
Ariel
Ariel
z bijącym sercem rozejrzał się dookoła. Znajdował się w dużej, równie
ponurej, ale przynajmniej dość dobrze oświetlonej sali.
Przypominało to trochę loch, chociaż nie był pewien, skąd
to skojarzenie. Pomieszczenie było na tyle ogromne, że poszczególne ściany
niknęły w mroku, więc nie potrafił określić, jakie w rzeczywistości
są jego wymiary, ale bez wątpienia były imponujące. W środku panował chłód,
podobnie jak i w całej twierdzy, zaś kamienne ściany sprawiały, że
wszelakie dźwięki odbijały się echem, jedynie potęgując wrażenie bycia
osaczonym.
Victor wyglądał na w pełni rozluźnionego,
a Arielowi trudno było stwierdzić, czy to naturalne zachowanie, czy może
jedynie maska. Teoretycznie nie istniał powód, dla którego jakikolwiek
mieszkaniec twierdzy powinien czuć się zaniepokojony, zwłaszcza on, skoro to
jego brat wydawał zajmować się tutaj najwyższa pozycję, to jednak wcale nie
musiało być takie proste. Więzy rodzinne pomiędzy dziećmi księżyca nie
odgrywały nawet w połowie tak ważnej roli, jak u ludzi albo wampirów
i kto jak kto, ale Ariel wiedział o tym doskonale.
No i to jego ostrzeżenie… Co takiego powinien
o nim myśleć?
Nerwowo rozejrzał się dookoła, w końcu skupiając wzrok
na istotnych szczegółach. Dostrzegł, że przynajmniej w tej sali znajdowały
się okna, wąskie i wysoko umiejscowione, ale jednak. Główne źródło światła
stanowiły rozmieszczone w strategicznych punktach świecie, zaś w centralnej
części znajdował się prosty, ale imponujących rozmiarów drewniany stół
z wypolerowanym, prostokątnym blatem.
– No, pośpieszcie się – zawołała Isabella
i w końcu dostrzegł ją, wygodnie rozłożoną na jednym z licznych
krzeseł. Ciemne włosy falami opadały jej na ramiona i plecy; świetlne,
rzucane przez świece refleksy tańczyły w czarnych lokach.
Victor oczywiście bez chwili wahania ruszył w jej
stronę. Bez skrępowania mrugnął do niej porozumiewawczo, nie zrażając się,
kiedy dziewczyna prychnęła i w ostentacyjny sposób odwróciła głowę.
Udawała obrażoną, ale kiedy mężczyzna podszedł bliżej, kopnęła pod stołem
krzesło po swojej lewej, nieznacznie je odsuwając, żeby zrobić mu miejsce.
Zignorował je i szybko obszedł cały stół, siadając tuż naprzeciwko niej
i przez cały czas przypatrując się jej urodziwej twarzy w niemal
pożądliwy sposób.
Skoncentrowany na tej dwójce, nie od razu zorientował się,
że w pomieszczeniu jest więcej osób. Nie był zdziwiony widokiem kilku nie
tak dobrze zbudowanych, ale równie imponujących mężczyzn, rozgadanych
i zachowujących się tak, jakby nic i nikt inny nie miał znaczenia.
Osłupiał na moment, czując się tak, jakby przypadkiem zawędrował na jakieś
przyjęcie, gdzie jako jedyny nie był zaproszony, co właściwie tak bardzo nie
mijało się z celem. Jedno było pewne: atmosfera stanowiła całkowite
przeciwieństwo tego, czego doświadczał w Mieście Nocy, przebywając ze
swoimi pobratymcami. Nie potrafił tego jednoznacznie określić, jednak
w powietrzu wyczuwało się swego rodzaju więź, coś jak braterstwo, a to
było ostatnim, czego spodziewał się po tej grupie. Wyobrażając sobie wilkołaki
z Lille, myślał o… Sam nie był pewien, ale chyba gorszej wersji istot
takich jak Riddley, jego ojciec albo idioci tacy jak Bart czy Patrick.
