknęła, mając wrażenie, że obrazy
zaczynają rozmazywać się jej przed oczami. – To niemożliwe. To nie…
Ale przecież było! Wszystko składało się w logiczną
całość, musiało się składać…
Musiało być…
Nie zastanawiając się dużej, bez chwili wahania rzuciła się
biegiem w stronę Niebiańskiej Rezydencji. Potrzebowała Carlisle’a… albo
Theo… albo…
Z dedykacją dla mojej Gabi - bo wiedziała i czekała na ten moment :*
OdpowiedzUsuńNessa.
PS. Nie, tym razem nie ograniczam się do 150 rozdziałów ;)
Dziękuję za dedykacje i tak czekałam na ten omen i się doczekałam *-* już myślałam, że się nie doczekam momentu, aż Layla się zorientuje, że jednak nie straciła dziecka.. a właściwie to straciła. Ale jedno. No nie ważne - wiesz o co mi chodzi ^-^
OdpowiedzUsuńJak dobrze, że William jej to uświadomił. Sama chyba dochodziłaby do tego, aż by zaczęła rodzic xD ale grunt, że wie ;]
nie mogę się doczekać relacji Rufusa na wieść, że Layla (ale on chyba wie xd - czytanie po nocy mi nie służy) jest w ciąży. Pewnie będzie szczęśliwy i pewnie stanie się jeszcze nadopiekuńczy niż jest teraz.
William trochę Layli pojechał, ale to dobrze (no no ona już wie *-*)
trzymasz w napięciu i to lubię! Teraz musze czekać na kolejny rozdział, który będzie równie niesamowity jak ten!
Pozdrawiam i kolorowych snów :*
Gabi.♡
Rozdział bardzo ciekawy, nie
OdpowiedzUsuńukrywam :) Najbardziej podobała mi się rozmowa Layli i Willem i to, co
wydarzyło się później... Biedny chłopak, trafił w czuły punkt Lay, co z
tego, że przypadkowo, ale jednak... Natomiast, w ten trochę lekkomyślny
(tak bym to nazwała) sposób, pozwolił Layli coś sobie uświadomić...
Czyli ona straciła tylko jedno dziecko?...Uważam , że najprawdopodobniej
w następnym rozdziale wszystko się wyjaśni... Przynajmniej takie
stwierdzenie nasuwa mi ostatni akapit rozdziału. No i czekam
niecierpliwie na reakcję Rufusa i reszty na tą wiadomość ;)
Biedna Layla, przez to wszystko nie orientowała się, co się dzieje
dookoła. Nie wie na razie, co wydarzyło się u Loreny... No i nie ma
pojęcia, czy Ariel w końcu wrócił i ma rozwiązanie sytuacji, w jakiej
najduje się Alessia... Swoją drogą, to ja również się już zastanawiam,
kiedy on w końcu wróci... No i oczywiście niecierpliwie czekam na
rozwiązanie sprawy z Laylą, jak i Ali...
Pozdrawiam i do napisania ;*
lilka24