Dobrze, nie miał złudzeń – musiałby być ślepy, głuchy
i głupi, żeby nie wyczuć aury zagrożenia, którą emitowało to miejsce,
a nawet Victor czy Isabella. Odkąd tutaj wszedł, wiedział, że wystarczy
jeden błąd, żeby pożałować decyzji o przybyciu. Nawet w Mieście Nocy
nie czuł się w ten sposób, świadom ciągłego napięcia i obecności
osób, które potrafiły być równie niebezpieczne, co i przyjazne. Nie byli
tak nieokrzesani, tak bezpośredni, ale to właśnie stanowiło ich atut – to oraz
fakt, iż potrafili ze sobą współgrać.
Myślał nad tym, kiedy przeszedł go nagły dreszcz, a na
karku poczuł coś, co przypominało lodowate ukłucie. Natychmiast rozpoznał to
uczucia, uprzytamniając sobie, że ktoś go obserwuje. Wciąż tkwił blisko
wyjścia, dokładnie tam, gdzie zostawił go Victor, próbując stwierdzić na co
może sobie pozwolić, więc nieprzyjemne uczucie skutecznie przywołało go do
porządku. Natychmiast rozejrzał się dookoła, bez trudu dostrzegając parę
stalowoszarych, wpatrzonych w niego oczu.
Wiedział wiele kobiet, pięknych w różny sposób, ale ta
przebijała je wszystkie. Była urokliwa, zdecydowanie bardziej niezwykła niż
jakakolwiek inna dziewczyna, łącznie z Alessia albo tajemniczą nieznajomą,
którą zobaczył przed twierdzą – z tym, że w jej przypadku urodzie
daleko było do wywołania zauroczenia albo pożądania. To było zimne,
onieśmielające piękno, mające na celu nie tyle przyciągać, ale wręcz
zniechęcać, potęgując uczucie niepokoju a może nawet… strachu.
Kobieta zacisnęła usta – dwa bliźniacze, niemal idealnie
szkarłatne łuki. Nie uśmiechała się, ale też nie wyglądała na zniesmaczoną.
Najprostszym określeniem wyrazu jej twarzy, wydawało się: bezbarwna, chociaż
i to na swój sposób mijało się z prawdą. Miała długie do połowy
pleców, kruczoczarne włosy i nieskazitelną, lekko oliwkową cerę. Nie
potrafił jednoznacznie określić jej urody, jednak w zdecydowanych rysach
twarzy było coś egzotycznego, może nawet na swój sposób szlachetnego.
Olśniewała, chociaż nie tak jak Isabella – jeśli ta była południowym kwiatem,
nieznajomą przed nim mógł uznać za drapieżne zwierze, bo na pewno pozwoliła
o swoje zawalczyć, gdyby zaszła taka potrzeba. Był gotów posunąć się
o stwierdzenie, iż to właśnie kobieta potrafiła stanowić prawdziwe
zagrożenie, gdyby tylko zaszła po temu konieczność.
Nie speszyła się, kiedy podchwycił jej spojrzenie. Wyraz jej
twarzy nie zmienił się, ale w jej oczach był chłód i tak wiele
sprzecznych uczuć, że nawet Ariel poczuł się… zaniepokojony – i to
delikatnie mówiąc. Nie wyobrażał sobie, żeby ktokolwiek bez powodu mógł darzyć
go jakimikolwiek negatywnymi uczuciami (no, może Yves, ale on nie darzył
sympatią nikogo – a zwłaszcza swojego „nieudanego” syna), jednak czując na
sobie lodowate spojrzenie tych niezwykłych oczu, czuł się trochę jak zwierzyna
łowna, którą właśnie upatrzyła sobie polująca pantera.
Lodowate piękno… Kiedy tak na nią patrzył, wydawała się
nierzeczywista, jakby pozbawiona uczuć – chyba, że chodziło o gniew, bo
tego wydawała się być pełna. Patrzyła mu w oczy przez jeszcze kilka chwil,
jakby chcąc podkreślić swoją pozycje oraz to, że wcale nie czuje się zażenowana
tym, iż przyłapał ją na przypatrywaniu mu się, zanim w końcu odwróciła
głowę, ściągnęła łopatki i podeszła do stołu z cichym stukotem
przynajmniej piętnastocentymetrowych obcasów. Tren czarna, przylegająca do
ciała sukni z długim rękawem, powiewał za nią niczym sztandar, dodając jej
krokom lekkości, ale i pewności siebie.
Krok polującej pantery. Zdecydowanie.
– Lilia – mruknęła Isabella, kiedy kobieta bez pytania
osunęła się na miejsce tuż obok niej. Cały entuzjazm, który przejawiała,
prowadząc swoją skomplikowaną grę z Victorem nagle gdzieś wyparował. –
Jak… miło.
– Nie zostaniesz aktorką, Isabello. – Lilia uśmiechnęła się chłodno, mimo uszu puszczając jej
złośliwy komentarz.
O bogini, ta istota nawet uśmiech potrafiła przemienić
w potężną broń, bez trudu przyprawiając innych o dreszcze, nie
wspominając już o sposobie, w jaki zaakcentowała imię swojej
towarzyszki. Nawet pewna siebie Isabella skrzywiła się i odwróciła głowę,
jakoś dziwnie kuląc się na swoim krześle i sprawiając wrażenie kogoś, kto
najchętniej znalazłby się gdzieś daleko, byleby nie na tym konkretnym krześle,
tuż obok lodowatej księżniczki.
Więc to była Lilia! Co więcej, rozpoznał jej głos, jako ten
chłodny i pełen wyniosłości, który słyszał w korytarzu, zanim wraz
z Victorem weszli do środka. Już wtedy odniósł wrażenie, że kobieta nie
jest zachwycona wizytą kogokolwiek obcego (a może po prostu chodziło o to,
że był z Miasta Nocy?), jednak teraz miał wątpliwości co do tego, czy
„niechęć” jest tutaj najłagodniejszym i mocno naciąganym określeniem,
którego mógł użyć, by określić jej nastawienie. Co prawda Victor
i Isabella zachowywali się tak, jakby to było normalnym dla Lilii
zachowaniem, ale nie mógł pozbyć się nieprzyjemnej myśli, że w jej
przypadku chodzi o coś zdecydowanie bardziej złożonego, choć nie potrafił
tego określić. Tak czy inaczej, Lilia mogła być poważną przeszkodą, jeśli
w końcu pojawiłaby się okazja do tego, by przedstawił Aaronowi swoją
prośbę – kimkolwiek owy Aaron był.
– Hej, Ariel, chodź tutaj!
Być może nie powinien był, ale naprawdę poczuł
wszechogarniającą ulgę, kiedy usłyszał zniecierpliwiony głos Victora. Vick
w końcu oderwał oczy od Isabella, być może z powodu obecności Lilii,
i teraz przywoływał go naglącymi gestami. Przez swój wzrost tym bardziej
wrzucał się w oczy i nawet masywne, drewniane krzesło, które
zajmował, wyglądało tak, jakby za moment miało się rozpaść.
Nie zważając na to, rozłożył się na nim całym ciałem
i założywszy obie dłonie na kark, zaczął bujać się na dwóch tylnych
nogach. Odchyliwszy się do tyłu, po czym wsparł ciężkie, wojskowe buty na
blacie stołu, wyraźnie zadowolony z życia.
Lilia wydęła usta i odsunęła się o dobrych
kilkanaście centymetrów, co najmniej tak, jakby podejrzewała, że Vick spróbuje
.
– Dzikus – skomentowała Isabella, wznosząc oczu ku górze.
Kąciku jej ust się uniosły się lekko, co popsuło efekt.
– Niewdzięcznica – odparował, choć widać było po niej, że
z entuzjazmem przyjęła zwiększenie dystansu pomiędzy sobą a Lilią.
– Nieokrzesany idiota – ciągnęła Isabella, najwyraźniej
dopiero zaczynając się rozkręcać.
– Ach, bella Isabella! – Victor uniósł brwi ku górze. – Ranisz moje ego.
– Jak dla mnie, oboje jesteście nienormalni – ucięła
dyskusję Lilia, nie czekając na to, aż Isabella zdoła wymyślić jakąś
błyskotliwą ripostę. – A teraz w końcu się przymknijcie. Nie mam
ochoty na te wasze tanie romanse. Przecież wszyscy doskonale zdają sobie sprawę
z tego, że pozwolisz mu się przelecieć przed końcem dzisiejszego dnia,
więc przestań udawać taką niedostępną, Isabello. To zaczyna się robić… żałosne
– dodała na tyle głośno, by nie tylko zainteresowana dwójka mogła ją usłyszeć.
Isabella pobladła, przynajmniej w pierwszym momencie,
bo prawie natychmiast na jej policzki wstąpiła szkarłatna, szybko powiększająca
się plama. Victor rzucił Lilii gniewne spojrzenie, ale ta nawet nie zwróciła na
niego uwagi, najwyraźniej przyzwyczajona. Jakikolwiek miała cel, udało jej się
go osiągnąć – nie powiedziała tego wprost, ale to wydawało się gorsze niż gdyby
wprost oznajmiła Isabelli, że zachowuje się tak, jakby była pierwszą lepszą
dziwką.
Okej, zaczyna się robić niezręcznie…
Ariel pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym
w końcu ruszył się z miejsca, szybko okrążając stół i starając
się nie rozglądać na boki – a już na pewno nie spoglądać w stronę
Lilii. Pozwolił sobie na krótkie spojrzenie dopiero wtedy, gdy już zajął
wskazane mu przez Victora miejsce pomiędzy nim a jakimś innym mężczyzna,
mając nadzieję, że wygląda to bardziej naturalnie niż gdyby obserwował
wilkołaczycę bez powodu z drugiego końca sali.
Kobieta zdążyła już znieruchomieć i usiadłszy sztywno
na krześle, beznamiętnym wzrokiem wpatrywała się w jakiś punkt
w przestrzeni, wyraźnie niezainteresowana tym, co działo się wokół niej.
– Milusia, czyż nie? – mruknął Victor, nadal zagniewany.
– Mhm… – Miał nadzieję, że zabrzmiało to na tyle
wymijająco, żeby nie zwrócić uwagi samej zainteresowanej. – A gdzie jest
twój brat? – zmienił temat.
– Jeszcze się nie pojawił – rzucił obojętnie, ale
przynajmniej przestał taksować Lilię wzrokiem. – Ach, znasz już Marcusa? –
Skinął głowa w prawo, w końcu będąc w stanie wysilić się na
uśmiech. – Na Marcusa można liczyć… A te dwa młotki to właśnie Richard
i Carl. Na nich liczy się trochę mniej. – Pomachał i przybrał
niewinny wyraz twarzy, żeby trochę złagodzić swoją wypowiedź.
Ariel sam już nie wiedział czy powinien się śmiać, czy
płakać, dlatego ostatecznie przybrał neutralny wyraz twarzy i podążył
wzrokiem za wzrokiem Victora, odwracając się w stronę mężczyzny po swojej
lewej. Tuż za nim dostrzegł dwoje kolejnych synów księżyca, tak do siebie
podobnych, że nawet gdyby wiedział który z nich jest Richardem,
a który Carlem, pewnie i tak by się pomylił.
– Oj, Vick, ty naprawdę się prosisz… – Ten, który bez
wątpienia był Marcusem, wywrócił oczami. – Jego się nie słucha. On zwykle gada,
co mu ślina na język przyniesie – wyjaśnił, wspierając brodę na dłoni
i rzucając Arielowi porozumiewawcze spojrzenie.
– Postaram się zapamiętać – obiecał, obrzucając Marcusa
uważnym spojrzeniem; w rozpiętej pod szyją koszuli, opinającej szeroki tors,
wyglądał równie korzystnie, co i groźnie.
Victor prychnął.
– No tak, nastawiaj dzieciaka przeciwko mnie…
– Bawisz się w niańkę czy przewodnika? – zapytał jeden
z tych pozostałych mężczyzn, Carl albo Richard.
– Spadaj, Dick* – żachnął się
Victor, uśmiechając się krzywo.
Richard gestem pokazał mu, co takiego o nim sądzi.
Och, zapowiadał się naprawdę przyjemny dzień.
– Hej, Ariel, wspominałeś już, co cię tutaj przywiało? –
zagaił Carl, klepnięciem w ramię sugerując bratu (musieli być braćmi!),
żeby się uspokoił.
– Mam pewną sprawę – odparł machinalnie, bo już wcześniej
zdążył ułożyć sobie w głowie odpowiedź na to pytanie. Instynktownie
zwiększył czujność, świadom tego, że najdrobniejszy błąd grozi niepowodzeniem.
– Dlatego chciałbym porozmawiać z Aaronem – dodał, mając nadzieję, że
w ten sposób uniknie drążenia tematu, Carl jednak nie wyglądał na kogoś,
kto potrafi przyjąć do wiadomości coś tak abstrakcyjnego, jak prywatność.
– To naprawdę dużo mówi – prychnął, wywracając oczami. –
Masz sprawę… Jasne, że masz. Kto do nas zagląda w celach towarzyskich?
A ktoś zagląda?,
zapragnął zapytać, ale ugryzł się w język. Wciąż czuł się jak intruz
w samym sercu czegoś zamkniętego, w co zdecydowanie nie powinien się
mieszać. W końcu cale to miejsce zdawało się krzyczeć, że obcy nie są mile
widziani, przynajmniej nie zazwyczaj.
– Ktoś bardzo dla mnie ważny potrzebuje pomocy – mruknął,
siląc się na oschły ton.
Cholera, gdzie był ten cały Aaron, do tego stopnia
wyjątkowy, że nawet w patrzeniu na niego należało zachować ostrożność?
Carl mruknął coś pod nosem, ale przynajmniej pojął, że
niczego więcej nie uda mu się od Ariela wyciągnąć. Ariel wykorzystał to, by raz
jeszcze rozejrzeć się dookoła, oczywiście starannie omijając wzrokiem miejsce,
gdzie siedziała Lilia.
Teoretycznie wszystko było w porządku, nawet pomijając
liczne potyczki słowne, bo to niewiele różniło się od tego, czego doświadczał
w Mieście Nocy. Gdyby miał oceniać, może nawet pokusiłby się
o stwierdzenie, że to towarzystwo jest zdecydowanie przyjemniejsze,
a Victor nawet wydawał się go lubić. Co prawda ta sympatia mogła brać się
z tego, że Ariel go bawił i intrygował, ale tak czy inaczej liczył
się efekt, a przynajmniej pozorne wsparcie któregokolwiek z nich
mogło jedynie pomóc, choć usiłował nie oczekiwać zbyt wiele. Co do pozostałych,
ciężko było określić ich intencje; dobrym było jedynie to, że poza Lilią, nikt
otwarcie nie dał mu do zrozumienia, że nie jest w tym miejscu mile
widziany, poza tym...
Och!
Omal nie spadł z krzesła, słysząc w głowie ciche,
zaskoczone westchnienie. Natychmiast rozpoznał ten głos i wrażenie tego,
że do jego umysłu wkradła się jakaś obca myśl. To było dokładnie to samo, czego
doświadczył, kiedy jeszcze znajdował się na zewnątrz twierdzy, bezskutecznie
próbując znaleźć wejście. Zaraz po tym pojawiła się tamta dziewczyna,
a później Victor i Isabella, niemniej to bez wątpienia był ten głos.
Zamrugał pospiesznie, po czym zerknął w stronę drzwi,
jednak niczego ani nikogo nie dostrzegł. Katherine… Czy to była Katherine?
Prawie o niej zapomniał, skoncentrowany na tych wszystkich obcych
i tym, co zamierzał powiedzieć, kiedy już będzie musiał przejść do rzeczy,
a przecież to ona powinna być najważniejsza. Nadal nie udało mu się
ustalić, czy przypadkiem nie tracił czasu, kiedy zdecydował się do tego miejsca
przyjść, nie wspominając o odkryciu imienia tajemniczej nieznajomej sprzed
twierdzy. Czy istniała szansa na to, że ona i Katherine to ta sama osoba?
W końcu Victor powiedział mu, że w twierdzy są trzy kobiety, ale
przecież nie dało się wykluczyć tego, że mógł kłamać. Co prawda Ariel nie
wiedział, jaki cel miałby w tym mieć, ale zasada ograniczonego zaufania
sprawdzała się zawsze i nie zamierzał z niej rezygnować.
– Och, no nareszcie – skomentował Victor, jeszcze bardziej
odchylając się na krześle. Patrzył w przestrzeń, ale nie w stronę
drzwi, którymi wraz z Arielem weszli do sali, tylko na coś na drugim końcu
pomieszczenia. – Pamiętaj, co ci powiedziałem, dobra? On będzie wiedział. Poza
tym strasznie go to drażni, chociaż nie rozumiem dlaczego – dodał pogodnie,
westchnieniem komentując dziwactwo własnego brata.
– Co właściwie…?
Victor wzruszył ramionami, więc urwał. Dopiero kiedy
podążył za jego spojrzeniem, dostrzegł skryte w cieniu jeszcze jedne, tym
razem boczne drzwi, które wcześniej umknęły jego uwagę.
Zawiasy skrzypnęły lekko, a potem do środka weszły
dwie osoby. Ariel omal nie zakrztusił się powietrzem, bez trudu rozpoznając
jedną z nich – tę drobniejszą i pełną wdzięku. Ciemnowłosa nieznajoma
sprzed twierdzy na ułamek sekundy się zawahała, po czym bez pośpiechu ruszyła
przed siebie, trzymając pod rękę jeszcze jedną, zdecydowanie większą od niej
postać. Towarzyszący ją mężczyzna trzymał się tak blisko niej, że niemal ginęła
w jego ramionach i Ariel w pierwszym odruchu pomyślał, że są
parą albo przynajmniej kochankami.
Zamrugał, po czym w końcu oderwał wzrok od kobiety,
koncentrując się na mężczyźnie. Aaron okazał się równie wysoki
i umięśniony, co jego brat, a może nawet bardziej, chociaż to
wydawało się niemożliwe. Lśniące, długie do ramion włosy, miał rozpuszczone
i poplątane, zupełnie jakby dopiero co wstał z łóżka. W rysach
jego twarzy było coś surowego, być może z powodu zakrywających sporą jej
część okularów przeciwsłonecznych – idiotyczny pomysł, tym bardziej, że cała twierdza
pogrążona była w ciemności. Czyżby aż do tego stopnia drażniło go światło?
Był dobrze, chociaż nieprzesadnie umięśniony, a jego
ramiona i nogi wydawały się nienaturalnie wydłużone. Poruszał się pewnie,
przez co Ariel nie od razu zorientował się, że mężczyzna nie tyle obejmuje, co
korzysta z pomocy trwającej u jego boku brunetki, żeby się
przemieszczać.
Kiedy tylko kobieta podprowadziła go do stołu, puścił ją,
wyciągnął rękę i odsunąwszy krzesło, opadł na nie ciężko.
– Dziękuję ci, Katherine – powiedział cichym, aksamitnym
głosem.
– Oczywiście. – Dygnęła lekko i wycofała się
w pośpiechu.
Ariel obserwował ją z bijącym sercem, nie mogąc się
powstrzymać. Katherine… Więc jednak! Tylko dlaczego nie chciała usiąść? Bał
się, że zdecyduje się wyjść i jednak nie weźmie udało w spotkaniu,
ale ona tylko ostrożnie przesunęła się w stronę drzwi, przystając
w cieniu; teraz widział wyłącznie jej lśniące oczy w tym samym
niezdecydowanym kolorze zieleni i błękitu, co zdążył zapamiętać.
Aaron poruszył się, ponownie zwracając na siebie jego uwagę.
Spojrzał na niego, starając się uniknąć tego, przed czym ostrzegał go Victor,
ale wcale nie dostrzegał powodu, dla którego miałby posunąć się do tego, by się
na mężczyznę gapić. Chodziło o te okulary? Dobrze, to było dziwne, ale nie
aż do tego stopnia. Słysząc słowa Vick’a, spodziewał się raczej jakiegoś
defektu, chociażby blizny albo zniekształcenia na twarzy, ale tak…
Mężczyzna westchnął cicho, po czym zsunął ciemne okulary
i pochyliwszy się lekko do przodu, pomasował skrzydełka nosa. Czarne włosy
opadły mu na twarz, ale nie zwrócił na to uwagi, dopiero po chwili prostując
się i odrzucając je na ramiona. Miał podkrążone oczy, poza tym wyglądał na
zmęczonego, ale nie zdenerwowanego, a już na pewno nie było
w niczego, co mogłoby wzbudzać jakąkolwiek niezdrową ciekawość. Był
przystojny i trzeba było mu to przyznać.
Właśnie wtedy otworzył oczy i Ariel po raz pierwszy
zobaczył jego tęczówki – blade, niemal całkowicie zlewające się
z otaczającymi je białkami.
W jednej chwili zrozumiał, a ostrzeżenia Victora stały
się aż nazbyt jasne.
Aaron nie tylko był dziwny i ważny dla tych, którzy
zamieszkiwali twierdzę.
On był niewidomy.
*Gra słowna. „Dick” z angielskiego to albo skrót od
imienia Richard, albo wulgarne określenia męskiego członka.
czyli
OdpowiedzUsuńteraz wracamy do rozdziałów o Arielu i po części Ali... niecierpliwie
czekam już na moment, kiedy Ariel znajdzie rozwiązanie (o ile istnieje,
jednak ja sądzę, że na pewno istnieje)... Ta Katherine to ta Katherine, o
której napisano w książkach czytanych przez Ariela, tak? Pewnie tak i
mam nadzieję, że powie Arielowi, jak pomóc Alessi...
Bardzo spodobała mi się postać Lilii... Jest tak bardzo... bezpośrednia i
mówi prosto z mostu to, co sądzi na dany temat i to mi się podoba :)
Coś czuję, że ona w najbliższym czasie odegra bardzo znaczącą rolę w
opowieści...
Jak kilka rozdziałów temu przeczytałam ostrzeżenie Victora,
zastanawiałam się, o co chodzi z tym, że Ariel ma nie patrzeć na
Aarona... Teraz już wszystko zrozumiałam! Choć zastanawia mnie fakt, jak
wilkołak może stracić wzrok... No nic, coś czuję, że to niedługo się
również wyjaśni :)
pozdrawiam i do napisania ;*
PS. dziękuję bardzo za komentarz na moin blogu :) biorę rady do siebie i
postaram się więcej nie popełniać tych samych błędów